Galiny

Od listopada tego roku Galiny zawsze będą mi się kojarzyły ze wspaniałym odpoczynkiem, ciepłem kominka, pysznym jedzeniem, serdeczną atmosferą i… bandytą, który w nocy napluł mi do jogurtu 🙂

Ale – od początku…

Jak już pisałam, postanowiliśmy pojechać na urlop.

W artykule p.t. Granica napisałam:

Wszystkie nasze wagary i urlopy staramy się spędzać w  dawnych  Prusach Wschodnich. Niestety po ostatniej wojnie, te tereny przecięte zostały granicą, a propaganda powojenna i mentalność (wciąż mające się świetnie) nie potrafią poradzić sobie z bogatym dziedzictwem historycznym tych ziem.

My wszakże pojechaliśmy odpocząć i poszukać plotek historycznych. Znaleźliśmy i jedno i drugie. A nadto znaleźliśmy wspaniałe miejsce na prawdziwy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się pensjonacie w Galinach. Miejsce nie tak daleko od ludzi, ale jednak dostatecznie – by pozwolić zapomnieć o codzienności. Poza tym pełne ciepła i serdeczności. Galiny widziałam po raz pierwszy niemal dwa lata temu (ten czas tak ucieka, że aż strach ) z okien busa, kiedy jechałam z grupą do Bartoszyc. Potem  – ponownie znowu przejazdem.

I stale życie w pędzie – bez zatrzymania się, nawet na krótki oddech.

Uwielbiam swoją pracę, ale przecież jakiś urlop też mi się od czasu do czasu należy, więc…

Zamówiłam nam pokój w oficynie pałacu…

No właśnie… Galiny. Czemu tak bardzo chciałam tam właśnie?

Z sympatii.

Do rodziny Eulenburg, do obecnych Właścicieli za ich wielką pracę i serce. Z sympatii do tego miejsca na mapie… Zresztą, jesteśmy przykładem powiedzenia, że ktokolwiek choć raz postawi stopę na Ziemi Pruskiej – będzie tam wracał.

Wyjechaliśmy wbrew wszystkiemu – pogoda była typowo jesienna. Deszcz skutecznie wybijał mi z głowy wysiadanie po drodze celem „ustrzelenia” ujęcia.

Daruję sobie opis trasy DO Galin. Bo to będzie w odcinkach jeszcze paru.

Same Galiny są najważniejsze.

Położone są tu:

Wieś powstała – jak większość na tych terenach w wieku XIV na fali tzw. kolonizacji krzyżackiej.  A palce w tym maczał komtur Bałgi.

W wieku XV – po wojnie trzynastoletniej – jak w wielu podobnych przypadkach – wieś była nagrodą za zasługi.  Dostał ją niejaki Wend Illenburg z Saksonii, w służbie Wielkiego Mistrza  Henryka Reuss von Plauen.

Czyli – rzec by można typowe początki wielkich majątków na tych terenach.

A co potem?

A potem był pałac wybudowany w Galinach dla Botho zu Eulenburga (wiek XVI i z tego okresu zachowane jedyne w regionie sgrafitta, wg kobidz.pl) i wieki całe dobrego gospodarzenia.

W tzw. międzyczasie (już w XX wieku) pojawia nam się tu nawet któryś z Hochbergów. To w związku z przebudową założenia pałacowego w roku 1921. Jak mi powiedziano w Pszczynie – kierownikiem robót mógł być książę Jan Henryk XV, bowiem był inicjatorem przebudowy zamku w Książu. Ale równie dobrze mógł to być jego najstarszy syn – Jan Henryk XVII. To  wciąż pozostaje do ustalenia 🙂

Ale wracam do Galin.

Linia Eulenburgów galińskich –  jak wszystko w tym rejonie – trwała tu do stycznia 1945 roku. A potem przeszła „wojenna nawałnica”. Jedni stwierdzą, że sprawiedliwości dziejowej stało się zadość, inni że skończyła się era spokoju a zaczęła era upadku.

Faktem jest, że era upadku Galin trwała do 1995 roku, kiedy to obecni Właściciele podjęli decyzję szaloną… Kupili majątek i zabrali się za  jego restaurację. Napisałam „majątek” bo rzeczywiście, to nie tylko pałac, ale i folwark. Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego, co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Lata walki z przeciwnościami losu i wieloletnią dewastacją dały świetny efekt.  Jak to dzisiaj wygląda, można zobaczyć na stronie Pałacu Galiny. A najlepiej jechać tam osobiście.

I tu uwaga – ich mus czekoladowy jest świetny! Najlepszy dowód, że ja – nielubiąca słodkości (jeśli coś nie jest kotletem schabowym, to nie istnieje… ) „wciągnęłam” dwa… i do dzisiaj żałuję, że nie zamówiłam trzeciego… A kaczka z kluseczkami i żurawiną, to mistrzostwo świata… Lista jest długa, więc musimy tam wrócić 😉

Szkoda jednak, że otoczenie kościoła wciąż jest nieco zaniedbane.

A przecież to nie byle jaki kościół… W  latach 20-tych XVIII wieku zyskał bibliotekę z daru Gottfrieda Heinricha zu Eulenburg. Tego samego, którego płytę epitafijną można oglądać we Fromborku.  Biblioteka po II wojnie na szczęście trafiła do Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu. I tam się znajduje 920 pozycji bibliograficznych starodruków (w tym 4 inkunabuły) oraz 8 rękopisów z galińskiej kolekcji.

Przykościelne  mauzoleum Eulenburgów dzisiaj bardziej przypomina celę pokutną niż miejsce grzebalne.

A przecież chowano tutaj członków rodu. I to nie tylko tych, o których krążą legendy.

Pochowano tu też  3-letniego Botho Ernesta zu Eulenburg (w drugiej połowie XVII wieku). I to na jego uroczystości pogrzebowe wykonano CHORĄGIEW NAGROBNĄ. Była to jedna z dwóch znanych chorągwi nagrobnych poświęconych dzieciom na terenie ówczesnych Prus. Obecnie  to jedyny  zachowany  egzemplarz (właśnie zamówiłam sobie publikację na ten temat, to dowiem się więcej). Chorągiew wykonano ze zszytych kawałków lnianego obrusu, a obramowano płótnem bieliźnianym. Na awersie, w części centralnej, chorągiew przedstawia klęczące dziecko, natomiast na rewersie znajdują się inskrypcje epitafijne.

Do roku 1945 chorągiew znajdowała się w kościele galińskim. Pogarszający się stan płótna a także realne zagrożenie zniszczenia tego bezcennego zabytku sztuki funeralnej – zadecydowały o tym że w 1945  została przeniesiona do  Kętrzyna. Tam to bowiem już w styczniu 1945 roku Zofia Licharewa rozpoczęła  zabezpieczanie ocalałych w mieście i okolicy zabytków. Renowacja dzieła trwała kilkanaście lat, a przeprowadziła ją  prof. Bogumiła Rouba. Obecnie chorągiew jest  prezentowana w kętrzyńskich zbiorach muzealnych.

Ale… Że też zawsze musi być jakieś ALE !!!

Chorągiew jest fatalnie eksponowana…

Otóż  pomysł gabloty jest świetny – lustro umieszczone na spodzie gabloty pozwala na ogląd także rewersu chorągwi… Ale sama gablota  jest zbyt mała i źle oświetlona. W efekcie nie widać nic.

A co z tym jogurtem, do którego w nocy napluł mi jakiś bandyta?

Hm… kupiłam w Sątocznie jogurt poziomkowy, bo nigdy takiego nie jadłam… Chciałam spróbować. Ale, że w Galinach karmiono nas nadzwyczaj dobrze nie miałam kiedy tego jogurtu spróbować. Więc wystawiłam go wieczorem na parapet – za okno.

Po jakimś czasie w absolutnych  ciemnościach  usłyszeliśmy chrobot. Chrobot ucichł, kiedy zapaliliśmy światło, by sprawdzić, co to (przypomniały mi się rozrabiające gronostaje nad pokojami w leśniczówce A. i M.K).

Rano – przed śniadaniem chciałam spróbować jogurtu, i sięgnęłam za okno i oto co tam zastałam:

No i nie spróbowałam jogurtu poziomkowego, bo mi w nocy do niego napluł jakiś nocny,  zapewne futrzasty bandyta 😉

I to napluł do obu 🙂

A swoją drogą, to troszkę szkoda, bo już myślałam, że to nocne chrobotanie to były duchy 😀

Garbno – Elisabeth Boehm

Tereny dawnych Prus Wschodnich nie przestają zadziwiać.

Czas jakiś temu musnęłam temat Agnes von der Groeben, a niedawno znowu natknęłam się na następną niepospolitą kobietę z tych terenów.

A wszystko – jak zwykle przez przypadek…

Otóż, podczas naszego urlopu galińskiego – wybraliśmy się do Kętrzyna. Koniecznie chciałam zobaczyć chorągiew nagrobną Botho Zu Eulenburga

Po drodze, zahaczyliśmy o Łabędnik (hm… nie wszystko musi w realu wyglądać tak, jak sobie to wyobrażamy) no i wionęliśmy przez Garbno. Nawet nie zjechaliśmy z trasy Bartoszyce – Kętrzyn, by zobaczyć tę miejscowość leżącą nieco z boku głównej drogi.  A szkoda.

A czemu szkoda?

Aby na to odpowiedzieć, trzeba zacząć od przysłowiowego pieca 😉

Dawno, dawno temu…

W czasach pruskich Garbno wcale się tak nie nazywało. Nosiło nazwę Laumygarbis w XIV wieku, a już w następnym Lamegarben. Nazwa miejscowości może pochodzić z języka pruskiego. Lamem – oznaczało moczary, bagna, zaś garbis – oznaczało wzgórze. Natomiast „lama” – to mokre miejsce. A więc było to „Wzgórze wśród moczarów”. Często można spotkać w opracowaniach wywód nazwy miejscowości od „laume” – czarownica, i tłumaczenie nazwy jako „Wzgórze czarownic”.  Te czarownice – to pewnie od błędnych ogników, o których często wspominamy mówiąc o bagnach…

A potem, standardowa historia na tych terenach, czyli: Krzyżacy i ich nowe porządki. Pojawiają się zamki, dwory obronne i przede wszystkim kościoły. Kościoły często stawiane w miejscu dawnego kultu.

I tak jest z kościołem w Garbnie, który stoi na wzniesieniu, prawdopodobnie na miejscu kultu Bartów.

Zamku nie ma – został zburzony w trakcie wojny trzynastoletniej.  Oczywiście, jak to bywa – nowa propaganda musiała miejsce oswoić. A więc wymyślono legendę o baranku, który pokazywał się stale i niezmiennie. A złapany uciekał w cudowny sposób, by znowu pojawić się podczas żniw… No i wymyślono, by postawić mu kościół.

Trzeba jednak pamiętać, że ten teren nadano wolnym Prusom (wbrew potocznej i obiegowej opinii, Prusowie nie zostali eksterminowani przez Zakon, oni się zasymilowali, bodaj w XVI wieku).

W XIII wieku założono wieś – dzisiejsze Garbno – na prawie chełmińskim. A już w następnym – XIV w. we wsi były 4 karczmy i młyn.

No a potem – jak to bywa – historia znowu zmieniła bieg.

Na początku roku 1521r. Wielki Mistrz Zakonu Albrecht przekazał 14 włók ziemi w Garbnie Henrykowi von Egloffstein. I w rękach tego rodu wieś pozostała do roku 1832.

Aczkolwiek – najprawdopodobniej miejscowość była dzierżawiona. Egloffsteinowie mieszkali w pałacu w Arklitach, zaś z Garbnem, a raczej z Lamgarben – związane jest przez jakiś czas nazwisko von Buddenbrock. To tutaj na początku roku 1810 urodził się Gustaw von Buddenbrock, późniejszy oficer armii pruskiej i kawaler orderu Pour La Merite (za udział w wojnie francusko-pruskiej).

W roku 1832 Garbno zyskuje nowego właściciela. Zostaje nim Krystian Bierfreund. Po paru latach – majątek wędruje w ręce porucznika Konrada von Redeckera, który już w roku 1856 sprzedaje nabytek Edwardowi Krause. (Z Redeckerami spotka się każdy, kto choć na chwilę zainteresuje się historią pałacu w Nakomiadach).

W 1880 r. majątek przeszedł, jako prezent ślubny na Otto Boehma z Głowbit (d. Glaubitten). I tu właśnie natknęłam się na wspomnianą na wstępie niepospolitą kobietę.

Otto bowiem otrzymał majątek od ojca z okazji swojego ślubu z panną Elisabet Steppuhn z Łękajn (Landkeim).

Elisabet była twórczynią pierwszego na terenie Niemiec Związku Kobiet Wiejskich (stało się to   22.02.1898r). Celem podstawowym owego związku było przede wszystkim kształcenie kobiet wiejskich i umożliwienie im wymiany doświadczeń. Na tym nie koniec, bowiem Związek także zajmował się dystrybucją przetworów. Elisabeth była organizatorką sieci szkół dla kobiet na terenie całych Niemiec. Szkoły te miały za zadanie przygotowanie kobiet do prowadzenia gospodarstw domowych. Idea się przyjęła tak w Europie jak i za oceanem. Z tego ruchu także w Polsce wyrosły Koła Gospodyń Wiejskich.

W 1911 Boehmowie byli zmuszeni sprzedać majątek i przenieśli się do Królewca. Powodem decyzji była choroba Otto. To jednak nie spowolniło działalności Elisabet. Z własnych funduszy powołała fundację, która otworzyła w jednej z dzielnic Królewca szkołę dla gospodyń domowych i kobiet wiejskich (Szkoła im. Księżniczki Cecylii w Koenigsberg-Metgethen).

Czasy, w których działała pani Boehm były dość trudne dla kobiet – w sensie społecznym były bowiem tylko dodatkiem do mężczyzny. Oczekiwano od nich (w dużym uproszczeniu) pracowitości, dobrego wychowania i zdolności dania następcy/dziedzica.

Znakiem rozpoznawczym Związku Kobiet Wiejskich była pszczoła. Nie tylko dlatego że pszczelej pracowitości wymagano od kobiet na wsi, ale też dlatego, że pracowicie i systematycznie Związek starał się zmienić mentalność kobiet by z potulnych bezwolnych (żeby nie powiedzieć wręcz bezmyślnych) robotów pracujących w gospodarstwie, stały się świadomymi towarzyszkami swoich mężów. Z dzisiejszego punktu widzenia – nic nadzwyczajnego. Wtedy to niemal rewolucja!

I tę rewolucję doceniono w roku 1913. Otóż podczas wizyty cesarzowej Wiktorii w Królewcu w jednej ze szkół Boehmowej – Elisabet została odznaczona przez cesarzową srebrnym medalem. Jak doceniono „pracę u podstaw” dawnej właścicielki Garbna – świadczy fakt iż  w roku 1920 powołano w Rządowych Izbach Rolniczych referaty d.s. praktycznego kształcenia kobiet wiejskich. W roku 1929 Elisabeth Boehm otrzymała od Uniwersytetu w Królewcu doktorat honoris causa i honorowe obywatelstwo miasta. Elisabet zmarła w roku 1943 w Halle.

Pod koniec wieku XX – w roku 1993 podobizna Elisabet znalazł się na jednym ze znaczków poczty niemieckiej w serii „Sławne kobiety”.

W roku 1998 na ścianie dworku w Garbnie zawisła tablica poświęcona tej wyjątkowej kobiecie. Dodam, że nie tylko mądrej ale i pięknej 🙂

A co z Garbnem ?

Ano… W roku 1911 nabył go Erich Schultz-Fademrecht. Był znanym hodowcą koni pociągowych dla wojska i rolnictwa. Gospodarował tam do stycznia 1945r. będąc zarazem ostatnim wójtem tej miejscowości.

A potem przyszedł a może raczej przeszedł front i nastały… znowu nowe czasy w historii. Czy to już ostatni zakręt historii tego miejsca?

I wcale bym się o tym wszystkim nie dowiedziała, gdyby nie wpadła mi w ręce „Gazeta w Kętrzynie” z roku 2006, gdzie jest świetny artykuł Mariusza Kwiatkowskiego o tej niezwykłej kobiecie.

Granica

Wszystkie nasze wagary i urlopy staramy się spędzać TAM –  w  dawnych  Prusach Wschodnich. Niestety po ostatniej wojnie, te tereny przecięte zostały granicą, a propaganda powojenna (wciąż mająca się świetnie) nie potrafi poradzić sobie z bogatym dziedzictwem historycznym tych ziem.

My wszakże pojechaliśmy odpocząć i poszukać plotek historycznych. Znaleźliśmy i jedno i drugie. A nadto znaleźliśmy wspaniałe miejsce na prawdziwy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się pensjonacie w Galinach. Miejsce nie tak daleko od ludzi, ale jednak dostatecznie – by pozwolić zapomnieć o codzienności. Poza tym pełne ciepła i serdeczności. Galiny widziałam po raz pierwszy niemal dwa lata temu (ten czas tak pędzi, że aż strach 😉 ) z okien busa, kiedy jechałam z grupą do Bartoszyc. Potem  – ponownie znowu przejazdem. I stale życie w pędzie – bez zatrzymania się, nawet na krótki oddech.

Uwielbiam swoją pracę, ale przecież jakiś urlop też mi się od czasu do czasu należy, więc…

Zamówiłam nam pokój w pałacu.

(O Galinach kiedy indziej, bo to osobny temat).

Spakowaliśmy się i mimo deszczu i niesprzyjającej aury (połowa listopada, ciemno i mokro…) pojechaliśmy na wakacje.

Nasza trasa wiodła kawałkiem Berlinki.

Komfort jazdy i niemal niezakłócona pustka  na szczęście nie zdążyły nam się znudzić, kiedy skręciliśmy z głównej drogi na Pieniężno, a potem na Górowo Iławeckie.

O Górowie kiedy indziej, bowiem i tak tam musimy wrócić, aby zwiedzić Muzeum Gazownictwa.

uroczy rzygacz z Górowa Iławeckiego

I nie tylko Muzeum Gazownictwa. Mimo deszczu i zapadającego mroku,  miasto ogromnie mi się spodobało. Ma w sobie typową atmosferę miasta przygranicznego – leżącego na krańcach świata. Życie przy tej akurat granicy z pewnością nie należy do najbardziej miastotwórczych. Poza tym nieczęsto tu zaglądają turyści… Za to zagląda bezrobocie.

Na razie więc tylko  migawki z włóczęgi wzdłuż GRANICY.

Szczurkowo - granica z Rosją

Bo to właśnie GRANICA dwóch światów zrobiła na mnie największe wrażenie.

Nigdy przedtem nie widziałam TEJ granicy z tak bliska. Nigdy nie miałam odwagi zanadto się zbliżyć. A tymczasem teraz miałam okazję ją zobaczyć i sfotografować na dodatek…

I przyznam, że jak nic innego,  zapadła mi w pamięć.

Napisałam, że po wojnie tereny Prus Wschodnich przedzielone zostały granicą – i to nie tylko taką lądową, polityczną, ale także znacznie gorszą  – granicą mentalności. Najlepszym dowodem tego jest Szczurkowo, gdzie zrobiłam zdjęcie powyżej.

Otóż do 1945 roku była to część majątku. Po wojnie majątek przedzieliła granica… Dwór zburzono – i po obu stronach pozostały tylko nędzne resztki tego, co kwitło przez wieki.

Szczurkowo (Schönbruch), po raz pierwszy pojawiło się w historii tych ziem jako majątek rycerski w wieku XIV. Długo ów majątek rycerski należał do rodu von Eulenburg-Wicken. Zaś od roku 1871 majątek przeszedł na własność  rodziny von Bolschwing. To ich dwór rozebrano w latach 60-tych po polskiej stronie granicy.

Kiedyś wieś była jedną z większych w okolicy.  Według statystyk w roku 1939 mieszkało tu 1139 osób. Sam majątek miał powierzchnię 642 ha.

Po II Wojnie Światowej przez wieś poprowadzono granicę państwową. Ludzi wymieniono, zatarto ślady prosperity wsi i skazano ją na zapomnienie. Czyżby z powodu nazwiska ostatnich właścicieli?

Właśnie tutaj bowiem 15 października 1909 roku urodził się niejaki Otto Albrecht Alfred von Bolschwing.  W czasie wojny (w stopniu  SS-Hauptsturmführera w Służbie Bezpieczeństwa Reichsführera SS) był człowiekiem z orbity Adolfa Eichmana; ba! był jego mentorem. Po wojnie, w latach 50-tych udało mu się dostać  do USA. Obywatelstwo otrzymał  w roku 1959, zatajając wszakże swój nazistowski rodowód (do partii wstąpił bowiem w wieku 23 lat w roku 1932).

W Stanach oferował swoje usługi Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA). W roku 1981 – zapadła decyzja o jego deportacji do Niemiec. Udało mu się jej uniknąć, bo… przebywał w szpitalu z powodu złego stanu zdrowia.  To jednak nie przeszkodziło w sprawie, w wyniku której odebrano mu obywatelstwo amerykańskie. Jednocześnie postanowienia sądowe mówiło, iż zostanie deportowany jak tylko jego stan zdrowia się poprawi. Nazwisko Eichamnna, przy którym von Bolschwing zawsze był wymieniany w czasie wojny – jasno wskazywało na to, jakim torem potoczyłby się dalszy proces już w Europie… Ale baronowi udało się umknąć wymiarowi sprawiedliwości –  w tym samym roku  zmarł.

Czy więc wioska związana z tym nazwiskiem celowo skazana została na niebyt?

Dzisiaj to miejsce faktycznie na końcu świata.  Z dawnego majątku po polskiej stronie zachowały się pojedyncze budynki folwarczne i niemal nieczytelne założenie parkowe.

Ilość mieszkańców i zaniedbanie widoczne dokoła nijak się mają do lat świetności majątku i dobrobytu, jaki tu panował. Widać jednak starania o poprawę wizerunku wsi. Nie wszędzie panuje brud i bałagan. Nadto mieszkańcy wyraźnie liczą na atrakcyjność ich wsi jako jednej z tzw. wiosek bocianich. Faktycznie, znajduje się tu jedno z liczniejszych skupisk gniazd bocianich, a każde jest posadowione na specjalnej platformie.

Z pewnością w lecie, gdy dokoła słychać klekot boćków i wspaniała zieleń zakrywa niedostatki – wieś może stanowić wielką atrakcję turystyczną… Ze szlabanem i płotem na granicy.

Bezławki

Uparłam się na Bezławki.

Tak, czy inaczej trzeba było jakoś wrócić z Giżycka do Galin. Równie dobrze więc mogliśmy jechać przez Bezławki.

Po drodze zjedliśmy obiad w Rynie. Ale nie w zamku, a w Karczmie u Wallenroda (oczywiście Fryderyka, pierwszego ryńskiego komtura). Z czystym sumieniem polecam to miejsce, bowiem podają tam prawdziwie soczyste kotlety schabowe! Mniam!!!

A wracając do Bezławek…

Żeby nie jechać przez Kętrzyn, wybraliśmy skróty przez Krzyżany, Gronowo, Wilkowo. Całkiem niezła asfaltowa droga po chwili się jednak skończyła. I trasę do Wilkowa pokonywaliśmy po pięknych acz niewygodnych kocich łbach, pamiętających chyba czasy sprzed I wojny światowej, kiedy to zostały  ułożone. Tak jak je tam ułożono, tak odtąd ich nie ruszano…

Przypomniała mi się moja pamiętna jazda przełajowa po Żuławach Malborskich, kiedy to najpierw zwinięto mi asfalt, a potem i po kocich łbach pozostało wspomnienie; aż w końcu nawet i polna droga się skończyła. Przypomniałam sobie też któryś z naszych skrótów do Zubrzycy Górnej, kiedy droga nam się urwała (dosłownie) w oborze… Na samo wspomnienie zdumionej miny stojącej tam krowy – zachciało mi się śmiać.  Wierzyłam jednak w inne zakończenie poszukiwań Świętego Graala. Bo to właśnie ta tradycja – czy jak kto woli – legenda gnała mnie do Bezławek.

Ale zanim legenda – garść prawy historycznej:

Otóż pierwszy raz historia usłyszała o Bezławkach w połowie XIV wieku za sprawą Johanna Schindekopfa – ówczesnego komtura Bałgi i wójta Natangi. Ten Pan Pruski również pamiętany jest w Kętrzynie – z racji nadania osadzie praw miejskich.

Nadanie Schindekopfa istnieje do dzisiaj – w zmienionej formie. Otóż komtur nadał niejakiemu Henikinowi z Gierdawy (dzisiaj Żeleznodorożnyj w Obwodzie Kaliningradzkim – to jakieś 50 km na północ od Bezławek) młyn wodny (przez miejscowość płynie rzeka Dajna) z jednym kołem wraz z sześcioma morgami ziemi na prawie chełmińskim. Morga chełmińska to ok. 0,59 ha, z tego co pamiętam. I ten młyn funkcjonował do roku 1974, kiedy to zastąpiono go małą elektrownią wodną. Tak więc można przy odrobinie czasu i chęci wytropić przeszłość w terenie.

Nadanie dla Henikina miało związek z kolonizacją tej części państwa zakonnego. Tutaj na terenach przygranicznych powstało wiele osad, wsi i folwarków rycerskich, a także zamków chroniących osadników przed najazdami Litwinów. I Bezławki wpisywały się w system strażnic nadgranicznych. Strażnicą, jaką tu początkowo wzniesiono na miejscu wcześniejszego grodu, zarządzał komornik podległy prokuratorowi w Kętrzynie. Zaś przywilej lokacyjny osada o nazwie Bayselauke (czyli pole Baysego) otrzymała już po śmierci Schindekopfa (w bitwie pod Rudawą – okolice Białegostoku) w latach 70-tych XIV wieku.

Do dzisiaj nieustalona jest data postawienia murowanego zamku. Zdjęcie tablicy informacyjnej, jakie zrobiłam jest niezbyt wyraźne, więc posiłkuję się szkicem… kogóż by innego, jak nie Conrada Steinbrechta, znalezionym w sieci 🙂

Zamek wzniesiono na wzgórzu (także dzisiaj dość trudno dostępnym) najprawdopodobniej na początku XV wieku.

Wiadomo, że w roku 1402 w drodze powrotnej z rejzy litewskiej zatrzymał się w zamku wielki komtur Malborka – Wilhelm von Helfenstein. Ponoć miał ze sobą 900 jeńców (ciekawe, gdzie ich trzymano). Wtedy też przebywał w zamku Świdrygiełło, walczący po stronie krzyżaków. Marzyła mu się władza na Litwie w niezależności od najstarszego brata – króla Polski. Przebywał w Bezławkach do roku 1404.

Artykuł o Świdrygielle znajduje się na stronie Ciekawostek Historycznych pod tytułem: Świdrygiełło. Zły Brat Jagiełły.

Daruję sobie opis zamku, bo ten można znaleźć zarówno w książce państwa Garnców – „Zamki państwa krzyżackiego w dawnych Prusach; Powiśle, Górne Prusy, Warmia, Mazury”, jak i w odmętach internetu.

Po wielkiej wojnie (1409 – 1411) zamek zaczął tracić na znaczeniu, a w wieku XVI został – jakbyśmy to dziś ujęli – zaadaptowany na kościół. Jeszcze po  II wojnie służył protestantom (do lat 70-tych XX wieku), a kiedy ich zabrakło w okolicy – opuszczony niszczał, padając łupem wandali i złodziei (czyli nihil novi na tych terenach). Kiedy wreszcie w latach 1980-tych został przejęty przez parafię rzymsko-katolicką w Wilkowie, przeprowadzono remont. Jednak cześć wyposażenia przepadła bezpowrotnie, bądź skradziona, bądź to zniszczona wcześniej przez złodziei.

Czy poszukiwano tam greckiego kielicha darowanego przez Świdrygiełłę krzyżakom? Czy skradziono również opisane w inwentarzach kościelnych greckie (ruskie) antepedium? Czy wśród rzeczy skradzionych z kościoła był słynny Św. Graal?

Tego nigdy się nie dowiemy. Ale wspomina o nim legenda zamku bezławeckiego…

Otóż według podań – cała historia zaczęła się w Anglii, skąd jakoby święty Graal miał trafić na Litwę. Nie będę tu opisywała całej legendy o Św. Graalu – można ją znaleźć tak w książkach jak i w sieci. Zacznę niemal od końca historii, bo od bitwy pod Hastings.

Otóż po bitwie pod Hastings (1066) dzieci króla Harolda Godwinsona by ocalić życie, musiały uciec z Anglii. Jak chce legenda – udały się przez Litwę i Kijów do Bizancjum. Córka Harolda – Gytha z Wesseksu została wydana za Włodzimierza II Monomacha (Wasyla), Wielkiego Księcia Rusi Kijowskiej. A dwóch synów króla Harolda jakoby miało pozostać na Litwie. Jak chcą niektórzy, Godwin, starszy syn króla Anglii, był przodkiem Władysława Jagiełły… Według miejscowych przekazów antepedium oraz święty kielich były darem księcia litewskiego Świdrygiełły, brata króla Władysława, a więc byłaby to pamiątka rodzinna?

Poszukiwacze skarbów twierdzą, że wspomniany grecki kielich musiał być właśnie Św. Graalem, powołując się na ten wątek w historii, i mając za nic logikę. A ta mówi, że nikt nie oddałby tak cennego przedmiotu. Tak jak i wątpliwe jest by to Świdrygiełło akurat miał być w posiadaniu Kielicha… Ale – jak wiadomo – z legendą się nie walczy – legendę się opowiada (jak mawiał prof. Widacki)… Podczas ostatniej wojny polsko-krzyżackiej, w 1520 kielich zamurowano w ścianie kościoła by go ochronić przed tatarami, którzy grasowali w okolicy… Czy to po nim została dziura w murze?

Ale to miejsce to nie tylko zagmatwana legenda o Św. Graalu.

W XVI wieku pojawia się tu z prawem własności ród von der Groeben… Pragnę przypomnieć, że całkiem niedaleko znajduje się Św. Lipka. I to  właśnie te tereny zostały sprzedane Stefanowi Sadorskiemu przez Otto v.d. Groebena pod budowę słynnego dzisiaj sanktuarium.

Zamek w Bezławkach ma atmosferę niepowtarzalną. Jest z dala od głównych szlaków turystycznych. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej brak nadzoru i pewne opuszczenie na pewno nie  wychodzi mu na dobre.

Tak czy inaczej – jest to na pewno miejsce warte odwiedzenia i powrotu w czasie skowronków.

Ponury jesienny dzień po deszczu, brak liści na drzewach, wiatr, i głosy wron i kawek nadawały miejscu specyficzny klimat podczas naszej tam wizyty. Łatwiej wtedy uwierzyć w legendy, usłyszeć głosy z przeszłości 😉 i znaleźć cegłę…

Dawne Prusy Wschodnie – Judyty i suplement po latach…

Suplement dopisany w bieżącym – 2015 – roku, znajduje się na końcu artykułu. Zam zaś artykuł pochodzi z roku 2010.

Właśnie wróciłam z kolejnej wyprawy do Prus Wschodnich… I po raz kolejny zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo te ziemie zostały skrzywdzone. Najpierw przez pochód „zwycięzców” w 1945 roku, a potem przez politykę. Osadzono tu nowych ludzi. Osadzono ich tutaj na siłę. Nie pozwolono im pokochać tej ziemi, wciąż strasząc duchami niedalekiej przeszłości. No i … Wciąż nie czują tej ziemi. Wciąż nie czują jej historii. I wciąż jej nie doceniają.

Jako, że podczas naszego mikro-urlopu zaopatrzeni byliśmy w mapę nie dość dokładną, w wielu wypadkach poruszaliśmy się na tzw. czuja.

Pogodzeni z faktem, że do słynnego Juditten jednak nie dojedziemy, postanowiliśmy odwiedzić swojsko brzmiące… Judyty.

Judyty to wieś położona jakieś 6, może 7 km od granicy z tworem, zwanym Obwodem Kaliningradzkim. Po II wojnie światowej granica przerwała wielowiekowe trwanie tych ziem. Bezduszna polityka skazała je na miejsce w klasie B, a może nawet C lub D…

Judyty kiedyś stanowiły majątek należący od XVI wieku do rodziny von Kunheim. Pośród bardziej i mniej znanych tego nazwiska – przewija nam się w XVI wieku niejaki Georg (syn Georga i Margarethy Truchsess von Wetzhausen z Łankiejm).

Ówże Georg urodził się w Welawie (tej od traktatów…). W dorosłym życiu znalazł się wśród dworzan Księcia Albrechta w Królewcu.  Był jego ulubionym dworzaninem, zaufanym i cennym. Na tyle cennym, że gdy zachorował, Książę Pan wezwał do niego znamienitego doktora – „szczególnie miłego pana”  Mikołaja Kopernika z Fromborka.

Georg Młodszy był zięciem samego doktora Marcina Lutra. Jak zdobył rękę jego najmłodszej córki, nie wiem (jeszcze), ale wyczuwam w tym wpływ Katarzyny von Bora. Po śmierci Margarethy drugą żoną Georga została  Dorothea von der Oelsnitz (ciekawe przemyślenia dotyczące innego członka tego rodu TUTAJ).

W skład dóbr należących do pacjenta Doktora Mikołaja –  wchodziły także Judyty.

Pałac judycki pozostał w rękach rodziny Kunheimów (czy jak się teraz piszą: Kuenheimów) do czasów wojny. Tutaj w roku 1928 urodził się słynny Eberhard von Kunheim. Dzisiaj powiedzielibyśmy o nim, że miał ciężkie dzieciństwo: ojciec zginął w wypadku samochodowym w roku 1935. Jak szemrano po cichu, kto wie, czy to nie była śmierć polityczna. Nie należał bowiem do zwolenników nowej polityki. Matka – jak podają wszystkie encyklopedie – przepadła w jednym obozów radzieckich już po wojnie. Jak często można przeczytać, historia ojca znacznie Eberhardowi pomogła w dostaniu się w powojennych Niemczech na studia. A pewnie i w znalezieniu potem pracy. Dość na tym, że trafił do koncernu BMW. Przez przeszło 20 lat był tam dyrektorem i prezesem, a potem przewodniczył radzie nadzorczej koncernu. Czasy jego „rządów” nazywano w BMW Erą Kuenheima.

Tutaj można przeczytać niezły artykuł,  poza drobnym szczegółem, że jeśli Judyty położone są w okolicach Elbląga, to autor artykułu zdecydowanie powinien wrócić na lekcje geografii… Chociaż wystarczy google maps, żeby rzetelnie przygotowć się do pisania artykułu. …

W Judytach też prowadzono jedną ze starszych hodowli słynnych Trakenów. Konie trakeńskie wciąż są hodowane w pobliskich Liskach. Obecnie już wolno oficjalnie tę rasę nazywać jej starą nazwą… A stało się to dopiero w roku 2005, kiedy to Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zezwoliło na otwarcie księgi hodowlanej trakenów w Polsce. Zadziwiające, jak bardzo tzw. czynniki wciąż boją się tradycji… Niedouczenie, kołtuństwo i brak poszanowania historii. To chyba genetyczne ?

Dzisiaj Judyty nie są nawet w połowie tak wspaniałe jak niegdyś…

I te słowa odnoszą się do wszystkich dawnych majątków w Prusach Wschodnich. Można tylko wspominać opowieści rodzinne, o tym, jak niegdyś było czysto dokoła, i jak zadbane były wsie i majątki…

p.s. Kunheimów można „spotkać” tu i ówdzie, jeżdżąc po dawnych Prusach Wschodnich… Między innymi – w Kętrzynie (Rastembork) na zamku można obejrzeć portret Jana Ernesta von Kunheim. Jak większość z rodziny – i on spoczął po śmierci w rodzinnym grobowcu w Sępopolu.

Na potomków Georga i Margarethy de domo Luter natkniemy się czytając historię (a może raczej Historię). Tropiąc genealogię von Eulenburgów – spotkamy rezydentów Judyt… Także śledząc parantele Paula von Hindenburg trafimy na Kunheimów…

p.s. 2

dopiero kiedy się wpatrzyłam w zdjęcie pałacu – niewyraźne i ciemne – zauważyłam, że słynne lwy jednak są na miejscu!!!!!  Zostały zakupione w roku 1889 i wróciły na miejsce, po tym, jak nowy właściciel pałacu parę lat temu oddał je do stadniny w Liskach… Po protestach mieszkańców – lwy na szczęście wróciły na miejsce… Czas jakiś temu Pan Pięć Marek chciał odkupić lwy jako pamiątkę dzieciństwa. Lwy jednak pozostały przy pałacu….

TUTAJ zdjęcia obrazujące mizerię i marazm, albo właściwie agonię miejsca niegdyś tętniącego życiem! Jak można było doprowadzić do takiej ruiny ?? Nie warto tłumaczyć latami tzw. komuny. Bo ustrój się zmienił, mentalność (szczególnie decydentów) nie …

SUPLEMENT. styczeń 2015

I jak to bywa w życiu – właśnie ono dopisało suplement do opowieści o lwach Kuenheima. Po czterech latach.

Otóż pewnego późnego zimowego popołudnia zadzwonił telefon. Zjechałam autem na pobocze i odebrałam. To Pan Piotr H-S, domagał się, bym zmieniła swój wpis, bowiem był błędny….

No i opowiedział mi historię powrotu lwów z Lisek do Judyt. Trąciło to historią żywcem wyjętą z historii Radia Erewań

Otóż… powyżej, w 2010 roku, napisałam, że lwy wróciły do Judyt po protestach mieszkańców. No i nic bardziej błędnego. Otóż mieszkańcy (ciekawa jestem ilu tak naprawdę pozostało poza układem) byli zamieszani w spisek, którego efektem miała być doskonale przygotowana kradzież. Bo jedynym faktem z mojego p.s. 2 sprzed 4 lat  jest to, że Pan Pięć Marek zapragnął mieć lwy u siebie, jako pamiątkę dzieciństwa. Afera z tego wynikła niemała, bo okazało się, że chęć posiadania lwów była tak silna, że zorganizowano do tego celu całą siatkę osób. Zamieszanych w całą „imprezę” było parę znanych nazwisk, także w Polsce. No i owi mieszkańcy. Bynajmniej nie w zbożnym celu ochrony zabytku przed wywiezieniem. Całość tak przygotowań, jak i potem akcji stosownych służb – z pewnością nadawałaby się do nakręcenia filmu sensacyjnego. W każdym razie – na szczęście cały misternie opracowany plan kradzieży lwów spalił na panewce. Lwy wróciły przed pałac.

A tak na zakończenie, dodam tylko, że okropnie żal patrzeć, jak te tereny wciąż skazywane są na zagładę, na śmierć przez zapomnienie, i zaniedbanie. Tak fizyczne, jak i mentalne. Władze odnośne, wciąż nie widzą Historii, tej wielkiej, jaka przetoczyła się tędy nie tak przecież dawno. Nie widzą niesłychanych możliwości, i tego co tak brzydko nazywa się „potencjałem” tych ziem. Bo najlepszym i najmocniejszym „produktem turystycznym” (tfu, co za nazwa) – czy się komuś to podobam czy nie – jest wiek XIX i początek XX, z wielkimi nazwiskami, z I wojną światową, z hodowlą koni trakeńskich!!

Żaden tam jakiś nieznany poza Polską Ignacy Krasicki, ani nawet znany powszechnie mój ulubiony Doktor Mikołaj nie przyciągną turystów. Ale Kuenheim, Eulenburg, czy Hohenzollern tak… A do tego należy dodać wyśmienite jedzenie i znakomite otoczenie. I na tym powinno budować się markę…

Przecież przy odrobinie funduszy, można wykorzystać choćby właśnie Judyty – i zrobić z nich maszynkę do robienia pieniędzy. W końcu nie każdy kto jeździ BMW ma pojęcie, że to właśnie w Judytach urodził się ojciec sukcesu tej marki. Przy mądrym zainwestowaniu w budynki, i przystosowaniu ich do użytku, nic nie stałoby na przeszkodzie by organizować tu zjazdy BMW…  Oczywiście lwy na ten czas, na wszelki wypadek byłyby przykryte 😉

Olsztyńskie wariacje

Czas na Olsztyn, bo o nim tu jeszcze nie pisałam.

No, to teraz to czynię i to z chęcią. Nie będę podawała powodu, dla którego pojechałam tam wczoraj z AP – bo to można przeczytać tu. Dość, na tym, że mimo barbarzyńskiej godziny pobudki – i konferencji niekoniecznie rewelacyjnej – Olsztyn, jak zwykle, okazał się być urokliwy, śliczny, wart odwiedzenia… i co tam jeszcze mamy w słownictwie na opisanie miasta, które wciąż nie docenione – również samo niespecjalnie zdaje sobie sprawę ze swoich walorów i niezbyt umie je wykorzystać.

Napisałam „jak zwykle”, bo do Olsztyna po raz pierwszy trafiłam parę lat temu – podczas przygotowań do egzaminu warmińsko-mazurskiego. Od tego czasu zajeżdżam tu co jakiś czasy, niezmiennie zauroczona.

I gorąco polecam – kto jeszcze tam nie był – koniecznie należy odwiedzić to miasto.

A wszystko zaczęło się 31 października 1353r. Wtedy to dzisiejszy Olsztyn otrzymał prawa miejskie i nazwę Allenstein (Gród nad Łyną – dla Polaków Holstin, później wymawiano Olstyn). Mądre Głowy twierdzą, że nazwa pochodzi z języka pruskiego. No a skądże by miała pochodzić, skoro to ziemie pruskie! Przy okazji praw miejskich, pada imię zasadźcy i zarazem pierwszego burmistrza – Jana z Łajs. Pochodził z rodziny, którą często spotkać można w dokumentach dotyczących kolonizacji południowej Warmii.

Potem dla miasta nastały tak zwane ciekawe czasy.

Moja niezmienna od lat sympatia do miasta – jest tym  mocniejsza, że w latach 1516-1519 i 1520-1521 administratorem dóbr Kapituły Warmińskiej był Mikołaj Kopernik. Podczas swoich tu bytności mieszkał w zamku kapitulnym.  Do dzisiaj pokazuje się na murze krużganku tablicę wykreśloną ręką Doktora Mikołaja (nad wejściem do komnaty, w której przemieszkiwał). Tablicę wykreślił wprost na murze, i przypuszcza się, że służyła mu jako pomoc do obliczeń pozornego ruchu słońca – podczas równonocy tak jesiennej jak i wiosennej.  Nad tą funkcją pomocniczą naukowcy wciąż dyskutują, ale to najmniej ważne. Ważne, że to konkretna pamiątka po Doktorze Mikołaju!

No i nie bez znaczenia jest też iż to tutaj – w olsztyńskim zamku – Pan Administrator Dóbr Kapitulnych osobiście kierował przygotowaniami do obrony podczas wojny z  Zakonem Krzyżackim w latach 1519 – 1521.

A wracając do funkcji Administratora, jaką pełnił Kopernik – warto odnotować, że objąwszy ją – osiadł w Olsztynie 8 listopada 1516 roku. W czasie administrowania dobrami kapitulnymi – prowadził akcję zasiedlania (jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli) ziem opuszczonych głównie w wyniku wojen z krzyżakami.

W celu szczegółowego nadzoru nad osiedleniami – od roku 1481 prowadzono specjalne księgi ewidencjonujące zasiedlone ziemie pod zarządem administratorów. I wśród zapisków w Locationes mansorum desertorum (czyli:  Lokacjach Łanów Opuszczonych) można znaleźć 66 zapisów dokonanych ręką kanonika Mikołaja Kopernika. Z tego 37 dotyczy nowych zasiedleń.

A dalsza historia miasta?? Po tę odsyłam do kalendarium historii miasta.

Warto jeszcze odnotować Wielkiego Olsztynianina – a mianowicie Ericha  Mendelsohna. Bo to powód do wielkiej dumy miasta. Ilekroć bywam w okolicy z grupami – te nie mogą się nadziwić, że to tutaj taka postać przyszła na świat…

A propos bywania z grupami – niestety zbyt rzadko się to zdarza. Biura  podróży wciąż nie umieją na te tereny stworzyć oferty – podczas gdy nasze – indywidualne, przewodnickie pomysły jakoś się świetnie sprzedają 😉 .

Załączam parę zdjęć z Olsztyna. I serdecznie namawiam, by tu zajrzeć po drodze – albo wręcz specjalnie!

Olsztyn także stanowi znakomitą bazę wypadową w okolice.

Niestety zdjęcia są fatalnej jakości – ale na lepsze nie pozwolił aparat… Który zresztą definitywnie dokonał żywota. Może ktoś ma jakieś sugestie, co do sprzętu, jaki powinnam nabyć ??

Kanał Elbląski – ponownie

Właśnie wróciłam z Kanału…

Mam tu na myśli Kanał Elbląski, a właściwie Kanał Oberlandzki.  Oberlandzki – bo biegnie przez Górny Kraj. Nazwa zapomniana, a raczej skazana na zapomnienie po wojnie, bo niemiecka (tak jakby chciano wymazać z historii wieki trwania tej ziemi). Szkoda, że nie zastąpiono jej jakże ładną nazwą polską: Górny Kraj.

Dzisiaj lało jak z cebra i o słońcu można było tylko  pomarzyć… Ale wszyscy byliśmy zachwyceni.

Powietrze, woda, śpiew ptaków i cisza podczas jazdy pod górkę (bo startowaliśmy z pochylni w Jelonkach) – wszystko to spowodowało, że  moja grupa była w przysłowiowym siódmym niebie.

A nasza wycieczka na Kanał wiązała się nie tylko z ciekawością tego cudu techniki – ale splotła się z rocznicą… W tym roku mija  bowiem 150 lat od oficjalnej inauguracji tego wyjątkowego obiektu hydrotechnicznego.  Warto więc co nieco o nim napisać.

Skracając do minimum i upraszczając historię Kanału Oberlandzkiego – „wymyślił go sobie” inżynier Georg Jakob Steenke, urodzony w Królewcu w roku 1801 syn kapitana portu w Pilawie (dzisiaj Bałtijsk). Gdyby nie przedwczesna śmierć ojca (w morskiej akcji ratowniczej), młody Georg Jakob zostałby pewnie prawnikiem – a ja nie miałabym okazji zachwycać się tym fenomenem, jakim jest Kanał.

Ponieważ w internecie jest sporo artykułów o kanale – i jego twórcy (tu polecam szczególnie artykuły Lecha Słodownika – znawcy tych terenów, oraz stronę Stowarzyszenia „Łączy nas Kanał Elbląski”), nie będę opisywała ze szczegółami samej budowy jak i przygotowań do niej. Dość na tym, iż 28.10.1848 roku rozpoczęto budowę Kanału w okolicach Miłomłyna a uroczystego uruchomienia nowej drogi wodnej dokonano 31.08.1860 roku. I najpierw żeglugę otwarto na trasie Elbląg – Miłomłyn – Iława – Zalewo.

Kanał miał przede wszystkim służyć celom transportowym – miał połączyć jeziora z Bałtykiem. Taka idea przyświecała budowie. Jednak wkrótce nowość straciła znaczenie transportowe – bowiem to czasy kolei. Toteż niedługo Kanał zaczął pełnić rolę inną rolę – rolę atrakcji turystycznej.

Istotna dla turystów jest wysokość, jaką pokonują płynąc/jadąc stateczkiem  po pochylniach – otóż na przestrzeni około 9,6 km jest to blisko 100 metrów.

I to pochylnie są tym kawałkiem Kanału wzbudzającym największe emocje i radość wśród turystów.

A gdy chce się jechać na Kanał – warto najpierw zajrzeć do Elbląga, by przypatrzeć się wieży kościoła Św. Mikołaja. Bowiem ma ona w przybliżeniu taką właśnie wysokość.

A potem – najlepiej wybrać się na Kanał w maju – kiedy można usłyszeć i zobaczyć słowiki!

Dla wyjątkowy zaciętych i odpornych – polecam całą trasę! Z Elbląga do Ostródy – to około 11 godzin. Ale naprawdę warto! Można też płynąć z Małdyt do Ostródy. I przeżycia są niezapomniane. Nawet jeśli pada – a tak miałam 3 lata temu, gdy z grupą związaną z magazynem The Waterways płynęłam z Elbląga do samej Ostródy…

A, i jeszcze jedno – gapie na mostach nad kanałami (a takich gapiów w lecie jest sporo) w gwarze angielskich wodniaków nazywani są „gongoozlers”.

 

A na deser – film z lat przedwojennych – kiedy ta ziemia żyła jeszcze swoim życiem, z migawkami z Elbląga i z Kanału.

Published in: on 3 Maj 2010 at 20:08  Comments (1)  

Dobre Miasto

Położone w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, ma około 10,5 tysiąca mieszkańców.

Ktoś, kto zajedzie przez przypadek – bez przygotowania, może nie docenić piękna tego miejsca. No, bo jak tu zachwycać się blokami z czasów PRL-u ??

Ale – Dobre Miasto (Guttstadt) naprawdę warto odwiedzić, choćby wyłącznie dla wspaniałej kolegiaty!

Tak w ogóle, przypuszcza się, iż nazwa miasta – owo Guttstadt,  jak w nawiasie powyżej – pochodzi z języka pruskiego (gudde) i pierwotnie oznaczało zarośla. Od lat 30-tych XIV łacińskie: Bona Civitas było zapisem nazwy miasta. Miasta – bowiem 26 grudnia 1329 roku otrzymało ono prawa miejskie od Henryka II Wogenap – biskupa warmińskiego. Miasto otoczono murami obronnymi jeszcze w wieku XIV i otwarto na świat trzema bramami: Ornecką, Łąkową i Głotowską. Baszta Bociania – tak popularna i będąca niejako symbolem Dobrego Miasta – jest dziś widomym świadectwem owych umocnień miejskich.

Dobre Miasto należało do Diecezji Warmińskiej (utworzonej w 1234 roku). Od końca wojny trzynastoletniej do I rozbioru w roku 1772 –  podlegało Koronie Polskiej. W tzw. międzyczasie – podczas wojny polsko-krzyżackiej w latach 1519-21 – było okupowane przez wojska wielkiego mistrza Albrechta (Hohenzollerna). Wtedy też skarbiec kolegiaty został obrabowany. Następne nieszczęście wojenne – to lata 1626-29 – okupacja szwedzka – tym razem to z kolei biblioteka została „zabezpieczona”… II wojna światowa przyniosła miastu zniszczenia niemal w 65 procentach – a resztki skarbca i księgozbiorów „uległy rozproszeniu”… Unicestwiona została zabudowa rynku, którego nie odbudowano, więc dzisiaj straszy blokowiskiem… Ale na szczęście zachowało się nieco zabudowy „z tamtych czasów” nieopodal kolegiaty.

Zachował się szczęśliwie budynek dawnego kościoła ewangelickiego – projektu samego Fryderyka Schinkla (zgodnie z powiedzeniem, ze za każdym zakrętem musi być choć jeden Schinkel).

No i zachowały się zabudowania kapituły kolegiackiej z samą kolegiatą.

Patronką miasta jest Katarzyna Aleksandryjska, zaś herbem – jeleń trzymający gałązkę w pysku.

Dobre Miasto jest siedzibą kapituły kolegiackiej, reaktywowanej dekretem prymasa Wyszyńskiego w roku 1960. Pierwotna kapituła kolegiacka diecezji warmińskiej utworzona została przez biskupa Hermana z Pragi (tego od kościoła Św. Janów w Ornecie) w roku 1341. Najpierw z siedzibą w Pierzchałach koło Braniewa, potem w Głotowie (piękną kratę ogrodzenia tamtejszej chrzcielnicy wykonał kowal z Dobrego Miasta) aż w końcu – od 20 listopada 1347 roku – siedzibę znalazła w Dobrym Mieście właśnie. W roku 1772 – w wyniku rozbioru – Warmia dostała się Prusom i od tego czasu stopniowo pozbawiano kapitułę posiadłości i wpływów. W roku 1810 likwidacji uległy wszystkie zgromadzenie tak zakonne jak i świeckie – a więc także i kapituła kolegiacka. Reaktywacja nastąpiła dopiero po II wojnie światowej…

No, i jeszcze jedno – warto pamiętać, że z Dobrego Miasta pochodził Friedrich Ernst Dorn, odkrywca radonu (pierwiastek chemiczny emitowany z radu) . Jeden z obrońców Westerplatte – Wacław Ciepłucha – mieszkał i pracował w Dobrym Mieście – jako kowal w Warmińskiej Fabryce Maszyn Rolniczych. Zmarł w roku 2004 i pochowany został na dobromiejskim cmentarzu komunalnym. W Dobrym Mieście urodził się Waldemar Milewicz – dziennikarz i korespondent wojenny – zginął w Iraku w roku 2004.

I tyle oschłych informacji.

Teraz zauroczenia:

Kolegiata…. Wspomniałam o kolegiacie. A więc koniecznie parę słów o niej, bo jest największą halową świątynią Warmii (a drugim, co do wielkości kościołem warmińskim). I właśnie to ona wraz z zespołem zabudowań kolegiackich jest głównym celem wycieczek do Dobrego Miasta.

Budowę kościoła rozpoczęto w latach 50-tych XIV wieku, ukończono w końcu lat 80-tych za biskupa Sorboma (to za jego czasów biskupom warmińskim nadany został tytuł księcia Cesarstwa Rzymskiego). Cały zespół kolegiacki stanowi nieregularny czworobok – rozszerzający się ku zachodowi. Po stronie północnej znajduje się kościół p.w. Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych, po zachodniej i południowej stronie znajdują się budynki mieszkalne kanoników (obecnie mieści się tam Dom Rekolekcyjny). Nadto po południowej stronie znajduje się jedna z dwu bram – Brama Młyńska. Skrzydło wschodnie mieści pozostałość dawnego domu biskupów, zakrystię oraz bramę ku miastu.

Sam kościół to trójnawowa hala bez wydzielonego prezbiterium. Wnętrze kościoła ma około 60 metrów długości i ponad 20 metrów szerokości. Piękne gwiaździste sklepienia – w nawach bocznych czteroramienne, a w nawie głównej 8-ramienne – wznoszą się na wysokości około 18m. Przez całość sklepienia nawy głównej biegnie tzw. żebro przewodnie. Sklepienia podparte są ośmiobocznymi filarami, przy których znajdują się ołtarze. I tutaj mamy niemal do przysłowiowego wyboru i koloru: bowiem są tu ołtarze późnogotyckie, barokowe i neogotyckie.

Zachowały się stalle z wieku XVII z niespotykanymi stopniami – figury leżących lwów z wieku XIV. Owe lwy pochodzą z pierwotnych stalli. I są … pełne uroku. Niemi świadkowie historii, z tym samym uśmieszkiem od wieków patrzący na stopy zwiedzających świątynię.

Świetnym zabytkiem jest ołtarz Trójcy Świętej z końca XVII wieku z przedstawieniem Tronu Łaski z wieku XVI. Powszechnie ocenia się go jako „dzieło z kręgu mistrza Wita Stosza, także jako dobre dzieło gdańskie”.

No i zamykający nawę południową Ołtarz Mariacki z lat 30-tych XIV wieku – z relikwiami Św. Innocentego… Zwraca uwagę ołtarz główny – fundacji biskupa Adama Stanisława Grabowskiego – łudząco podobny do ołtarza fromborskiego (figury Św. Wojciecha i Stanisława rzeźbione przez Krzysztofa Perwangera – ex-burmistrza Tolkmicka )…

Koniecznie trzeba przyjrzeć się ambonie. A także – zajrzeć na krużganki zabudowań pokapitulnych… I to wcale nie koniec litanii zachwycających elementów składających się na to, że kościół w Dobrym Mieście jest absolutną koniecznością na trasie…

Ale to – trzeba samemu zobaczyć…

Published in: on 12 kwietnia 2010 at 23:20  Dodaj komentarz  

Jesienna Święta Lipka

Pośród wspaniałych jesiennych kolorów przyrody zza łuku drogi ukazała się Święta Lipka. Nie powiem, żeby to było jakieś zauroczenie i zachwyt od pierwszego wejrzenia.

Pierwsze wrażenie świętolipskie

Mało tego, ja w ogóle nie przepadam za barokiem. A może powinnam raczej napisać to w czasie przeszłym… Kiedyś głębokim niesmakiem napawały mnie te wszystkie małżowiny i chrząstki. Przepraszam A.P. – ale wreszcie wzięłam się na odwagę, żeby to wyznać publicznie J. Słuchałam zachwytów nad barokiem mojej Drogiej Koleżanki A.P. z wielkim zdumieniem. Jak można widzieć cokolwiek pięknego poza gotykiem.

Aż w końcu… zostałam przewodnikiem po województwie warmińsko-mazurskim.

No i zaczęło się – gdzie się nie ruszyłam, tam barok. Jak nie kościół, to kaplica czy chociaż ołtarz … I jeszcze wspaniała narracja J.S. o Kaplicy Szembeka we Fromborku.

Postanowiłam więc przyjąć zasadę stosowaną w Afryce przy mrówkach faraona: nie da się wytępić, trzeba pokochać. No może z tym uczuciem to przesada, ale zaczęłam zauważać urodę architektury barokowej.

No i tak trafiłam do Świętej Lipki.

Akurat może nie najpiękniej trafiłam, bo w czasie remontów wielkich. Na tle tego remontowego rozmachu, jakże smutno wygląda Krosno koło Ornety (widać, nie ma tej siły przebicia – a niemniej piękne, ba! wręcz bardziej eleganckie).

Moje ulubione Krosno k. Ornety

Święta Lipka ze strony internetowej: http://www.swlipka.org.pl                oczywiście zdjęcie już nieaktualne, bowiem Św.Lipka odzyskała koloryt historyczny. Daleko bardziej „adekwatny” niż ten poprzedni i szczerze powiedziawszy – znacznie ładniejszy 😉

To, jednak co w Świętej Lipce obecnie można zwiedzać, to nie pierwsza świątynia w tym miejscu.

Wszystko zaczęło się od …

No właśnie – ma Gdańsk swoją legendę o Pięknej Madonnie (o niej, kiedy indziej) – podobną ma Święta Lipka. W obu przypadkach skazańcowi w lochu ukazuje się Madonna, następnie skazaniec rzeźbi figurkę Madonny z Dzieciątkiem i w obu legendach – więzień zostaje ułaskawiony (czy jak chcą niektórzy – uniewinniony). Świętolipska Madonna została przez ułaskawionego z lochów kętrzyńskich zawieszona na lipie przy drodze wiodącej z Kętrzyna do Reszla. Szybko zasłynęła z cudów. Wkrótce wokół niej wybudowano kaplicę, którą opiekowali się krzyżaccy księża. A więc legenda znajduje umiejscowienie w czasach Panów Pruskich. Ciekawe – że i ta gdańska także… (Świętolipska tradycja została spisana w roku 1626 r.).

Do świętolipskiej kaplicy odbywano liczne pielgrzymki – i jednym z pielgrzymów był sam wielki mistrz Albrecht von Brandenburg-Ansbach. Jak wieść gminna niesie szedł na piechotę z Sępopola (do którego zjechał z Królewca). I szedł aż 4 mile!

(Czyli 30 kilometrów – bo mila pruska to jakieś 7,5 km. Wynika z tego, że musiał iść na skróty, bowiem z Sępopola do Św. Lipki jest około 36 kilometrów, ale pewnie się czepiam.)

Pierwsza kaplica została zniszczona w XVI wieku podczas reformacji. I jak mi powiedziano – w miejscu po zburzonej kaplicy i wyciętej lipie została ustawiona szubienica.

I może by tak zostało, gdyby nie niejaki Stefan Sadorski z Legin (jesteśmy już w wieku XVII). Otóż, udzielał się – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – społecznie na rzecz Kościoła. Spotkamy go w otoczeniu biskupa warmińskiego Szymona Rudnickiego. Biskup miał ambicję odbudowy, czy raczej pobudowania nowej kaplicy świętolipskiej w miejscu zniszczonej przez protestantów. Jednakże na przeszkodzie tej ambicji stał Otto von der Gröben – właściciel włości, w obrębie których leżała Święta Lipka. Jako kalwin wcale nie był zainteresowany postawieniem kościoła katolickiego (Święta Lipka leży już poza Świętą Warmią, nieopodal granicy wprawdzie, ale jednak poza…). Kiedy starania biskupa nie przyniosły skutku, na scenę wkroczył nasz działacz – Stefan Sadorski, będący sąsiadem Gröbena.

W tym wypadku Otto z pewnością nie zgodziłby się ze słowami piosenki „jak dobrze mieć sąsiada”, bowiem stał się niejako obiektem ataków… epistolarnych. Niewątpliwie za sprawą Stefana (sekretarza królewskiego zresztą…) listy szły od biskupa Jakuba Zadzika – biskupa i sekretarza królewskiego, od samej królowej Konstancji, królewicza Władysław, a w końcu – od samego króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Zygmunta III Wazy.

Po takim zmasowanym ataku, Otto najpierw sprzedał drogiemu sąsiadowi 3 morgi ziemi – w miejscu dawnej kaplicy. Po dwóch latach sprzedał całość – czyli 5 łanów*. Wszystko dlatego, że Sadorskiemu nie wystarczyły owe 3 morgi. I nie mogły wystarczyć. Bowiem do uzyskania pozwolenia na budowę kaplicy należało być właścicielem całych włości, by mieć prawo patronatu nad wszystkimi kościołami tamże.

Transakcja została przeprowadzona 12 kwietnia 1619 roku (rok ów jest także rokiem przejścia von der Gröbena na katolicyzm). Budowa kaplicy świętolipskiej na ruinach poprzedniej musiała postępować szybko, skoro już listopadzie tego samego roku biskup Rudnicki mógł dokonać konsekracji. Nową-starą kaplicę oddano pod opiekę jezuitom. Jako, że pielgrzymów przybywało i nie mieścili się w kaplicy – w roku 1688 postanowiono o przebudowie. Przedsięwzięcie nie było łatwe, bowiem teren budowy trzeba było ustabilizować – czyli spalować. Założono więc około 10 tysięcy pali olchowych i przystąpiono do budowy. I trwała ona właściwie do lat 20-tych XVIII wieku. Powstała w ten sposób trójnawowa bazylika z krużgankami.

Wśród artystów pracujących nad pięknem nowego kościoła można znaleźć nazwiska powtarzające się także w innych miejscowościach Prus (obecnego województwa warmińsko-mazurskiego).

Między innymi – rzeźbiarz Krzysztof Perwanger, autor rzeźb na zachodniej fasadzie założenia. Perwanger był z pochodzenia Tyrolczykiem, ale mieszkał w Tolkmicku, gdzie burmistrzował. Był także piwowarem, które to zajęcie dawało niezły dochód. Niekiedy mawia się, że był lepszym rzeźbiarzem niż burmistrzem – ale to z pewnością plotki.

Spotkamy też w Świętej Lipce, znanego nam z Fromborka czy Wozławek, malarza Macieja Jana Meyera. To on wprowadził złudzenie optyczne dla symulacji elementów architektonicznych w swoim malarstwie.

Próbka talentu K. Perwangera ze Stoczka Klasztornego

Mayerowe polichromie świętolipskie

Kratę – przepiękną kratę świętolipską – wykonał Jan Schwarz z Reszla. Brama przez niego wykuta (około 4,5 tony), miała swój występ w Warszawie w roku 2003, kiedy to po konserwacji została „wystawiona” na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Koronkowa niemal robota mistrza kowalskiego z Reszla do dzisiaj wzbudza zachwyt. Prace Schwartza nad bramą trwały 2 lata (1731-1733) a potem jeszcze rok zabrał montaż na dębowej konstrukcji. Tę zastąpiono po II wojnie konstrukcją betonową.

Schwartzowa koronka w obrzydliwej zieleni

Do pełni wrażeń należy dodać Świętolipskie Wieczory Muzyczne, jakie odbywają się każdego lata, a także prezentacje organów dla turystów. I tutaj na pewno mogłabym zostać posądzona o stronniczość, ale … organy oliwskie, czy fromborskie, brzmią „huczniej”. Niemniej jednak warto posłuchać prezentacji, by mieć porównanie.

Warto też zauważyć wyjątkowość bazyliki świętolipskiej. Jako dzieło barokowe, dojrzałe, plasowane jest w tzw. ścisłej czołówce architektury barokowej w Polsce. Wymieniana jest jednym tchem wraz z przepyszną farą poznańską, czy zachwycającą akademicką Św. Anną w Krakowie.

Organy świętolipskie

A co się stało z Otto von der Gröbenem?

Ano – wstąpił na służbę u króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Został jego „mężem zaufania” w Prusach, a wkrótce także sekretarzem. Ze służby odszedł już w czasach panowania Władysława IV. Po wycofaniu się ze służby królewskiej wrócił do swojego majątku w Jeżewie. Dla Świętej Lipki ufundował ołtarz boczny, a do pobliskiego reszelskiego gimnazjum jezuickiego przekazał swoją bogatą bibliotekę. Zmarł w Jeżewie i pochowany został w Reszlu – w kościele jezuickim (obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Niegdyś kościół jezuicki w Reszlu – obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego, gdzie znaleźli ostatni spoczynek sąsiedzi

Tam też – ale 4 lata wcześniej pochowany został jego drogi sąsiad, Stefan Sadorski.

I to właściwie koniec o Świętej Lipce. Bo nie mam na razie miejsca na blogu, aby wstawić film z nagraniem koncertu, czy raczej prezentacji organów. O nich nie wspomniałam, ale specjalnie – bowiem to osobny temat! I niezmiernie ciekawe porównanie prezentacji organowych w Świętej Lipce, Fromborku i katedrze oliwskiej. Ale o tym kiedy indziej.

Poniżej parę detali świętolipskich

Znalazłam w sieci próbkę brzmienia świętolipskiego (jakość taka sobie, ale wklejam bardziej dla dźwięku):

http://www.youtube.com/watch?v=4DhTktptAak&feature=related

*1 morga pruska – tzw. duża – to około 0,5 hektara,

1 łan to 30 mórg, a to z kolei mniej więcej odpowiada 17,955  hektara,

Z rozpędu podaję inne łany:

1 łan (huba) pruska 16,5 ha (~30 mórg = 66 pruskich mórg)

1 łan warmiński        17,3387 ha (Prusy (~30 mórg, ~ 67 pruskich mórg)

1 łan olecki                15,648 ha (Prusy Wschodnie 1720)

http://www.olecko.info/index.php?option=com_content&view=article&id=82:olecka-ws&catid=18:historia&Itemid=34

Stoczek Klasztorny

Ponieważ zima w pełni i nie zapowiada się, by odpuściła tak szybko – robię remanent wśród zdjęć. W taki sposób nieco słońca wpuszczam do domu. Wśród tych wszystkich moich zdjęć – są takie, do których wracam chętniej niż do innych. Warmia! Święta Warmia.

Oto Stoczek zwany Klasztornym. Miejsce wyjątkowe. Pośród „nigdzie”, nagle wyłania się bryła zabudowań klasztornych.

Oto ZDJĘCIA tego miejsca na skrzyżowaniu Nigdzie z Donikąd.

Wieś Stoczek związana jest z Ornetą – osobą założyciela – biskupa Hermana z Pragi. Dzisiaj próżno by jednak szukać jego śladów. Mieści się tu jedno z licznych warmińskich sanktuariów maryjnych. Jego powstanie wiąże się z polityką i to ściśle się wiąże. Otóż w XVII wieku północne krańce Rzeczypospolitej trapione były „wizytami” szwedzkimi. Także Warmii nie ominęli. W końcu, w roku 1629 zawarto rozejm  w Starym Targu. Na sześć lat. Powszechnie obawiano się, iż po upływie tego czasu znowu kraj nawiedzą wojska. Bano się tak samo obcych jak i swoich. Cóż… Wojna, to wojna!

Biskup warmiński – ówcześnie panujący – Mikołaj Szyszkowski znany był ze swojego szczególnego nabożeństwa do Maryi Panny. W obliczu niepewnej sytuacji politycznej – biskup „powziął był ślub”, iż jeśli uda się wojny uniknąć – postawi Matce Boskiej kościół. W roku 1635 w Sztumskiej Wsi zawarty został kolejny rozejm ze Szwecją – tym razem na 26 lat.  A skoro przedłużono okres pokoju – biskup uznał to za dobrą wróżbę i… wypełnił swój ślub. Miejsce pod kościół wybrano nieprzypadkowo. Ale aby doczytać całą historię do końca odsyłam na stronę sanktuarium.

Minęło parę wieków – i w latach 1953 -1954 więziono tu kard. Stefana Wyszyńskiego. Jego celę można zwiedzić, wystarczy zadzwonić. Dzwonek znajduje się przy drzwiach.

Obecnie Stoczkiem opiekują się księża Marianie. Zakon, został założony w wieku XVII, i jest pierwszym, jaki powstał na ziemiach polskich.

Stoczek dzisiaj to przede wszystkim ciekawa bryła architektoniczna, i dzieła sztuki godne co najmniej odnotowania. No i ta ambona!!!! Żelazne dzieło kowala z Dobrego Miasta Hermana Katenbringka. Jeszcze jedno jego dzieło spotkamy – w Głotowie!!!