Z cyklu Zaproszenia – Gdańsk – MHMG Wielka Sala Wety w Ratuszu

Dostałam niezmiernie ciekawą informację od Pana Dariusza Rybackiego z Działu Edukacji, Promocji i PR-u MHMG, oto ona:

Muzeum Historyczne Miasta Gdańska

pragnie serdecznie zaprosić na prezentację
postaci neohistorycznych mebli w stylu gdańskim, która odbędzie się
18 kwietnia 2012 roku o godzinie 13:00 w Wielkiej Sali Wety Ratusza Głównego Miasta.

   Termin prezentacji nie został wybrany przypadkowo. Od prawie trzydziestu lat 18 kwietnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ochrony Zabytków, uznawany przez UNESCO za jedną z najważniejszych imprez kulturowych o zasięgu światowym. Nasza Instytucja otrzymała prezentowany komplet mebli w lutym 2012 roku. Darczyńcami są  Państwo Janine Polenthon-Steinert i Detlef Steinert, zamieszkali w Bonn.                         

     Stanowią one ciekawy przykład recepcji form historycznych, nawiązujących do bogatych dziejów naszego Miasta. Obiekty podarowane Muzeum były niegdyś częścią majątku krewnych Darczyńców, którzy w czasach międzywojennych mieszkali w Gdańsku. Opuścili Miasto pod koniec lat 40. ubiegłego wieku. Meble są więc kolejnymi pamiątkami po burzliwych dziejach Wolnego Miasta Gdańska, wchodzącymi w skład zbiorów MHMG.

     Jest to darowizna szczególnie ważna dla naszej Placówki. W sposób wymowny koresponduje bowiem z trwającą od lutego wystawą „Niniejszym przekazuję… Dary i zakupy w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska” i jest potwierdzeniem jej fundamentalnego założenia – konieczności szczególnej ochrony nie tylko zabytkowych przedmiotów, ale też rodzinnych historii z nimi związanych. 

     Wyrażamy szczerze przekonanie, że prezentacja podarowanych MHMG mebli oraz ich historii będzie wydarzeniem, które nie tylko godnie wpisze się w obchody Międzynarodowego Dnia Ochrony Zabytków, lecz także podkreśli wagę ochrony dziedzictwa kulturowego Miasta Gdańska. 

Z cyklu Zaproszenia – Sztutowo – Muzeum Stutthof

TUTAJ można przeczytać zaproszenie do Muzeum Stutthof w Sztutowie – to oficjalna strona Muzeum – z dokładnymi informacjami dla zainteresowanych udziałem w konferencji. A poniżej wyjątek z zaproszenia:

„Stutthof 2.0. Pamięć, Twórczość, Ekspresja. Muzea/miejsca pamięci i wyzwania współczesności”.

Konferencja odbędzie się w dniach 10-11 maja 2012 roku w Sztutowie i będzie jednym z głównych elementów obchodzonego w 2012 roku jubileuszu 50-lecia powstania Muzeum Stutthof w Sztutowie.

Spotkanie wielu znanych specjalistów z całego kraju poświęcone będzie przede wszystkim wszechstronnej analizie eksponowania i komunikacji o pamięci i historii najnowszej w muzealnictwie, sztuce i edukacji naszych czasów. Dzień po naszej konferencji 12 maja 2012 roku w Muzeum Stutthof odbędą się uroczystości rocznicy wyzwolenia obozu i zakończenia II wojny światowej. Honorowym patronem konferencji i obchodów jest Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski.

 Proponowany program spotkania znajduje się w załączniku. Znajdują się w nim zarówno sesje plenarne, jak i sesja posterowa oraz dwie moderowane dyskusje. Owocem obrad będzie też publikacja podsumowująca obrady.

 Z powodu bardzo dużego zainteresowania udziałem w konferencji bardzo prosimy o wcześniejsze zgłoszenie chęci swojej obecności. Można to zrobić za pośrednictwem strony internetowej.

Published in: on 12 kwietnia 2012 at 23:10  Dodaj komentarz  

Kontakt i Licencje

  • można się ze mną skontaktować mailowo:

k.czaykowska[at]gmail.com

a tutaj są moje zeskanowane identyfikatory  [bez Instruktora PTTK, i legitymacji – bo  dużo miejsca zajmują na dysku 🙂 ]:

ta data ważności – zupełnie ni z gruszki ni z pietruszki to czas, kiedy należałoby poddać się badaniom okresowym… Jakby TO akurat było najważniejsze w tym zawodzie 😉

Published in: on 12 kwietnia 2012 at 22:51  Możliwość komentowania Kontakt i Licencje została wyłączona  
Tags: , , , , , , , , , , , , , , , ,

Z cyklu Zaproszenia – Malbork – wernisaż wystawy fotograficznej

Dostałam zaproszenie do Malborka na wernisaż wystawy fotografii amatorskiej Iwony Skopińskiej.

Data wernisażu: 18 kwietnia, godzina 18:00

Adres wernisażu: Malbork, Klub 22 BLT ul. Skorskiego  33

Oto co sama Iva napisała w zaproszeniu:

Zdjęcia wyszły spod mojego palca, którym naciskałam spust migawki, z matrycy mego Canona i źrenic mych oczu.

„Spojrzenie”, bo taki tytuł nosi wystawa, to zbiór mojego patrzenia na świat, na ludzi, zwierzaki, na całkiem zwyczajne przedmioty, etc.

A do tego zaśpiewa Magda Kupińska, utalentowana, młoda osoba, której głosu zazdroszczę, zaś wiersze – wyszłe spod mojego pióra – aksamitnym głosem przeczyta cudowna Agata Kujawa.

Zapraszam serdecznie! 🙂

A o tym, że Iwona – jak mało kto – potrafi patrzeć, oraz że potrafi pokazywać to, na co patrzyła w sposób piękny – będzie można się przekonać na wystawie.

Skąd wiem, że zdjęcia są świetne?

Bo znam Iwonę i Jej wrażliwość. A także Jej poczucie piękna.

WAŻNE !!! konkurs fotograficzny – Śladami Mennonitów

Oto podaję LINECZKĘ do strony na portalu elbląskim.

Chodzi o konkurs fotograficzny – jak w tytule w portalu – „Śladami Mennonitów – konkurs fotograficzny”.

Mam nadzieję, że wszyscy rzucą się do fotografowania! Bowiem dzięki powszechnemu grzechowi zaniedbania – wkrótce nie będzie czego fotografować, jeśli chodzi o ślady materialne. Bo krajobraz na szczęście nie daje się tak łatwo zniszczyć…

A więc trzymam kciuki za jak największą ilość rewelacyjnych zdjęć.

I raz jeszcze podaję LINECZKĘ do strony o KONKURSIE i do strony z regulaminem konkursowym.

Ważne, by zapamiętać, że konkurs trwa do 15 stycznia 2013 roku i zdjęcia mają pochodzić z TEGO, czyli 2012 roku. 🙂

Published in: on 11 kwietnia 2012 at 21:40  Dodaj komentarz  

Z cyklu Zaproszenia – Olsztyn – Muzeum Warmii i Mazur (Zamek Kapitulny)

Zaiste, niektóre wydarzenia w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie zapowiadają się świetnie.

I tylko szkoda, że ZNOWU mnie ominą – mam sezon i z braku zdolności do klonowania, nie dam rady w nich uczestniczyć 😦

To, co najciekawsze na Zamku Kapitulnym, nazywa się „Cavata na olsztyńskim zamku”.  Poniżej podaję linki do owych wydarzeń.

Kwiecień

Maj

Czerwiec  (tu wyjątkowo nie Cavata, a inne wydarzenie)

Wydarzeń w Lipcu – jeszcze nie ma w kalendarzu muzealnym. Trzeba więc zaglądać systematycznie na stronę Muzeum.

A przy sposobności polecam serdecznie stronę Zamku w Lidzbarku Warmińskim. KONIECZNIE też polecam wizytę w tym niezaprzeczalnie wyjątkowym miejscu !!

Kompania Wschodnia

Moja trasa do Leeuwarden w Holandii wiodła przez Edynburg w Szkocji (jak większość moich tras „na skróty”).

Wychowana w otoczeniu Szkotów, słyszałam stale o Edynburgu, i zawsze ta nazwa wypowiadana była z zachwytem… Ciekawa więc byłam tego całego Edynburga, zwłaszcza, że krewny jednego ze znajomych mojego Taty zamieszany był w głośną kradzież słynnego Kamienia ze Scone. Przypomniałam sobie o tym, kiedy stałam przy gablocie z owym Kamieniem, żałując, że nie mogę zrobić zdjęcia…

Ale to było już PO tym, jak pełna oczekiwań – „capnęłam” aparat i po załatwieniu spraw służbowych, jakie mnie zwabiły do Edynburga – ruszyłam w miasto.

No i zobaczyłam… szarość. Kamień. Tam nie ma cegły!!! Uczciwie, tak by w domu potem móc pokazać zdjęcia wszystkich turystycznych atrakcji, zeszłam miasto w przysłowiową „tę i we w tę”. Zdjęć narobiłam około 3000. I … stęskniona za cegłą, szczęśliwa dopadłam taką dopiero w Berlikum 🙂

Ale, tak sobie wędrując po Edynburgu, metodycznie i systemowo zaliczając miejsce po miejscu, odhaczając je na spisie przygotowanym na palnie miasta – trafiłam na Ramsay Lane.

I chociaż na chwilę poczułam się raźniej… Niczym w domu, w Elblągu. Dlaczego? A to dzięki Jej Królewskiej Wysokości – Królowej Anglii, Elżbiecie I. A cóż ma królowa angielska do mojego dobrego samopoczucia? Już spieszę wyjaśnić.

Otóż na zaprzyjaźnionym świetnym blogu elbląskich Muzealników można przeczytać, że:

W 1579 roku królowa Elżbieta I wydała przywilej tworzący Angielską Kompanię Wschodnią i przyznała jej monopol na handel bałtycki. Po kilku miesiącach Elbląg stał się jedynym miejscem składu towarów angielskich, głównie sukna, które stanowiło 90% całego eksportu. Oficjalnie główna siedziba kantoru Kompanii została przeniesiona z Gdańska w 1583 roku.

            Kantor kupców angielskich znacznie wspomógł elbląską gospodarkę i przyczynił się do rozwoju miasta.

I właściwie tyle w temacie…

Tym razem zamiast mojego komentarza na temat Kompanii, polecam zajrzeć TUTAJ, bo ciekawy wpis. A także TUTAJ, po nieco więcej informacji o Kompanii (a nie jak błędnie napisano na stronie: Kampanii). Polecam też LINKA do angielskiej Wikipedii.

Ale czas też wyjaśnić mój uśmiech na widok tabliczki z nazwą ulicy.

Ramseyowie, czy Ramsayowie (bo obie formy nazwiska są używane i poprawne) byli jednym spośród znaczących rodów w Elblągu. Z dokumentów rodzinnych wynika, że elbląska linia Ramsayów istniała od przełomu wieków XVI/XVII (kiedy to urodzony w Dundee Charles Ramsay osiadł w Elbingu, zakładając rodzinę) – do roku 1863. Była też i gdańska gałąź rodziny. Wszak w ostatecznym rozrachunku, to Gdańsk wygrał wyścig do pieniędzy – przejmując działalność Kompanii w XVII wieku.

TUTAJ nieco o Ramsayach i TUTAJ też. Z tą jednak uwagą, że ród Ramsayów czy Ramseyów, jak kto woli, bierze swój początek nie w wieku XIV, a w wieku XII. Historia rodu jest niezmiernie ciekawa, jak większości rodów (nie tylko szkockich) osiadłych w Prusach na przestrzeni wieków.

O tym wszystkim myślałam, kiedy po wdrapaniu się po 287 stopniach na monument Sir Waltera Scotta, patrzyłam na pomnik Allana Ramsaya w parku… a potem przechodząc nieopodal Ramsay Gardens, jak zwykle „na skróty” do opactwa w Holyrood, także związanego z rodziną Ramsayów elbląsko-gdańskich.

Z cyklu Ciekawe – wywiad z Wielkim Mistrzem

Na nieśmiertelnym FB znalazłam ŚWIETNY artykuł w Newsweeku (z lipca 2010 roku). Ponieważ jednak niestety w sieci czasem ciekawe rzeczy giną, część artykułu wklejam poniżej.

A kto zechce całość – ma lineczkę TUTAJ. A także TUTAJ, gdzie artykuł znalazłam 🙂

A przy sposobności – wreszcie po latach dowiedziałam się, komu zapukałam w zbroję po bitwie, pytając, po czyjej (której) stronie walczył… Jego odpowiedź na moje pytanie – wtedy, po bitwie brzmiała: – „po prawidłowej stronie” („the right one, lady, the right one”). I zrozumiałam to wreszcie teraz, po lekturze artykułu. 😀

Dobrze być Wielkim Mistrzem. Rozmowa z Ulrichem von Jungingenem

rozmawiał Rafał Geremek

14 lipca 2010 21:30, ostatnia aktualizacja 09 sierpnia 2011 13:32

Z Jarosławem Struczyńskim, kasztelanem Zamku w Gniewie, odgrywającym co roku rolę Wielkiego Mistrza Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, Ulricha von Jungingena rozmawia Rafał Geremek

Newsweek: Co roku „robi” Pan za Ulricha von Jungingena. Pan sam postanowił zostać Wielkim Mistrzem?

Ulrich von Jungingen: Ktoś musi robić za Niemca. Odpowiadam tak nawet niemieckim dziennikarzom. Dla mnie ta rola jest naturalna, bo od lat pełnię funkcję kasztelana czyli komtura Zamku w Gniewie, dawnej krzyżackiej twierdzy.

Pamiętam dokładnie ten upalny lipcowy ranek przed 12 laty, kiedy po raz pierwszy wcieliłem się w rolę Wielkiego Mistrza. Myślę sobie, że pogoda musiała być podobna do tej sprzed 600 lat. Dzień wcześniej opijaliśmy spotkanie z braćmi Polakami z Mazowsza. Myśleliśmy, że mało kto przyjdzie nas oglądać. Kiedy wjechałem konno w pełnej zbroi na wzgórze koło kaplicy czując jeszcze brzemię dnia wczorajszego, zobaczyłem kilkanaście tysięcy widzów. W pierwszej chwili pomyślałem, że to armia naszego przeciwnika i zacząłem się bać, czy im damy radę w kilka tuzinów rycerzy. Mimo to ruszyliśmy na wroga. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że to turyści. Już rok póżniej oglądało nas 100 tys. widzów, rosły zastępy zbrojnych na polu bitewnym, a sława naszej bitwy rozniosła się po całym świecie. Mamy gości z Francji, Niemiec, Norwegii, ze Wschodu, a nawet z antypodów – z Australii i Nowej Zelandii. Nowozelandczyk, który przyjechał do nas, niewiele wiedział wcześniej o Polsce. Po tym jak spędził z nami trzy tygodnie, pewnego wieczoru wykrzyczał: nigdy nie przypuszczałem, że Polacy to tak wspaniały naród. Powinniście być z siebie i z własnej kultury dumni. Takich głosów jest sporo.

Newsweek: To skandal, że Zawisza Czarny walczy po stronie krzyżackiej. Proszę się wytłumaczyć.

Ulrich von Jungingen:To Tate Vaughon, Amerykanin, człowiek pełen wielkiego ducha, żołnierz zawodowy. Siedem lat temu napisał do mnie e-maila w którym napisał, że ukończył w Stanach kurs kaskaderski w Hollywood i chciałby uczestniczyć w naszej inscenizacji. Obiecywał przy tym, że stawi się z własnym oporządzeniem i koniem. Zgodziliśmy się. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w umówionym dniu podjeżdża ów sympatyczny człowiek i okazuje się, że … jest Murzynem. Chętnie przydzielilibyśmy go na stronę polską w charakterze Zawiszy Czarnego, ale on pragnął stanąć po stronie krzyżackiej. Ale ksywka została i dziś wszyscy nazywają go Zawiszą. Dzielnie spisuje się w bitwie. Od sześciu lat przyjeżdża co roku, teraz też oczywiście przybędzie.

Newsweek: W tym roku trzynasty raz zginie pan jako Wielki Mistrz. Słyszałem, że pod Grunwaldem naprawdę można zginąć.

Ulrich von Jungingen: Owszem. W 1999 roku moja dusza omal nie dołączyła do prawdziwego Ulricha. Inscenizacja jest wprawdzie bezpieczna, ale tam gdzie są konie zawsze trzeba mieć się na baczności. Wziąłem wtedy do walki konia sportowego, co było błędem. Kiedy w ostatniej scenie stanąłem na nim naprzeciw próbujących ubić mnie Litwinów i Polaków, koń stanął dęba, a ja śmignąłem na plecy. Koń przestraszył się atakujących, cofnął się i przeszedł po mnie. Zbroja wytrzymała ciężar, ale jedno kopyto stanęło na moim odsłoniętym śródstopiu, miażdżąc je. Wylądowałem w szpitalu w Ostródzie, gdzie cała ekipa lekarska się ogromnie się uradowała widząc mnie w zbroi. „Dopiero co oglądaliśmy inscenizację w telewizji, a tu nieboszczyk Ulrich już u nas” – usłyszałem.

Potem wsadzili mnie w gips i odesłali z powrotem pod Grunwald. Tam już kończyły się uroczystości pogrzebowe i zaczynała się biesiada polsko-krzyżacka, gdzie pito za zdrowie Wielkiego Mistrza. Czułem się trochę głupio w tym gipsie po jaja, ale wdzięczny byłem Bogu, że przeżyłem. Któregoś razu bezpośrednio po „śmierci” udzieliłem wywiadu dla niemieckiej telewizji. Reporter telewizji ZDF podszedł do mnie leżącego na polu bitewnym i zapytał o wrażenia. Ja na to: W tym niebie jest pięknie, cisza, spokój, ale dlaczego wszyscy mówią po polsku? Myślałem, że oni to wytną, ale poszło na całe Niemcy.

Newsweek: W następnym roku doszło do rewanżu.

A o rewanżu, wraz z resztą artykułu można przeczytać TUTAJ

Published in: on 10 kwietnia 2012 at 20:13  2 Komentarze  

Ełdyty Wielkie – nepotyzm – obelisk i plotki rodowe

Nie tak dawno, bo w październiku przejeżdżałam przez Ełdyty Wielkie.

Intrygujące miejsce. A to za sprawą (między innymi) dwóch nazwisk i pomnika w formie obelisku. Nazwiska to von Hatten i von Strachowsky, a obelisk – został poświęcony pamięci Wilhelma Strachowsky’ego, który w wieku 22 lat zginął w pojedynku. Ponoć był to ostatni legalny pojedynek na tych terenach. I nigdzie nie udało mi się znaleźć nic więcej o owym młodzieńcu. Ani czy był jedynakiem, czy najstarszym, czy najmłodszym z rodziny…

Rodzina von Strachowsky pozostała właścicielami Ełdyt Wielkich od roku 1908 do roku 1945. Do roku 1908 zaś Ełdyty Wielkie były własnością von Hattenów. A obie rodziny były spowinowacone…

Z rodziny von Hattenów, ale z gałęzi lemickiej pochodził biskup Warmiński Andrzej Stanisław von Hatten (Hattyński). Lomitten (Limity/Lemity), to nieistniejąca obecnie wieś mniej więcej w połowie drogi między Miłakowem a Ornetą (okolice Stolna?).

A tytułowe Ełdyty Wielkie?

Jak pisze dr Jan Chłosta w swoim Słowniku Warmii (Wyd.Litera Olsztyn, 2002), wieś Ełdyty położona jest w pobliżu rzeki Pasłęki. Lokował ją bp. Henryk Fleming w roku 1289 na pruskim polu Elditten. I w myśl dobrze pojętego nepotyzmu ( 😉 ) podarował 110 włók (1 włóka = ok. 16,8 ha) swojej siostrze Walpurgis i szwagrowi Konradowi Wendepfaffe (rodzina związana z rodem Padeluch). Przypuszcza się, że Henryk (jeden z czterech braci Padeluchów) mógł być potomkiem mieszczanina lubeckiego – Jana. Jedyne co o nim wiadomo, to to że był szalenie energicznym człowiekiem.  I że był zasadźcą Sępopola (Schippenbeil) oraz Kętrzyna (Rastembork). Miejscowości odległe były w owym czasie o dzień drogi konno (około 40 km). Przypuszcza się że miejscowość Podlechy (nieopodal Korsz) mogła należeć do owego energicznego krewnego lubeckiego mieszczanina. Tyle wiadomo… Wiadomo też, że wszystkich (czyli Wendepfaffa, Padeluchów i biskupa) łączyło miasto pochodzenia: Lubeka.

Rok lokacji wsi to także rok powstania parafii. Zatem to bodaj najstarsza wieś parafialna na Warmii. Kościół ełdycki nosi wezwanie Św. Marcina i został wybudowany w początkach wieku XIV. W latach 40. tego wieku pojawia się wzmianka o proboszczu. W XIX wieku kościół remontowano (w latach 1885-1886).

Wnętrza kościoła to głównie neogotyk i nieco baroku.

Ale – jest też płyta nagrobna Jana Nenchena. Był on burgrabią orneckim (to przełom wieków XVI i XVII).  Kiedy odsłoniłam płytę spod dywanika, i przeczytałam nazwisko, natychmiast błysnęło mi światełko w głowie. Bo właścicielem Ełdyt w roku 1634 był niejaki Eustachy Nenchen. Z tej to rodziny także pochodził Eustachy Placyd Nenchen (kanonik warmiński, żyjący w latach 1597-1647). Kanonik był krewniakiem owego burgrabiego orneckiego, Jana, z płyty sprzed ołtarza ełdyckiego…. Miał też kanonik dwóch braci: Kasper był cystersem, a Jakub był rajcą w Braniewie.

Jak to mówią – wszystko zostaje w rodzinie 😉

Wracając do kościoła… Ten najstarszy (wg Jana Chłosty) kościół na Warmii, jak wieść gminna niesie, najbardziej ucierpiał zimą 1945 roku.  Na wieży kościoła ponoć miał swoje stanowisko niemiecki snajper. I w związku z tym – Rosjanie ostrzelali właśnie wieżę…

Oczywiście po wojnie – w Ełdytach osadzono PGR…

Dzisiaj Ełdyty są małą miejscowością położoną ok. 40 km na płn zachód od Olsztyna. Gniazdo bocianie nadaje dodatkowego uroku tej warmińskiej wsi.

I rzadko kto zdaje sobie sprawę, że i tutaj w wieku XVIII zawitał szał polowań na czarownice. Otóż w roku 1747 niejaką Dorotę Zegger oskarżono o konszachty z diabłem, bo zbyt często chodziła na potańcówki (!!). Została za takie kontakty skazana na karę stosu. Ówczesny właściciel Ełdyt, Theodor von Hatten nieco „zmodyfikował” wyrok. Otóż kazał katu nieszczęsną ściąć, i dopiero martwą spalić.

A tak w ogóle, to ów Teodor Hatten (Hattyński)… był synem Nenchenówny… Otóż  wspomniany wyżej Jakub Nenchen, rajca braniewski miał syna, a ten córkę. Owa córka – Anna Marianna, wyszła za Zygmunta Alberta von Hatten, pana na Ełdytach (i paru innych wsiach). Ich synem był właśnie ów Teodor od stosu…

No i o tym wszystkim sobie przypomniałam, kiedy patrzyłam na opłakany stan dworu (będącego od 20o2 roku prywatną własnością), i kiedy spacerowałam z aparatem w ręku po terenie przykościelnym. A skojarzenia sprowokowała… płyta Nenchena.

Przypadki czasem doprowadzają do całkiem ciekawych skojarzeń…

😉

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Święta Lipka – suplement w nowym kolorze

Na śmierć zapomniałam!!!

Przecież jechałam niedawno przez Św. Lipkę! Wtedy to po długiej restauracji, i po zdjęciu wreszcie rusztowań, świątynia ukazała się w nowej szacie kolorystycznej. Taki kolor ponoć wyłonił się restauratorom spod warstw przemalowań, i konserwatorzy orzekli, iż taka musiała być „oryginalna” barwa elewacji świątyni. Niektórych ów kolor szokuje, i przyrównywany jest do kolorytu bielizny… Ale pragnę przypomnieć, że to czasy tzw. szarości powojennej – skutecznie zabiły w ludziach poczucie i wyczucie kolorów. Tzw. dawne czasy były kolorowe. To powojenna Polska zapadła w szarość i burość.

Acha, z tego, co wiem, to restauracja wcale się jeszcze w świętolipskiej świątyni nie skończyła.

I aż serce boli na myśl, że w tzw. międzyczasie moje ukochane Krosno koło Ornety może zniszczeć całkiem…

Ech…

Załączam tu zdjęcia Św. Lipki w nowym makijażu 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.