… a dzisiaj w TVN…

Policjant z pasją

Rysiek był jedną z pierwszych osób w Wiadomym Zamku, która mi zaproponowała materiały na nauki, podczas kursu. On i jego Żona, Ania – dzielnie mnie wspierali w moich przygotowaniach do najważniejszych egzaminów w życiu. I, między innymi, to właśnie dzięki ich wsparciu – zdałam. Praktyczny na 6 i teorię na 5 😀

A więc jeśli ktokolwiek będzie chciał zwiedzić Wiadomy Zamek niestandardowo, bez wysłuchiwania tysiąca dat i suchych faktów, a będzie chciał usłyszeć o LUDZIACH i ich CZASACH, to Rysiek jest odpowiedni.

Napisałam w moim angielskim Tutivillusie, że miałam szczęście w życiu, bo zdobyłam Wiadomy Zamek, i spotkałam po drodze Ludzi z Pasją, Życzliwych i pełnych Sympatii dla Świata.

Ania i Rysiek należą do tego grona.

😀

Zwykła niezwykła wycieczka cz.1 – wilki

W zleceniu wyraźnie „stało”, że jadę m.in. do Mariampola na Litwie. A grupę miałam spotkać w Suwałkach. Rano.

A więc trzeba było jakoś do nich i po nich dojechać…

Wyjechałam z Gdańska o zmroku, po skończeniu oprowadzania – tak by dojechać do Giżycka na nocleg. Tam się zdecydowałam zatrzymać, by rano ruszyć do Suwałk po moją grupkę.

Na trasie było niemal pusto…

Za Kętrzynem – chyba gdzieś w okolicach Kwiedziny, nagle z lasu wyszedł pies. Zwolniłam – w nocy pies… Taki jakiś duży i dorodny. Sam na drodze, w lesie, nie wiadomo co mu strzeli do głowy… Miałam nadzieję, że nie ranny jakiś, bo przecież nie przejechałabym obok, tak po prostu. Pies stanął na poboczu i odwrócił głowę, spoglądając w światła reflektorów. Skoro stanął na poboczu, a na rannego nie wyglądał, to przejechałam sobie wolno, przypatrując mu się „jednym okiem”. Zgłośniłam sobie muzyczkę, i w dobrym nastroju jechałam dalej – odliczając, ileż to mi jeszcze zostało do Giżycka… Kawałek za zjazdem do Martian, znowu jechałam przez las (tak, jakby las stanowił tu jakiś ewenement). I znowu musiałam zwolnić – bo na drodze ponownie ukazał się pies. Tak samo duży, jak poprzedni. Stał, podobnie jak tamten – na poboczu. W jego postawie jednak było coś, co mimowolnie przywołało na myśl historie Mowgli’ego

Wyłączyłam długie światła, żeby go nie oślepiać, i wolno podjechałam. Spojrzał w moim kierunku, po czym spokojnie wrócił w leśną ciemność, z której wyszedł. Przejechałam wolno, zastanawiając się skąd dwa podobne psy w dość dużej odległości tak od domostw, jak i od siebie.

I nagle mnie olśniło. Na myśl mi przyszedł sierpniowy artykuł na portalu MojeMazury.pl.

Wilcy wrócili 🙂

Zupełnie irracjonalnie zrobiło mi się nieswojo, zwłaszcza kiedy przypomniałam sobie oczy tych obu „psów”. Jednocześnie pomyślałam o wspaniałych zdjęciach wilków, jakie kiedyś Adam Wajrak zamieścił  gdzieś w sieci. No cóż, rzadko zdajemy sobie sprawę, jak piękne to zwierzęta, dopóki ich nie spotkamy osobiście. Ja to moje spotkanie zapamiętam na pewno! Oba zwierzęta były piękne i wzbudzały szacunek…

A ja – w zachwycie po niespodziewanym spotkaniu, zajechałam w końcu do Giżycka. Tradycyjnie – ze trzy razy przejeżdżałam przez most obrotowy na kanale Łuczańskim, zanim dojechałam do mojego hotelu. Kiedy po raz drugi przejeżdżałam przez Kanał, pomyślałam, że następnym razem zatrzymam się w hotelu St. Bruno. Nocleg w hotelu, koło którego i tak się przejeżdża niemal zawsze, może być alternatywą na krążenie po mieście nocą. Pamiętam ten obiekt, zanim stał się hotelem. Nikt chyba nie przypuszczał, że ten walący się budynek stanie się niejako wizytówką Giżycka.

A tak w ogóle, to warto – jadąc do, lub przez Giżycko, przypomnieć sobie jego historię. TUTAJ jest odnośnik… No i koniecznie trzeba wygospodarować czas na odwiedzenie Twierdzy Boyen… Robi wrażenie nawet na odpornych na pruską architekturę militarną 🙂

p.s. i niech mi NIKT nie mówi, że w Giżycku nie można się zgubić 🙂 mnie się to zdarza systematycznie od paru ładnych lat 😀

Z cyklu Ciekawe – Kawa po franciszkańsku w Pakości

Poniżej wklejam w całości artykuł z Aktualności Turystycznych.

Komentarz?

Jeden: rewelacyjny pomysł!!!!

Kawa wygląda jak piekielna smoła, jednak działa cuda towarzyskie nawet w klasztorach. Wiadomo, dla towarzystwa „kowal dał się powiesić, a kapucyn ożenić”. Ze związku potrzeby i przyjemności w Pakości na Kujawach (województwo kujawsko-pomorskie) zrodziła się kawa po franciszkańsku. Ojcem pomysłu jest Inowrocławska Lokalna Organizacja Turystyczna, a personalnie jej prezes, Szymon Grudziński.

Ściślej mówiąc, pomysł narodził się jakieś dwa lata temu na… kursie dla bezrobotnych. Prezes Grudziński, właściciel biura turystycznego w Inowrocławiu i restauracji w Toruniu, był na nim wykładowcą. Kawa po franciszkańsku może być odtrutką na bezrobocie w Pakości, uznał. Pomysł bezrobotnym się spodobał: jest klasztor franciszkański, zakonnicy zajęli się na wielką skalę remontem miejscowej Kalwarii – perły architektury i klejnotu sztuki Kujaw. Żeby uatrakcyjnić turystom pobyt i zatrzymać ich tu na dłużej, warto zaproponować im coś więcej. Klasztory słyną z dobrej kuchni, kawa po franciszkańsku może być wabikiem.

Turysta wyręczy młynek

Entuzjazm w zakonie nie wszystkim się udzielił, ale „dłużej klasztora niż przeora”. Na dobre kawa zagościła w refektarzu zakonnym w tym roku (2012), jej parzenie to istny rytuał, zamiast młynka używają tu kamieni, niczym żaren, pozostawiając mielenie turystom, co jest dodatkową atrakcją.

Potem robi się tajemniczo. Porcelanowe dzbanki miejscowe parafianki biorą w dłonie i osobiście nalewają kawę turystom, którzy ochoczo podstawiają filiżanki. Czegoś więcej z pękatego naczynia dolewa do filiżanek kolejna niewiasta. Co? – nie wiadomo. Niektórzy wyczuwają cynamon, z pewnością w kawie jest miód, bo to składnik, który samemu dolewa się do kawy z pojemników stojących na stole. Zapytani o recepturę kawy po franciszkańsku miejscowi nabierają wody w usta. A smakuje wybornie, jest aromatyczna, co muszę przyznać, choć kawy nie pijam, czym wzbudzam zdziwienie w towarzystwie kleru niczym kosmita. Nie spróbować jednak turystycznej kawy po franciszkańsku byłoby reporterskim zaniechaniem, czyli grzechem. Ryzyko się opłaciło.

Do kawy pasuje ciastko, w Pakości robią je sami, pakują po trzy w celafon, dokładają po obrazku papieża-Polaka i widokówkę z widokiem Kalwarii Pakoskiej. Na pamiątkę i jako przypomnienie, że Jan Paweł II też podróżował i takie miejsca jak Pakość traktował z atencją jako szczególny nośnik kultury, tradycji i wiary.

Żywy przewodnik na deser

Przy takim poczęstunku świetnie smakują opowieści, które snuje miejscowy przewodnik. Turyści robią wielkie oczy, dowiadując się, że siedzą w dawnej sali rycerskiej. Zamek i kościół w Pakości to jeden kompleks architektoniczny, wyrósł w miejscu zamku, którego załoga dzielnie stawiła w 1332 r. opór Krzyżakom. Najechali Kujawy, pustosząc je. Na zamku w Pakości połamali sobie zęby. W czym wielka zasługa wojewody brzeskiego Wojciecha z Kościelca, który dowodził obroną. – Na Kujawach oparł się im jedynie nasz zamek – opowiada przewodnik nie kryjąc dumy.

W poł. XV w. w Pakości zagościł ruch husycki, który narodził się jako znak  sprzeciwu wobec korupcji, wynaturzeń i nadmiernego bogacenia się kleru w Kościele katolickim. Jednak choć miał on charakter oddolny, ludowy i niósł idee braterstwa nie wszędzie dobrze wspominają husytów, bo ich frustracja przerodziła się w agresję, idąc przed siebie bywali okrutni, palili kościoły, mordowali zakonników. Tak stało się choćby w Ząbkowicach Śląskich na Dolnym Śląsku, gdzie splądrowali miasto i torturowali mnichów z miejscowego klasztoru dominikanów.

Gdy zamek w Pakości wszedł w okres kontrreformacji, jego stan był fatalny. Obecnie zostało z niego niewiele, m.in. pierwotny układ przestrzenny z dwoma wjazdami wskazującymi na podział na zamek dolny i zamek górny.

Meandry niedzielne

Wciąż nie zrobiłam porządku w sezonowych zdjęciach i w notatkach z tras. Nie mam na to czasu. Na to przyjdzie chwila już po sezonie – może w grudniu po ostatniej wycieczce. Wtedy posegreguję zdjęcia, dopiszę komentarze i umieszczę na blogu.

Ale, mimo tego mam jednak coś niecoś.

Mam parę zdjęć z dzisiejszego „objazdu trasy”, jaki musiałam zrobić przed następną wycieczką dawnych mieszkańców Żuław (nie tylko zresztą Żuław).

Daruję sobie uszczypliwości na temat stanu tak cmentarzy jak i niektórych domów podcieniowych, które tracimy przez …  i tu proszę sobie samemu dopisać, przez co…

No więc dość goryczy – Żuławy są tak piękne, że nawet usilne starania, by je przez ostatnie przeszło 60 lat zniszczyć, nie dały rezultatu.

W załączonym krótkim filmiku na youtube pokazałam to, co mi dzisiaj „wpadło” w obiektyw 🙂

No i chmury… Od paru lat zauważyłam, że najczęściej da się filmować tylko chmury. Jest ich więcej i częściej wiszą nisko nad polami, niż dawniej. A że są malownicze, to i chętnie je fotografuję…

A przy sposobności wpadliśmy na obiad do Mistrza Gałązki, i zachwyciliśmy się zupą kurkową, pierogami, czarnym kurczakiem i omletem rycerskim…  Zachwyt trwa i chyba wymaga powtórki w niedługim czasie…

W biegu – z trasy – po drodze

Sezon „jeżdżony i biegany”.

No i nie da rady pisać. Może by i dało, ale do „robienia” trasy ustalonej dochodzi robienie trasy swojej, na tzw. „zaś”. No i przygotowywanie się każdorazowe do każdej wycieczki…

I nagle okazuje się, że brakuje czasu na czytanie dla siebie i na pisanie z sensem 😉

A tymczasem – nazbierało się wrażeń, oj nazbierało… Daruję sobie te prywatne i złośliwe, a skoncentruję się raczej na uwagach z trasy.

Przede wszystkim – Bristol. Wielki zawód. To zdecydowanie i na pewno już nie ta klasa z opowiadań o babcinych wizytach. No i to nawet już nie ten hotel z dzieciństwa, kiedy pachniał luksusem i wyjątkowością przy każdej wizycie w Polsce. Wtedy nie każdego było na niego stać, nie każdy też mógł tam mieszkać… A dzisiaj? hm… praktycznie żadna różnica (poza cenową) między tym, a innymi dobrymi hotelami. A śniadania? słynne śniadania? są niestety takie same, jak gdziekolwiek indziej. Chociaż – bekon mają bardziej spalony 😉

Co do reszty – zdecydowanie miłe zaskoczenie w gdańskiej Brovarni. Chyba zmieniono tam szefa kuchni, bowiem ryba wreszcie ma smak. I wreszcie nie jest wyprana. Ale aby ugruntować wrażenie – muszę zabrać tam jeszcze parę grup 😉

Częstochowa… Hm… no cóż, może kiedyś doczeka się hotelu z prawdziwego zdarzenia. Ale, tu również zmiana na lepsze 😉 zeszłoroczny raban i pismo do centrali dał widać efekt… Miasto też zaczyna robić coraz lepsze wrażenie, jest coraz ładniejsze.

A co do całej reszty trasy – hm… Kraków jak zwykle tłumny i powala na kolana, Warszawa kolorowa i pełna ciekawostek, Toruń – jak zwykle zachwycający.

A jak na tle tych wielkomiejskich atrakcji wypada mój ukochany  Frombork?

Świetnie!

Kawa i ciastko w Wieży Wodnej, w miłej atmosferze, i z widokiem na Wzgórze Katedralne. To wszystko powoduje, że wszystkie moje grupy, bez wyjątku, są zachwycone Fromborkiem. Pomijam już samą katedrę czy muzeum, które ma świetną ekspozycję (wielka zmiana na PLUS). Tu całość (łącznie z Tolkmickiem, Suchaczem czy Kadynami) sprawia, że to tutaj moje grupy (i ja) znajdują odpoczynek. I co ważniejsze, to tutaj w końcu naprawdę rozumieją życie Doktora Mikołaja K. Ale też i tutaj łatwiej tłumaczyć sens roku 1945. A także to, co wydarzyło się potem.

To tyle… Następny raport z trasy – nie wiem kiedy 🙂

Zdjęcia zamieściłam  TUTAJ – bo na blogu zabrakło już miejsca 🙂

Prosto z Wiadomej Restauracji – z Wiadomego Zamku

Znalazłam taką wiadomość – wpisaną przez Bogdana Gałązkę na nieśmiertelnym (?) Facebooku:

Z Gothic Cafe nikt nie wychodzi głodny, ale jeśli macie ochotę zabrać ze sobą odrobinę naszych smaków lub podzielić się nimi z kimś, kto nie mógł akurat nas odwiedzić – mamy dla Was pyszne rozwiązanie.
Dla tych, którzy mają do nas chwilowo za daleko, lub nie mogą doczekać się odwiedzin w Malborku, przygotowujemy właśnie możliwość zamówienia sobie naszych łakoci w paczce, prosto do domu.

Nooooooooooooo, to dopiero rewelacyjna informacja!!!

Teraz można będzie zamówić do domu – między innymi – choćby owe słynne i absolutnie niebiańskie PRALINY Mistrza Gałązki !!

Na elegancki prezent!!!

Na każdą okazję 🙂

Ach, i te ich konfitury o smaku zupełnie domowym – jak u przysłowiowej babci…. Mniam…

W niedzielę wiozę grupkę na Zamek – więc na pewno wpadnę na lunch i … PRALINKĘ 😉

Z cyklu Ciekawe – Lech Słodownik o Szwajcarach w Elblągu

I kolejny ciekawy artykuł Lecha Słodownika – jaki w całości kopiuję z portalu NaszElbląg.pl

Wprawdzie od zarania dziejów Elbląga przeważającą część jego mieszkańców stanowili Niemcy, tym niemniej w mieście osiedlali się również przedstawiciele innych nacji, by wymienić wypędzonych Hugenotów z Francji, Szkotów i Anglików, mennonitów, protestantów wypędzonych z Salzburga w Austrii, Żydów, Polaków oraz Szwajcarów. 



Hotel Dwór Królewski na rogu ul. Krótkiej i Placu Słowiańskiego. Na prawo – wejście do pierwszej siedziby konsulatu Szwajcarii w Elblągu - Autor: archiwum Lecha Słodownika

Elbląg stanowił swoisty tygiel narodowościowy i kulturowy – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. W dziejach miasta nie odnotowano jakiś głośnych waśni, animozji narodowościowych czy religijnych, a wręcz przeciwnie – wszyscy czuli się tutaj dobrze i na ogół szybko asymilowali się z miejscowymi. Po I wojnie światowej była w Elblągu krótko Agencja Polska (przejęta później przez Konsulat Polski w Kwidzynie) oraz działały konsulaty Danii, Estonii, Szwecji, Holandii i Szwajcarii.

W nowożytnych dziejach Elbląga Szwajcarzy odegrali niepoślednią rolę, więc parę słów na ten temat. Przed II wojną światową na terenie Niemiec mieszkało prawie 54 tys. Szwajcarów, z czego na terenie Prus Zachodnich i Wschodnich ok. 2 tys. Osadnictwo szwajcarskie w Elblągu, na Żuławach i innych terenach miało w większości charakter gospodarczy. Wg danych statystycznych ok. 60 % osadników szwajcarskich zaangażowanych było w produkcji serów, 30 % w przemyśle mleczarskim a ok. 10 % w innych dziedzinach gospodarki. Z tego powodu już w 1879 r. został otwarty w Królewcu pierwszy konsulat szwajcarski, który w 1920 r. został przeniesiony do Elbląga i był w tamtym czasie siódmym przedstawicielstwem Szwajcarii na terenie Niemiec.

Od 1.04.1939 r. konsulat w Elblągu reprezentował interesy Szwajcarów również z terenu Wolnego Miasta Gdańska oraz z Okręgu Kłajpedy. 
Do dzisiaj w bliższej i dalszej okolicy Elbląga zachowało się wiele mleczarni i serowni, które przed 1945 r. prowadzili z dużymi sukcesami Szwajcarzy. W Elblągu dużą serownię i skład serów szwajcarskich oraz tylżyckich prowadził przy Mühlendamm 52 i 53 (obecnie R. Traugutta) Heinrich Wüthrich, który miał ponadto zakłady w Adamowie, Wikrowie, Nowakowie, Nogatowie, we wsi Stobiec oraz na terenie Wolnego Miasta Gdańska.

Spośród elbląskich Szwajcarów kilku było elektromechanikami, inżynierami a nawet kaznodziejami. Wymienić trzeba m.in. wybitnego inżyniera Theodora Müllera, który był bliskim współpracownikiem F. Schichaua i K. Ziese. W Malborku i Królewcu działały stowarzyszenia skupiające Szwajcarów.


Pierwszym konsulem honorowym Szwajcarii w Elblągu został 10.12.1920 r. Ernst Stucki, który urzędował początkowo w biurze przy Placu Fryderyka Wilhelma 18 (obecnie Plac Słowiański) obok hotelu „Dwór Królewski”, a następnie przy Alei Grunwaldzkiej 45, w masywnym, secesyjnym budynku z przełomu XIX/XX w. Z początkiem września 1943 r. został przemianowany w konsulat zawodowy. Po 1945 r. znajdowała się tutaj pierwsza siedziba elbląskiego starostwa powiatowego.


Konsul E. Stucki będąc już dosyć nobliwym wieku, poślubił latem 1944 r. w kościele NMP młodą elblążanką, swoją gosposię i na początku 1945 r. wyjechał do Szwajcarii. Zastępował go wicekonsul Karl Brandenburger, którego wspomnienia z walk o Elbląg i pierwszych powojennych miesięcy 1945 roku stanowią niezwykle cenne źródło historyczne do poznania tamtego ponurego i tragicznego okresu. Elbląscy Szwajcarzy kierowali się wówczas dosyć naiwnym przekonaniem, że ich ta wojna nie dotyczy a czerwonoarmiści uszanują szwajcarskie paszporty. Wkrótce okazało się, że „wsypani do jednego wora” z Niemcami byli podobnie traktowani. Obrabowano ich z wszelkiego dobytku, paszporty oraz listy ochronne porwano (ZSRR nie miał wówczas żadnych kontaktów dyplomatycznych ze Szwajcarią) i internowano w piwnicy budynku przy Lessingstraße (w latach 1975 – 1999 siedziba Urzędu Wojewódzkiego).

Stopień ich naiwności obrazowały m.in. takie fakty jak wywieszane na domach flagi Szwajcarii lub zamieszczane napisy w rodzaju: „Ten dom jest własnością obywatela Szwajcarii. Pod groźbą kary zabronione jest jakiekolwiek jego uszkadzanie lub niszczenie”. Szwajcarzy nie zdawali sobie sprawy, że dla sowieckich kul, bomb oraz krasnoarmiejców jest to wszystko ganz egal /wsio rawno! Nie polepszyła ich losu także bezpośrednia rozmowa K. Brandenburgera z sowieckim generałem G. I. Anisimowem.

Czy obecnie są jakieś ślady pobytu pracowitych i zaradnych Szwajcarów w Elblągu i okolicy? Oczywiście tak. Jest to zachowany budynek konsulatu, zabudowania nieczynnych już serowni, mleczarni oraz funkcjonujące wśród starszych ludzi takie określenia słowne jak „szwajcar”, „ober-szwajcar”, czy „wyglądasz jak szwajcar” etc. Odnoszą się one do nie istniejącego już zawodu mleczarza zajmującego się udojem krów, obrządkiem przy świniach, który nie zawsze schludnie wyglądał i niezbyt zachęcająco „pachniał”. W Elblągu przy ul. Sadowej/Bema znajduje się stosunkowo dobrze zachowany cmentarz, gdzie chowano Szwajcarów z miejscowej protestanckiej gminy reformowanej. Już kilkanaście lat mieszka w naszym mieście Brigida Strazzer-Gawron, która znalazła tutaj swoją drugą – szczęśliwą ojczyznę i jest powszechnie akceptowana przez tubylców.

Niestety, nie ma już żadnych przedstawicielstw dyplomatycznych, chociaż… niektórzy mówią, że naprzeciwko dawnego konsulatu Szwajcarii przy Alei Grunwaldzkiej 45 mamy od 1995 r. amerykańską ambasadę, czyli… restaurację McDonalds!

Lech Słodownik



Kompania Wschodnia

Moja trasa do Leeuwarden w Holandii wiodła przez Edynburg w Szkocji (jak większość moich tras „na skróty”).

Wychowana w otoczeniu Szkotów, słyszałam stale o Edynburgu, i zawsze ta nazwa wypowiadana była z zachwytem… Ciekawa więc byłam tego całego Edynburga, zwłaszcza, że krewny jednego ze znajomych mojego Taty zamieszany był w głośną kradzież słynnego Kamienia ze Scone. Przypomniałam sobie o tym, kiedy stałam przy gablocie z owym Kamieniem, żałując, że nie mogę zrobić zdjęcia…

Ale to było już PO tym, jak pełna oczekiwań – „capnęłam” aparat i po załatwieniu spraw służbowych, jakie mnie zwabiły do Edynburga – ruszyłam w miasto.

No i zobaczyłam… szarość. Kamień. Tam nie ma cegły!!! Uczciwie, tak by w domu potem móc pokazać zdjęcia wszystkich turystycznych atrakcji, zeszłam miasto w przysłowiową „tę i we w tę”. Zdjęć narobiłam około 3000. I … stęskniona za cegłą, szczęśliwa dopadłam taką dopiero w Berlikum 🙂

Ale, tak sobie wędrując po Edynburgu, metodycznie i systemowo zaliczając miejsce po miejscu, odhaczając je na spisie przygotowanym na palnie miasta – trafiłam na Ramsay Lane.

I chociaż na chwilę poczułam się raźniej… Niczym w domu, w Elblągu. Dlaczego? A to dzięki Jej Królewskiej Wysokości – Królowej Anglii, Elżbiecie I. A cóż ma królowa angielska do mojego dobrego samopoczucia? Już spieszę wyjaśnić.

Otóż na zaprzyjaźnionym świetnym blogu elbląskich Muzealników można przeczytać, że:

W 1579 roku królowa Elżbieta I wydała przywilej tworzący Angielską Kompanię Wschodnią i przyznała jej monopol na handel bałtycki. Po kilku miesiącach Elbląg stał się jedynym miejscem składu towarów angielskich, głównie sukna, które stanowiło 90% całego eksportu. Oficjalnie główna siedziba kantoru Kompanii została przeniesiona z Gdańska w 1583 roku.

            Kantor kupców angielskich znacznie wspomógł elbląską gospodarkę i przyczynił się do rozwoju miasta.

I właściwie tyle w temacie…

Tym razem zamiast mojego komentarza na temat Kompanii, polecam zajrzeć TUTAJ, bo ciekawy wpis. A także TUTAJ, po nieco więcej informacji o Kompanii (a nie jak błędnie napisano na stronie: Kampanii). Polecam też LINKA do angielskiej Wikipedii.

Ale czas też wyjaśnić mój uśmiech na widok tabliczki z nazwą ulicy.

Ramseyowie, czy Ramsayowie (bo obie formy nazwiska są używane i poprawne) byli jednym spośród znaczących rodów w Elblągu. Z dokumentów rodzinnych wynika, że elbląska linia Ramsayów istniała od przełomu wieków XVI/XVII (kiedy to urodzony w Dundee Charles Ramsay osiadł w Elbingu, zakładając rodzinę) – do roku 1863. Była też i gdańska gałąź rodziny. Wszak w ostatecznym rozrachunku, to Gdańsk wygrał wyścig do pieniędzy – przejmując działalność Kompanii w XVII wieku.

TUTAJ nieco o Ramsayach i TUTAJ też. Z tą jednak uwagą, że ród Ramsayów czy Ramseyów, jak kto woli, bierze swój początek nie w wieku XIV, a w wieku XII. Historia rodu jest niezmiernie ciekawa, jak większości rodów (nie tylko szkockich) osiadłych w Prusach na przestrzeni wieków.

O tym wszystkim myślałam, kiedy po wdrapaniu się po 287 stopniach na monument Sir Waltera Scotta, patrzyłam na pomnik Allana Ramsaya w parku… a potem przechodząc nieopodal Ramsay Gardens, jak zwykle „na skróty” do opactwa w Holyrood, także związanego z rodziną Ramsayów elbląsko-gdańskich.

Z cyklu Ciekawe – Telewizja Elbląg

Od jakiegoś czasu śledzę krótkie audycje w Telewizji Elbląg.

Mam sentyment do tego miasta, nie tylko ze względu na powiązania rodzinne, ale też dlatego, że to po prostu piękne miasto. Tutaj zdałam egzamin państwowy na przewodnika terenowego warmińsko-mazurskiego; tutaj też od lat jeżdżę patrząc jak miasto rośnie miasto (nazywane jest to retrowersją bodaj); tutaj przywożę moich mennonickich znajomych pod dom Joosta van Kempen; tutaj jadam smaczne pierogi, i pijam pyszną kawę w jednej z zachowanych piwnic na Starym Mieście. Mam tez nadzieję, że w końcu doczekam się pomnika Hermanna von Balka, któremu Elbląg zawdzięcza istnienie i potęgę, tak zniszczoną (i zapomnianą) po wojnie.

Programy, jakie realizuje Telewizja Elbląg są niezmiernie ciekawe. I szczerze je polecam – zamieszam łącze do działu HISTORIA, gdzie można posłuchać i obejrzeć parę ciekawych nagrań.

Migawki Gdańskie – Lwi Zamek

Robiąc porządki w artykule o gadającej głowie (mojej) wydzieliłam z tekstu dwie, osobne części: Gdański herb z Nowego Dworu Gdańskiego i Schwartzwaldowie.

Wśród zamieszczonych w tekście zdjęć, znalazło się też zdjęcie kamienicy numer 35, położonej przy ulicy Długiej.

Kamienica owa od bodaj XIX wieku funkcjonuje w świadomości Gdańszczan jako Lwi Zamek. A to dzięki dwóm kamiennym lwom ozdabiającym portal. Lwy te najprawdopodobniej pozostały po przedprożu, rozebranym jak wiele innych w Gdańsku – właśnie w wieku XIX. Wielce aktywny na polu „unowocześnienia” miasta był mój ulubiony Nadburmistrz. To unowocześnianie mamy mu nierzadko dzisiaj za złe, bo poznikały w owym czasie właśnie przedproża, które dzisiaj i tak się sypią, z braku stosownej dbałości. Niemniej jednak starał się z zapyziałego miasta prowincjonalnego, jakim wówczas był Gdańsk, zrobić miasto nowoczesne (komentarz do współczesności zostawię dla siebie).

Na przestrzeni wieków Lwi Zamek, jak zresztą większość kamienic w Gdańsku, ulegała daleko idącym przebudowom. Obecna „wersja” stanęła tu w II połowie XVI w. Oczywiście jak całe niemal miasto i ta kamienica „poległa” w marcu 1945. Odbudowano ją (w pełnej długości) w latach 1950 – 1953.

Z przekazów ikonograficznych wiemy, że niegdyś Lwi Zamek miał wspaniałe wyposażenie wnętrz. Ale i fasada nie należy do skromnych, dając ciekawy obraz statusu właścicieli. Znajdujemy tu wyraźne echa architektury niderlandzkiej, tak modnej wówczas w Gdańsku.

Niewiele możemy powiedzieć o właścicielach posesji. Właściwie znamy na pewno tylko dwa rody: Grossów z wieku XV i Schwartzwaldów z wieku XVII. Ponieważ o Schwartzwaldach już było, cofnijmy się do wieku XV.

Bartłomiej Gross – właściciel kamienicy, jaka tu stała, zanim powstał Lwi Zamek, był rajcą Prawego Miasta. Był jednym z trzech przedstawicieli Ratusza, zamordowanych przez Krzyżaków na zamku gdańskim w 1411 roku. Owo morderstwo wstrząsnęło miastem. A ich pogrzeb stał się milczącą manifestacją mieszkańców.

A poszło – mówiąc prosto – o Grunwald, czy jeszcze prościej – o „kasę”. Otóż po słynnej bitwie rozegranej na polach grunwaldzkich 15 lipca 1410 roku, Gdańsk zdecydował o przejściu na stronę króla polskiego i złożeniu mu przysięgi wierności. W tym celu, zgodnie z decyzją Rady Głównego Miasta, pod akurat oblegany przez Władysława (Jogaiłę) Malbork, udali się przedstawiciele Rady. Byli nimi burmistrzowie Konrad Leczkow (Letzkau) i Arnold Hecht, oraz rajca Bartłomiej Gross (prywatnie zięć Leczkowa). W sierpniu tego samego roku, Janusz z Tuliszkowa, odebrał w imieniu Jego Królewskiego Majestatu hołd Gdańska na Długim Targu. Niestety pokój polsko-krzyżacki, podpisany 1 lutego 1411 roku, nie włączył Gdańska do Korony Polskiej. Gdańsk pozostał we władaniu krzyżaków. A ci, dość szybko zaczęli rozprawiać się z tymi, którzy nie dochowali wierności. Ogromny podatek nałożony na miasto i blokada portu zwiastował ciężkie czasy. I Rada Miasta szukała rozwiązania nieznośnej sytuacji.

Rozpoczęto pertraktacje z komturem. Wkrótce też nadeszło od niego zaproszenie na rozmowy. Miały się dobyć podczas uczty na zamku, w pokojowej atmosferze. Parlamentarzystami miała być znana nam już trójka spod Malborka.

Jak powiadają kroniki, w Wielki Poniedziałek 1411 roku weszli oni do zamku. Tak jak weszli, tak przepadli… na tydzień.

Cały tydzień w Gdańsku czekano na ich powrót. Powszechna była opinia o uwięzieniu, coraz częściej też szeptano o morderstwie. Nie za darmo przecież nazywano krzyżaków „łotrami krzyżem znaczonymi”.

Wreszcie po tygodniu zamkowi wyrzucili za bramę martwe i najwidoczniej torturowane ciała swych trzech gości. Dla mieszkańców musiał to był szok, a dodać należy do tego jeszcze obawa tak przed zamkowymi, jak i ich poplecznikami w mieście (donosicielstwo przecież, to bardzo stare i popularne zajęcie). Miasto się zachłysnęło strachem.

Reperkusje dotknęły przede wszystkim rodzinę Grossa – a wiec żonę z trojgiem dzieci. Musiała opuścić dom przy Długiej 35. Po podwójnej stracie – ojca i męża, odebrano jej też cały majątek, bowiem Krzyżacy skonfiskowali jej wszystko, co posiadała, na dodatek każąc jej opuścić miasto. Kobieta została praktycznie sama ze swoim losem, bowiem nikt nie miał na tyle odwagi, by służyć jej pomocą. Do tego po mieście krążyła opinia, że Anna na taką karę po prostu zasłużyła, bowiem publicznie oskarżając komtura o morderstwo na ojcu i mężu, zwyczajnie go obraziła. Widać nie miała w sobie pokory niezbędnej kobiecie w tamtych czasach.

Do dzisiaj przemawia do nas to, co napisał Franciszek Mamuszka, że Anna wykrzyczała komturowi swoje oskarżenie prosto w twarz. Miała ponoć powiedzieć:

Gdybym była mężem jakom jest kobietą, i z tobą komturze samowtór w polu stanęła, byłabym tą ręką pomściła na tobie ojca i małżonka […]. Ty Boże Wszechmocny, miejże zmiłowanie i ześlij karę przynależną na bezprawie tak wielkie

Przy sposobności dziwiono się wielkoduszności komtura, że nie kazał jej utopić za takie zuchwalstwo, że okazał łaskę, wymierzając jej „tylko” karę wygnania (dodatkowo orzekając przepadek całego mienia).

Pogrzeb zamordowanych w farze Głównego Miasta podobno odbył się w zupełnej ciszy, bez dzwonów. Na taką jedynie manifestację stać było zastraszony Gdańsk.

I jeszcze kilkadziesiąt lat musiało miasto czekać na pozbycie się „łotrów krzyżem znaczonych”.