Szestno – cz. 1

Jak zwykle, w biegu, po drodze. Tym razem – Szestno… I tym razem nasza trasa została starannie zaplanowana. I było to jedno z moich największych zdumień ostatnich czasów.

Zdumienie na TAK.

Że TAK można zadbać o miejsce „niebliskie”, że TAK można z zachwytem opowiadać o już przecież nieistniejącym świecie, że TAK można wrosnąć w ziemie przecież nie genetyczne, i wreszcie, że TAK można stać się synonimem miejsca.

Ale od pieca…

Na początku grudnia, przez trzy dni, czteroosobowy Desant Gdański uczestniczył w konferencji na temat dziedzictwa historycznego i teraźniejszości Zakonu Krzyżackiego w Rynie. Mieszkałyśmy w Hotelu Cesarskim, w niedalekim Giżycku.

Ten hotel polecam, z czystym sercem. Miło, czysto, za hotelem jest parking, dodatkowo wszędzie blisko no i smaczne śniadania w sąsiadującej z hotelem restauracji Kuchnie Świata. W samej restauracji jadłam już kiedyś z grupą, więc spokojnie mogę polecić ich menu.

Z Giżycka dojeżdżałyśmy na wykłady konferencyjne. O samej konferencji nie warto się za bardzo rozpisywać. Dość na tym, że niestety, słynne powiedzenie Johanna  Georga  Forstera pozostaje wciąż aktualne 😦 Jako, że kilka wykładów wygłaszanych było po niemiecku, zatrudniono tłumaczy. No i to była jedna z największych porażek tej konferencji. Tłumacze niby symultaniczni, ale jedyne co robili naprawdę symultanicznie, to dłubali w zębach, stękali, mlaskali i chrumkali… Oprawa merytoryczna także pozostawiała wiele do życzenia. Niestety, konferencja poza sferą rzeczową, także w sferze kultury zarówno osobistej, jak i przekazu pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Dość wiedzieć, że z rozrzewnieniem myślałyśmy o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

No i na dodatek, niewiele było prelekcji wartych wysłuchania. Jedną z nich była na pewno ta, wygłoszona przez dra Franka Bayarda, dyrektora archiwum zakonnego. I na szczęście dostałyśmy ją od samego referenta. Poza więc przysłowiową słodką fotką z Wielkim Mistrzem, i degustacją obiadu (którego, nota bene, na pewno nikomu z naszych grup nie polecimy), tak naprawdę radość z bycia na konferencji wynikała z możliwości bycia razem. Po sezonie. Bez pośpiechu.

* / * 

Po ustaleniu, dokąd* pędzący Św. Brunon nawracał w dzisiejszym Giżycku, ostatniego dnia pojechałyśmy jednak do Rynu na zakończenie konferencji. Niestety, dwóch najciekawszych prelekcji tego dnia nie było. Bez wyrzutów sumienia więc ulotniłyśmy się mając w planie Bezławki. Ale jako, że do Bezławek jedzie się przez Szestno, a żadna z nas tam nigdy nie była, zadecydowałyśmy o trasie właśnie tamtędy. Na dodatek okazało się, że Ewa J. właśnie w Szestnie ma Znajomego niemal od zawsze, więc tym bardziej musiałyśmy tam zajechać.

* / * 

Szestno (Seehesten), to wieś, (według statystyk) licząca w roku 2006 około 830 mieszkańców. Położona 7, a może 8km na północ od Mrągowa. To dzisiaj. A kiedyś?

Na kartach historii Szestno zagościło na dobre w II połowie wieku XIV. Właśnie wtedy południowe tereny komturii bałgijskiej objęte zostały planową akcją kolonizacyjną. Nie znaczy to wcale, że do tego czasu była tam tylko Wielka Puszcza. Już 100 lat wcześniej zaczęli osiedlać się tam ludzie. Jednak w XIV wieku właśnie, w związku z planową akcją osadniczą, niezbędne było zapewnienie napływającej ludności bezpieczeństwa. Nadto, teren położony był bezpośrednio na trasie głównych wypraw litewskich, kierowanych w głąb Prus. W związku z tym zamek szestnieński „wpasowany” został w sieć, a raczej łańcuch twierdz obronnych na południe od Wielkich Jezior. W owym wspomnianym wieku XIV zamek oblegał książę Kiejstut Giedyminowicz, niszcząc jednak wyłącznie przedzamcze. Między początkiem XV wieku a rokiem 1525, zamek był rezydencją prokuratorów krzyżackich, podległych komturom bałgijskim, i czas jakiś także ryńskim.

Kim był prokurator w Państwie Krzyżackim? Był to urzędnik odpowiedzialny za sądownictwo i zawiadujący administracją okręgu sobie podległego (czyli prokuratorii). Prokurator odpowiadał też za sprawy wojskowe na swoim terenie, a więc pełnił rolę dowódcy okręgu. I jako taki dysponował tak braćmi zakonnymi, jak i okolicznymi Prusami, czy osadnikami. Prokuratorzy, jako urząd, podlegali komturom. Tu wyjątek stanowił prokurator kętrzyński, ale nie o nim tu mowa 😉

Odwiedzając Prusy, warto zajechać do dawnych siedzib prokuratorskich, czyli (podaję w kolejności alfabetycznej): Barcian, Bytowa, Działdowa, Ełku, Giżycka, Kętrzyna, Morąga, Nidzicy, Nowego, Nowego Jasińca, Osieka, Pasłęka, Pnia, Przezmarka, Skarszew, Szczytna, Szestna czy Węgorzewa.

W wieku XVI zamek szestnieński stał się siedzibą starostów pruskich. Jednym, z nich był Fabian von Lehndorff, którego płytę nagrobną można podziwiać wmurowaną w północną ścianę miejscowego kościoła. Od początków wieku XIX zamek stopniowo rozbierano, a materiał rozbiórkowy stał się materiałem budowlanym w odległym o ok. 20 km na północ Kętrzynie. Na terenie dawnego folwarku postawiono dwór, i ten można dziś oglądać jedynie zza gęstych krzaczorów, jako, że obecnie jest prywatną własnością. I dobrze, bo po II wojnie spotkał go los wielu innych może nawet cenniejszych – czyli najpierw grabież przez Armię Czerwoną, potem PGR, i gdyby nie prywatny właściciel, który zjawił się jakoś tak w latach 90. – pewnie podzieliłby los na przykład Prosny…

TUTAJ można przeczytać o zamku w Szestnie, TUTAJ zaś znajdują się informacje o historii wsi.

Nie zajrzałabym jednak na te strony, gdybym nie dostała dużej i świetnie podanej dawki tak historii, jak i czasów współczesnych, od Znajomego Ewy J.

I to było właśnie najcenniejsze podczas naszej wizyty – rzetelna wiedza naszego Cicerone, ale podana w tak ciekawy sposób, że aż chciało się słuchać.

A na zakończenie części pierwszej wpisu, TUTAJ nieco zdjęć z naszej wizyty.

* przykro mi, ale to akurat zrozumieją wyłącznie moje drogie Koleżanki, AS, EH i EJ 😉

Z cyklu Chwalę się – W biegu, po drodze – żuławskim traktem

Marzłam kolejną godzinę z grupą filmowców chińskich ze stacji CCTv. Kręcili dzisiaj ujęcia Wiadomego Zamku, zachwyceni i zafascynowani tak miejscem, jak i jego historią. Zanim jednak zaczęli kręcić materiał, musiałam jakoś wprowadzić Gości w historię nie tylko zamku, ale i Zakonu. Nieco pomocną, dla odniesienia do znanych im faktów, okazała się data 1280, a to dlatego, że w tym czasie w Chinach datuje się pierwszą wzmiankę o broni palnej i armacie, to też początek dynastii Yuan-Ming. Wzmiankę o Benedykcie Polaku sobie darowałam, widząc, że kłopotu dostarczyła już sama Reguła krzyżacka… 😉 W końcu, dla nas też kolejne dynastie chińskie, a także chronologia ich historii jest zawikłana.

I tak sobie marzłam im do towarzystwa, kiedy już po przejściu potencjalnych miejsc do ujęć filmowych, zabrali się już za samo filmowanie … Zapowiadał się co najmniej katar. Ale w myśl powiedzenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, otuliłam się szalem i zabrałam się za lekturę Reguły, czekając aż będę znowu potrzebna z wyjaśnieniami.

Przy sposobności, jak zwykle, robiłam zdjęcia. Niestety, jako, że nie miałam ze sobą aparatu, zdjęcia robiłam komórką, stąd kiepska jakość.

Wyszłam do Zimowego Refektarza na chwilę, żeby nie wchodzić ekipie w kadr, kiedy zadzwonił telefon. To Ela Skirmuntt-Kufel dzwoniła z pytaniem, gdzie jestem, i kiedy wracam. Już chciałam odpowiedzieć (zgodną zresztą z wszelkim prawdopodobieństwem), że wracam za jakieś następne 674 lata, ale ugryzłam się w język, bo Ela wspomniała, że czeka na mnie książka…

MOJA książka 🙂

Na szczęście wybiła godzina 15:00, czyli godzina zamknięcia wnętrz zamkowych, więc mogłam jechać do Trutnów. No, mogę powiedzieć, że to była prawie teleportacja…

I teraz sobie siedzę i czytam, co napisałam. Niby nic takiego, bo przecież to po prostu nieco przerobione moje opowieści z bloga. Ale miło przeczytać to w formie drukowanej. Na pachnącym papierze, z pięknymi zdjęciami autorstwa Daniela Kufla.

* / *

ps. A kataru wcale nie dostałam, książeczka podziałała jak balsam leczniczy 😀

Z cyklu Ciekawe – nowa ekspozycja w Muzeum Elblągu

„a little bit of this, a little bit of that”…

Dźwięk słów Tewje ze „Skrzypka na dachu” brzmią w uszach, kiedy wędruje się po nowej ekspozycji-wystawie sentymentalnych wspomnień o Mieście, Którego Już Nie Ma w elbląskim Muzeum Archeologiczno-Historycznym.

Drobiazgi składające się na życie zwyczajne, szczęśliwe, a może nudne.

Walizki na szafie, a w tejże obrusy, znalezione kiedyś, już po Śmierci Miasta. Wciąż białe, złożone, czekające na swoją kolej na politurowanym stole w jadalnym…

Przepis na marcepan, brytfanka na piecu i ścisk do prowadzenia byka.

Gospodarz zaraz wróci? Dziś, za 50 lat? Chyba nigdy.

Twarze kiedyś dzieci, dziś poorane zmarszczkami, spoglądają ze zdjęć z uśmiechem. Szczęśliwe. Zanim przeszła tędy Wielka Historia.

Szepty z Wtedy, Teraz… a może tylko my je słyszymy…

Wzruszająca wystawa.

Właśnie podczas ostatniego szkolenia zrozumiałam, dlaczego mój Tato uśmiechał się, kiedy prowadził mnie w latach sześćdziesiątych po nie istniejącym Starym Mieście, na którym pasły się krowy. On po prostu nie widział pustki, pamiętał Miasto z Wtedy. Właśnie dlatego mam absolutny sentyment do Elbląga. I niemal bezkrytyczną sympatię.

p.s. No i uwaga końcowa: MUZEUM NARODOWE w Gdańsku – UCZ się, JAK robić ekspozycje! Niestety nasze MN wciąż tkwi głęboko w minionej epoce. Nie widać tam Sztuki, nie widać Życia, NIC nie widać 😦

Published in: on 7 grudnia 2014 at 19:27  Comments (1)  

O Westerplatte – w dwóch tomach

Westerplatte wciąż wzbudza emocje. I wciąż krążą o nim mity i opowieści „z mchu i paproci”.

Dotychczas jedyną rzetelną pozycją godną przeczytania i rozwagi był książka Jarosława Tuliszki pt. „Westerplatte 1926-1939. Dzieje Wojskowej Składnicy Tranzytowej w Wolnym Mieście Gdańsku”. Książka ta – już raczej biały kruk, wydana została w roku 2002 przez Wydawnictwo Adam Marszałek. Mam szczęście być posiadaczką tego wydania i strzegę go jak oka w głowie. Bowiem na w sumie 287 stronach Autor podał zarys sytuacji przed i w czasie działań wojennych, zamieścił szkice i rysunki a także tabele i zdjęcia. Bez zadęcia, bez komentarzy, bez ulegania nowomodzie komentatorskiej, profesjonalnie podszedł do wciąż rozpalającego emocje półwyspu. Ale, jak napisałam, było to jedyne rzetelne opracowanie. Inne – to właśnie „bajki z mchu i paproci” grające na typowych dla przysłowiowego magla emocjach, pełne insynuacji, tudzież informacji z trzeciej czy nawet z czwartej ręki.

Cieszy więc nowa, dwutomowa publikacja pióra Andrzeja Drzycimskiego, pt. „Westerplatte – Reduta w budowie 1926-1939” i „Westerplatte – Reduta wojenna 1939”, wydana przez Fundację Gdańską.

Andrzej Drzycimski należy do tych autorów, którzy nie ulegają modzie ani histerii, czy też wpływom tzw. czynników. Badania swoje prowadzi według własnego rytmu i bardzo szczegółowo, można by rzec sposobem benedyktyńskim. Ale też temat wymaga podejścia specyficznego. Rolą bowiem historyka nie jest kreowanie opinii, a przekazanie faktów. I to w sposób jak najmniej prowokujący do późniejszych nadużyć interpretacyjnych.

I Autor ten cel osiągnął.

Dodatkowym atutem książki jest obszerny wykaz źródeł i literatury, indeks osobowy, a także bogata ilustracja zdjęciowa.

Bardzo żałuję, że nie mogłam być na promocji książki, bo mimo specyficznej osobowości Autora, lubię go słuchać. Mówi jasno i klarownie, co nieczęsto zdarza się wśród historyków 😉 no i przede wszystkim – wie co mówi, a także mówi co wie…

Na szczęście moje Drogie Koleżanki ulitowały się nade mną i kupiły mi książkę podczas spotkania. Mogę więc teraz spokojnie zagłębić się w lekturze, która jest niełatwa. Niełatwa, bo w ogóle tematy okołogdańskie są takie. Nawet dla Gdańszczan. W nazwie Miasta Niepokornego wciąż zawarty jest ogromny ładunek emocji. Tym bardziej więc cieszy, że za temat zabrał się wytrawny nie tylko historyk ale też dawny rzecznik Prezydenta RP, a także doradca ds. komunikacji społecznej.

Bo tematem Westerplatte nie może zajmować się każdy, kto poczuje „wenę”.

😉

Książka warta każdej złotówki

Kupiłam książkę.

Nic nadzwyczajnego. Książek kupuję sporo. A teraz, kiedy „sezon szlifierski” wreszcie ma się ku końcowi, wreszcie mogę nadrobić braki w lekturze… W sezonie bowiem – to czytanie i uczenie się do kolejnej wycieczki, sprawdzanie wiadomości, i raczej nie ma czasu na zagłębianie się w tekstach dla siebie. Toteż każdego roku czekam niemal z utęsknieniem na tzw. przestój, by móc w spokoju zagłębić się w lekturę dla siebie. Oczywiście, jak 99 % mojej biblioteki, i ta książka, jest po tzw. linii, czyli bardzo mocno związana z moim zawodem (napisałam „zawodem”, bo mimo deregulacji, wciąż jest to zawód, czy się to komuś podoba, czy nie).

Otóż książka, którą polecam, to kolejna ciekawa pozycja, warta wnikliwej analizy..

To praca Pana Kazimierza Pospiesznego pod tytułem: „Domus Malbork. Zamek krzyżacki w typie regularnym

Książka ta na pewno się przyda przede wszystkim przewodników po Wiadomym Zamku, a i dla innych krzyżakologów będzie także przydatna. Zdaję sobie sprawę, że niektóre tezy autora pewnie wzbudzą w środowisku dyskusje. Ale, jak wiadomo, Zamek żyje, i teorie sprzed paru lat niekoniecznie muszą być aktualne w świetle ostatnich badań.

Tak, czy inaczej, warto mieć tę książkę. Warto też dokładnie przeczytać.

Zamiast opisu wklejam żywcem spis treści ze strony wydawnictwa

SPIS TREŚCI

Przedmowa / 9
Wprowadzenie / 11

1. Castrum sancte Marie – Mergenburgk – Marienburg – Malbork / 12
2. Źródła a literatura – zwrot w kierunku kastelologii / 23

I. Pierwszy „zamek Marii ”, ok. 1274–1300
1. Uwarunkowania topograficzne i społeczne / 25
2. Sposób budowy malborskiego castrum i zamków regularnych / 33
2.1. Konstrukcja i „kod” architektoniczny zamku-wieży / 35
2.2. Organizacja i zasady prowadzenia budowy: inwestor – architekt/budowniczy – warsztat  / 47
3. Zaawansowanie budowy i sposób użytkowania zamku do 1309 roku / 51
3.1. Skrzydło północne i pierwszy krużganek / 52
3.2. Skrzydło zachodnie z „gdaniskiem”, schody przy Złotej Bramie / 64
3.3. Program i forma architektoniczna infirmerii konwentu / 72
3.3.1. Geneza formy i układ funkcjonalno-architektoniczny / 72
3.3.2. „Szpital duszy” – emporowa część kościoła NMP / 80
4. Ceglany warsztat budowlany i jego identyfikacja artystyczna / 87
4.1. Brandenburski styl architektury / 90
4.2. Charakterystyka malborskiej plastyki architektonicznej. Analiza techniki i technologii gliny palonej (ekskurs nr 1) / 93
4.3. Warsztat elbląski – dzieło w orbicie polityki Zakonu / 106

II. Model pruski zamku regularnego na tle europejskim
1. Forma regularna a forma idealna / 113
1.1. Kryteria typologiczne / 113
1.2. Relacje między funkcją obronną a symboliką / 114
1.3. Ranga obiektu wzorcowego / 115
2. Wzorzec architektoniczny domu konwentualnego w Elblągu / 116
2.1. Definicja pruskiego zamku regularnego / 116
2.2. Elbląski „Konventhaus” jako wzorzec architektoniczny / 120
3. Regularne założenia zamkowo-rezydencjonalne w Europie w XIII wieku a kasztel pruski / 122
3.1. Zamki Przemysława Ottokara II w Czechach / 122
3.2. Klasyczny model francuski / 128
3.2.1. Wariant w materiale kamiennym – zamki walijskie / 131
3.2.2. Wariant w materiale ceramicznym – zamki holenderskie / 133
3.3. Północne „keeps” i południowe „torri Normanni” / 135
3.3.1. Ideał zamku zdobywcy – wieże anglo-normańskie / 138
3.3.2. „Normańsko-sztaufijska inicjatywa” w południowej Italii / 141
3.3.3. Zamki krzyżowców i budowle Orientu w Ziemi Świętej / 155
3.4. Warunki kształtowania się pruskiego zamku konwentualnego w 2. i 3. ćw. XIII wieku / 166
3.4.1. Rozwój polityki cesarskiej wobec Prus / 168
3.4.2. Centrum w Marburgu i misja Eberharda von Sayn / 174

III. Haupthus wielkiego mistrza od 1309 roku do połowy XIV wieku
1. Plan przebudowy w ramach czworoboku i jego realizacja /176
1.1. Prowizoryczny charakter pierwszej adaptacji skrzydła południowego / 177
1.2. Pierwszy etap, 1312 – ok. 1330 / 179
1.3. Drugi etap, 1331–1344 / 192
1.4. System obronny i jego modyfikacja / 194
2. Morfologia kościoła zamkowego NMP / 201
2.1. Skarbiec relikwiowy / 205
2.2. „Heska matka” Marburg  / 213
3. Organizacja przestrzeni liturgicznej / 228
4. „Gotyk ceglany” w sztuce i praktyce budowlanej / 231
4.1. Fenomen budowli ceglanej – rzeźba i plastyka w sztucznym kamieniu (ekskurs nr 2) / 233
4.2. Miara ad quadratum / 248
4.3. Pulchra ecclesia i koloryt „dworu Marii” / 254

IV. „Klasyczny” zamek konwentualny w służbie pruskiego Regnum Mariae od XIV wieku do 1457 roku
1. Architektura zamków komturskich jako wyraz misji i narzędzie władzy Zakonu / 264
1.1. Modyfikacja kaszteli wieżowych przed 1300 r. – przykład kluczowy Gniew / 264
1.2. Niebiańskie Jeruzalem / 266
1.3. Instytucjonalizacja sente Merienburc w drugiej połowie XIV wieku / 268
2. Epilog malborski – „bolwerk Marii” po 1410 roku / 283

Zakończenie /290
Aneks nr 1294
Aneks nr 2299
Spis ilustracji / 306
Źródła i literatura / 315
Skróty bibliograficzne / 315
Źródła publikowane / 317
Literatura / 317
Indeks osobowy / 330
Indeks geograficzny i rzeczowy /332
Panopticum w kolorze / 337

Strzelno – na chwilę – po drodze

Nigdy nie byłam w Strzelnie.

Nie, nie tak. Powinno być: nigdy nie zatrzymywałam się w Strzelnie.

Ja tamtędy jedynie przejeżdżam. Tam i z powrotem. Na skrzyżowaniu, skręcam i jadę dalej, nie zatrzymując się w mieście mającym jedną z trzech na świecie sensacji architektonicznych (obok kościoła Św. Jakuba w Santiago di Compostela i weneckiej katedry Św. Marka).

Bo Strzelno słynie przede wszystkim z kolumn. Nie ma chyba nikogo w kraju, kto by nie słyszał o słynnych romańskich kolumnach strzelnieńskich. Ale, kiedy stanie się przed budynkiem kościoła skrywającego te cuda, ogarnia niezdecydowanie. No bo jak to: barokowy kościół, nie najcudniejszej urody (zwłaszcza dla tych, którzy nie przepadają za barokiem) ma być TYM miejscem?? Zaraz po sąsiedzku, po stronie północnej wznosi się następna sława tego miejsca – dostojna Rotunda Św. Prokopa. I to tam najpierw ucieka wzrok. Ale, zanim zajrzymy do Rotundy, warto poznać historię miejsca w sąsiednim Muzeum, i mimo wszystko wejść najpierw w barokowe mury. Bo to, co wita natychmiast po przekroczeniu progu, odbiera głos.

Kolumny! te słynne kolumny w całej okazałości.

TUTAJ moje impresje strzelnieńskie. Jakość zdjęć kiepska, ale robione były tzw. małpką. Niestety nie miałam ze sobą mojego dużego aparatu.

Ale Strzelno, mimo, że przede wszystkim kolumny i Rotunda, to jednak ma nieco więcej do zaoferowania. Przede wszystkim ciekawą architekturę, i tę wciąż wyczuwalną małomiasteczkową atmosferę, żywcem przeniesioną sprzed wojny.

Kiedy zaparkowałam tuż pod wzgórzem Św. Wojciecha (jakżeby inaczej 😉 ), zdawałam sobie sprawę, że wszystkie firanki w okolicznych oknach najpierw się uniosły, by po chwili opaść, dając osłonę obserwującym mnie – obcą, oczom. 😉

Sama nie wiem, czego oczekiwałam po tym miejscu. Czy tego, że owe słynne kolumny będą stały na dziedzińcu, czy też, że napotkam ogromną tablicę informacyjną o tych rewelacjach… Nic takiego. Weszłam na wzgórze i zastałam tam… kamienie. 4 duże granitowe głazy ze żłobieniami, porozmieszczane tu i ówdzie przed kościołem. Jedni dopatrują się w nich ingerencji diabła, co to niósł kamienie by zniszczyć kościół, ale zapiał pierwszy kur i jak to w legendach bywa – diabeł upuścił kamienie i uciekł… Inni zaś twierdzą, że kamienie mogły być ołtarzami ofiarnymi w czasach przedchrześcijańskich. Istnieje hipoteza, że obecne Wzgórze Św. Wojciecha, w owym czasie pełniło rolę ośrodka kultu przedchrześcijańskiego(*).

Oczywiście, kiedy założono tu klasztor norbertanek w wieku XII, trzeba było jakoś „oswoić” te głazy. No i wymyślono legendę o tym, jak to Św. Wojciech podróżował do Prusów (którzy to Prusowie wcale go nie oczekiwali), właśnie przez Strzelno. Według tej legendy, podczas burzy wóz konny, którym podróżował, najechał na kamień. Ale oczywiście podróżującemu nic się nie stało, bo kamień nagle zmiękł, i kolasa przejechała przezeń jak przez masło 😉 śladami tego wydarzenia mają być rowkowe wgłębienie i jakoby ślady kopyt końskich. 😀

Jakkolwiek by nie było, kamienie robią wrażenie. I całe wzgórze, mimo aż dwóch świątyń, wciąż tchnie atmosferą sprzed chrystianizacji.

Szperając w informacjach o Strzelnie, natknęłam się na informację, iż z miejscowością wiąże się Piotra Włodkowica, czy jak kto woli Własta. To właśnie on jakoby przeniósł klasztor norbertanek z Halina (Chalina, Chalna), nieopodal Izbicy Kujawskiej, do Strzelna. Polecam ciekawą lekturę z roku 1896r „Przyczynek do wyjaśnienia pierwotnych dziejów klasztoru norbertanek w Strzelnie” księdza Jana Łukowskiego.

O ile jednak z Włastem spotykamy się przy różnych okazjach i to w różnych miejscach w Polsce, to już zupełnym zaskoczeniem dla mnie była informacja, że ze Strzelna pochodził pierwszy amerykański laureat nagrody Nobla (fizyka, rok 1907 – konstrukcja interferometru). Nazywał się ów urodzony strzelnianin Albert Abraham Michelson.

Ciekawa postać, i ciekawy życiorys. A do tego polscy widzowie  powinni go pamiętać, bo w jednym z odcinków popularnego niegdyś westernowego, przelukrowanego tasiemca, pt. Bonanza (sezon 3, Look to the Stars) pojawiła się postać Michelsona, granego przez Douglasa Lamberta. Jeśli ktoś będzie miał cierpliwość, może sobie ten odcinek obejrzeć gdzieś tam w odmętach sieci. Dla tych, którzy nie mają cierpliwości, streszczenie epizodu: otóż Ben Cartwright pomaga Michelsonowi dostać się do US Naval Academy. Wątek znalazł się w filmie głównie po to, by przypomnieć Amerykanem historię młodego przecież kraju. Znamienne są słowa na końcu odcinka sławiące geniusz Alberta Abrahama Michelsona, który jako pierwszy w historii Amerykanin otrzymał nagrodę Nobla. Zdarzenie umieszczono w Ranczo Ponderosa, bowiem znajdowało się ono w pobliżu Virginia City, gdzie mieszkał Michelson.

Szalenie ciekawa jestem teraz reakcji moich amerykańskich grup, kiedy będziemy przez Strzelno przejeżdżali… 😉

(*Celowo unikam określenia „pogańskiego”. Bowiem to chrystianizacja ukuła to miano, odbierając jakiejkolwiek formie wierzeń statusu religii. A więc bez zagłębiania się czy i co i dla kogo jest jedyną prawdziwą religią, przypomnijmy przy sposobności, że dziś zupełnie błędnie używa się określenia „zbór” dla kościołów (np. luterańskich)… A przypominam, że zbór – to zbiorowisko ludzi. A więc zbór (każdy) modli się w kościele. 😉

Warmia – skoro świt

No i nadszedł czas włóczęg dla siebie, rzemiennym dyszlem, bez pośpiechu.

Pierwsza okazja trafiła się całkiem niedawno, bo w zeszłą sobotę 25 października. Jakoś tak wypadło, że część Desantu Gdańskiego miała wolne. Pierwsze od długiego czasu. A co robią przewodnicy mający wolne ?

Oczywiście – zwiedzają 🙂

Zapisaliśmy się na wycieczkę kończącą sezon, jaką organizował oddział olsztyński PTTK. Aby dotrzeć do Olsztyna o sensownej porze, musieliśmy wyjechać z Gdańska o 6:30. Było jeszcze ciemno, więc wschód słońca oglądaliśmy w trasie, po drodze 😉 Trauma nocnego wstawania uleciała, gdy zobaczyliśmy kulę słoneczną wyłaniającą się zza horyzontu. Warto było zrywać się przed 5:00 – choćby dla tego widoku !!

Droga – popularna siódemka – jest piękna, nowa, więc do Olsztyna zajechaliśmy bez problemu i byliśmy przed czasem.

Trasa wycieczki wiodła przez Łężany, Robawy i Reszel.

Dzięki temu więc zobaczyłam Łężany, po raz pierwszy w życiu. Jakoś nigdy moje trasy nie wiodły nawet w pobliżu…

Pałac obecnie należy do Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, jest pod stałą opieką, i wydaje się, że prace restauracyjno-adaptacyjne nigdy się nie skończą. I nie ma w tym cienia złośliwości, bowiem tak duży obiekt to studnia bez dna. Pokoje, dawno utraciły swój reprezentacyjny wygląd, ale i tak założenie miało dużo szczęścia po II wojnie, zważywszy los innych pałaców Prus Wschodnich!!!

Ostatnimi właścicielami Łężan, czy jak kto woli Lossainen, była rodzina Fischerów. TUTAJ można znaleźć krótką wzmiankę o nich.

Jednak szczerze przyznam, że mimo niezmiernie ciekawej historii miejsca, mnie i tak zawsze będzie się ono kojarzyło z jedną osobą – z Fabianem Luzjańskim, biskupem warmińskim. Ciekawa postać, i na pewno warto się nim bliżej zainteresować. Choćby dlatego, że matka Fabiana pochodziła z rodu Kościeleckich. I już sam dźwięk tego nazwiska prowokuje błysk w oku. Któż bowiem nie słyszał o innej Kościeleckiej – Beacie i jej córce, cudnej Halszce ???

Ale wracając do Fabiana, był on synem Marcina Luzjańskiego (z rodu von Mercklichenrade, przybyłego z Harzu do Prus w XIV wieku) oraz jego żony – Elżbiety Kościeleckiej. Marcin był burgrabią zamku biskupiego w Reszlu. Małżeństwo miało 3 synów: Jana, Albrechta (czy jak kto woli Wojciecha) i Fabiana. Jan został wójtem biskupim i rezydował w Lidzbarku, i to on był faktycznym właścicielem Łężan, Albrecht – po ojcu został zarządcą zamku reszelskiego, a Fabian – w roku 1512 został biskupem warmińskim, przyjmując sakrę w Piotrkowie, od arcybiskupa Jana Łaskiego (twórcy Statutów Królestwa – pierwszego kompleksowego zbioru prawa polskiego). Łężany były siedzibą rodową Luzjańskich, od końca wojny 13-letniej (po 1466 r.). Po śmierci Jana Luzjańskiego historia pałacu spowija się w tajemnicę, nie wiadomo bowiem, kto w nim rezydował, kto był właścicielem. Dopiero w wieku XVII pojawia się nazwisko von Ölsenów, nastęnie Truchses von Wetzhausen, i Stanisławscy (herbu Sulima).

I tu na chwilkę musimy się zatrzymać. Poplotkujmy…

Syn Alberta Ludwika Stanisławskiego – Wacław, żonaty był dwukrotnie. Jego drugą żoną była Podewilsówna. I tu pojawiają się nasze ulubione ploty historyczne.

Otóż syn tego małżeństwa, Albrecht Zygmunt, generalny poczmistrz Prus Królewskich – uważany był powszechnie za naturalnego syna Augusta II. Pikanterii całej historii dodaje fakt, iż ożenił się z Krystyną Edmundą (Henriettą) von Osterhausen, dawną metresą (i zresztą ostatnią metresą) Augusta II. Romans ten został opisany przez Karla Ludwiga von Pöllnitz w dziełku „La Saxe Galante”. Henrietta po zakończeniu romansu, zgodziła się na zamieszkanie w klasztorze (i był to pomysł Marii Józefy, synowej Augusta II). Jednakże w klasztorze, jak wieść gminna niesie, spędzała wyłącznie noce. A i tak z niego wystąpiła po 3 miesiącach, wychodząc za Stanisławskiego właśnie. Ten zaś w owym czasie był już szambelanem Augusta II, zaś za panowania następnego Sasa – Augusta III – dochrapał się stanowiska poczmistrza generalnego Prus Królewskichj. Henrietta doczekała też nadania mężowi tytułu hrabiowskiego przez cesarza Karola Habsburga. Zmarła w roku 1737, zaś Albrecht Zygmunt ożenił się powtórnie, z księżniczką Louise-Albertine von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Beck. Czy małżeństwo było szczęśliwe? Nie wiemy. W owym czasie nie było mody na szczęśliwe pożycie małżeńskie. Pobierały się parantele, majątki i wpływy, a prywatne szczęście niewielkie miało znaczenie.

Albrecht Zygmunt zmarł w roku 1768. Pochowany został w Reszlu, jak się wydaje – w farze, gdzie rodzina miała swoją kryptę przy ołtarzy Św. Jana Chrzciciela. Niestety ołtarz spłonął w czasie pożaru w roku 1806…

A Łężany? Przeszły w ręce Gąsiorowskich, aż wreszcie w roku 1872 dostały się Fisherom… Potem zaś była II wojna światowa, i barbarzyński pochód Armii Czerwonej. Aż dziw bierze, że pałac ocalał, że nie podzielił losu innych pałaców Prus Wschodnich. Że zachowało się wyposażenie… Pewnie można to spokojnie zaliczyć do kategorii cudów.

TUTAJ są zdjęcia z wizyty w pałacu łężańskim.

O samym Reszlu pisałam już kiedyś, przy okazji wizyty w Świętej Lipce, a także po pewnej jesiennej pruskiej włóczędze. Toteż tym razem ograniczę się do zamieszczenia ZDJĘĆ z kościoła Św. Piotra i Pawła.

I jeszcze polecam artykuł o wykopaliskach w Łężanach ( Agata Wiśniewska – Łężany – cmentarzysko z okresu wpływów rzymskich i wędrówek ludów na Pojezierzu Mrągowskim. Badania w sezonie 2013. portal Academia.edu. Ściągnięcie artykułu w PDF jest bezpłatne, tak jak i rejestracja w platformie. A warto, bo artykuły są bardzo ciekawe. Można zapisać się do „newslettera” i na maila będą przychodziły najnowsze artykuły.

Usprawiedliwienie…

Drodzy Wierni i Stali Czytelnicy, Drogie Panie i Panowie…
Zaczęłam górnolotnie, bo czuję się winna.
Właśnie dostałam uwagę, że pusto, że brak nowych wpisów.
PRZEPRASZAM
Jedyne, co mam na swoje wytłumaczenie, to sezon. A ten w tym roku jest szalony. Nie dający się porównać z żadnym z poprzednich. Dodatkowo – cała reszta moich zapasów energii poszła na grafomaństwo żuławskie. Termin miałam do połowy lipca, umowę podpisałam, przysłowiowa kobyłka rżała u płota…
Teraz zaś przygotowuję się do kolejnej wycieczki, jaką za parę dni będę pilotowała po Polsce…
Obiecuję jednak, że napiszę… Dam głos.
Mam parę fajnych tematów, które nie mogą zostać w szufladzie 😉
Pozdrawiam wszystkich – i dziękuję że tu zaglądacie…

Opublikowano przez WordPress dla Androida

Published in: on 29 lipca 2014 at 07:59  4 Komentarze  

Dzisiaj… żuławsko na chybcika

Przy okazji jutrzejszej pogaduchy w Gronowie Elbląskim postanowiłam, w ramach tematów zastępczych, odetchnąć Żuławami.

W Rozgarcie dawno nie byłam. Tak jak i w Fiszewie. A że zazwyczaj jeżdżę na skróty (czego doświadczyłam ostatnio w Prusach pchając się ze Stoczka do Galin przez Krekole – w błocie po pas), tak i tym razem wybrałam drogę z Fiszewa na Rozgart. Na skróty właśnie 😉 Samochód wygląda jak po safari, ale cel osiągnęłam. Nawet jakiś obiadek zdołałam uwiecznić na zdjęciu (bażanta znaczy, który nie wiedzieć czemu, zamiast czmychnąć w pole, biegł wzdłuż drogi, złorzecząc okropnie).

Trifty wczesną wiosną – to sama radość, tym bardziej, ze gdzieniegdzie bocianie gniazda już są zasiedlone, i drzewa już mają pączki. Fotograficzne wrażenia z dzisiejszego rekonesansu można zobaczyć TUTAJ.

Teraz pozostaje mi opisać gdzie i jak Matka Ewa założyła aż dwa domy dla bezdomnych (może raczej dla potrzebujących) w latach 1916-1918.

Ale o tym – kiedy indziej 🙂

Published in: on 27 marca 2014 at 22:02  3 Komentarze  

Z cyklu Zaproszenia – sentymentalne poszukiwania z Mennonitami

Zaprzyjaźniony PTTK w Elblągu słynie z ciekawych szkoleń.

Bardzo lubię odkrywać z nimi znane i nieznane kawałki naszej „małej ojczyzny”. Nie tylko dlatego, że ich spotkania są ciekawe, ale też ze względu na bardzo przyjemną atmosferę w Kole. Toteż, kiedy zaproszona zostałam z „pogaduchą” o moich Mennonitach, poczułam tremę. No bo jak tu opowiadać znawcom o temacie, z którym, szczególnie na Ziemi Elbląskiej, każdy spotyka się na co dzień. A zwłaszcza przewodnicy… Ale pojechałam, i dzielnie opowiedziałam, co miałam do opowiedzenia. Po prelekcji nikt nie zerwał się z miejsc, wręcz przeciwnie, zaczęła się dyskusja i oglądanie publikacji, które przywiozłam ze sobą.

Zaraz też umówiliśmy się na następne spotkanie. Tym razem w Gronowie Elbląskim. Właśnie dotarł do mnie plakat 🙂

Miło mi, że moja „pogaducha” otrzymała taką ładną oprawę graficzną.

TUTAJ zamieszczam plakat z zaproszeniem.

Dodam, że autorem nastrojowego zdjęcia jest Leszek Marcinkowski, wiceprezes Oddziału ds. programowych.