Z cyklu ZAPROSZENIA – styczniowy Dom Uphagena

UWAGA: zapowiada się kolejny ciekawy (co jest już tradycją tego miejsca) wykład z cyklu „Kultura dawnego Gdańska„.

Otóż 29 stycznia b.r., (czyli w środę), o godz. 17:00, w Domu Uphagena  przy ul. Długiej 12, dr hab. Sławomir Kościelak (Instytut Historii Uniwersytetu Gdańskiego) opowie o Katolikach – niepokornej mniejszości w Gdańsku XVI-XVIII wieku.

Wstęp – wolny (jak zwykle zresztą).

Published in: on 19 stycznia 2014 at 17:24  Dodaj komentarz  

W biegu – moja Lubeka

Zawsze chciałam odwiedzić Lubekę, to znaczy jej Stare Miasto. W końcu przecież ma dla Gdańska znaczenie historyczne i to nie byle jakie.

No i poleciałyśmy sobie – D.L. i ja.

Wysiadłyśmy z samolotu o 17:30, pośrodku Nigdzie, a jako że to przecież styczeń, ciemności panowały już całkiem wieczorne. Atmosfera zapomnienia, niczym na końcu świata, jacyś pasażerowie śpieszący na transport do Hamburga, bo to przecież niemal rzut przysłowiowym beretem, i zero informacji, skąd odjeżdża autobus nr 6 do centrum Lubeki. Pani w informacji lotniskowej bardzo łamaną angielszczyzną wytłumaczyła mi w końcu gdzie jest przystanek. W tzw. międzyczasie rzeczona szóstka zwiała nam sprzed nosów, i na następną musiałyśmy poczekać pół godziny. 🙂

I tak zaczęła się nasza wizyta w Hanzeatyckim Mieście Lubece.

Dojechałyśmy do hotelu, z zupełnie innej strony niż zakładałyśmy – i kiedy nagle za oknami autobusu pojawiła się Brama Holsztyńska naprawdę zwątpiłyśmy w nasz zmysł orientacji. Bety-graty zostawiłyśmy w hotelu, i poszłyśmy do miasta. Na rekonesans, ustalić marszrutę na następny dzień. Zaczęłyśmy od Katedry, a skończyłyśmy na Bramie Zamkowej. Zeszłyśmy Stare Miasto wzdłuż i wszerz. I zabrało nam to 4 godziny. Przewodnicy mają to do siebie, że łażą. Łażą. Łażą…

Rano zaspałyśmy, bo żadna z nas nie nastawiła budzika. Ruszyłyśmy więc natychmiast po szybkim śniadaniu i plan zwiedzania wykonałyśmy.

A plan obejmował: przede wszystkim Katedrę – a tam absolutnie doskonały Krzyż Tryumfalny, którego autorem jest Bernt Notke (ten od słynnej Grupy Św. Jerzego w sztokholmskim Św. Mikołaju). Następny w kolejności był Kościół Mariacki, choćby po to by pogłaskać mysz na obramieniu XVI-wiecznej wspaniałej Ostatniej Wieczerzy Brabendera, a potem rewelacyjny Szpital Św. Ducha (wewnątrz nakręciłam krótki filmik, który TUTAJ). Wstąpiłyśmy też do Ratusza, gdzie „załapałyśmy” się na sympatyczne zwiedzanie z przewodnikiem (strażnikiem ratuszowym)… Dużo czasu spędziłyśmy też u Św. Jakuba. Wjechałyśmy na wieżę świętopiotrową, ale silny wiatr mało nam głów nie urwał. Następne było muzeum Św. Anny. Niestety nie wolno tam robić zdjęć… Ale TUTAJ widzę, że komuś się udało, więc można obejrzeć parę migawek. Dla tych, którzy się tam wybierają – informacja, że na szczęście przed ołtarzem Memlinga można usiąść. 🙂 W ogóle Św. Anna, to muzeum na parę godzin. Zbiory rewelacyjne! Za to Dom Buddenbrooków nas rozczarował i to bardzo! Chyba powinni przyjechać do Gdańska by nauczyć się w Domu Uphagena, JAK można pięknie zrekonstruować wnętrze mieszczańskie. Kto oglądał film Buddenbrookowie z 2008 roku, niech nacieszy oko wnętrzami, bo już ich nie ma. Samo muzeum też … takie sobie. Dom Gunthera Grassa opuściłyśmy, wychodząc z założenia, że on i tak jest gdański, a nie lubecki (nie lubię jego twórczości, więc z czystym sercem odpuściłam), zaś koło Domu Gdańskiego tylko przeszłyśmy. Ale za to weszłyśmy do budynku Gildii Żeglarzy (czy, jak kto woli Szyprów), w którym mieści się restauracja, jeszcze przed otwarciem, tak by zrobić zdjęcia wnętrza. Warto! No i oczywiście zwiedziłyśmy bardzo zaaranżowaną ekspozycję w Bramie Holsztyńskiej. Nie ma szału, ale opisy ciekawe i pewnie dla kogoś, kto nie ma pojęcia o Hanzie może być ciekawe. Nam spodobała się makieta dawnej Lubeki. Zacnie wykonana…

A skoro o zdjęciach mowa, to TUTAJ zdjęcia a TUTAJ w wersji składanki na youtube.

Nie wspomniałam nic o słynnych lubeckich marcepanach. Otóż, nie są to żadne rewelacje. Jadałam smaczniejsze. Ale – to moja subiektywna opinia, bo wiadomo, że nie lubię słodyczy. Ale że marcepany akurat lubię, toteż byłam bardzo zawiedziona wizytą w Cafe Niederegger. Natomiast zdecydowanie nie polecam pączków w owej słynnej marcepanowej „centrali” – mają się nijak do słynnych pączków w Gdyni. 😉

Parę informacji praktycznych:

Otóż w Lubece nie jest drogo, czego czasem obawiają się Podróżujący. Hotel najlepiej rezerwować przez booking.com. Bilet autobusowy (owa szóstka) kosztuje 3 Euro – kupowany u kierowcy.

Cena kawy zaczyna się już od 1,5 Euro, zaś najeść się można już za 4 Euro. Myśmy akurat przysiadły na chwilę w Campus Suite (duża bagietka, na życzenie przygotowana na ciepło, do tego herbata w pokaźnym kubeczku).

Wstępy do kościołów i muzeów wahają się od 3 do 6 Euro. * Kościół Mariacki – 3 Euro (nie wydają paragonu 😉 ), * Ratusz – 4 Euro (oprowadzanie o 11:00, 12:00, i 13:00, po niemiecku, ale można wypożyczyć anglojęzyczne opracowanie), * Muzeum Św. Anny to kwota 6 Euro. * Brama Holsztyńska 4 Euro, * wieża u Św. Piotra 3 Euro (wyłącznie winda). Szpital Św. Ducha jest bezpłatny, tak jak i kościół Św. Jakuba. Niestety nie pamiętam ile zapłaciłam za Katedrę.

W każdym muzeum w Lubece warto zapytać o bilet na dwa muzea. Wtedy za drugie płaci się pół ceny. Niestety o to trzeba samemu zapytać, bo nikt tego nie zaproponuje. Warto wstąpić do Welcome Center, nieopodal Bramy Holsztyńskiej, by dowiedzieć się wszystkiego. Ale tutaj – może przez to, że to nie sezon, musiałam dość długo czekać na to, by ktokolwiek się pojawił za kontuarem. Ale jak już się doczekałam, informację otrzymałam rzeczową.

Lubeka spełniła moje oczekiwania, nie zachwyciła jakoś nadzwyczajnie, ale spodobała mi się. Znalazłam nawet ślady paluchów na cegłach w Bramie Holsztyńskiej 😉 wiem też, skąd czerpały inspiracje autorki lwów w gdańskiej Fontannie Czterech Kwartałów (są niemal kopiami lwów lubeckich sprzed właśnie Bramy Holsztyńskiej).

Jednak , gdyby mnie ktoś zapytał czy tam chcę wrócić, to odpowiedź brzmi – nie. Jedyne miasto, do którego chcę i muszę wrócić, to Stockholm 🙂

Kuryer Gdański

Od początku – czyli od roku 2009 – czytuję Kuryera Gdańskiego wydawanego przez Piekarnię Pellowski. Lubię – bo krótko i zwięźle, a na dodatek ciekawie. Mam też niemal wszystkie numery.

W każdym z numerów jest coś o pieczywie czy słodkościach Pellowskiego, jest też o zdrowiu. Ale też w każdym numerze po artykule pisują Panowie Jerzy Samp i Andrzej Januszajtis.

(Pan Samp niestety już nie pisuje… w roku 2015 zmarł, a zatem pozostają nam tylko ciepłe wspomnienia Jego serdeczności, i cudnych opowieści)

I tu dygresja 🙂

Wieki temu, jeszcze na kursie przewodnickim zakazano nam opowiadać legendy, czy anegdoty. Bardzo często wręcz straszono sampizacją historii Gdańska, krzywiono się także na Andrzeja Januszajtisa, pobłażliwie machając ręką… Stanowczo oponowano przeciwko jakimkolwiek barwom w suchej, i co tu dużo mówić – przez to NUDNEJ narracji przewodnickiej. A tymczasem to właśnie lokalne legendy i plotki (często pochodzące z dawnych ksiąg kasowych, czy dokumentów rady, albo klasztornych zapisków) nadają owym opowieściom barwę, pokazują ludzi i ich naturę. Dodają kolorytu „zimnym murom”. Na szczęście z tego strachu przed opowieściami wyleczył mnie Wiadomy Zamek, gdzie aż roi się od ciekawostek, plotek, legend i opowieści znacznie bardziej przybliżających Największą Kupę Cegieł w Europie, niż wyłącznie suche daty i fakty klepane bez oddechu i emocji. Na dodatek dzięki osobowości naszych wykładowców przestaliśmy się bać (przynajmniej niektórzy 😉 ) dodawać do naszych narracji owej szczypty przypraw – jakimi niewątpliwie są właśnie owe historie zasłyszane, zapisane i „odkopane”.

Do suchej daty – powinno się więc dodać ciekawostkę, jakiej nie wyczyta się w często (przepraszam historyków 😉 ) nudnych książkach. Najlepszym tego przykładem była wspaniała konferencja w Zamku Bierzgłowskim, jakiej miałyśmy zaszczyt się przysłuchiwać w roku 2009.

Toteż każdy, kto chce zainteresować bądź siebie, bądź swoich znajomych historią, niech zdecydowanie sięgnie po Kuryera Gdańskiego, jeśli już nie chce  (lub nie ma okazji) sięgać do fundamentalnej pozycji pod redakcją Edmunda Cieślaka.

A już wyszedł numer przyszłoroczny styczniowy Kuryera. I w tym to numerze 1(60)2014 wyczytałam bardzo obiecujące słowa Pana Januszajtisa. Oto one (cytuję za gazetką, która w archiwum pokaże się niebawem i cały tekst będzie można tam przeczytać).

Rzecz jest o Zegarze Astronomicznym w Bazylice Mariackiej. Pan Andrzej Januszajtis pisze:

30 kwietnia 2014 roku będziemy mieli 550 rocznicę urodzin naszego zegara. Chcemy (tzn. Towarzystwo „Horlogium” zorganizować w tym dniu międzynarodową konferencję na temat „Wielkie zegary astronomiczne – historia, teoria, praktyka”.

Pozostaje nam teraz śledzić wszystkie wiadomości i wszelkie informacje, żeby takiej kapitalnej okazji nie przegapić.

Jak widać  -Kuryer Gdański to niezwykła kopalnia informacji.

🙂

Published in: on 30 grudnia 2013 at 15:30  Comments (1)  

Świątecznie i noworocznie :)

Ponieważ, mimo czasu przedświątecznego ja wciąż szlifuję bruki wszelkie, więc aby potem nie zapomnieć – składam wszystkim życzenia już, na zapas i z rozpędu także i na Nowy Rok:

Do wszystkich moich Miłych Gości sporadycznych i do Czytaczy wiernych,

już teraz składam życzenia najpiękniejszych Świąt:

z iskierką magii, i z radością, i z miłością, i z dziecięcym dreszczykiem na widok pakunków pod choinką, z wyśmienitym jedzeniem (bo co to za Święta bez objadania się ulubionymi potrawami).

Życzę tradycyjnie – stołu zawsze zastawionego, i chęci do spędzania przy nim czasu z ludźmi tego wartymi.

Życzę Wam też, aby każdy dzień Nowego, już 2014, roku był dniem świątecznym, i żeby każdy, bez wyjątku, był wart otwarcia rano oczu.

Życzę też na cały rok odporności na idiotyzmy codzienności, umysłu bez smutków i trosk, szaleństwa w sercu i duszy, ochoty na pomysły „odjechane”, i spotkań w gronie lubianym, podróży może niedalekich, ale za to ciekawych i wartych zapamiętania.

Pieniędzy ? a pewnie, tych też życzę – może jakiś totek się trafi…

Ale przede wszystkim – jak zwykle i jak zawsze – niezmiennie

ZDROWIA Wam życzę.

I pogody ducha…

🙂

i dedykuję moją ulubioną Carol Of The Bells

Published in: on 19 grudnia 2013 at 20:52  Comments (1)  

Z cyklu ZAPROSZENIA – Kawiarenka historyczna Clio w Elblągu

… I jak zwykle Elbląg „leci” z ciekawostkami.

To już nas nie dziwi zupełnie – jako, że od dawna Muzeum w Elblągu daje nam możliwość zajrzenia w głąb historii. A to za sprawą spotkań w kawiarence Historycznej Clio, a to znowu za sprawą świetnego bloga o starym Mieście Elblągu.

Dlatego też niezmiernie żałuję, że tym razem nie dane mi będzie wysłuchać prof. Edmunda Kizika, a to już jutro (10.12.2013), o godzinie 17:00.

Serdecznie zapraszamy w najbliższy wtorek, 10 grudnia 2013 r. o godzinie 17.30, do Muzeum Archeologiczno – Historycznego w Elblągu na kolejne spotkanie w kawiarence Historycznej Clio.

Naszym gościem będzie prof. dr hab. Edmund Kizik, wieloletni pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego, od 2005 r. profesor w Instytucie Historii PAN. Dorobek naukowy profesora jest imponujący. Wśród rozlicznych zainteresowań naukowych specjalne miejsce w jego życiu zawodowym zajmują różnorodne aspekty życia codziennego i kultury materialnej okresu nowożytnego, zwłaszcza dotyczące naszego regionu. Szczególnie interesująco – dla nas elblążan – zapowiada się kolejny projekt badawczy naszego Gościa. Na najbliższym spotkaniu, pod roboczym tytułem „Szkice z życia codziennego Elbląga w XVII-XVIII w. Przedstawienie projektu książki”, będzie okazja wysłuchać, jak bogaty jest materiał źródłowy dotyczący tych zagadnień. Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu pragnie wesprzeć profesora w jego zamierzeniu, udostępniając szeroko swoje zbiory, głównie archeologiczne.

Spotkanie z profesorem Kizikiem odbędzie sie w budynku Gimnazjum, Bulwar Zygmunta Augusta 11

Wstęp wolny

TUTAJ cały wpis w oryginale…

Z cyklu CIEKAWE – Dariusz Piasek w ŻPH

Do Żuławskiego Parku Historycznego w Nowym Dworze Gdańskim jeżdżę chętnie i dość często, zwłaszcza w sezonie, kiedy to obwożę grupy Mennonitów.

Ale też i ŻPH dostarczył mi niegdyś niezłej zagwozdki – z to z racji pewnego HERBU… i rodziny pieczętującej się nim, prowokując mnie do poszukiwań, zakończonych zresztą sukcesem… 😀

Od jakiegoś czasu też jeżdżę tam na wykłady Pana Dariusza Piaska. Niestety nie na wszystkie, bowiem praca przewodnika i pilota wycieczek wbrew utartym opiniom, nie jest wcale pracą sezonową i często zwyczajnie nie ma mnie na miejscu. I tym razem niestety nie mogłam pojechać na listopadowe spotkanie.

Tematem był Jan III Sobieski.

Pan ów nie jest moim ulubionym bohaterem, ba! nawet go osobiście nie lubię. Ale lubię słuchać wykładów Pana Dariusza, bo nawet najmniej interesujący temat potrafi zamienić w ciekawą opowieść. Ma ogromną wiedzę i równie wielką zdolność jej przekazywania.

A jako ktoś, kto nasłuchał się różnych wykładów o baaaaaaaaaaaaardzo różnym poziomie – wiem co piszę. 😉

A więc (nie zaczyna się zdania od więc), gdy okazało się, że wykłady od teraz będą dostępne na kanale youtube – bardzo się ucieszyłam. Na dodatek Autor zezwolił mi na umieszczenie wykładu o Sobieskim  tutaj – u Tutivillusa 🙂

Bardzo dziękuję i z przyjemnością zamieszczam:

CZĘŚĆ I

i

CZĘŚĆ II

P.S. mam jednak nadzieję, że następnego wykładu dane mi będzie wysłuchać na miejscu 😉

Published in: on 28 listopada 2013 at 02:13  Comments (1)  

Żuławy Steblewskie cz. 5 – Krzywe Koło – suplement

A miał być koniec serialu. 🙂

Zdaje się, że jeszcze bardziej polubię Krzywe Koło

Otóż – w Niemczech żyje rodzina Groddeck. Wciąż mają dokumenty rodowe, i są szalenie życzliwi dla poszukiwaczy. Toteż ośmielona wieloma poprzednimi poszukiwaniami rodowymi (zazwyczaj trafiam na bardzo miły odzew) – napisałam do Pana Petera von Groddeck z paroma pytaniami (nie jestem niemieckojęzyczna i wszelkie tłumaczenia przychodzą mi szalenie trudno, i bardzo dużo czasu zabierają).

Ale od pieca 🙂

Kiezmarku za ołtarzem jest napis, w którym wspomniany jest Carl Groddeck burmistrz Gdańska. I podana jest data 1775 a może to jest 1773, tylko źle odczytałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy to mógł być zięć Michaela Bibersteina, bo Carl Groddeck w owym czasie był tylko jeden. Męczyło mnie to okrutnie… Jako, że mam zwyczaj zawsze zaczynać od góry – tak i teraz sięgnęłam do źródła…

No i Pan Peter mi odpisał, korespondencja wyszła z tego niemała 😉 i powiem tak – następny Koń Sobieskiego mi wyrósł dorodny….

Otóż, Pan Peter napisał mi parę ciekawostek, których nie znałabym, gdyby nie miła korespondencja:

*   Imię Bibersteina seniora (ojca Michaela) – brzmiało JEDNAK najprawdopodobniej Andreas, pewnie ktoś gdzieś spisując dane zrobił literówkę, i tak zostało w papierach, zaś w stalli i na płycie nagrobnej jest prawidłowo…

*   Michael Biberstein urodził się 19 czerwca 1678 w Steblewie, którego sołtysem był jego ojciec, a zmarł w dniu 10 marca 1741 w Grabinach Zameczku, którego to majątku był dzierżawcą. Był też sołtysem dziedzicznym Krzywego Koła.

*  Anna, córka Michaela Bibersteina i Reginy z d. Neumann (z Kaczynosa) była drugą żoną Carla Groddecka, burmistrza Gdańska, a pochowana obok męża w Farze Prawego Miasta Gdańska.

*   Brat Michaela – Jakob Bieberstein, dzierżawił wieś Sztutowo.

*  Zaś sam ojciec Adrian – (i tu, jak wspomniałam, Pan Peter ma wrażenie że w dokumentach popełniono błąd, i powinno być jednak Andreas), zmarł w roku 1691, jego płyta znajduje się w Krzywym Kole właśnie, był sołtysem Steblewa, i żonaty był dwukrotnie. Raz z Reginą Hein (z domu Kuttloff), zaś drugi raz… UWAGA!!!! Druga żoną Andreasa(czy Adriana) Bibersteina była Anna Schwarzwald.

A więc HERB wraca do mnie niczym bumerang…

I coś mi się wydaje, że Pan Groddeck dostanie ode mnie nie tylko notkę, ale dłuuuuuuugi artykuł. Ba, trzy artykuły za jednym rzutem. Bo obiecałam Mu, że jak skończę kopać w koligacjach rodzinnych, i aktach własności, wszystko mu przetłumaczę i wyślę… I już widzę, że wszystkie artykuły będę musiała przeredagować…

A miała być lekka, łatwa i płytka notka o wycieczce na Moje Żuławy. 😉

I jak mi jeszcze raz ktokolwiek powie, że Żuławy są nudne, to znaczy, że nie wart nawet wzruszenia ramionami…

Published in: on 27 listopada 2013 at 12:34  3 Komentarze  

Żuławy Steblewskie cz. 5 – Krzywe Koło

Czemu Koło? Czemu Krzywe? Tego już się nie dowiemy, trzeba by zapytać komisję od nazewnictwa powojennego.*

UWAGA!!! Ten wpis będzie długi! 🙂

Lubię Krzywe Koło.

TUTAJ zdjęcia.

Od lat tam zajeżdżam z grupami (także tymi ze Stowarzyszenia Żuławy Gdańskie), i nigdy nie wiem, kto ma większa frajdę z wypraw: moje grupy czy ja. 😉 Tym razem weszliśmy także do kościoła, bo jest to jeden z ciekawszych obiektów sakralnych Żuław Steblewskich (czy jak kto woli – Gdańskich).

Samo Krzywe Koło położone jest w najżyźniejszej części tych Żuław, niegdyś zwanej Wysokie Łąki. I leży nieco wyżej niż okoliczne tereny – bo około 4,4 metra nad poziomem  morza. Od 1310 roku było własnością komturii gdańskiej, potem podzieliło los innych wsi w orbicie Gdańska. TUTAJ skrót historii, ze strony Gminy Suchy Dąb. Herb Gdańska na południowej kruchcie kościoła dobitnie świadczy o tym, kto tutaj sprawował patronat od czasów podpisania II Pokoju Toruńskiego. Przed wojną wieś liczyła nieco ponad 500 mieszkańców, i do dzisiaj ta liczba się nie zmieniła. Jak można wyczytać w dość skąpych informacjach – we wsi było niegdyś 20 budynków, w tym 2 podcieniowe. Do dzisiaj istnieje jeden. Właściciel, który do niedawna jeszcze żył w Niemczech – nazywał się Klassen (tak, to jedno z najpopularniejszych nazwisk mennonickich, a w ogóle we wsi w XIX wieku było tylko 5 Mennonitów). Wieś miała swoją szkołę, która jednak spłonęła, ponoć od iskry elektrycznej. Nową szkołę wybudowano w roku 1922. Nauka trwała od poniedziałku do soboty, bez podziału religijnego. Jedynie lekcje religii były organizowane osobno dla obu wyznań (katolicy i ewangelicy). Dzieci uczęszczały do szkoły od 6 do 14 roku życia. W szkole pisano na tabliczkach, które w soboty szorowano dokładnie na następny tydzień. Każda klasa liczyła około 30 uczniów. Do Gdańska można było się dostać autobusem, który jechał z Koźlin. Tam też była granica Wolnego Miasta Gdańska, i tam znajdował się szlaban i izba celna. Istniała też linia kolei wąskotorowej – od Steblewa, przez Koźliny, Krzywe Koło do Pszczółek. Właścicielem linii była cukrownia w Sobowidzu a cała trasa nazywana była „Trasą Buraczaną”. Prąd do Krzywego Koła dotarł w roku 1911. Motława była czysta, zresztą czyszczono ją dwa razy w roku, można było się w niej kąpać (!) i pływały po niej stateczki turystyczne i mnóstwo było kajaków. W czasie II wojny w barakach na dzisiejszym boisku Niemcy trzymali angielskich jeńców wojennych, którzy trafili do niemieckiej niewoli w roku 1940, potem także do baraków trafili Rosjanie. W marcu 1945 roku nastąpiła ewakuacja wsi. Armia Czerwona nadchodząca od strony Koźlin i Pszczółek ostrzelała wieś, niszcząc co popadło. Niemcy okopali się od strony Motławy – stąd wał tam jest nieco wyższy.

Na szczęście zachował się kościół (tu poprawka – Dariusz Dolatowski, autor monografii wsi żuławskich, w tym Krzywego Koła skorygował mój wpis: to nie kościół, a kaplica, będąca macierzystą filią świątyni parafialno-dekanalnej w Steblewie). I tutaj dochodzę do sedna… Bo ta świątynia to wrota do innego wymiaru, do innych czasów. Kiedy się przekroczy próg (Pan A. zawsze znajdzie czas, żeby nadejść z kluczem i cierpliwie wysłuchać po raz n-ty tego, co mam do powiedzenia grupie) – wkracza się w inny świat. Świat XVII wieku, kiedy wszystko było uporządkowane, kiedy hierarchia była zachowana, nawet w pochodzie do nieba. Skromny wiejski barok, w gotyckim orientowanym kościółku (tu, żeby było jasne, stosuję nazewnictwo w odniesieniu do budynku, nie do miejsca kultu 😉 ), stalle dla 12 sąsiadów (i żon tychże), empory, i pomieszczenie dla organisty. Wieża z rewelacyjnie utrzymanym zegarem z 1908 roku. Zapach z Wtedy zachowany do Teraz. To wszystko powoduje, że głosy cichną, i jedyne, co można usłyszeć od grupy to westchnienie zachwytu.

Ale zdecydowanie to, co przyciąga, to informacja z roku 1700, a dotycząca pewnego parafianina. Otóż parafianin ów o imieniu Michael, był synem dziedzicznego sołtysa Krzywego Koła niejakiego Andreasa Bibersteina, sołtysa Steblewa. No i jak to bywa w życiu – Michael postanowiła się ożenić. I dobrze, to się człowiekowi zdarza. Ale on postanowił zrobić to z tzw. przytupem. I zrobił. Do dzisiaj się o jego weselu mówi! A to tego względu, że postąpił wbrew Ustawom Antyzbytkowym.

Ale od pieca…

Chłopi żuławscy należeli do – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – bogaczy. Czasem się ich określa mianem gburów. Śmietanka do kawy na śniadanie w takim zasobnym gburskim gospodarstwie nie należała do rzadkości, tak jak i słodkie bułeczki. Zdarzały się wypadki, że takie gospodarstwo trzymało i 50 koni. Stać więc było gospodarzy na życie paradne, nierzadko okazywane w bogactwie strojów, czy wystawności uroczystości. Wydawano więc w miastach Ustawy Antyzbytkowe mające ograniczyć tę chłopską manifestację bogactwa. Szczególnie dotyczyło to wesel. I tak – w roku 1635 wydano w Gdańsku ustawę regulującą ilość gości weselnych, podawanych potraw i długość trwania uroczystości weselnej. A więc wolno było: zaprosić do 48 osób, ubić na tę  okazję 1 krowę, 2 owce. podać 3 dania (3 rodzaje potraw). Wolno też było się bawić 2 dni.

A tymczasem wesele naszego Michała trwało ponad tydzień. Zaprosił na nie 455 par gości. Podczas wesela zjedzono: 5 wołów, 165 cieląt, 55 świń, 45 jagniąt, 100 par kapłonów, 60 zajęcy, 600 karpi, 4 tony chleba, wypito 62 beczki piwa, a do uczty przygrywało 20 muzykantów.

Kara za taką przewinę wynosiła 1000 florenów (1 fl=3,5 g złota), zaś samo wesele kosztowało 7000 florenów (tyle ile kosztowały parę lat wcześniej organy fromborskie), czyli równowartość 5 łanowego gospodarstwa z zabudowaniami (84 ha).

Dla porządku dodam, że Michał urodził się w niedalekim Steblewie, a ożenił się z Reginą Neumann, córką właściciela Kaczynosa k. Malborka. Ich córka Anna została drugą żoną Carla II Groddecka, burmistrza Gdańska (została pochowana w Farze Prawego Miasta Gdańska).

*/*

A napis na odwrociu ołtarza w Kiezmarku, to dedykacja dla patrona tamtejszego kościoła – Carla II Groddecka – zięcia Michaela B. i burmistrza miasta Gdańska. I… po Koniu Sobieskiego. Bo na moje pytanie o ów zapis, Pan Peter von Groddeck odpisał mi, że tak, jak najbardziej, jego przodek był patronem. A przy sposobności skorygował imię ojca Michała. Nie Andreas – jak wszędzie można przeczytać, a Adrian. Ale z drugiej strony imię Andreas widnieje nawet nad stallą sąsiada… Hm… Widać, jednak nie tak bardzo po Koniu Sobieskiego…

Dodam tylko, że parę lat temu grupa zapaleńców (Stowarzyszenie Żuławy Gdańskie) odnalazła na zdewastowanym po wojnie cmentarzu (położonym na terpie nieopodal kościoła) płytę nagrobną Bibersteina starszego… Gdzie pochowany został Michał? Nie wiem… Jeszcze nie wiem. 🙂

koniec 😀

Jeśli ktos wie więcej – proszę o komentarze. Choćby w kwestii tego florena nieszczęsnego. Z drżeniem palców na klawiaturze wpisywałam wagę, bo nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam wagę.

* dowiemy się – patrz komentarz Pana Dariusza Dolatowskiego poniżej. Należy cierpliwie poczekać na monografię wsi.

Bisztynek – suplement do suplementu

No i jak zwykle internet dostarczył mi ciekawych informacji. Otóż, szukając pewnych drobiazgów o Prusach Wschodnich, natknęłam się na stronę o Zapomnianym Miasteczku na Warmii.

Bisztynek – mimo, że każdorazowo w deszczu – lubię. Jest wciąż nieodkryty i wciąż niedoceniony. Może Brama Lidzbarska – o której traktuje TEN artykuł nico ruszy zainteresowanie miejscem. W końcu to tamtędy przejeżdżają autokary z turystami. Gdyby tak istniała możliwość zatrzymania się, choćby na toaletę, na kawę, na przekąskę… Może i miasteczko nie byłoby tak zapomniane i może obudziłoby się ze letargu, w jakim trwa od 1945 roku…

Trzymam kciuki.

Published in: on 26 listopada 2013 at 18:35  Dodaj komentarz  

Żuławy Steblewskie cz. 4 – Steblewo

O Steblewie napisałam już sporo TUTAJ i TUTAJ, wspomniałam też o miejscowości, opisując dziury w cegłach. Dodałam też cały album fotograficzny…

Toteż teraz ograniczę się wyłącznie do zamieszczenia zdjęć z sobotniej eskapady i do komentarza…

Nastroje mieliśmy wszyscy minorowe, kiedy weszliśmy do jednego z domów podcieniowych (oba steblewskie domy podcieniowe są niestety skazane na zagładę). Nowe zabudowania powstają w zbyt bliskim sąsiedztwie starego domu. Pozwolenia na nową zabudowę wydawano bez pomyślunku, nie uwzględniając możliwości sprzedaży starych zabudowań. Tym samym skazano w mocy prawa stare domy na śmierć. Czy jest jakakolwiek nadzieja na uratowanie tych wyjątkowych zabytków żuławskiej architektury? Czy urzędnicy tak regionalni jak i wyższego szczebla wreszcie zauważą, że Pomorze to nie tylko Kaszuby i że tutaj, na Żuławach, istnieje wciąż i jakby na przekór powszechnemu mniemaniu niesłychanie bogate dziedzictwo kulturowe…

To gorzkie słowa i rozumiem, że nawet najbardziej zafascynowany tymi terenami urzędnik nic nie zrobi bez pieniędzy…

Dobrze więc, że chociaż tzw. lokalne grupy mieszkańców od czasu do czasu zbierają się, by dokonać niezbędnych remontów, czy nawet wykosić trawę i wykarczować chaszcze. Ale i oni niewiele mogą, bo „grubsze” remonty kosztują, a nadto musza mieć nadzór urzędu konserwatorskiego. A ten niestety chyba nie ma „okien na Żuławy”…