Żuławy Steblewskie cz. 3 – Osice

Z weną to jest trochę tak, jak z marzeniami sennymi, wszyscy znają, ale nikt nie widział naprawdę… Ale umęczona wczorajszym wyjątkowo jałowym i niskich lotów  spotkaniem, dla odstresowania, siadłam do opracowania dalszego ciągu serialu pt. Żuławy Steblewskie…

Otóż czas teraz na Osice.

TUTAJ zdjęcia

Osice to mała wieś. Mieszkają tam 343 osoby (wg Urzędu Gminy Suchy Dąb). Oczywiście, jak każda z wsi żuławskich, i ta ma długa historię. Można z zamkniętymi oczami cytować: najpierw w rękach synów niejakiego Unisława (podkomorzego gdańskiego – patrz TU) – to początek wieku XIV (kiedyś, parę lat temu tropiłam owego Unisława, ale niewiele jest o nim informacji). Potem wieś została sprzedana Zakonowi Krzyżackiemu (podobnie jak Wiślina, czy Mokry Dwór i wiele innych w sąsiedztwie Gdańska). Następnie – wieś pozostała w państwie zakonnym do czasów podpisania Pokoju Toruńskiego II (TUTAJ tekst traktatu zamieszczony na stronie Domu Warmińskiego). Następnie – typowa historia dla lewobrzeżnej części Żuław… Aż po rok 1945, kiedy i tu nastąpiła „wymiana ludności”, jak się to enigmatycznie opisuje…

Poniżej żywcem wklejam to, co znaleźć można w tzw. sieci – a konkretnie na stronie Gminy Suchy Dąb:

W 1308 roku Władysław Łokietek nadaje synom Unisława to jest Jakubowi kasztelanowi tczewskiemu i Janowi podkomorzemu tczewskiemu dziewięć wsi w tym Osycze. W 1310 nabywa od nich tę wieś Zakon Krzyżacki, w 1552 król Zygmunt odnowił zaginiony przywilej dla wsi. Według niego obejmował 41,5 włók, za które po 2 grzywny bez 4 skojców rocznego czynszu płacić będą i cokolwiek pieprzu. Kilka dni mają również „czynić tłokę”.

W XVI wieku protestanci przejęli tutejszy kościół katolicki. Pierwszy pastor przybył w 1573 roku. Z początku była tu tylko filia, która należała do kościoła w Steblewie. Parafia powstaje w roku 1560. Początkowo kościół był wąski, dopiero w 1767 roku wysunięto północną ścianę dalej i wybudowano wieżę z pruskim murem. Najstarsze części murów pochodzą z XV wieku. Z zabytków sztuki warto wymienić mosiężny pająk o 12 ramionach.

 Zabytki:

 W centrum miejscowości znajduje się kościół filialny p.w. św. Antoniego Padewskiego, którego początki sięgają XIV wieku. Pierwszy kościół zbudowany w XIV wieku w konstrukcji szkieletowej, na planie prostokąta, przykryty drewnianym stropem. W końcu wieku XIV lub na początku wieku XV wymiana ścian szkieletowych na murowane. Do dzisiejszych czasów przetrwało w niezmienionym stanie wyposażenie kościoła z XVI – XVIII wieku. Wieża kościelna zbudowana w 1767 roku jest konstrukcji szkieletowej wypełnionej cegłą pokrytą tynkiem. Godny uwagi jest barokowy chór muzyczny z prospektem organowym oraz oryginalne stalle żuławskich sąsiadów. Dawna plebania zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku. Na terenie miejscowości znajdują się dwa domy podcieniowe, jeden z nich zbudowany został w 1770 roku natomiast drugi pochodzi z 1844 roku. Budynki te zachowały wiele oryginalnych detali architektonicznych świadczących o ich dawnej świetności.

Ale to tylko suche dane, a gdzie ludzie? No cóż, tamci ludzie odeszli, przyszli nowi. I teraz oni tworzą miejsce, klimat (?), historię. Jedną z takich osób jest pani, która uczynnie otwiera drzwi domu nieopodal kościoła, kiedy podchodzimy do progu. Widziała nas zza firanki. Pewnie chcemy wejść do kościoła. Nie ma sprawy, zaraz nam otworzy. Wchodzimy do wnętrza. I dosłownie rozbiegamy się – ujęcia same się pchają w obiektyw.

Kiedy i ja rozpoczęłam polowanie z aparatem w dłoni – przypomniała mi się chrzcielnica z Giemlic… to przecież osicka chrzcielnica. Na pokrywie brakuje grupy Chrztu w Jordanie (jak dowiedziałam się z lektury kapitalnej książki nieodżałowanej Katarzyny Cieślak „Między Rzymem, Wittenbergą a Genewą”).

Pani z kluczem opowiada o pierwszych latach osadnictwa powojennego, o tym, jak dobrze działała wtedy stara kanalizacja, i wspomina o korytarzach pod ziemią prowadzących z kościoła do dwóch domów w pobliżu… Słuchamy z niedowierzaniem, korytarze podziemne na tym terenie? Podmokłym i nie przyjaznym głębokim podkopom? Chyba muszę wrócić, żeby posłuchać spokojnie… Zadać pytania, zapisać… porobić więcej zdjęć. 😉

Ale Osice to nie tylko kościół i plan ulicowo-placowy. To także (prócz domu z zabudowanym podcieniem po południowo-zachodniej stronie kościoła) nowy dom podcieniowy. Wstąpiliśmy do gościnnych Właścicieli owego novum. Nie ma zdjęć wnętrz – bo nie zapytałam, czy mogę je upublicznić. Ale niech wystarczy moje zapewnienie, że osoba Gospodarza i Jego Rodziny daje ciepło nowym murom. I tym też ciepłem emanuje cały budynek. Detali w nim mnóstwo, stanowiąc kompilację stylów żuławskich. Cieszy, że Gospodarz, mając fundusze, nie poszedł w „pudełko” z pustaków, a zbudował dom podcieniowy. Słyszałam od dawna różne opinie o tej budowie. Teraz pozostaje mi skwitować je stwierdzeniem, że pewnie o Peterze Loevenie też tak mówiono… Niech więc się Gospodarzom mieszka dobrze w ich wymarzonym domu z podcieniem.

Cóż więcej o Osicach?

Ano, stalle w kościele świadczące o bogactwie wsi, niegdysiejszym bogactwie. Nie, nie widać tego po ornamentyce, bo ta zniknęła w latach bodaj 70-tych, kiedy to w ramach remontu przemalowane zostały beżową farbą. Chodzi o ilość siedzisk. A tych jest tam sporo. Pojawiły się właściwie podczas Reformacji. To wtedy nabożeństwa zostały wydłużone (patrz klepsydry w Kościele Pokoju w Świdnicy, odmierzające czas kazania). I pojawiła się konieczność zapewnienia miejsc siedzących wiernym. Podzielono wszakże wiernych według płci, i jak pisze Katarzyna Cieślak „na pewno oddzielano najemną służbę od gospodarzy, wyznaczając parobkom miejsce na emporach.” Szkoda, że program dekoracyjny empor a także stall w Osicach przepadł po niefortunnym przemalowaniu. Dobrze jednak że w ogóle są, równie dobrze mogłyby trafić do ognia, jak to się działo i wciąż dzieje z wieloma tego typu zabytkami. A więc – kończąc górnolotnie wizytę w Osicach – skonstatowaliśmy, że wnętrza kościołów, czasem bardzo zubożałe dzisiaj – dają jednak pojęcie o minionym bogactwie.

🙂

Published in: on 26 listopada 2013 at 16:05  Dodaj komentarz  

Bardzo skandalicznie

… Skandalicznie i już!!! No bo jak to możliwe, żeby gremialnie stanąć przed Bramą, a ta – zamknięta!

ZAMKNIĘTA!!

I nawet szyku nie można zachować paradnego, dumę przyjdzie schować do … no właśnie, do czego, bo przecież kieszeni niet’. Wprost niewyobrażalnym jest by cały zwarty zastęp braci rycerzy tak po prostu pocałował klamkę.

A tak w ogóle, to to jest Krysiny prezent imieninowy dla mnie. 🙂

W zeszłym roku miałam gościa, ba! nawet nie jednego, w tym zaś mam exclusive reportaż sprzed zamkniętej Bramy. I nie ma mowy o żadnym otwarciu, jak to. Ot, zamknięte na głucho i nikt nic nie wie.

A wszystko – jak zwykle – wzięło się z naszej zdalnej dyskusji… Bo wszystko przecież ma swoją genezę – poniżej wklejam żywcem opis, jaki Krysia dołączyła do ryso-reportażu:

W latach 1890-1910, H. Schaper (1853-1911) niemiecki malarz i architekt, wykonał serię polichromii dla zamku w Malborku. Jedna z nich namalowana w 1911 r. znajdująca się w kaplicy św. Anny przedstawiała dostojników zakonnych poległych w bitwie pod Grunwaldem polecanych przez św. Jerzego Matce Boskiej z Dzieciątkiem. To piękne nawiazujące do malarstwa włoskiego malowidło – niestety zniszczone podczas II wojny światowej – znamy ze zdjęć oraz dzięki zachowanemu szkicowi do tego dzieła (karton formatu 8×3 m), znajdującemu się obecnie w Muzeum Zamkowym w Malborku.
Można je obejrzeć np. tutaj.

Omawiając kiedyś z Kasią symbolikę i wymowę dzieła, uznałyśmy, że jednoznacznie wskazuje ono – zgodnie z wykładnią teologiczną – iż Krzyżacy się do nieba dostali. I oczywiście od razu zaczęłyśmy się zastanawiać co by się stało gdyby było… …ODWROTNIE?
W efekcie Kasia zasugerowała mi scenariusz do rysunku, który zamieszczam poniżej. Zgodnie z jej życzeniem jest to dla niej prezent imieninowy. Wszystkiego najlepszego.

P.S. Jakby co to ja tu tylko rysuję. 😉

Published in: on 25 listopada 2013 at 23:01  Dodaj komentarz  

Żuławy Steblewskie cz. 2 – Giemlice

Jako, że Desant Gdański nie lubi stagnacji, toteż w sobotę wyjechałyśmy o 6;45, żeby na 8:30 zdążyć do Elbląga. Tamtejsze Koleżeństwo wybierało się bowiem na objazd naszych Żuław… No i w ten sposób ruszyłyśmy z nimi na objazd Żuław Steblewskich.

Zaczęliśmy w Kiezmarku, o którym TUTAJ.  A potem przez Leszkowy i Długie Pole – pojechaliśmy do Giemlic.

TUTAJ galeria zdjęć.

Giemlice od XVI wieku pozostały  jedyną katolicką wsią na Żuławach  Steblewskich. Zresztą w tzw. okolicy prócz Giemlic były jeszcze tylko dwie miejscowości, które przez wieki pozostały katolickie. Te miejscowości to: Miłobądz i Łęgowo.

Historia wsi Giemlice sięga końca wieku XII kiedy to Mściwój II nadał ją cystersom. Potem władał nią biskup kujawski, a w roku 1592 została przekazana jezuitom ze Starych Szkotów. W orbicie gdańskiej pozostawała w czasach napoleońskich jako część Wolnego Miasta. Potem aż do roku 1919 wieś należała do Skarbu Pruskiego.

Wieś ma ciekawy układ przestrzenny ulicowo-placowy (jak to opisała prof. Bogna Lipińska w swoim doskonałym opracowaniu Żuław).

Jako, że od średniowiecza to kościół był ośrodkiem życia wiejskiego – toteż od niego zaczęliśmy zwiedzanie (i tak naprawdę na nim też i zakończyliśmy 😉 )… Tym razem nie trzeba było stukać do życzliwych drzwi Księdza Dobrodzieja na plebani vis a vis, bowiem była sobota i odbywało się sprzątanie kościoła. Toteż drzwi świątyni zastaliśmy otwarte. Weszliśmy więc – pilnie otrzepując żuławskie ciężkie błoto z butów.

Kościół pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela, znajdujący się w centrum wsi (dzisiaj przy drodze przelotowej), pochodzi z roku 1841 r. Zbudowano go na miejscu starszego, zniszczonego przez zawieruchy dziejowe. Z zewnątrz właściwie nie wzbudza zachwytu u „oglądacza” żuławskich kościołów gotyckich. Bryłę ma niemal bezstylową; a na dodatek w kolorze sino-bladego tynku nie można doszukać się żadnej zachęty dla fotografa. Ale tylko do momentu wejścia do wewnątrz. Wnętrze wita nas wiejskim barokiem. Zadbanym. Wzbudza szacunek ta dbałość o zachowanie tego, co jeszcze pozostało. Pozostało po nawałnicy czerwonoarmijnej, i po zalewie powojennego bandytyzmu, i pierwszej fali osadnictwa – nie zawsze  przecież szczęśliwego.

Sama wieś jest czysta i zadbana, nieopodal kościoła parę lat temu pojawiła się zatoczka dla zmotoryzowanych, oraz tablica informacyjna o szlaku Żuław Steblewskich. Oczy zwiedzających zatrzymujących się we wsi, bardziej niż bryła kościoła, cieszą budynki po przeciwnej stronie ulicy. A to dzięki detalowi ceramicznemu. Dlatego, ci, którym nie dane wejść do kościoła, często nawet nań nie zwracają uwagi – kierując obiektywy aparatów na domy vis a vis świątyni… Ceramiczna końska głowa jest chyba najczęściej fotografowanym obiektem Giemlic.

Stojąc przy tablicy informacyjnej, warto pamiętać, że tędy od wieku XIV tędy „przewalała” się powodziowa wysoka woda wiślana. O ile z tzw. dawnych wieków mamy dość suche i raczej zdawkowe informacje, o tyle z XIX wieku mamy już dość dokładne wiadomości. Część z nas z przekazów rodzinnych, część z lektury dostępnych dokumentów, czy nawet z lektury Wincentego Pola. Niewątpliwie tragiczną powodzią była ta, która uderzyła w Żuławy w roku 1829. Poprzedni rok był dość mokry a zima bardzo ostra (z mrozami dochodzącymi ponoć do -30 stopni) i do tego bardzo obfita w śnieg. Na dodatek w marcu nadeszła odwilż, która pchnęła masy topniejącego lodu ku ujściu rzeki. Gwałtownie wezbrana rzeka porwała most w Toruniu. I może by się jakoś wielka lodowa woda rozeszła po Żuławach, gdyby nie to, że w nocy z 8 na 9 kwietnia 1829 roku znad Bałtyku nadciągnął północny huraganowy wiatr o sile orkanu. Informacje o sile wiatru mówią o prędkości od 140 do 200 km/h. Orkan wepchnął masy topniejącego rzecznego lodu z powrotem do koryta. Szacuje się, że spiętrzona zatorem lodowym rzeka w 80 miejscach przerwała wały od Torunia aż po Tczew. A także, że około 4 nad ranem 9 kwietnia żywioł wodny w delcie Wisły niósł, a raczej pchał około 10 tys. metrów sześciennych wody na sekundę. I było to około dwukrotnie więcej niż 168 lat później (w lecie roku 1997) niosła powodziowa Odra.

I to właśnie między innymi niedaleko Giemlic te masy lodowo-wodne przerwały wał wiślany.

Woda przewaliła się przez Żuławy docierając do położonego około 25 km w linii prostej Gdańska wieczorem, zatapiając około 70 % miasta. Mistrzem wałowym był wówczas niejaki J. Kossak. Proponował wtedy władzom przekopanie nowego koryta Wisły, tak by skrócić drogę mas wody w razie powodzi. Przekop proponował we wsi Górki (Neufähr). Władze Gdańska odrzuciły projekt, twierdząc iż taka katastrofa zdarza się raz na 100 lat… Następna taka uderzyła w Żuławy w roku 1840. I wtedy to Wisła sama się przekopała – właśnie w Górkach, dzieląc wieś na Górki Zachodnie i Górki Wschodnie. A ta odnoga Wisły, która sama sobie skróciła drogę do ujścia od 1840 zwana jest Śmiałą.

Published in: on 25 listopada 2013 at 00:04  Dodaj komentarz  

Żuławy Steblewskie cz. 1- Kiezmark

Gdański Desant postanowił wziąć udział w wyjazdowym spotkaniu PTTK elbląskiego, jako, że od lat należymy do Koła w Elblągu i tak jakość jak i tematyka szkoleń bardzo nam odpowiada. W końcu, z racji naszych uprawnień – jest niejako po linii. 😉

Tym razem Elbląg jechał za granicę. Czyli za Wisłę. Czyli do nas. Czyli – na Żuławy Steblewskie.

Zaczęliśmy od Kiezmarka.

TUTAJ galeria zdjęć.

To niezwykle ciekawa wieś, niegdyś ważna, bo przewozowa (czyli że istniała tu przeprawa przez Wisłę). Według katalogu Osadnictwa Holenderskiego w Polsce – to dawna osada słowiańska (tu przydałyby się jakieś źródła mogące potwierdzić, lub odrzucić tę hipotezę). To, co jednak wiadomo na pewno, to to, że wieś została lokowana przez Wielkiego Mistrza Henryka Dusemera (TUTAJ o WM z Kroniki Mistrzów Pruskich Marcina Muriniusa, za stroną Domu Warmińskiego). Od II Pokoju Toruńskiego ( TUTAJ tekst traktatu pokojowego,  jakie zamieścił na swojej stornie Dom Warmiński, a także bardzo ciekawy WYWIAD na ten temat) do II Rozbioru Polski w 1793 r. pozostawał w domenie miasta Gdańska. W czasach osadnictwa mennonickiego także tutaj osiedli zwolennicy Menno Simonsa. Ale, tropiąc śladu Mennonitów na Żuławach – zauważymy iż na lewym brzegu Wisły nie było ich wielu. Tak też i w Kiezmarku, na ogólną liczbę ponad 400 mieszkańców, było ich tylko paru (w roku 1820 – 6). Dzisiejszy kościół pochodzi z pierwszej połowy XVIII wieku, i został wzniesiony na miejscu starszego, jeszcze średniowiecznego. Wieża zachowała relikty starszej budowli, i data 1653 na zegarze słonecznym, który wczoraj nie chodził ze względu na brak słońca. 😉 Sam kościół jest niezwykle ciekawy dla „plotkarzy rodowych” a to ze względu na gdańskie znane nazwiska tak w dawnych dokumentach „sponsorskich” jak i na zachowanych witrażach fundacyjnych w oknach prezbiterium (ale nie tylko). Mnie na przykład – objawił się tu kolejny Koń Sobieskiego… Ale o tym kiedy indziej… Już niedługo 😉

Przy dawnej drodze do przeprawy – zachował się budynek karczmy z początku XX wieku (dziś sklep). Wał wiślany, stanowiący obecnie dominantę wsi, do końca XIX wieku znajdował się o około pół kilometra bliżej Wielkiej Rzeki. Przesunięto go  dopiero podczas regulacji Wisły w latach 1889-1895. W roku 1973 oddano do użytku most – ten, przez który przejeżdżamy podróżując tzw. Siódemką. Warto zwrócić uwagę przy sposobności na strażnicę wałową z XIX w., która do dziś stoi na wale po południowej stronie mostu. Znikają bowiem owe strażnice – jak to miało miejsce z tą na prawym brzegu nieopodal Mostu Knybawskiego

Niedaleko Kiezmarka – po drodze do wsi Leszkowy mija się „przysiółek” Kiezmarka, o smakowitej nazwie Serowo. To m.in. tutaj ( bo dotyczyło to ogółem 16 miejsc na wałach) Niemcy wysadzili wał wiślany – usiłując w ten sposób zatrzymać lawinę Czerwonoarmijną… A dzisiaj? Dzisiaj Kiezmark mijamy z reguły na trasie, i bardzo rzadko się tu zapędzamy. A jeśli już, to znowu tzw. tranzytem do sąsiednich wsi, czy skrótem do Pruszcza i Gdańska, aby ominąć korek na popularnej Siódemce… Wczoraj – zapędziliśmy się do Kiezmarka, wysypaliśmy się z busa wszyscy, uzbrojeni w aparaty i notatniki. Zostaliśmy wpuszczeni do kościoła, rozbiegliśmy się po cmentarzu (przystając na chwilkę w zadumie nad grobem dwóch nastolatek zabitych parę lat temu na drodze przez bandytę za kierownicą…).

Z Kiezmarka przez Leszkowy i Długie Pole – pojechaliśmy do Giemlic… 

Ale o tym w części drugiej opisu. 🙂

A oto dopisek, jaki dodała Koleżanka (dziękuję Ewa!) na temat mostu. Bo o nim w ogóle nie wspomniałam. Niestety nie miałam okazji być na miejscu, kiedy w 1973 go likwidowano, i zastępowano obecnym…

„Ten most w Kiezmarku (pięć godzin stania w korku 2004) zastąpił most pontonowy, zainstalowany zaraz po wojnie. Natomiast pontonowego staruszka podzielono na dwie części, z których jedna do niedawna jeszcze była mostem w Drewnicy, a druga służy (? nie wiem, czy to dobre słowo?) Wyspie Sobieszewskiej. To rekord Guinnessa , jeśli chodzi o długowieczność pontonowców :) Powinien znaleźć się na liście zabytków.”

Published in: on 24 listopada 2013 at 20:09  2 Komentarze  

Z cyklu ZAPROSZENIA – Warsztaty Bałtyjskie

Oto, jakie ciekawe zaproszenie dostałam z Muzeum (wklejam żywcem ze strony Muzeum):

W ramach kolejnej odsłony Warsztatów Bałtyjskich – 28 listopada 2013 r., czwartek, godz. 17.00, w Muzeum  odbędzie się ciekawe spotkanie, na którym Krzysztof Wróblewski przedstawi referat pt.  Brunon z Kwerfurtu i najokrutniejsi z pogan. Wyprawa misyjna do Pieczyngów w 1008 r.

Krzysztof Wróblewski ukończył historię na UWM w Olsztynie. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się na dziejach ludów basenu Morza Bałtyckiego w epoce wczesnego średniowiecza.

Published in: on 24 listopada 2013 at 15:54  Dodaj komentarz  

Smutne miejsce – Rapa

Siedząc nad tekstem, który miałam już dawno sklecić, zerknęłam na FB, i znalazłam dość ciekawy artykuł na portalu poznajpolskę.onet.

Dla chcących go przeczytać – odnośnik jest TUTAJ.

I wszystko fajnie – ale zamiast historii (ta jest na jednej małej tabliczce obok piramidy) można sobie poczytać o zwierzętach żyjących w lesie…  Warto by na tablicach zamiast tego szkolenia (którego i tak nikt nie czyta) zamieścić dokładniejsze informacje o rodzinie. I o systemowej dewastacji (tak wojennej jak i powojennej). Miejsce ciekawe, ale poza komarami i charakterystycznym smrodkiem z pobliskich krzaków – nic nas tam nie uderzyło.

A, nie – uderzyło!

Uderzył nas bezbrzeżny smutek miejsca i okolicy. Brak perspektyw, i wrażenie pobytu na peryferiach Europy… Ba! świata.

* / *

Byłam w Rapie, podczas naszej wspaniałej wyprawy z Harszem w tle, kiedy to objeżdżaliśmy Dawne Prusy Wschodnie, zaglądając nawet na Biegun Zimna

Nagromadziło się wokół słynnej piramidy tyleopowieści, że postanowiliśmy sprawdzić jak to owiane legendą miejsce wygląda. Wszyscy koncentrują się na samej budowli, szukając mniej lub bardziej sensacyjnych kontekstów. Wciąż na przykład wałkowana jest wersja o trujących grzybach podanych na kolację. Raz jest to historia o omyłkowym podaniu trujaków, raz o celowym… Jak było – tego nikt już się nie dowie. Bardzo często ta opowieść poddawana jest w wątpliwość. Ale – biorąc pod uwagę coroczne medialne enuncjacje o coraz to nowych ofiarach grzybobrania i fatalnych (często śmiertelnych) pomyłkach – wersję o przypadkowym podaniu trujaków można wziąć pod uwagę.  Ciekawe swoją drogą byłoby prześledzenie akt policyjnych, czy nawet zapisków rodzinnych. Niestety – tych nie ma – bo tereny te cudem w ogóle ocalały po przejściu zwycięskiej Armii Czerwonej, potem rzeszy zwyczajnych szabrowników, i w końcu osadników. Ci ostatni niejednokrotnie w szale niszczenia widzieli tez dziejową sprawiedliwość. Oto bowiem niszczyli niemieckie…

Mało dziś więc wiadomo (stosunkowo mało) o samejrodzinie Fahrenheidów. Czasem się ich wspomina w kontekście posiadania ( i oczywiście założenia) drugiej w Europie stajni hodowlanej, jak również w kontekście organizacji wyścigów konnych tak w Królewcu, jak i w Gdańsku (?). Wspomina się też, że  Johann Friedrich Heinrich Farenheid (tak właśnie pisane nazwisko) założył w roku 1821 Wschodniopruskie Towarzystwo Rolnicze. Pan ten – żonaty z panną Lehmann, zresztą siostrą kolegi ze studiów w Getyndze, miał czwórkę dzieci. Najmłodsza z tej czwórki to wielokrotnie wspominana Ninette, pochowana w słynnej piramidzie. Sam pan Johann F.H. zmarł w Sztynorcie podczas wizyty u Lehndorffów. Pochowany został w mauzoleum w Rapie obok żony i dziecka.

Po jego śmierci dobra podzielono na 3 części. I tak Fritzowi Fahrenheid przypadła część majątku obejmująca dobra – Bejnuny i Angerapp (to on znany i unznany kolekcjoner i koneser sztuki stworzył tzw. Ateny wschodniopruskie w Bejnunach). Frederike Charlotte Fahenheid, zamężna za Siegmundem von Bujack, Gr. Medunischken (Mieduniszki Wielkie) i Oschnagorren. Emilie Henriette Frederike von Farenheid, zamężna za pastorem z Królewca otrzymała dobra w okolicach Darkiejm. (za stroną http://www.angerapp.com/geschichte/fritz-von-farenheit/).

TUTAJ i TUTAJ odnośniki do garści informacji. Jednak zalecam ostrożność w odczytywaniu koligacji rodzinnych. Wszędzie powtarzana jest opowieść o  koligacjach między rodem von Fahrenheid a gdańskimi Fahrenheitami (z której to rodziny wywodził się słynny fizyk Daniel Gabriel) . Nie twierdzę, że te konstatację są wyssane z palca. Często bowiem następowała zmiana pisowni nazwiska, tak “po prostu”, w ciągu wieków, czasem przez pisarza czy kronikarza. I zostawało na wieki. Często też pisuje się tę samą gałąź rodu różnie. ot, tak po prostu. Ale, jako, że nie widziałam drzewa genealogicznego rodziny – nie jestem w stanie nic bliższego powiedzieć. Ale TUTAJ jest ciekawie opisana historia rodziny, myślę, że autor korzystał także z TEJstrony. Warto poczytać.

A podczas wizyty w Rapie – warto zadumać się nad losem niegdyś potężnego i bogatego pana Fahrenheida (który według podań, jadąc do Królewca nie opuszczał swoich dóbr, tak były rozległe). Cała historia rodu, wszystkie niesnaski, radości i smutki zawarte są w ponurym budynku piramidy. Owianej dzisiaj tylko jedną legendą i to nawet nie wiadomo, na ile prawdziwą…

Published in: on 12 listopada 2013 at 16:15  Dodaj komentarz  

Moja Szwecja – 5 wspaniałych dni

Właśnie nadszedł czas porządków w archiwum zdjęciowym. Czas wykasować część zdjęć, zwłaszcza tych nieostrych czy podwójnych. Zabrałam się za tę trudną pracę sceptycznie, bo przywiązana jestem do moich zdjęć – nawet jeśli są kiepskiej jakości… Ale szło mi nawet całkiem nieźle, dopóki nie trafiłam na plik pod tytułem „Moja Szwecja – 5 cudownych dni”…

No i od razu uszedł ze mnie cały zapał do robienia porządków. A w duszy nagle zrobiło mi się radośniej na wspomnienie wspaniałych chwil spędzonych z Dzieckiem Starszym i jego Przyjaciółmi. Nawet wspomnienie mojego pichcenia Dzieckom wywołało uśmiech w myślach. A zwłaszcza jak sobie przypomniałam moje starania by wytłumaczyć pannie sprzedającej, jakie mięso chcę kupić na gulasz. Jak się potem okazało, dziewczyna była… Polką. 🙂 I znacznie lepiej ode mnie znała się na kupnie mięsa na gulasz, myślę, że i na gotowaniu także. 😀

Ale od pieca: otóż jakieś 7 a może i 8 lat temu, Dziecko moje Starsze zafundowało mi podróż do Stockholmu. Wspominam tę podróż z uśmiechem. I sentymentem.

Jeszcze wtedy nie było połączenia lotniczego i trzeba było płynąć promem. No i popłynęłam. Obładowana polskimi wiktuałami (no bo jak może polska mamuśka  jechać do Dzieci BEZ polskich kiełbas, chleba i bez polskiego piwa?) wsiadłam na prom, i nazajutrz przed południem wpadłam w ramiona Dziecka Starszego.

Mieszkał u Przyjaciół. A jako, że wszyscy pracowali do późnego popołudnia, dostałam klucz od domu na szyję i bilet 5-dniowy na środki komunikacji miejskiej. No i aparat mi Dziecko pożyczyło, żebym mogła uwiecznić miejsca zwiedzane. Już wtedy byłam przewodnikiem i akurat przeżywałam szał zainteresowania historią kontaktów polsko-szwedzkich, i już wtedy zaczynała mnie opanowywać pasja fotografowania. Ale wtedy nie przypuszczałam jeszcze, że aż tak można wsiąknąć w pasję.

Niestety jakość niektórych zdjęć, jakie TUTAJ zamieszczam – nie jest rewelacyjna, ale też nie umiałam jeszcze obsługiwać tego „ustrojstwa”…

No a potem to „ustrojstwo” odmówiło współpracy w Muzeum Vasa. Tam też po raz pierwszy uwierzyłam, że można się popłakać ze złości! Nie przeklinam, a przynajmniej nie na głos, ale tam i wtedy – miałam na to wielką ochotę! Nie mam więc zdjęć okrętu budowanego na pohybel Rzeczypospolitej. 😉

Nie mam zdjęć z Pałacu jako, że na to nie pozwolono. Ale też nie kupiłam w sklepiku żadnego albumu z fotografiami… Kiedy stałam przy kasie, i pokazywałam po kolei wszystkie moje uprawnienia przewodnickie (jak każdy przewodnik, tak i ja miałam nadzieję na przynajmniej ulgowe wejście) – zupełnie nie zrobiła na nikim wrażenia licencja na Trójmiasto. Ale za to certyfikat na przewodnictwo po Zamku w Malborku wywołał tzw. szum w tłumie… No i jako przewodnik po Muzeum Zamkowym dostałam darmowy bilet, a także swojego przewodnika. Pani była świetna, dowcipna i z iście boską cierpliwością odpowiadała na miliardy moich pytań. Raz tylko nie zdzierżyła. Kiedy przy plakiecie bursztynowej z wizerunkiem tak nie lubianego przeze mnie Zygmunta III Wazy ujrzałam podpis „prezent od polskiego króla”, zapytałam niewinnie, czy to z czasów przed czy po Kircholmie – pani zrobiła minę karpia i odparła, żebym nie była drobiazgowa. Nie byłam przecież… Nie byłam drobiazgowa także w skarbcu, ale też po prostu mnie zatkało na widok odciśniętej obutej stopy w ceglanej posadzce… I to zanim zobaczyłam precjoza na wystawie. Zresztą precjozów nie pamiętam, ale do odciśniętej w cegle stopy trafię z zamkniętymi oczami.

No więc nie mam zdjęć – tak z Vasy jak i z Pałacu.

Ale za to mam migawki z miasta. Stockholm jest zwyczajnie piękny. Tak po prostu piękny. I niezmiernie ciekawy!

I koniecznie muszę tam wrócić. Mam parę miejsc, których nie skończyłam fotografować, i na dodatek takie, w których nie byłam (jak choćby w Kościele na Riddarholmen). Jednym z miejsc, które muszę dokończyć fotografować jest rynek na starym mieście. To tutaj przecież miała miejsce słynna Sztokholmska Krwawa Łaźnia, w której zagrożona była również i Krystyna Gyllenstierna (jej brzydka rzeźba stoi na dziedzińcu pałacowym), prawnuczka Karla Knutssona Bonde. Karl związany był z Gdańskiem przez jakiś czas, podczas Wojny Trzynastoletniej. Innym z miejsc, których nie dokończyłam fotografować, jest Kościół Św. Mikołaja. I nawet nie mam tu na myśli zachwycającej rzeźby Św. Jerzego, której twórcą był Bernt Notke (jeden z najlepszych rzeźbiarzy hanzeatyckich), ani ołtarza ze srebra i hebanu (!). Mam na myśli grobowiec rodziny gubernatora Rygi. Jest olśniewający i wciąż miałam nadzieję, że jednak uda mi się go sfotografować z góry… Właziłam na poskładane obok krzesła, ale niestety, mimo, że nie jestem wzrostu siedzącego psa, nie udało mi się. Po prostu muszę tam jechać raz jeszcze i już! W czasie tego mojego pobytu w tym cudnym mieście, wracałam do kościoła średnio po dwa razy dziennie 😉 i za każdym razem usiłowałam dowiedzieć się czegoś bliższego o postaciach uwiecznionych na grobowcu. Kiedy tak wracałam – aby zrobić więcej zdjęć, niemal do rozpaczy przywiodłam obsługę kościoła, zadając im chyba zbyt merytoryczne pytania. Miałam nawet takie wrażenie, że wprost się przede mną chowali, widząc mnie po raz kolejny. 😀

Jakoś zupełnie nie zrobił na mnie wrażenia jacht Bogatego Biedactwa (czyli Barbary Hutton),  ale za to Pałac Wrangla (nie Wranglera, jak to napisano w Wikipedii 😀 ) spowodował odblokowanie wiadomości o wojnach szwedzkich. Postać Birgera jarla jeszcze mi się gdzieś kołacze po głowie, w końcu tytuł earl pochodzi od tego wyrazu… Znacznie więcej czasu powinnam była poświęcić tej postaci!

Spacerując z aparatem po uliczkach Starego Miasta, co i rusz przysiadałam na jakąś kawę, czy herbatę. Niedaleko Pałacu, idąc na spotkanie z Dziećmi, zdążyłam spałaszować przepyszne ciastko jagodowe z bitą śmietaną (mimo, że to nie był mój ukochany kotlet schabowy)… Właściciele kafejki wyposażyli mnie nawet w plan miasta z naniesionymi miejscami, jakie powinnam zobaczyć i koniecznie sfotografować. Trafiłam w ten sposób na placyk pośród domów, z drzewem pośrodku. Kiedy usiadłam na ławce, z któregoś z domów doszły  mnie dźwięki gry na pianinie. I śpiew. Ładny damski głos nucił Bolero Ravela. Kiedy muzyka ucichła, w liściach drzewa na placyku swój koncert dały wróble. Dokoła pachniało obiadem, i gdzieś tam słychać było dźwięk sztućców. Obok mnie przysiedli jacyś turyści i tak razem słuchaliśmy tych odgłosów w zaułku wielkiego miasta. Było błogo i ciepło. Bo nie napisałam, że popłynęłam do Szwecji w październiku. Oczywiście z wizją niemal białych niedźwiedzi na ulicach i śniegów po pas. A tymczasem jesień była wtedy wyjątkowo piękna i ciepła. Ciepła na tyle, że ja – naczelny zmarźluch – musiałam zdjąć kurtkę.

Chciałabym trafić na ten placyk raz jeszcze i sprawdzić, czy pianino wciąż słychać, i czy wróble wciąż rozrabiają w liściach rosnącego tam drzewa. No i teraz już wiem, co chce zobaczyć, i co zwiedzić. Vasę sobie już pewnie daruję, ale Pałac muszę koniecznie zwiedzić raz jeszcze. I tym razem już bez pytań o Kircholm.  Koniecznie muszę zwiedzić tak muzeum miejskie, jak i historyczne, zresztą całą listę MUST SEE już mam. No i muszę w końcu zrobić porządne zdjęcia tego gubernatora Rygi w Św. Mikołaju…

Ale na pewno następnym razem nie pojadę w wysokich obcasach. I to na pewno znacznie ułatwi mi zwiedzanie…

Tak więc – pożytek z porządków w fotograficznych archiwach jest duży, bo można wrócić z sentymentem do chwil serdecznych… (nie muszę chyba dodawać, że porządki leżą i kwiczą – do następnego razu).

🙂

Rzemiennym dyszlem – kawałek Chełmna z czekoladą i Torunia z pierogami…

Wolne…

To słowo nauczyłam się smakować niczym najlepszą delicję. Tym bardziej, że jak mi się coś zdaje, mój sezon skończy się dopiero w styczniu.

No więc… wolne mieliśmy akurat w tym samym dniu i w niemal tym samym składzie. Ruszyliśmy rano. To znaczy – dobrze po 9:00 zdecydowaliśmy się ruszyć. Celem był Toruń, a po drodze Chełmno. Niestety – jako, że dni są bardzo krótkie (dzięki idiotycznej zmianie czasu na zimowy, która nic nie daje, poza właśnie wcześniejszym zmrokiem), a na dodatek – że zrezygnowaliśmy z jazdy autostradą – w Chełmnie weszliśmy tylko do Fary. Argumentem był brak czasu po drodze do Torunia. Bo przecież to Toruń był naszym celem…

Ale, to wcale nie znaczy, że odmówiliśmy sobie ciastka czekoladowego i szarlotki w Vanilla Cafe (mieszczącą się nad kwiaciarnią Jarzębina). Na to nam jakoś nie zabrakło czasu. 😉  Ale też Chełmno to miejsce na cały dzień. No bo jak tu spokojnie przejść obok detali na budynkach, które – choć wciąż czekają na lepsze czasy – mają swój urok. Jak tu nie „zapaść” się w kojącą ciszę kościołów, czy nie przespacerować się ulicami, wciąż tęskniącymi do starych dobrych czasów rentiersko-urzędniczych plotek u progu domów. Toteż, do Chełmna wrócimy wiosną, kiedy to nie będzie wiatru wciskającego się przejmującym zimnem pod kurtkę, i mżawki skutecznie zniechęcającej do aktywności fotograficznej.

Tak więc – obiecując sobie dłuższą wiosenną wizytę, ruszyliśmy do Torunia.

A tam… No cóż, jak zwykle – nieśpiesznie, i właściwie bez celu. No bo tak trudno zdecydować się na czym zawiesić oko najpierw. Czy na Krzywej Wieży, czy na Świętych Janach, a może na Jakubie, skąpanym w purpurowym zachodzie słońca, czy też może raczej na Ratuszu. Jak zwykle – skończyło się na Mariackim. No i na spacerze w zapadającym zmroku. Jako, że Toruń to także doskonałe pierogi, nie obeszło się bez wizyty w Leniwej przy Ślusarskiej. Niezmiennie pyszne. Tym razem rzuciliśmy się na te z fetą i szpinakiem i na mięso ze szpinakiem. No i mniam!

Tak z rękę na sercu mogę powiedzieć, że ta włóczęga była absolutnie bez celu i jakiegokolwiek programu. Ot, tak. Po prostu, dla samego bycia tam. A dlatego, że w Toruniu bywamy często i nie musimy czegoś konkretnego dotknąć, zobaczyć, zachwycić się czymś, by wiedzieć, że oto jesteśmy w Miejscu Wyjątkowym.

Upolowałam parę widoczków zacnych tak w Chełmnie, jak i w Toruniu.

Niestety OCZYWIŚCIE zapomniałam statywu. Przepraszam za niektóre rozmazane fotki…

🙂

Hotel Krasicki wśród najlepszych na świecie

Oto, co napisał o jednym z moich ulubionych miejsc w Polsce portal mojemazury.pl (wklejam w całości, żeby nie uronić żadnej kropki, ani przecinka):

Hotel Krasicki w Lidzbarku Warmińskim otrzymał statuetkę Best Luxury Historical jako laureat międzynarodowego konkursu World Luxury Hotel Award 2013.

Jest jedynym polskim hotelem w historii, który otrzymał tę prestiżową nagrodę.

Katarzyna Grabińska, dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Hotelu Krasicki, odebrała prestiżową statuetkę podczas gali w hotelu Indigo Pearl Resort w Tajlandii

Katarzyna Grabińska (po prawej), dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Hotelu Krasicki, odebrała prestiżową statuetkę podczas gali w hotelu Indigo Pearl Resort w Tajlandii  Autor: www.hotelkrasicki.pl

Hotel Krasicki rywalizował o prestiżowy tytuł z ponad tysiącem innych obiektów z całego świata. Międzynarodowe jury wyłoniło zwycięzców spośród obiektów, które w plebiscycie on-line, trwającym od 24 czerwca do 26 lipca 2013 roku, otrzymały najwięcej głosów. Hotel Krasicki był jedynym polskim hotelem, który znalazł się w prestiżowym gronie zwycięzców i otrzymał tytuł Best Luxury Historical Hotel.

Statuetki wręczono podczas uroczystej gali, która odbyła się 1 listopada 2013 roku w Indigo Pearl Resort w Tajlandii – hotelu, który w ubiegłym roku wygrał ten plebiscyt. Prestiżową statuetkę odebrała Katarzyna Grabińska, dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży.
– To wyróżnienie, a także liczba odwiedzających nas osób potwierdzają, że przeprowadzona przez nas rewitalizacja i adaptacja przedzamcza była strzałem w dziesiątkę. W ciągu dwóch i pół roku gościliśmy tu ponad 36 tysięcy podróżnych z całego świata – mówi Andrzej Dowgiałło, prezes Grupy Anders, do której należy Hotel Krasicki.

Prestiżowe nagrody World Luxury Hotel Award, przyznane już po raz siódmy, potwierdzają, że zwycięskie hotele oferują najwyższy standard jakości, obsługi klienta oraz troskę o komfortowy wypoczynek gości.

Hotel Krasicki jest pierwszym polskim obiektem, wyróżnionym w całej historii tego międzynarodowego konkursu. (podkreślenie moje K.C.)

Warto dodać, że to nie pierwsza międzynarodowa nagroda, otrzymana przez Hotel Krasicki. Architekturę Hotelu Krasicki doceniono między innymi w 2011 roku w konkursie International Hotel Award, w kategorii Best New Hotel Construction and Design. W tym samym roku obiekt otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie miesięcznika Hotelarz – Hotel z Pomysłem.

Hotel Krasicki należy do polskiej Grupy Anders, w skład której wchodzi łącznie pięć obiektów hotelowych: Hotel Anders Resort & SPA w Starych Jabłonkach, Hotel Zamek Ryn, Hotel Miłomłyn Zdrój Medical SPA & Vitality oraz Bajkowy Zakątek w Guzowym Piecu.

Przeczytaj cały tekst: Hotel Krasicki z prestiżową nagrodą – Moje Mazury http://mojemazury.pl/178017,Hotel-Krasicki-z-prestizowa-nagroda.html#ixzz2k4EoJftO

Andre Rieu w Gdańsku !!!

No i stało się! Wreszcie się doczekałam!

Mój ulubiony skrzypek Andre Rieu przyjeżdża do Polski 🙂

10 maja 2014 r. da koncert w Ergo Arenie (przypominam, to jest ten obiekt na granicy Sopotu i Gdańska). Wprawdzie do maja niby daleko, ale warto już kupić bilety. Bo znikają dość szybko. Co zresztą nie dziwi, biorąc pod uwagę jego sławę.

Zaczynał z dwunastoosobową orkiestrą, teraz ma zdaje się 50-osobowy zespół. I wszyscy czerpią radość z … dawania muzycznej radości innym 🙂

Co najbardziej lubię w wykonaniu tej orkiestry ? Chyba jednak TO 🙂 Irish Washerwoman mogę słuchać niemal bez końca, ale też wspomnienia z dzieciństwa hołubi się raczej bezkrytycznie 😉