Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

539 lat temu w domu kupca toruńskiego …

… 19 lutego przyszedł na świat chłopczyk, któremu na chrzcie dano imię Mikołaj…

To kolejna rocznica urodzin Doktora Mikołaja Kopernika.

I pewnie znowu zaleje nas bełkot o Annie Schilling i domniemanym romansie kanonika fromborskiego ze swoją gospodynią.

No, bo jak się nie ma „pomysłu na” – to coś trzeba wymyślić. I to niestety niekoniecznie coś mądrego… Już kiedyś pisałam o spłycaniu tej niebanalnej postaci i sprowadzaniu jego życiorysu li tylko do relacji damsko męskich.

A tymczasem warto skoncentrować się na jego działalności, na przykład jako Administratora Dóbr Kapitulnych.

Od jakiegoś czasu – a konkretnie od sensacji związanej z odkryciem jego grobu we fromborskiej katedrze – znakowane są wsie, w których i w pobliżu których – Doktor Mikołaj lokował łany opuszczone. Świetna inicjatywa. Wsparta paroma krótkimi „filmikami” – tutaj zamieszczam jeden z nich (o Dywitach).

Warto tylko pamiętać, że nie wsie lokował Kopernik, a opuszczone łany. Wsie bowiem lokowane były zazwyczaj w początkach wieku XIV. A pola uprawne (liczone w łanach właśnie) opuszczane były w wyniku wojen, czy zwykłego zbiegostwa.

Tak czy inaczej – inicjatywa znakomita.

TUTAJ można poczytać zapiski Pana Administratora Dóbr Kapitulnych.

I tyle…

A 19 lutego warto pomyśleć o Samotniku Fromborskim i jego Gwiazd Dostrzegalni (z słynnym pavimentum, którego to szukano wokoło Kanonii Św. Stanisława, której był właścicielem).

Bach, Maciek Meyer, BHP i kwietniowa Święta Lipka

I znowu Święta Lipka.

Zawsze, nieodmiennie skojarzona z Reszlem i dwoma sąsiadami tam pochowanymi.

Skojarzona z Maćkiem Meyerem i jego niesłychanym talentem.

Skojarzona z bezpieczeństwem i higieną pracy.

Dlaczego akurat z tym?

No – bo Maciej Jan Meyer spadł z rusztowania podczas pracy w lipcu 1737 roku. W ten sposób Warmia, ba! Rzeczpospolita, straciła niezwykle utalentowanego malarza.

Maciek urodził się w Lidzbarku Warmińskim – stolicy biskupiej. A że Warmia miała szczęście do światłych włodarzy i do tego majętnych, nie dziwota, że kwitł mecenat.

Tak też i stało się w przypadku młodego Meyera. Zauważył go – dosłownie – Biskup Teodor Potocki. Wprawdzie mówiąc o biskupie często dodaje się epitet „fanatyk”, ale przyznać mu trzeba, iż za jego czasów niezmiernie dużo działo się w księstwie biskupim. Dużo, jeśli chodzi o renowacje, restauracje i fundacje. To jemu zawdzięczamy m.in. przepiękny i pełen elegancji kościół pielgrzymkowy w Krośnie koło Ornety, także rozbudowę założenia w Stoczku Klasztornym.

Ale wracając do Macieja Meyera. Biskup zauważył młodego człowieka, kiedy ten wykonywał malaturę w kościele parafialnym w niedalekim Kraszewie. Zdolności młody człowiek wykazywał wielkie, tylko kreskę miał „niewyrobioną”. Dla wyrobienia tejże, Biskup wysłał młodzieńca na studia do Włoch. Po powrocie z zagranicznych wojaży Meyer dokończył dekorację kraszewskiej świątyni.

W roku 1722 rozpoczął dekorowanie odnowionej (czy jak kto woli zmodernizowanej) świątyni w Świętej Lipce.

Mayerowi przypisuje się wprowadzenie do malarstwa polskiego quadratury (czyli malarstwa iluzjonistycznego naśladującego architekturę) w dekoracji sklepień, wprowadził także panoramiczną dekorację (figuralną).

próbka geniuszu Macieja Meyera w Św. Lipce

Wiemy (a raczej możemy się domyśleć) jak wyglądał artysta, bowiem w dwóch miejscach sanktuarium świętolipskiego pozostawił nam swój autoportret. Jeden na sklepieniu w rogu nad organami, a drugi na obrazie „Chrystus nauczający w świątyni”.

Maćkowe świętolipskie sklepienie

Ale Święta Lipka to nie wszytko, co pozostawił nam Maciej Jan. Spotkamy go w kaplicy św. Brunona w Wozławkach nieopodal Bisztynka. Tu pracował na zlecenie Gotfryda Henryka zu Eulenburg z Galin (proboszcza Wozławek).

wozławeckie polichromie Macieja Meyera

Spotkamy go także we Fromborku, gdzie wykonał malowidła w kaplicy Salwatora (Zbawiciela). Nad wejściem do tej wspaniałej kaplicy pozostawił swoją sygnaturę.

Teodor Potocki nie zapomniał o swoim protegowanym. Kiedy już został prymasem Polski, zamówił u Meyera wystrój swojej kaplicy grobowej w katedrze gnieźnieńskiej.

Prócz malowideł ściennych malował też obrazy olejne. Te jednak należą dzisiaj do rarytasów, i jeden taki znajduje się w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

Ostatnimi pracami Meyera wykonywanymi w Św. Lipce w latach 1733-37 były malowidła na sklepieniu i ścianach w północnej części krużganka kościoła. Należą, jaka twierdzą znawcy, do najbardziej dojrzałych jego prac. Niestety pozostały niedokończone.

Dlaczego?

Otóż w lipcu roku 1737 Maciej Meyer malował na sklepieniach krużganka. Dla wygody tworzenia leżał na rusztowaniu. Tematem sceny była walka anioła z diabłem. Wtedy to właśnie zdarzył się straszny wypadek, bowiem malarz spadł z rusztowania. Kilka dni walczył ze śmiercią, ale niestety walkę przegrał. Jako, że związany był ze Świętą Lipką przez wiele lat, pochowano go w krypcie pod posadzką kościoła. A w drogę stąd do wieczności dano mu atrybuty… 3 pędzle, z którymi niemal się nie rozstawał za życia.

Niewątpliwie był Kimś Znacznym na artystycznej mapie osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej.

No i nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła holośników 🙂 A że świetny wykład dostałam na ich temat od Pana G.B. (jest akustykiem, i tropił  je zapamiętale, m.in. w gdańskiej farze Głównego Miasta) – to i teraz chwytają moje oczy, gdziekolwiek są…

holośniki

Na koniec urywek prezentacji organów, na którą „załapałam się” z moją grupą. Nie dzwoniłam do parafii przed wizytą, pomna niewiarygodnego szczęścia, jakie mi tam towarzyszy. Za każdym razem (mam na myśli czas poza sezonem) trafiam na zamówiony mini koncert. Tak też było i tym razem.I próbkę tego zamieszczam TUTAJ: do posłuchania Bacha a także do  obejrzenia geniuszu malarskiego Maćka Meyera.

A dla porównania TUTAJ próbka brzmienia innego zupełnie – organy fromborskie.

Pluty – wspomnienie wakacji

Często wracam wspomnieniami do naszej listopadowej eskapady wschodniopruskiej. Nie tylko dlatego, że to był wreszcie ów wymarzony wspólny urlop, tak bardzo zasłużony po szaleńczym sezonie. Także dlatego, że parę ważnych miejsc odwiedziliśmy po drodze… Miejsc ważnych dla historii Europy, a obecnie często zapomnianych i zaniedbanych. Celowo zapomnianych, chciałoby się powiedzieć…

Ale też większość województwa warmińsko-mazurskiego to dzisiaj niemal Terra Incognita.

Turyści raczej jeżdżą na Mazury, zaś biura podróży (poza absolutnie nielicznymi, za co im chwała!) wciąż nie widzą nic ciekawego w  drogach i bezdrożach dawnych Prus Wschodnich. W szkołach nauczyciele wciąż unikają tematu, jako drażliwego, sami zresztą niewiele o nim wiedząc. O samej Warmii mówi się w oderwaniu od rzeczywistości, a tym samym wciąż nie bardzo wiadomo, co to takiego ta Warmia.

A tymczasem niedaleko granicy Warmii z Natangią, na trasie z Pieniężna (Mehlsack) do Górowa Iławeckiego (Landsberg) znajduje się mała wieś Pluty (Plauten). Nie wiem, czy ważna była dla Wielkiej Historii, ale na pewno jest ważna dla tych, którzy cenią sobie piękne widoki.

Wieś powstała nieopodal pruskiego grodu Pelten. Wiadomo, że około roku 1325 kapituła warmińska w osobie prepozyta Jordana wybudowała tu zamek. Jordan zarządzał kapitułą w zastępstwie chorego już wówczas biskupa Eberharda z Nysy i niedługo sam został wybrany biskupem warmińskim.

Parafia w Plutach powstała w pierwszej połowie XIVw., i wtedy też pojawiło się uposażenie parafii (to rok 1326).

W roku 1410 podczas Wielkiej Wojny z Zakonem wieś została zniszczona. Wiemy, że przeszło  wiek później (w roku 1583) we wsi funkcjonowała szkoła parafialna.

Kościół parafialny p.w. św. Wawrzyńca jest gotycki i pochodzi z połowy XIV w. Przebudowywany został w wieku XVI, a rozbudowany w 1801 r. M. in.  – przedłużono go w kierunku zachodnim i dobudowano wieżę.  Ledwo już widoczna data „1521” w jednej z blend szczytu zakrystii może być świadectwem ukończenia jakiegoś etapu prac budowlanych przy świątyni. Kościół konsekrował biskup Marcin Kromer w roku 1581.

Kościół zbudowany został na planie prostokąta, a wymurowano go w przyziemiu z kamieni polnych a wyżej z cegły. Otynkowano zaś współcześnie (za wyjątkiem wieży). Posiada przybudówki: od północy zakrystię a od południa kruchtę.

Wyposażenie wnętrza jest barokowe. I muszę tu zawierzyć opisom, bowiem kiedy tam zajechaliśmy podczas naszych peregrynacji – kościół był zamknięty. Lał deszcz, wiał przenikliwy wiatr i żadnemu z nas zupełnie nie w głowie było szukać wielebnego, żeby nam otworzył świątynię.

Z opisów wiem tylko, że ołtarz główny pochodzi z 1694 r. i że został wykonany w Królewcu. A twórcą ołtarza najprawdopodobniej był bądź sam Izaak Riga, bądź jego warsztat. Ołtarze boczne pochodzą z tego samego (mniej więcej) okresu. W jednym z ołtarzy bocznych obraz „Ostatnia Wieczerza” Piotra Kolberga z 1702 r. Ambona pochodzi z 1732 r., chór muzyczny z XIXw. i organy z początku XXw. Ze średniowiecznego wyposażenia ostały się tylko granitowa chrzcielnica i kropielnica.

Wieża kryje oryginalny mechanizm zegarowy z napędem obciążnikowym. Są też dwa dzwony. Pod posadzką kościoła zaś znajduje się krypta z trumnami.

„Grodzisko leży na wschód od wsi, nad Wałszą, na wzgórzu wyniesionym 30 m ponad dolinę. Widoczne są pozostałości wałów obronnych i fos”. Tego też nie miałam okazji sprawdzić…

Optymizmem tchną słowa z jednego z portali turystycznych:

„Jesienią 2010 roku parafia przy współpracy […] Wydziału Inwestycji i Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego w Pieniężnie złożyła wniosek o udzielenie dotacji na dofinansowanie remontu kościoła w ramach programu: Dziedzictwo Kulturowe, Priorytet 1, ochrona zabytków. Wniosek trafił na indywidualną listę do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wniosek został wysoko oceniony i otrzymał dofinansowanie w wysokości 300 tys. zł. Kościół poddany został najpilniejszym pracom zabezpieczającym i konserwatorskim.”

I to, że jakieś prace tam trwają było widać nawet w deszczu 🙂 I mam nadzieję, że wystarczy tak zapału, jak i funduszy…

prace zabezpieczające są jak widać potrzebne, na gwałt!

Wstyd, że na terenie kościelnym płyta nagrobna służy jako schodek!! Gdzie tu szacunek dla zmarłych! Gdzie etyka!!! Zaiste, piękny przykład...

wrażenie, że pieniędzy na remont nie wystarczyło na cały obiekt, było wręcz natrętne...

miejmy nadzieję, że z remontem zdążą, zanim będzie za późno...

coś tam widać w dole... ale wiało wilgocią taką, że wieki wietrzenia nic nie dadzą:(

odnosi się wrażenie, że chęci są, byle tylko funduszy wystarczyło.

Widok na kościół z drogi

Kanonik i jego fundacja

Nikt jeszcze nie „czytał” ołtarza ze Skolit!

Na te słowa zastrzygłam uszami, bo jak to możliwe, żeby takiego genialnego przekazu nie próbowano odczytać!

Ale – najpierw słów parę o osobie fundatora.

Otóż Johann Hannovius (bardziej znamy go, jako HANNOW) był siostrzeńcem Dantyszka, (synem Anny de domo von Hoefen). Urodził się w Gdańsku ( jak większość kanoników warmińskich). Edukację młodego mieszczanina sfinansował wuj. Sytuacja, jaką znamy z życiorysu Doktora Mikołaja Kopernika. I to nic nowego, wszak rodzina miała niejako obowiązek opieki nad dziećmi rodzeństwa. Takie zapisy można znaleźć w testamentach. Także Kopernik sprawował opiekę nad swoją owdowiałą gdańską kuzynką i jej przychówkiem.

Johann po szkole w Chełmnie posłany został na studia do Krakowa. W księgach uniwersyteckich został poświadczony w roku 1541. W stolicy trafił pod opiekę Stanisława Hozjusza. Prawdopodobnie zatrudniony był w kancelarii królewskiej.

Kanonikat fromborski objął w lutym roku 1546.   Jako, że w Kapitule obowiązywał zwyczaj stałej rezydencji przy katedrze,  osiadł na Wzgórzu Katedralnym. Jak wszyscy kanonicy – tak i on otrzymał i stallę i ołtarz po swoim poprzedniku oraz prawo do nabycia kurii i folwarku (allodium), przynoszącego niezły dochód.

Zmarł we Fromborku w roku 1575 i tam został pochowany. Tyle suche fakty. Jakoś nigdy dotychczas nie przyszło mi do głowy poszukać jego płyty nagrobnej…

Nie był jedynym z Hannowów w Świętej Warmii. Oprócz niego był tam też jego brat Kacper. Tytuł doktora obojga praw posiadł po studiach w Krakowie i w Rzymie, oczywiście także finansowanych przez wuja.  Od roku 1545 był kanonikiem warmińskim, i dziekanem kapituły kolegiackiej w Dobrym Mieście. W roku 1547 objął kanonikat we Włocławku. Przyjaźnił się z biskupem Marcinem Kromerem.

Tak na marginesie: to dzięki pewnej zapisce właśnie Kromera – do dzisiaj niejakiego Anonima nazywamy Gallem. Warto też pamiętać, że to właśnie   uczony biskup odnalazł kronikę (tzw. manuskrypt heilsberski).

A co do samego nazwiska Hannow – to warto również pamiętać postać Michała Krzysztofa Hanowa żyjącego w Gdańsku w latach 1695–1773. Piastował stanowisko profesora w Gdańskim Gimnazjum Akademickim. Równocześnie był bibliotekarzem i rozpoczął prace nad „Catalogus alphabeticus universalis Bibliothecae Senatus Gedanensis”. Był też wśród tych, którzy w 1743 roku powołali w Gdańsku do życia Societas Physicae Experimentalis (od roku 1753 zwane Die Naturforschende Gesellschaf). Nadto – Michał Hanow prowadził w Gdańsku regularne obserwacje meteorologiczne w latach 1739 – 1752 i używał „termometru będącego kombinacją termometrów florenckiego i Fahrenheita”.

Ale wracając do Hannowów we Fromborku… Prócz dwóch już wyżej wymienionych, rezydowali tam jeszcze Szymon i Walenty.

No i parę słów o samej wsi. Skolity (niem. Schlitt) leżą w gminie Świątki (woj. warmińsko-mazurskie), i dalej z nieśmiertelnej Wikipedii:

„We wsi znajduje się zabytkowy kościół parafialny pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to długa budowla jednonawowa z pseudogotyckim chórem i transeptem (1907). Nawa wzniesiona po pożarze z 1708 r. na miejscu dwu wcześniejszych budowli. Nowy kościół konsekrowano w 1709 r. Wieża w dolnej części o konstrukcji słupowej, szalowana. Strop we wnętrzu świątyni z polichromią (1753-1763), wykonana przez Ferdynanda Guillerepsa z Dobrego Miasta. Ołtarz główny w stylu barokowym z 1684 r., z obrazem Adoracji Matki Boskiej z Dzieciątkiem przez grupę świętych. Obraz namalowany prawdopodobnie przez Jerzego Pipera z Lidzbarka Warmińskiego. W kościele znajduje się także zabytkowy, renesansowy tryptyk z 1557 r., ufundowany przez kanonika warmińskiego Jana Hanowa.

Nieopodal wsi znajduje się Jezioro Skolity. Położone jest w dorzeczu Pasłęki. Zajmuje powierzchnię około 40 ha, średnia głębokość jeziora wynosi 3,6 m. Brzegi porośnięte są drzewami głównie olchą.”

I tyle.

A tu – wieś na mapie:

A co to wszystko ma do ołtarza ze Skolit?

Otóż według tradycji w roku 1557 kanonik Johannes Hannovius  z Fromborka ufundował tryptyk do tamtejszego kościoła.

Tak przynajmniej podają oficjalne opisy. A jak było naprawdę?

J.S. wysuwa tezę, że ołtarz mógł być tak naprawdę ufundowany dla świątyni fromborskiej. Świadczyłyby o tym postaci NMP i Św. Andrzeja. Katedra fromborska bowiem dwojga wezwań jest: Św. Andrzeja – to tradycja przyniesiona z Braniewa, i NMP – to już tradycja fromborska.

No i dalej to już sama radość czytania obrazu, ba! całego tryptyku:

Parę uwag  nasunęło nam* się na gorąco, bowiem odpowiedzi na liczne pytania są aż nadto czytelne w obrazie głównym. Dość na tym, że spędziłyśmy dwa dni przed ołtarzem, zawzięcie dyskutując ;).

A upraszczając (baaaaardzo upraszczając) – mamy tu siedem sakramentów, i Fundament Świata (ciekawe, że potrzebuje aż tak mocnych łańcuchów ;)), jest też dziesięciu Doktorów Kościoła

(no i klops: otóż podczas tłumaczenia tego tekstu do mojego angielskiego bloga dotarło do mnie – że przecież część z tych Doktorów ustanowiona została dopiero w latach 1567-1588, więc nijak się to ma do czasów fundacji ołtarza?!  Którzy to więc są, skoro „tych” Czterech (Św. Ambroży, Św. Augustyn, Św. Grzegorz Wielki i Św. Hieronim) jest wymienionych na Fundamencie Świata?  Niestety moja wiedza teologiczna jest – delikatnie mówiąc – mierna ;)) Czy więc odczytując 4 Doktorów Kościoła między Apostołami na fasadzie Kościoła, można zakładać, że postaci z krzyżami to Prorocy???

No i już wiem, jak mało wiem 🙂 Dziękuję Pani B.S. (jak zwykle niezawodnej!) za niezmiernie cenne uwagi !!!!

Otóż tych dziesięciu, to nie żadni Prorocy, ani Doktorzy Kościoła. Tu zacytuję:

„Tych 10-ciu mają tiary, a więc to papieże – taka swoista oś Kościoła. I chodzi tu bardziej o ideę, niż o konkretne osoby”

Przepraszam za jakość, ale to wina operatora (czyli moja)

A wkraczając na bardziej stabilny grunt – ciekawy jest czas powstania fundacji. To czasy Soboru Trydenckiego i okres tuż po Wojnach Szmalkaldzkich. Z tego przecież  powodu zawieszono obrady soborowe. (kwietniu 1552). Nadto w otoczeniu kanonika wciąż żywo dyskutowane były sprawy odstępstwa od wiary na własnym podwórku. Zachowała się korespondencja między kanonikiem a jego wujem dotycząca Aleksandra Scultetiego (jakże znane gdańskie nazwisko pojawia się w  życiorysie tego zdolnego człowieka).

Nie tak daleko przecież znajdował się dwór Księcia Albrechta Pruskiego. A  tam jednym z bardziej zaufanych dworzan był Georg von Kunheim, którego syn został zięciem samego Marcina Lutra.

W samym Królewcu działała Albertyna (patrz: Jerzy Serczyk „Albertyna – Uniwersytet w Królewcu (1544-1945)…

Wklejam łącze do nadzwyczaj interesującego artykułu, jaki popełnił prof. Janusz Małłek, a jaki może dać obraz tego, co działo się „pod powierzchnią” codzienności warmińskiej  (bo w tym przypadku to akurat nas interesuje ).

W tym niewątpliwym chaosie, jaki zapanował nagle dokoła, sama Święta Warmia miała być przecież wysepką katolicyzmu…

I tak też można próbować odczytywać obraz.

Na oceanie protestantyzmu  – wyspa z ustalonym Porządkiem Świata; łańcuch zależności, czy przywiązań, łączy wszystkich. A może to Wiara spina ich niczym łańcuch… Wiara silnie osadzona, bo wychodząca od Eklezji.

I tu błędnie zinterpretowałam – bo: to Wiara jest bazą Kościoła.

Mimo całego szacunku tak dla intencji twórcy jak i fundatora, oraz do znaczenia przekazu – jednak postać poganina, dosłownie przywalonego Budowlą Kościoła, i rozpłaszczonego zupełnie – robi KOLOSALNE wrażenie 😀

Ale… zaraz nasuwają się refleksje zmuszające do powagi. Otóż myślę tu o zachodnim portalu katedry fromborskiej. Kapitalne opracowanie M. Lubockiej-Hoffmann pt. „Ikonografia wystroju kruchty katedralnej we Fromborku” można znaleźć w  Komentarzach Fromborskich (Zeszyt V).

… trudno (bowiem) znaleźć w ówczesnej Europie kościół o podobnej myśli przewodniej  i podobnym porządku ikonograficznym, trudno choćby dlatego, że Europa w tym czasie była już cała chrześcijańska…

… Autor projektu stworzył program, który niósł najważniejsze, najbardziej uniwersalne myśli dla ówczesnego społeczeństwa warmińskiego.

To był w obliczu ówczesnego zagrożenia pruskiego przekaz bardzo na czasie. A dlaczego tutaj o tym, w kontekście Ołtarza ze Skolit, dwa wieki późniejszego?

No, bo „nowi Prusowie” zagrozili Świętej Warmii, i to znacznie niebezpieczniejsi, bo odbierający „owieczki Pasterzowi”: protestantyzm. Postać Poganina zduszonego przez Kościół jest aż nadto wymowny. Dlatego też, między innymi upieram się, że w czterech narożach obrazu głównego widzimy Marcina Lutra, Ulricha Zwingli, Jana Kalwina i Filipa Melanchtona. Może się mylę ;), ale takie było pierwsze wrażenie. Naiwna wiara fundatora, że mury kacerstwa runą, każe znowu odwołać się do artykułu prof. Małłka.

Można dyskutować na temat warsztatu malarza, ale jedno jest pewne, że propaganda mu wyszła dobra.

Nie dziwi więc cytat z Psalmu 67:

„… mons in quo beneplacitum est Deo habitare in eo; etenim Dominus habitabit in finem…”

I żeby nie było, że moja łacina i znajomość psalmów nagle tak się poprawiły – to dziękuję Krysi Jarosławskiej, za pomoc 🙂 .

„patrzycie z zazdrością na górę, gdzie się Bogu spodobało mieszkać, na której też Bóg będzie mieszkał na zawsze”

Wiele jest szczegółów w obrazie głównym, nakazującym nastawić ucha historii i Historii, a także nawet zwykłym plotkom. Skoro plotki, to natychmiast pojawia się postać Pawła Płotowskiego. Nade wszystko jednak – przyda się staranna lektura   korespondencji Hannowa z Dantyszkiem.

Nie napisałam tu wszystkiego, co można bądź odczytać, bądź intuicyjnie zrozumieć z przekazu na obrazie… To wszystko jeszcze przede mną 🙂

Tu jednak niesłychanie ważny jest kontekst fundacji – który wyżej zasygnalizowałam. A to temat rzeka!!!

Z naiwnych oczu fundatora bije pokora i spokój… Zastanawiam się, czy fundując ołtarz o tak dużym ładunku propagandowym miał nadzieję, na zażegnanie niepokojów. I mam tu na myśli głównie niepokoje dusz.

Do tego artykułu będę pewnie wracała, bo nie da się zamknąć przekazu Ołtarza ze Skolit raz na zawsze. A więc to będzie jeden z tych moich artykułów, który co jakiś czas pewnie będzie ulegał modyfikacji 😀

*   /   *

* nam: to znaczy Desantowi Gdańskiemu. Desant Gdański składa się generalnie z Agi S., Ewy H., Gosi H., Danuśki L. i mnie. Czasem Desant ulega chwilowemu zdekompletowaniu. Ale generalnie najlepiej podróżuje się nam wspólnie, bo nadajemy na tych samych falach ;), bowiem wszystkie jesteśmy przewodniczkami.

Olsztyńskie wariacje

Czas na Olsztyn, bo o nim tu jeszcze nie pisałam.

No, to teraz to czynię i to z chęcią. Nie będę podawała powodu, dla którego pojechałam tam wczoraj z AP – bo to można przeczytać tu. Dość, na tym, że mimo barbarzyńskiej godziny pobudki – i konferencji niekoniecznie rewelacyjnej – Olsztyn, jak zwykle, okazał się być urokliwy, śliczny, wart odwiedzenia… i co tam jeszcze mamy w słownictwie na opisanie miasta, które wciąż nie docenione – również samo niespecjalnie zdaje sobie sprawę ze swoich walorów i niezbyt umie je wykorzystać.

Napisałam „jak zwykle”, bo do Olsztyna po raz pierwszy trafiłam parę lat temu – podczas przygotowań do egzaminu warmińsko-mazurskiego. Od tego czasu zajeżdżam tu co jakiś czasy, niezmiennie zauroczona.

I gorąco polecam – kto jeszcze tam nie był – koniecznie należy odwiedzić to miasto.

A wszystko zaczęło się 31 października 1353r. Wtedy to dzisiejszy Olsztyn otrzymał prawa miejskie i nazwę Allenstein (Gród nad Łyną – dla Polaków Holstin, później wymawiano Olstyn). Mądre Głowy twierdzą, że nazwa pochodzi z języka pruskiego. No a skądże by miała pochodzić, skoro to ziemie pruskie! Przy okazji praw miejskich, pada imię zasadźcy i zarazem pierwszego burmistrza – Jana z Łajs. Pochodził z rodziny, którą często spotkać można w dokumentach dotyczących kolonizacji południowej Warmii.

Potem dla miasta nastały tak zwane ciekawe czasy.

Moja niezmienna od lat sympatia do miasta – jest tym  mocniejsza, że w latach 1516-1519 i 1520-1521 administratorem dóbr Kapituły Warmińskiej był Mikołaj Kopernik. Podczas swoich tu bytności mieszkał w zamku kapitulnym.  Do dzisiaj pokazuje się na murze krużganku tablicę wykreśloną ręką Doktora Mikołaja (nad wejściem do komnaty, w której przemieszkiwał). Tablicę wykreślił wprost na murze, i przypuszcza się, że służyła mu jako pomoc do obliczeń pozornego ruchu słońca – podczas równonocy tak jesiennej jak i wiosennej.  Nad tą funkcją pomocniczą naukowcy wciąż dyskutują, ale to najmniej ważne. Ważne, że to konkretna pamiątka po Doktorze Mikołaju!

No i nie bez znaczenia jest też iż to tutaj – w olsztyńskim zamku – Pan Administrator Dóbr Kapitulnych osobiście kierował przygotowaniami do obrony podczas wojny z  Zakonem Krzyżackim w latach 1519 – 1521.

A wracając do funkcji Administratora, jaką pełnił Kopernik – warto odnotować, że objąwszy ją – osiadł w Olsztynie 8 listopada 1516 roku. W czasie administrowania dobrami kapitulnymi – prowadził akcję zasiedlania (jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli) ziem opuszczonych głównie w wyniku wojen z krzyżakami.

W celu szczegółowego nadzoru nad osiedleniami – od roku 1481 prowadzono specjalne księgi ewidencjonujące zasiedlone ziemie pod zarządem administratorów. I wśród zapisków w Locationes mansorum desertorum (czyli:  Lokacjach Łanów Opuszczonych) można znaleźć 66 zapisów dokonanych ręką kanonika Mikołaja Kopernika. Z tego 37 dotyczy nowych zasiedleń.

A dalsza historia miasta?? Po tę odsyłam do kalendarium historii miasta.

Warto jeszcze odnotować Wielkiego Olsztynianina – a mianowicie Ericha  Mendelsohna. Bo to powód do wielkiej dumy miasta. Ilekroć bywam w okolicy z grupami – te nie mogą się nadziwić, że to tutaj taka postać przyszła na świat…

A propos bywania z grupami – niestety zbyt rzadko się to zdarza. Biura  podróży wciąż nie umieją na te tereny stworzyć oferty – podczas gdy nasze – indywidualne, przewodnickie pomysły jakoś się świetnie sprzedają 😉 .

Załączam parę zdjęć z Olsztyna. I serdecznie namawiam, by tu zajrzeć po drodze – albo wręcz specjalnie!

Olsztyn także stanowi znakomitą bazę wypadową w okolice.

Niestety zdjęcia są fatalnej jakości – ale na lepsze nie pozwolił aparat… Który zresztą definitywnie dokonał żywota. Może ktoś ma jakieś sugestie, co do sprzętu, jaki powinnam nabyć ??

Wyjątkowa sesja naukowa w Olsztynie…

2 lipca b.r. w Olsztynie odbędzie się międzynarodowa sesja naukowa z udziałem Dr Bruno Plattera – Wlk. Mistrza Zakonu Krzyżackiego.

Międzynarodowa sesja naukowa, 2 lipca 2010 roku
Zakon Krzyżacki w historii, ideologii i działaniu – symbole dziejowe”
Aula im. Marii i Georga Ditrichów, Wydział Humanistyczny UWM
ul. Kurta Obitza 1, Olsztyn

Wydarzenie na skalę europejską!

Kopernik – na zdrowie, urodzinowo.

Mikołaj Kopernik to obecnie modny temat…

Od razu – tytułem wyjaśnienia i przestrogi:

Wielkim nadużyciem (a i niesmaczne) jest w kontekście walentynkowym nazywać Gdańsk miastem miłości… Kopernika i Anny Schilling.

Lepiej uważnie poczytać historię miłostek i miłości w grodzie nad Motławą!!!  Żeby nie minąć się z prawdą historyczną i by swojej wiedzy o mieście nie budować li tylko na … plotkach.

W tym celu – żeby jednak nie trzeba było przekopywać archiwów – polecam lekturę bardzo sympatycznej książeczki Gabrieli Danielewicz. Książka nosi tytuł „Portrety dawnych Gdańszczan”. Zwłaszcza rozdział pod  znamiennym tytułem: „Igraszki Amora nad Motławą”. Tam można dowiedzieć się jak to było z prawdziwym miłosnym skandalem swoich czasów. Mam na myśli romans Maurycego Ferbera i Anny Pilemann. To był prawdziwy skandal!!

A tym, którzy lubią miłosne happy end-y – gorąco polecam wsłuchanie się  w historie zaklęte w licznych gdańskich epitafiach… A i anioły Meissnera na  niejedno pewnie patrzyły z uśmiechem.

Anioł mariacki uśmiechnięty...

Mamy też swoją gdańską Monę Lisę… jeśli już tak koniecznie musimy… Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać 😉

*    *    *

Ale wracając do Doktora Mikołaja… Otóż – stał się nagle modny… A szczególnie jego życie prywatne. Jakby dopiero teraz to odkryto! A wystarczy przeczytać dobrą książkę Jerzego Sikorskiego pt. ”Prywatne życie Mikołaja Kopernika” czy Jerzego Bentkowskiego „Fromborski samotnik”, żeby wymienić te pisane bez zadyszki sensacyjnej. Pojawiła się także – wśród różnych tego typu pozycji – książeczka malutka objętościowo, ale dobrze opracowana – „Mikołaj Kopernik – Życie i działalność” – wydana przez Muzeum Okręgowe w Toruniu. Wymieniam tylko parę – i to tych wartych przeczytania. Lista lepszych czy gorszych pozycji (w tym również zagranicznych), jest nieco dłuższa.

A wracając do Mikołaja – przypominam, że w maju bieżącego roku (2010) odbędzie się powtórny pochówek fromborskiego kanonika. Po tym, jak w roku 2005 znaleziono jego szczątki w katedrze fromborskiej, w pobliżu ołtarza, którym się opiekował i po latach badań i sporów – on to jest czy nie on… zdecydowano o powtórnym pochówku…

Należy się obawiać, że jak zwykle niestety i ta uroczystość pozostanie wyłącznie lokalną. Tak jak nie wygrano wyścigu o turystów – po wykopaliskach w katedrze.  A przecież znaleziska były co najmniej ciekawe.

Szkoda więc, żeby i tym razem przysłowiowa para poszła w gwizdek.  Jeszcze czas by to „roztrąbić” po całym świecie i ściągnąć faktycznie wielkie zainteresowanie (czyli media głównie, bo to one nadają głos sprawie. Wystarczy przejrzeć światowe enuncjacje medialne – jak rozsławiły psa na krze…).

A więc… Można by roztrąbić na cały świat o rewelacyjnym tak znalezisku jak i niebywałej okazji uczestniczenia w… pogrzebie Wielkiego Kopernika. I co za tym idzie – można by sprawić, by choć na chwilę, Frombork z miasta na końcu świata (jak pisał o nim Kopernik) stał się jego centrum.

Wiem, wiem… infrastruktura nie ta, a i wołający o pomstę do nieba stan tzw. kanału Kopernika zapachem może zabić co słabszych…

Kanał o mocy rażenia broni chemicznej

Ale warto by spróbować.

Tym bardziej, że miasto jest przepiękne, urokliwe i ma w sobie to „coś”. Na dodatek ma wyśmienite położenie, i dojazd jest wcale przyzwoity. Ludzie są sympatyczni, a jedzenie jakie można tam zjeść, na pewno nie przysporzy mu wstydu! Nie wspominając o wyśmienitym ciastku i kawie w Wieży Wodnej.

No i Frombork ma coś jeszcze!! Bardzo ciekawy dział historii medycyny, Trzy-Krowy-Na-Gzymsie… i… rewelacyjny Sąd Ostateczny!

Przy tej okazji na myśl przychodzi Szlak Kopernikowski.

Oczywiście zaczyna się daleko od Fromborka – w Toruniu. Tam przecież urodził się nasz bohater, jako syn kupiecki. Przy okazji należy koniecznie zajrzeć do Świętych Janów, bo tu został ochrzczony.

Ale Toruń to w ogóle wyjątkowe miasto. Nie tylko ze względu na Kopernika. Tam faktycznie ma się „gotyk na dotyk”.

Jednak genezy Luda na Czarnym nikt dotychczas nie potrafił mi wytłumaczyć…

Zagwozdka świętojańska

Wracając na szlak – wiedzie śladami lokacji łanów opuszczonych (sporo czasu zajęło mi opracowanie tej trasy – jest prze-ciekawa, a latem – cudna).

Koniecznie trzeba też „zahaczyć” o miasta związane z Administratorem dóbr kapitulnych.

Jadąc szlakiem kopernikowskim odwiedzimy także Gdańsk. Tutaj przebywał co najmniej dwukrotnie. Raz w roku 1504 na weselu kuzynki (Korduli von Allen) z Reinholdem Feldstedtem, patrycjuszem gdańskim. Drugi raz na pewno w roku 1526 i to około 6 miesięcy.

Po śmierci Reinholda był jednym z trzech opiekunów wdowy i dzieci. Pozostałymi opiekunami byli: Arend Schilling i Michał Loitz. Arend to domniemany mąż Anny. Anna zaś (wzbudzająca dreszczyk emocji niemal u wszystkich) była córką kuzynki Mikołaja. A kim był Michał Loitz? Był przedstawicielem znanej szczecińsko-gdańskiej rodziny bankierskiej. O Michale powinniśmy myśleć, jadąc do lub przez Nowy Dwór Gdański. I to on właśnie z synem Jaśkiem jechał, co koń wyskoczy do Fromborka na wieść o złym stanie Doktora Mikołaja, by Jasiek mógł objąć po nim kanonię – ale o tym, kiedy indziej…

Niewyraźny herb Loitzówny z płyty nagrobnej w... Kwietniewie. Ale można go też znaleźć m.in. w Gdańsku, i Kwidzynie...

Jadąc dalej szlakiem Mikołaja – musimy też odwiedzić Malbork. Tutaj bowiem przebywał parę razy. Zresztą mówi o tym stosowna tablica na Zamku Średnim. Właśnie w Malborku w maju roku 1528 miał miejsce sejm Stanów Pruskich. Na tym sejmie Doktor Mikołaj wygłosił rozprawę „O biciu monety”.

Odsyłałam w tym miejscu do ciekawych wątków w tzw. temacie, na zaprzyjaźnionym blogu – ale odkąd blog został zlikwidowany – nagle zrobiło się pusto. Merytorycznie pusto. 😦 Dlatego też pojawiają się te wszystkie bzdury i dywagacje spłycające temat…

Wspominając o Koperniku warto pamiętać o jego taksie chlebowej!

No i trzeba koniecznie zajechać do Elbląga!!! Tak – właśnie do Elbląga. Tutaj, spacerując Ścieżką Kościelną można zastanowić się, czy kiedykolwiek szedł tędy? Szedł na pewno!! Choćby z racji powodów, dla których tu przebywał.

Ścieżka kościelna

Niestety na naszym szlaku zabraknie Królewca. Tam też Mikołaj przebywał , na zaproszenie księcia Albrechta. Zabraknie więc Królewca, bowiem po ostatniej wojnie to już nie ten Królewiec.

Celowo nie wspominam o mikołajowych obserwacjach nieba. Głównie bowiem z tego jest znany. A przecież był czynnym i świetnym administratorem. A także zdolnym strategiem. Warto prześledzić jego działania w Olsztynie podczas przygotowań do obrony.

Nie był oderwanym od realiów „badaczem nieba” – jak nam to latami wmawiano na lekcjach szkolnych. Był energicznym zarządcą ziem – co widać po jego akcjach. Jak choćby aresztowanie rybaków z terytorium państwa zakonnego. Zostali aresztowani za łowienie na Pasłęce, która byłą rzeką graniczną. Polecenie aresztu prewencyjnego dla rybaków wyszło do administratora dóbr kapituły – Doktora Mikołaja. I było w pełni uzasadnione – bo miało miejsce w czasach wojny.

Dwukrotnie też pełnił nasz bohater funkcję kanclerza kapituły.

Był też konsultantem Bernarda Wapowskiego, kiedy ten opracowywał mapę Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. A konsultacje dotyczyły topografii Prus Królewskich. Kopernik opracował też mapę zachodniej części Zalewu Wiślanego.

Ale nade wszystko był lekarzem. Wprawdzie dzisiaj jego recepty mogłyby wywołać (delikatnie mówiąc) zadumę nad składem… No bo skąd wziąć na przykład sproszkowany róg jednorożca (wiem, wiem, można na upartego z narwala…). Albo kto bawiłby się w zbieranie … łajna żaby… Gdybym zaś miała sproszkować ukochane perły, raczej bym się zapłakała…

Odwiedzając Frombork, to miejsce na końcu świata (jak pisał Doktor Mikołaj w listach do znajomych), trzeba koniecznie wspiąć się na tzw. Wieżę Radziejowskiego.  Spojrzeć w dal na Świętą Warmię.

Święta Warmia

Ileż to najeździł się po niej Kopernik, lokując opuszczone łany. Często też mijamy tam jakieś miejscowości, będące dla nas wyłącznie punktem na mapie, i nawet nie zdajemy sobie sprawy tego, że lokował ją właśnie Mikołaj.

To tyle o Mikołaju – bez niezdrowej sensacji.

Czyli Kopernik – na zdrowie 🙂

W grudniowym Świecie Kominków (2009) jest artykuł JS o Koperniku… Wielka prośba o skan, albo xero – nie zdobyłam egzemplarza… Przyjadę niedługo na kolejne doładowanie akumulatorów 🙂

Jednym słowem – oby do wiosny i do spotkania na szlaku Kopernika.

Na Subiektywnym Szlaku Kopernika.

Fromborski zachód słońca

Na zakończenie – przypominam o urodzinach Mikołaja Kopernika – to już 19 lutego!

Stoczek Klasztorny

Ponieważ zima w pełni i nie zapowiada się, by odpuściła tak szybko – robię remanent wśród zdjęć. W taki sposób nieco słońca wpuszczam do domu. Wśród tych wszystkich moich zdjęć – są takie, do których wracam chętniej niż do innych. Warmia! Święta Warmia.

Oto Stoczek zwany Klasztornym. Miejsce wyjątkowe. Pośród „nigdzie”, nagle wyłania się bryła zabudowań klasztornych.

Oto ZDJĘCIA tego miejsca na skrzyżowaniu Nigdzie z Donikąd.

Wieś Stoczek związana jest z Ornetą – osobą założyciela – biskupa Hermana z Pragi. Dzisiaj próżno by jednak szukać jego śladów. Mieści się tu jedno z licznych warmińskich sanktuariów maryjnych. Jego powstanie wiąże się z polityką i to ściśle się wiąże. Otóż w XVII wieku północne krańce Rzeczypospolitej trapione były „wizytami” szwedzkimi. Także Warmii nie ominęli. W końcu, w roku 1629 zawarto rozejm  w Starym Targu. Na sześć lat. Powszechnie obawiano się, iż po upływie tego czasu znowu kraj nawiedzą wojska. Bano się tak samo obcych jak i swoich. Cóż… Wojna, to wojna!

Biskup warmiński – ówcześnie panujący – Mikołaj Szyszkowski znany był ze swojego szczególnego nabożeństwa do Maryi Panny. W obliczu niepewnej sytuacji politycznej – biskup „powziął był ślub”, iż jeśli uda się wojny uniknąć – postawi Matce Boskiej kościół. W roku 1635 w Sztumskiej Wsi zawarty został kolejny rozejm ze Szwecją – tym razem na 26 lat.  A skoro przedłużono okres pokoju – biskup uznał to za dobrą wróżbę i… wypełnił swój ślub. Miejsce pod kościół wybrano nieprzypadkowo. Ale aby doczytać całą historię do końca odsyłam na stronę sanktuarium.

Minęło parę wieków – i w latach 1953 -1954 więziono tu kard. Stefana Wyszyńskiego. Jego celę można zwiedzić, wystarczy zadzwonić. Dzwonek znajduje się przy drzwiach.

Obecnie Stoczkiem opiekują się księża Marianie. Zakon, został założony w wieku XVII, i jest pierwszym, jaki powstał na ziemiach polskich.

Stoczek dzisiaj to przede wszystkim ciekawa bryła architektoniczna, i dzieła sztuki godne co najmniej odnotowania. No i ta ambona!!!! Żelazne dzieło kowala z Dobrego Miasta Hermana Katenbringka. Jeszcze jedno jego dzieło spotkamy – w Głotowie!!!