Dawne Prusy Wschodnie – przedwiosennie

Już od dawna mnie ciągnęło do Prus. Dzisiaj przyświeciło słońce, więc skorzystałam z okazji, że pilotaż mi się przesunął na „za tydzień” i pojechałam sprawdzić trasę na najbliższą wycieczkę.

Jako, że droga PasłękOrneta jest w stanie permanentnego remontu – zdecydowałam się jechać przez Młynary. I to nie był najlepszy pomysł. Bowiem i tak wyjechałam w Ornecie, wpadając na wądoły, muldy i „rozbabrane” roboty drogowe. Jednakże nie to było najgorsze. Najgorsza była furia (o jaką nietrudno na terenach byłych Prus Wschodnich) na ponowny widok stanu zabytków. Po 1945 roku utarło się traktować te tereny niczym „ziemię niczyją”. I o ile można to było tłumaczyć wtedy sytuacją polityczną, czy społeczną, o tyle teraz można to traktować tylko w kategoriach grzechu (ba! zbrodni) zaniedbania. I tu daruję sobie dalsze uwagi – bowiem mój stosunek do dawnym ziem pruskich i powojennego zaniedbania tych niesłychanie bogatych w historię terenów jest znany. Dość na tym, że do Lidzbarka Warmińskiego dojechałam przygnębiona, żałując, że Brudny Harry to tylko postać fikcyjna, i że nie może zrobić porządku w gremiach (nie)odpowiedzialnych za stan zachowania tzw. struktury zabytkowej. Do mojego nastroju przyczyniła się też widziana po drodze hekatomba alei przydrożnych. Zadziwiające, że tak lekko niszczy się tutaj dziedzictwo nie tylko przyrodnicze, ale i kulturowe. A to dlatego, że ktoś wymyślił slogan, że drzewa zabijają. No cóż, „jak kto głupi, to go i kartka papieru przy pracy zabije”, jak mawiał pewien bardzo mądry człowiek. A tego, że drogi w pruskiej krainie nie są ekspresówkami, jak widać niektórzy „kierowcy” i urzędnicy widać jakoś dotychczas nie zauważyli.

Ale, żeby nie podnosić sobie (i innym) ciśnienia na wieczór, wklejam zdjęcia:

TUTAJ – zdjęcia wspaniałego wnętrza wieży i otoczenia kościoła w Pomorskiej Wsi. W roku rocznicowym I Wojny Światowej niezwykle cieszy pomnik, którego jakimś cudem (jeszcze) nie zniszczono… TU więcej o tej miejscowości.

TUTAJ – zdjęcia będące jawnym dowodem na to, co znaczy obojętność i niezrozumienie tych ziem – Młynarska Wola. Przypominam, to dawne tereny patronatu Zu Dohna-Schlobitten. Dla ciekawych historii rodu – odsyłam do artykułów Lecha Słodownika, bowiem on najlepiej zna ich historię (w wyszukiwarce www.glospasleka.pl należy wpisać Zu Dohna i wyświetlą się wszystkie artykuły Lecha).

TUTAJ zdjęcia Chwalęcina, absolutnie wyjątkowego miejsca, a niezwykle rzadko odwiedzanego przez wycieczki. Miejscowość zamieszkuje chyba nawet nie 100 osób. Wieś, (jak inne łaskawie skazane na cichą zagładę przez wszechobecne „nowe” w kraju), już prawie niemal całkowicie zapomniała czasy dobrobytu. Niektóre domy powoli, ale nieubłaganie chylą się ku upadkowi. Jedyne, co trwa – to budynek Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego. Budowę poprowadził Hans Christopher Reimers z Ornety, ten sam, któremu zawdzięczamy Krosno.

TUTAJ zdjęcia Gładysz, a raczej to, co pozostało po pysznym założeniu pałacowo-parkowym. Przypominam, że pałac przetrwał marsz Armii Czerwonej, a „spalił się” bodaj około roku 1986… Sam się spalił, bo tak sobie postanowił, i tak zrobił. Kiedyś, dawno temu, podczas wycieczki po  Oberlandzie, spotkałam przy ruinie pałacu jakiegoś zionącego procentami samozwańczego przewodnika, który chwalił się znajomością z grafem (chyba z grafitem, a i to niepewne). Mądrzył się i łaził za mną, bełkocąc jakieś idiotyzmy, dopóki go nie zapytałam czy to on maczał pace w podpaleniu pałacu, i do kogo trafiły rozszabrowane ruchomości. Zamilkł, po czym zniknął – niemal natychmiast, jakby się zapadł pod ziemię… Dzisiaj jedynie kot przemykał po terenie dawnego przypałacowego parku.

A na koniec – PARĘ ZDJĘĆ Z TRASY – bo nawet bez liści, drogi wśród pól i lasów pruskich są niezwykle malownicze.

Czas szkoleń – czas na Kwidzyn

Jako, że od szkolenia gotyckiego w Warszawie minęło nieco czasu, moja noga po wypadku w muzeum goi się, więc od jakiegoś czasu zaczęło nas znowu nosić… Nas – czyli Gdańsko-Gdyński Desant. Po różnych bliższych szkoleniach, które jakoś mi się udało zorganizować (jak to rewelacyjne w Zespole Przedbramia), zatęskniliśmy za… Kwidzynem.

Miasto lubię, i kiedyś naprawdę często tam jeździłam przy różnych okazjach. A to z grupami, a to po prostu tak, dla siebie – na wagary. Od jakiegoś czasu  jednak żadna z grup nie ma Kwidzyna w planach. Ale też niestety ostatnio nieczęsto jeżdżę z polskimi grupami, a zagraniczne w ogóle nie mają tego w programach.

A jako, że wiedza nie powtarzana – zanika, postanowiliśmy ją odświeżyć. No i pojechaliśmy… Oczywiście przez nowy most na Wiśle. Długo oczekiwany, a oprotestowywany latami przez pseudo „zielonych” – wreszcie powstał. Bodaj najgłupszym argumentem przeciw powstaniu mostu był ten, iż minogi pozabijają się o pylony mostu. Pozostaje pogratulować wiedzy i „rozsądku” owym biologom (?). Na szczęście mądrzy ludzie jeszcze u nas całkowicie nie wyginęli, toteż most jest! I cieszy, a nadto znacznie skraca drogę, łącząc obie strony rzeki. I na dodatek jest piękny. Jechało nam się świetnie, widoki przednie, i gdyby tylko słońce zechciało było wyjrzeć choć na chwilkę, to zdjęcia wyszłyby naprawdę ładne. Zajechaliśmy nawet do Marezy, a potem do Korzeniewa, tutaj smętnie rozważając nad losem miejsc zaniedbanych i wciąż niechcianych 😦 a także nad wszechobecną niegospodarnością…

I mimo szaroburego dnia – zdjęcia i tak porobiłam, jak zwykle seriami i w sumie wyszło tego ponad 1000. Po skasowaniu nieostrych, zostało około 700.

A więc miłego oglądania TUTAJ i TUTAJ – bo weszliśmy zobaczyć więźbę dachową,(nawet my z Ewą z naszym lękiem wysokości) jako, że przecież nieczęsto ma się taką okazję :). Warto też POSŁUCHAĆ brzmienia katedralnego… i zaglądnąć także TUTAJ – bo Mareza i Korzeniewo są może i nie po drodze, ale warte zobaczenia.

Published in: on 7 marca 2014 at 12:21  Dodaj komentarz  

Zakłamywacze Historii

Ewa Jaroszyńska wpadła na genialny pomysł.

Oto co napisała do nas (czyli do Gdańskiego Desantu: Danki Lietke, Arka Zygmunta, Agi Syroki i mnie. )

„primo: 1. kwietnia zbliża się wielkimi krokami. Gdańszczanie obchodzili Prima Aprilis bardzo dowcipnie.

secundo: brać przewodnicka łapie się za głowę, słysząc samozwańczych oprowadzaczy nazywających np. Ratusz Głównomiejski Kościołem Mariackim czy opowiadających historie o usypywaniu Biskupiej Górki, itp., itd.

Zróbmy primaaprilisowy spacer z przewodnikami, opowiadającymi wymyślone, absolutnie nieprawdziwe historie, z nadaniem tytułu bajarza roku, co wy na to?”

Oczywiście byliśmy natychmiast na tak!

Zresztą nam akurat niewiele potrzeba, by się skrzyknąć (czy do wyjazdu w Polskę na szkolenie, czy na wyprawę całkiem niedaleko, czy na spotkanie ot, dla przyjemności)…  Jak  w popularnym powiedzeniu: „mówisz, masz”.

Natychmiast też Ewa utworzyła na niezawodnym facebook-u wydarzenie:

Tuesday, April 1, 2014       godz. 17:00

Start: Wielka Zbrojownia (od ul. Piwnej)

Całkowicie nieodpowiedzialnie i zupełnie bez troski o fakty grupa założona ad hoc „Zakłamywacze Historii” zaprasza na primaaprilisowy spacer z przewodnikiem i partaczem po Głównym Mieście

Postanowiliśmy, że nie zachowamy tego wariactwa dla siebie tylko, ale rozpropagujemy. Poprzez Facebook-a, maile, i sms-y zaprosiliśmy do udziału nasze Rodziny, Znajomych bliskich i dalszych, także nasze ulubione Koło PTTK w Elblągu… Ewa dokooptowała także paru innych przewodników.

Odzew był niemal natychmiastowy. Zrobiła nam się pokaźna grupka zaciekawionych i chętnych posłuchania. I także współopowiadania.

I tylko jedna osoba zapytała mnie mailowo dlaczego – czemu ma to służyć… Czemu my akurat – przewodnicy z długim stażem i tzw. „nazwiskami” chcemy robić z siebie „pośmiewisko”.

Już wyjaśniam:

Otóż, czas jakiś temu pewien kolejny minister zderegulował zawody. (N.B. sam był wybitnym przykładem na to, że NIE powinno się zatrudniać na odpowiedzialnym stanowisku człowieka absolutnie nie przygotowanego do tak ważnej funkcji…)

W tym amoku deregulacji wszystkiego, ówże zderegulował też zawód przewodnika. Turystycznego przewodnika.  Teraz, aby oprowadzać, nie trzeba licencji, wiedzy, lat nauki, szkoleń, kursów, nie trzeba wydawać ciężkiej kasy na książki, czy kolejne kursy dokształcające… Nie trzeba też ogłady ani żadnej metodyki… Teraz wystarczy „pasja” (jak bardzo się zdeprecjonowało to słowo dzięki indolencji urzędniczej).

W związku z tym – na ulicach wszystkich miast Polski można obecnie usłyszeć, co tacy samoistni oprowadzacze plotą. A często plotą jak przysłowiowy Piekarski na mękach.

Owszem, ktoś powie, że słynny Christoph Maucher  też był partaczem.

Ale – Maucherów ci u nas niewielu, oj niewielu 😀 za to partaczy z krwi i kości (w najgorszym tego słowa znaczeniu) – wprost przeciwnie.

Jednego wszakże nie wziął ów deregulator pod uwagę.

Ci z tzw. nazwiskami są sprawdzeni, mają markę. Można im zaufać, że nie powiedzą np. w Muzeum Stutthof, że tu zagazowano miliony (wskazując przy tym na Krematorium) – podając pierwszy przykład, jaki podsłuchałam. Można im też powierzyć kasę imprezy, wiedząc, że będą wiedzieli jak się z tego rozliczyć, można zaufać ich zawodowej uczciwości, że turysta dowie się prawdy, a nie usłyszy „Bajki z Mchu i Paproci”… Można im powierzyć tzw. trudną grupę, z którą sobie poradzą, bo mają lata praktyki.

No i niebagatelna sprawa, na licencjonowanego przewodnika można złożyć skargę w razie rażących uchybień (tak, jak to można zrobić w wypadku nieuczciwych  biur podróży). A na takiego bez licencji – już nie, bo nie figuruje w żadnej ewidencji (podatkowej także 😉 ). No, chyba, że ktoś lubi robić interesy z przysłowiową firmą „Krzak” 😉

Mogłabym wymieniać całą listę – ale nie czas i miejsce po temu.

I znowu od razu zaznaczam, że i wśród licencjonowanych przewodników trafiają się czarne owce, które niestety przekłamują obraz prawdziwego przewodnictwa. Jak wszędzie, w każdym zawodzie. Jeśli napiszę że nauczyciele to dno, 5 m mułu i szuwarki, czy że każdy lekarz to konował, lub że każdy ksiądz to klecha… to natychmiast dostanę stos maili z pretensjami. I słusznymi. Ale niestety widzi się przeważnie to, co złe, bo bardziej się rzuca w oczy.

A więc – 1 kwietnia chcemy pokazać CZYM grozi deregulacja. I jakie ma skutki. To, co będziemy opowiadali, będzie kompilacją rewelacji, jakie podsłuchaliśmy w biegu, po drodze, natknąwszy się na takich właśnie samozwańczych deregulacyjnych oprowadzaczy.

Zdziwicie się Państwo, CO potrafi taki ktoś przekazywać grupie, która przecież przyjeżdża zwiedzić, i niekoniecznie zna historię tak miejsca jak i obiektu.

W imieniu Ewy Jaroszyńskiej, Danki Lietke, Agi Syroki, Ewy Heliosz, Arka Zygmunta, Koleżanek i Kolegów Przewodników Licencjonowanych, a także swoim:

ZAPRASZAM na niezapomnianą wyprawę po Gdańsku.

😀

Sentymentalne poszukiwania z mennonitami – wywiad: Katarzyna Czaykowska

Nie mogłam się oprzeć i rebloguję ciepły tekst, jaki napisała Marta Antonina Łobocka na swoim blogu Kochamy Żuławy. Dość dużo jej cierpliwości zużyłam, zanim zerknęłam w ogóle na pytania, jakie mi przesłała mailem. Nie ze złośliwości, tylko z lenistwa, potem nie mogłam ich w mailach znaleźć, a potem zwyczajnie był sezon. Teraz – podczas jednego ze spotkań – dopadła mnie 😉 i zmobilizowała.

Zmobilizowała mnie też do znalezienia starych zdjęć. Tych jeszcze z Nigerii. Jak to zwykle bywa – szukałam pudła, a znalazłam dużą torbę ze zdjęciami z Wtedy i Tam 🙂 No i w końcu udało się. Zeskanowałam te stare, te niedawne przesłałam mailem i doczekałam się ciepłego tekstu, pisanego z sympatią do interlokutora.

Dziękuję 🙂

Marta Antonina's awatarKochamy Żuławy

okladka - z logo - blogZapewne nie raz słyszeliście o mennonitach na Żuławach. Zapewne też nie raz historia tych owianych tajemnicą ludzi, rozpaliła Waszą wyobraźnię. Większość z nas tylko podziwia ocalone dziedzictwo tych przybyszów z Niderlandów, niektórzy biorą udział w ich corocznym, żuławskim zjeździe, ale są i tacy, którzy z nimi spędzają bardzo wiele czasu. Taką osobą jest Pani Katarzyna Czaykowska, przewodniczka i podróżniczka, która, oprowadzając wielu mennonitów po Żuławach, poznała ich i  zaprzyjaźniła się z nimi.
Zapraszam do lektury wywiadu z Panią Katarzyną Czaykowską.


__________________________________________________________________

Zobacz oryginalny wpis 2 520 słów więcej

Elbląg – tym razem bez laurki… Rocznicowo

W tym roku Elbląg obchodzi swoje 777 lecie.

Z tej okazji znowu nieco ZDJĘĆ 🙂

(ciekawe kiedy wreszcie postawiony zostanie pomnik Hermanna von Balka, któremu Elbląg tyle zawdzięcza!)

Nie będę opisywała całej historii, bo ta jest TUTAJ ciekawie opisana. Nie będę więc powielała wpisów krążących w internecie, ani też nie pokuszę się o opis (a raczej streszczanie) wyników badań archeologicznych miasta Elbląga ani okolic zamku krzyżackiego, jakie prowadzono do niedawna. To także jest dostępne na wystawie w Muzeum i znakomicie opisane na blogu muzealnym.

Dzisiaj z okazji roku jubileuszowego w Ratuszu Ala Gronek (koleżanka z Oddziału Elbląskiego PTTK) dała serię prelekcji (głównie dla młodzieży) o początkach miasta. Żałuję, że „polecieliśmy” na tę pierwszą prelekcję Ali, bo uczestniczyła w niej młodzież… Nie żebym miała cokolwiek przeciw młodzieży 😉 ale to wiek, w którym nie reaguje się żywiołowo, a raczej patrzy się po sali, czy sympatia (albo wróg nr 1) jest obecny i gdzie siedzi. Toteż, nie dziwota, że NIKT nie odważył się opowiedzieć legendy o Piekarczyku. To wiek, kiedy młodzież jest wstydliwa, a poza tym wielu (a może większość) z nich przyszła tam, tylko dlatego, że za to nie mieli pewnie lekcji. Ale nie wiedzieć o Piekarczyku, to już żenujące… Wystąpiła w końcu jedna dorosła „ochotniczka”, wskazana przez siedzących na sali pozostałych nauczycieli, ale… też legendy nie znała. 😦 Ciśnie się na usta uwaga, że to pokłosie powszechnego stosunku do miasta.

W ogromnej większości (poza niewielu bardzo chlubnymi wyjątkami) mieszkańcy Elbląga wciąż tam TYLKO mieszkają. Nie czują się Elblążanami, i z uporem podkreślają różnicę między „my” i „oni”, „teraz” i „wtedy”, wciąż są obcy na tym terenie. I nie robią nic aby ten stan zmienić. Chlubnymi wyjątkami są osoby zajmujące się historią Elbląga, jak Lech Słodownik, czy parę innych osób działających na różnych forach, że nie wspomnę o elbląskim oddziale PTTK , czy o elbląskich muzealnikach

Samo Stare Miasto straszy pustymi lokalami (nb. moja ulubiona kawiarnia Kardamon – od jakiegoś czasu jest zamknięta). Brakuje (jak i zresztą w Gdańsku!!!) normalnych sklepów, które (jak to ma miejsce w Toruniu) ożywiłyby historyczne centrum miasta i przyciągnęły mieszkańców.

Jako miasto hanzeatyckie – o hanzeatyckiej siatce ulic – to trudne miejsce do zagospodarowania i trudne do zatrzymania, tak turystów jak i mieszkańców w obrębie dawnych murów.  Toteż dziwi niewiedza, brak realizmu czy wręcz brak rozsądku władz ( a może tylko zarządców) miasta, że zamiast tworzyć sklepy tzw. ogólnie dostępne, szaleją z cenami najmów, i otwierają kolejne banki, czy drogie sklepy typu „Villeroy & Boch”…

Ale za to nigdzie na Starym Mieście nie kupi się widokówki, ani tym bardziej widokówek ze starymi zdjęciami miasta, ani tym bardziej przewodnika po mieście, czy choćby planu miasta. Wstyd! Nikt z wycieczką nie będzie leciał  dalej, bo grupy z reguły mają określony czas zwiedzania i chcą kupować tu i teraz…

Elbląg ma niezwykle dużo do zaoferowania i jest niezmiernie ciekawym miejscem! Jeśli się wie, czego i gdzie szukać, na co i gdzie patrzeć, można tam spędzić cały dzień. A jeszcze jeśli odwiedzi się muzeum, to nie ma takiej siły, żeby Elbląg nie pozostawił silnego wrażenia na zwiedzających !!!

Samo miasto – to historia HanzyKrzyżaków (tutaj też ciekawy odnośnik), DominikanówReformacjiMennonitówAnglików z Kompanii Wschodniejzałożonej właśnie w Elblągu (TUTAJ ciekawy artykuł o tym tworze ekonomicznym). Przy tej okazji powinno się dużo mówić o Ojcu Statystyki – czyli o Gottfriedzie Achenwall. Był Szkotem z pochodzenia, urodził się w Elblągu – i zrobił nie byle jaką karierę na brytyjskim dworze…  To wreszcie też i doktor Mikołaj Kopernik, to także dziwnie zapomniany Ferdinand Schichau, to również historia samego Franza Komnicka i jego rodziny, to wreszcie choćby Jan Amos Komeński…

Jak widać – rok 777 rocznicy to okazja do pokazania, że miasto nie powstało dopiero w, czy wręcz po roku 1945!! Czy ta okazja zostanie odpowiednio wykorzystana? Ano zobaczymy… Oby para nie poszła w gwizdek, jak to miało miejsce przy okazji Millenium Gdańska. 😉

Z cyklu Zaproszenia – Waldemar Mierzwa „Miasteczko”

Oto informacja – zaproszenie, jakie z radością żywcem wklejam z maila Pana Waldemara:

Szanowni Państwo!

Uprzejmie niniejszym informuję, że Biblioteka Manhattan oraz Oficyna Wydawnicza „Retman” zapraszają na spotkanie z Waldemarem Mierzwą, autorem głośnej książki „Miasteczko”.

Spotkanie odbędzie się 27 lutego 2014 roku (czwartek) o godz.18.00 w siedzibie Biblioteki w Centrum Handlowym Manhattan (poziom II), Aleja Grunwaldzka 82 w Gdańsku-Wrzeszczu.

Autor zaprezentuje trzecie już (nowe rozszerzone) wydanie książki i opowie o tym, jak przyjęte zostały wcześniejsze edycje. Spotkaniu towarzyszyć będzie mini-kiermasz książek Oficyny Wydawniczej „Retman”, w promocyjnych oczywiście cenach.

Wstęp wolny! Serdecznie zapraszamy!

Miło mi będzie Państwa poznać osobiście. Obiecuję ciekawe spotkanie!

Serdecznie pozdrawiam z Mazur

Waldemar Mierzwa

Więcej o książce, sporo o niej także na Facebook-u.

Published in: on 14 lutego 2014 at 18:57  2 Komentarze  

Z cyklu – Zaproszenia – Międzynarodowy Dzień Przewodnika w Elblągu

PTTK Oddział Ziemi Elbląskiej w Elblągu zaprasza na Międzynarodowy Dzień Przewodnika z prelekcją.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Przewodnika zapraszamy dzieci, młodzież i mieszkańców Elbląga na prelekcję p.t. „W 777 rocznicę istnienia Elbląga, jak to było z założeniem i początkami miasta”.

Odbędzie się ona dnia 21 lutego 2014 roku o godz. 11:00 w sali Ratusza Staromiejskiego (poziom -1).

Po prelekcji zostanie omówiona makieta Elbląga autorstwa Pana Hansa Pfau.

Wstęp wolny. Serdecznie zapraszamy.

Gotyku trochę – Warszawskie Muzeum Narodowe

Wobec praktycznej likwidacji galerii sztuki gotyckiej w gdańskim Muzeum Narodowym, i coraz gorszemu poziomowi, jaki owo muzeum prezentuje, chcąc zobaczyć ciekawe ekspozycje, należy z Gdańska wyjechać… Toteż z radością i zazdrością (!) przeczytaliśmy o nowej aranżacji galerii sztuki średniowiecznej w Warszawskim odpowiedniku gdańskiej uśpionej placówki.

Skrzyknęliśmy się więc ponownie, Ewa tradycyjnie zajęła się stroną praktyczną szkolenia i 12 lutego o 12:30 karnie podążyliśmy za Panią Karoliną, która swoją narracją zachwyciła nas już przy Jagellonice.

Nie będę się rozwodziła nad dziełami sztuki, jakie i czy powinny wrócić do Gdańska, czy Wrocławia, bo to szeroki temat. Zresztą, biorąc pod uwagę fatalną passę gdańskiej tzw. narodowej placówki muzealnej – lepiej żeby te dzieła siedziały spokojnie w stolicy. Bo tam przynajmniej można cieszyć oczy piękną ekspozycją.

Spędziliśmy na wystawie niemal 3 godziny, słuchając świetnej narracji pani Karoliny i dostając zbiorowego zeza rozbieżnego, starając się patrzeć we wszystkich kierunkach na raz i zauważać wszystkie detale. Te parę godzin, to stanowczo zbyt mało, by „napaść” oczy pięknem średniowiecznego artyzmu. Ja na szczęście będę z grupą tam już w kwietniu, więc na pewno tam zajdę, by ponownie zanurzyć się w bogactwo barw i form.

TUTAJ nieco zdjęć, jakie mi się udało zrobić, na poły słuchając ciekawego szkolenia, a na poły fotografując zawzięcie.

Teraz – pozostaje mi wrócić do Muzeum Narodowego – przy najbliższej okazji po to, by spokojnie obejrzeć resztę tego, co Muzeum ma do pokazania.

A więc do następnego razu 🙂

Published in: on 13 lutego 2014 at 12:09  Comments (1)  

Wyprawa do Ziemi Chełmińskiej

Cały dzień wolny 🙂

A to u nas znaczy, że poranna pobudka i wypad w trasę. Z aparatem koniecznie!

TUTAJ i TUTAJ a także TUTAJ i TUTAJ zdjęcia z wyprawy…

Tym razem zawiało nas do Grudziądza, Radzynia Chełmińskiego i Pokrzywna, zahaczając po drodze o Okonin (niestety kościół był zamknięty, a na plebanii nie było żywego ducha, obszczekały mnie tylko psy, kiedy zadzwoniłam do drzwi).

Autostrada znacznie skróciła czas dojazdu, i po godzinie byliśmy już za Wisłą, na światłach w Grudziądzu. Zanim jednak skręciliśmy do centrum – pojechaliśmy za miasto – 19 kilometrów na płd wschód – trasą 534 do Radzynia Chełmińskiego. Zawsze chciałam zobaczyć słynne ruiny tamtejszego zamku… No i zobaczyłam… moje największe rozczarowanie ostatnich czasów. No, przyznać należy, że wiele z tego rozczarowanie zawdzięczam Szwedom, którzy w roku 1628 znacznie przyczynili się do dzisiejszego wyglądu zamku. Moje rozczarowanie jednak wynikało bardziej z jego usytuowania. Na wszystkich zdjęciach widać monumentalną ruinę, pośród pól. A tymczasem – zamek usytuowany jest na wjeździe do miasta. Późnozimowe roztopy nie sprzyjały „obwąchaniu” wszystkich cegieł, i obmacaniu murów. Więc trzeba tam wrócić, w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody. Natomiast koniecznie muszę wrócić do Radzynia – do kościoła Św. Anny, który niestety, tak jak okoniński, również był zamknięty, co akurat nie dziwi, zważywszy ilość kradzieży dzieł sztuki. Toteż trzeba tam będzie koniecznie wrócić, najlepiej w którąś sobotę. Wtedy bowiem odbywa się cotygodniowe wietrzenie i sprzątanie kościołów i łatwiej jest zwiedzić wnętrza, bo są otwarte.

Zamek w Pokrzywnie – a raczej to co z niego zostało, wygląda na skazane na zagładę… Na „ogryzku” bramy wjazdowej do całego założenia, ktoś (nie był to jednak Heinrich von Plauen, który tu spędził czas jakiś) przybił byle jaką tabliczkę, że teren jest prywatny. A więc – jak to zwykle w Polsce bywa, można się spodziewać, że po odczekaniu aż resztki murów runą, teren zostanie splantowany i powstanie albo osiedle, albo market, albo po prostu pozostanie smętnym wspomnieniem po krzyżackiej wielkości i świetnej organizacji państwowej…

Grudziądz od zawsze był w mojej rodzinie ważny, bo przecież to tutaj dwóch z moich pra-wujków służyło w kawalerii. I to tutaj, jeden chcąc się żenić, musiał przedstawić świadectwo naprawdę dobrego pochodzenia panny. Inna sprawa, że w domu panny posunięto się jeszcze dalej, bowiem wynajęto detektywa, który miał sprawdzić nieposzlakowane pochodzenie i prowadzenie się młodego oficera. Oboje widać zdali egzamin – bo rozłączyła ich dopiero czerwonoarmijna zawierucha. Tak więc – Grudziądz ma w moim sercu ciepły kąt. Wychowana na żurawiejkach zawsze chciałam do Grudziądza pojechać. I pojechałam. Po raz pierwszy – parę lat temu – objeżdżając Ziemię Chełmińską. Klimek jeszcze wtedy stanowił porozrzucane gruzowisko, z walającymi się nawet na alejkach cegłami. Wielkimi, gotyckimi palcówkami. Jako, że czas był wtedy jesienny, bury i deszczowy, Grudziądz wydał mi się smutny. Smutny zaniedbanymi domami, urywającymi się niemal balkonami, brudnymi ulicami. Objawił mi się jako miasto głęboko zaniedbane, niekochane. Zamieszkane, ale nie zawłaszczone… I nie pomogła widać tradycja ułańska, ani też szesnastowieczna wizyta Doktora Kopernika, kiedy tu prezentował swój traktat o monecie… Że nie wspomnę o czasach krzyżackich. Nie pomogła też świadomość obecności w tym mieście Wiktora Kulerskiego. Nic nie pomogło. Miasto zamilkło, chowając bogatą przeszłość za zaniedbanymi fasadami kamienic. Drugi raz zaglądnęłam do Grudziądza podczas tradycyjnego objazdu szkoleniowego, jakie organizujemy sobie w naszym wąskim gronie (M.H., A.S, E.H. D.L. i ja). Tym razem było wprawdzie znowu jesiennie, ale słonecznie i spichrze nad Wisłą czerwieniły się w słońcu, z ratusza zaś dochodził dźwięk hejnału. Klimek wprawdzie był wciąż w ruinie, ale już nie rozwłóczonej; widać było, że coś zaczyna się tam dziać… Jakieś prace porządkowe akurat prowadzono, i cegły już nie poniewierały się po okolicy. W Sali Ślubów obecnego Urzędu Stanu Cywilnego musiał odbywać się akurat ślub, bowiem przepiękne witraże sprzed niemal 100 lat  jaśniały kolorami, podświetlone wszystkimi światłami w pomieszczeniu. Miasto jednak wciąż sprawiało wrażenie zaniedbanego, niekochanego… Trzeci raz pojechałam na szkolenie PTTK-owskie, więc nie miałam wiele  czasu dla Grudziądza. Ale kiedy nas wypuścili na wycieczkę, skrzętnie porobiłam zdjęcia – jak zwykle tych samych miejsc, ale może z nieco innego ujęcia. Nadto dane mi było uczestniczyć w zwiedzaniu Twierdzy. Ten dzień więc dał mi do myślenia. Gdzie mieszkali ci moi pra… Jakie było ich życie codzienne, jak częstymi gośćmi byli w dzisiejszej Białej Karczmie w Michalu, czy jeździli do domu,  jak przeżyli 1 września, i gdzie zostali zakopani (bo przecież nie pochowani) po egzekucji przez Czerwonoarmiejców, i takie tam, typowe rodzinne sentymentalne dywagacje… Tym razem świeciło słońce, i Grudziądz przemówił (przynajmniej do mnie). Potem byłam jeszcze w Grudziądzu parę razy – przejazdem, i przy sposobności poszukiwań domu pewnym wspaniałym ludziom z mojej grupy mennonickiej. Dom znaleźliśmy, a nawet sąsiada, który pamiętał niemal wszystko. Grudziądz wciąż czekał na rewitalizację, ale niektóre domy już straciły brud i obtłuczone narożniki były wypełnione. Miasto sprawiało wrażenie nieco mniej burego, ba zachwyciło, po długim niewidzeniu. 😉

Dzisiaj część miasta zastałam rozkopaną – przy Pałacu Opatek, trwa remont torowiska tramwajowego. Rynek jaśnieje odnowionymi kamienicami (dalej już się nie zapędzałam, żeby nie psuć sobie nastroju). Na Klimku wrze robota, widać, że Społeczny Komitet Odbudowy działa… Grudziądz wciąż jest nie całkiem obłaskawiony, bo na obłaskawienie miejsca potrzeba gwałtownego spadku bezrobocia, nadziei i europejskich zarobków. Ale widać, że coś się ruszyło… Oby szło ku lepszemu, bo Grudziądz zdecydowanie na to zasłużył. Oczywiście – jak zwykle, ze złośliwą satysfakcją znowu zrobiłam zdjęcie tablicy mówiącej o „mściwym toporze krzyżackim” w Rynku, zastanawiając się, jak długo jeszcze kolejne pokolenia karmione będą papką sienkiewiczowskiej propagandy. 😉

Zjedliśmy pierogi w jednej z pierogarni, a właściwie „francuskiej” naleśnikarni, smętnie konstatując, że tam to nas już nie zobaczą (pierogi zdecydowanie nie zasługiwały na miano pierogów, a tzw. shake przypominał ów napój jedynie z nazwy) – i wróciliśmy do domu z mnóstwem zdjęć i postanowieniem powrotu do Radzynia i Okonina na wiosnę. Dzień był piękny, prawie wiosenny, i tylko kra na Wiśle przypominała o porze roku.

Refleksy i cienie – Orłowo

Dzisiaj od rana świeciło słońce. Nos i uszy jakoś nie czuły mrozu (dopóki nie znalazłam się pod klifem redłowskim… 🙂 ).

Ruszyłam więc na polowanie z aparatem. Ruszyłam do Orłowa.

A to co upolowałam jest TUTAJ i TUTAJ.