Agnes Laura Wilhelmina von der Groeben

Agnes Laura Wilhelmine hrabina von der Groeben z domu von Kleist…

W Muzeum Herdera w Morągu znajduje się piękny portret ślubny Agnieszki malowany przez Emila Neide (profesora Akademii Sztuk Pięknych w Królewcu)

Ten portret wraz z portretem Wilhelma Artura hrabiego von der Groeben (męża Agnes) wiszą na piętrze muzeum.

Młoda kobieta o pięknym dekolcie i lekko zadartym nosku patrzy w bok – widz ma wrażenie, iż patrzy na dostojnego małżonka. Ręce ma skromnie  złożone. Niewiele ma na sobie biżuterii. Włosy ma związane w kok i przepasane przepaską. Rumiana buzia nieco kontrastuje z niemal alabastrowym dekoltem. Pierwsze wrażenie po spojrzeniu na tę postać – to spokój, jaki od niej tchnie. I piękno. Nie tylko zewnętrzne.

Zdjęcie ze strony Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie http://www.muzeum.olsztyn.pl/arch/wieczory/cyme/scan/001_029.jpg

Parę ładnych lat temu, podczas jednej z moich wędrówek z aparatem – przypadkiem spotkałam jednego z tychowskich Kleszczów (Kleista). Niestety – wtedy nie chciałam słuchać, co miał do powiedzenia, spieszyłam się. Ale zapamiętałam Agnes Laurę Wilhelminę.

A potem tropiłam ją dość niemrawo, zważywszy, iż nie jestem niemieckojęzyczna. Aż w końcu – znowu przez przypadek (przypadki często nami rządzą w niewytłumaczalny sposób), no więc –  aż przez przypadek znalazłam ją w Morągu.

Teraz zabrałam się za tropienie jej z nieco większą werwą. Zobaczymy – co z tego wyniknie

Agnes Laura Wilhelmine hrabina von der Groeben była po Luise von Oppen (1839-1901) i Charlotte hrabinie von Itzenplitz (1835-1921) trzecią przewodniczącą zarządu głównego powstałego w 1866 r. w Berlinie „Ojczyźnianego Związku Kobiet“ (Vaterländischen Frauenvereins VFV).

Urodziła się 12 grudnia 1863 r. w Poczdamie jako druga córka królewsko-pruskiego generała piechoty Christiana Ewalda Leopolda von Kleist i jego małżonki Ottilie Wilhelmine Betty von Knoblauch (para miała trzy córki i jednego syna).

W dniu 28 września 1886 w Królewcu Agnes wyszła za mąż za królewsko-pruskiego rotmistrza Wilhelma Artura grafa von der Groeben, urodzonego 16 marca 1850 r. w Ponarach (Prusy Wschodnie). Był honorowym rycerzem Zakonu Joannitów. Niestety małżeństwo nie trwa długo – Wilhelm zmarł 8 października 1899 r. w rodzinnych Ponarach.

Owocem tego małżeństwa był syn Karl Harald Wilhelm Arthur urodzony 5 września 1887 r. w Królewcu. Umiera młodo 22 sierpnia 1921 r. w Berlinie będąc w tym czasie królewsko-pruskim referentem sądowym i jak jego ojciec honorowym rycerzem Joannitów. Był też kuratorem rodzinnej fundacji von der Groebenów Langheim-Liep (Łankiejmy). Jego żoną była Benita Finck von Finckenstein urodzona w 1890, zastrzelona przez czerwonoarmistów w lutym 1945 r. w Ponarach.

(Śledząc anonse towarzyskie – znalazłam informację, że 6 lipca 2005 zmarł w Baden-Baden,  Graf Karl Konrad von der Groeben-Ponarien, urodzony w Ponarach 31 sierpnia 1918, żonaty z Marie-Agnes „Ria” Graffin von Lehndorff. Był synem Grafa Karla von der Groeben-Ponarien i Benity Graffin Finck von Finckenstein. A więc – wnukiem Agnieszki)

Tzw. życie, a w przeważającej mierze przeżycia osobiste skłoniły Agnieszkę do zajęcia się opieką nad chorymi w ochotniczym a także i zawodowym Czerwonym Krzyżu.

Jej działalność publiczna trwała od roku 1916 do roku 1934.

Od siedemnastu lat była wdową, kiedy cesarzowa Augusta Wiktoria  w 1916 r. powołała ją na przewodniczącą „Ojczyźnianego Związku Kobiet”. Położyła wielkie zasługi w rozbudowie opieki medycznej nad noworodkami, matką i dzieckiem oraz w działaniach przeciwgruźliczych w Prusach Wschodnich.

Za swoją działalność otrzymała doktorat honoris causa wydziału medycznego Albertyny w Królewcu.

W 1915 r. razem z Alexandrine hrabiną Üxküll (1873-1963) odwiedzała lazarety wojenne w Belgii i Francji. W tym samym roku została drugą zastępczynią przewodniczącej zarządu Ojczyźnianego Związku Kobiet. Pierwszą zastępczynią była od czasu założenia organizacji w 1866 r. M. Noeldchen.

Członkowie zarządu wybierani byli dożywotnio, co pozornie wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Pani Noeldechen w każdym razie, tak zresztą jak i przewodnicząca zarządu – Charlotta hrabina von Itzenplitz, przez całe dziesięciolecia wytrwale dowodziła organizacją.

Zaledwie rok po wybraniu na zastępczynię w 1916 r., hrabina von Groeben wybrana została, zgodnie ze statutem, przez cesarzową Augustę Wiktorię na przewodniczącą. Zapewne chodziło o to, że „Ojczyźniany Związek Kobiet” zaangażowany w organizowanie ochotniczych pielęgniarek dla ofiar wojny potrzebował bardziej energicznego przywództwa, niż 81 letnia poprzednia przewodnicząca mogła zapewnić.

Tak jak swoje poprzedniczki i inne członkinie zarządu Agnes von der Groeben, pełniła swój urząd honorowo. Praca dla zarobków była tym kobietom całkowicie obca, miały przecież własny majątek. Z tego jednak względu nie były uznawane za przedstawicielki kobiecej emancypacji, a co za tym idzie, aż do dziś nie budziły zainteresowania badaczy kobiecych organizacji. Jednak nie da się ukryć, że chociaż całkowicie honorowa, przyjęta przez Agnes posada przewodniczącej była niezwykle ciężkim i odpowiedzialnym zadaniem. I  nijak się miała do znanego nam z łzawych filmów i powiastek obrazu rozhisteryzowanej paniusi dziergającej szale na drutach.

Zgodnie z wewnątrzzwiązkowymi okólnikami zarządu głównego, hrabina von der Groeben prowadziła swój związek oszczędnie i z pruską administracyjną surowością. Obok wytycznych do pracy organizacji przygotowywała programowe teksty dla ojczyźnianej pracy kobiet. Jej wielkim sukcesem było wprowadzenie organizacyjne męskich i żeńskich okręgowych organizacji do Niemieckiego Czerwonego Krzyża, co stało się 30 maja 1921. W pierwszym roku wydawania pisma „ERKA” (Rotes Kreuz) nawoływała do odrodzenia organizacji kobiecych i współpracy z organizacjami męskimi, podkreślając jednocześnie ich odrębność.

Na początku lat trzydziestych dzięki staraniom zarządu głównego „Ojczyźnianego Związku Kobiet” nawiązano współpracę z Hugo Hanke, zaangażowanym w dokształcanie żeńskich sił pomocniczych w filii Wrocławskiej. Był on jednocześnie  odpowiedzialny za opracowanie, w porozumieniu z komisarzem ochotniczej służby chorym, uaktualnionej wersji wydanego w 1907 r. „Podrecznika dla żeńskiej ochotniczej służby zdrowia” (Unterrichtsbuch für die weibliche freiwillige Krankenpflege).

Hrabina von der Groeben napisała wprowadzenie i rys historyczny Czerwonego Krzyża. We wstępie zaznaczyła, że książka ta powinna wykładającym i uczącym się zapewniać podstawowe informacje związane z pierwszą pomocą, domową opieką nad chorymi, akcjami ratunkowymi a przede wszystkim zapewnić teoretyczne wykształcenie wszystkim żeńskim służbom pomocniczym Czerwonego Krzyża. Pomocniczym, bowiem nie była to książka przeznaczona dla zawodowej służby zdrowia.

Wraz z przejęciem władzy przez narodowych socjalistów na początku roku 1933 struktury Czerwonego Krzyża i Związku Kobiet uległy radykalnym przekształceniom. Zgodnie z przyjętym 29 listopada 1933 r. statutem Niemieckiego Czerwonego Krzyża „Ojczyźniany Związek Kobiet” został przemianowany na „Ojczyźniany Związek Kobiet Niemieckiego Czerwonego Krzyża” (Deutsches Rotes Kreuz Vaterländischer Frauenverein). W następnych miesiącach podczas negocjowania nowego statutu „Niemieckiego Związku Kobiet” doszło do kontrowersji, które zmusiły hrabinę von der Groeben do dymisji.

Wojnę spędziła w Turyngii, a zmarła w 1955 roku w Cappenberg w Westfalii.

Na razie jest to roboczy tekst głównie  na podstawie:

http://www.v-kleist.com/FG/Muttrin/Damen.pdf

a także (dzięki niewyobrażalnej wręcz cierpliwości A.P. 🙂 ):

http://books.google.pl/books?id=MUtWxBL6-RcC&pg=PA118&lpg=PA118&dq=Agnes+von+der+Groeben+from+Ponarien&source=bl&ots=b4fQxKuDC1&sig=uK1MVMjt25hcLFXDRZ6cJ9HngXs&hl=pl&ei=oaf-SvKYAcjdsgarkbmTDA&sa=X&oi=book_result&ct=result&resnum=2&ved=0CA0Q6AEwAQ#v=onepage&q=Agnes%20von%20der%20Groeben%20from%20Ponarien&f=true

Herbowi buntownicy

Kiedy pisałam o Świętej Lipce, ciągle mi w paradę wchodził Otto von der Gröben. Dołączył do niego Albrecht von Kalckstein. Czemu oni dwaj – ano z powodu pewnych podobieństw, a także niemal sąsiedzkiego położenia herbów rodowych w Wielkim Refektarzu Zamku w Malborku, a także z powodu tych samych czasów, w jakich im przyszło żyć. To tak najkrócej – żeby jakoś „oficjalnie” wytłumaczyć powód.

Poniżej parę słów o obu panach, bo mi nie dają spokoju od długiego czasu (nie tylko oni zresztą, ale o innych – kiedy indziej)…

Najpierw Otto:

Urodził się w Jeżewie (Jeesau) – dzisiaj w gminie Kętrzyn, w roku 1567. Zmarł też w Jeżewie, a pochowany został w Reszlu (o czym była mowa przy okazji Świętej Lipki).

Jego rodzicami byli starosta piski – Jerzy von der Gröben i Gertruda von Hohendorff. Dużo tych Hohendorffów i to nie tylko tutaj, w okolicach. W zeszłym roku w Słupsku znaleziono (nie pamiętam już w jaki sposób) film rodzinny von Hohendorffów z lat 30-tych XX wieku (Eberhard – czyli ojciec rodziny – był szefem słupskiej Służby Pracy).

Po studiach w Albertynie Otto wrócił do domu i zabrał się za powiększanie majątku i umacnianie swojej pozycji. Między innymi trzymał starostwo  Bałgi, także posłował do Sejmu Krajowego w Prusach Książęcych. Był też starostą Szaków koło Królewca (Schaaken, a obecnie Niekrasowo). To był prestiżowy urząd, bowiem niósł za sobą tytuł wójta krajowego (a ten tytuł pochodził z czasów krzyżackich). Dla starosty Szaków otworem stała pierwsza izba sejmu krajowego, jak i członkostwo w Radzie Regencyjnej.

Już w tym czasie Otto związał się z opozycją antyelektorską w Prusach… Opozycjoniści zwani kwerulantami (czyli zwyczajnie: pieniaczami) nie chcieli dopuścić do zespolenia Prus Książęcych z Brandenburgią. Czuli zagrożenie  oderwania Prus od Polski – jakiego nie widział król. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że pasek zaciskał im się wokół szyi, z czym się nie chcieli zgodzić. Tracili swobodę, jaką widzieli w Królestwie Polskim.

Znane są wystąpienia Otto von der Gröben a w sejmie warszawskim – gdzie przekonywał, że szlachta Prus powinna mieć te same prawa, co koronna. Przekazał królowi memorandum w sprawie administracji w Prusach Książęcych, w którym postulował jej organizację na wzór polski. Pewien efekt to dało, bowiem jeszcze tego samego roku król wysłał do Prus swoich komisarzy.

Czas jakiś jeszcze Otto występował przeciw kolejnym Brandenburczykom w Prusach, aż w końcu – został zastraszony uwięzieniem. No a potem nastąpiła sprzedaż Świętej Lipki, konwersja na katolicyzm, wycofanie się z działalności publicznej w Prusach (w tym ze starostwa w Szakach), i przejście na służbę króla polskiego. Wiadomo, że nawet pełnił rolę rezydenta na dworze cesarza  Ferdynanda II. W stan spoczynku przeszedł dopiero w czasach rządów Władysława IV. Wiadomo, że wrócił do swojego Jeżewa i tam zmarł 4 grudnia 1644 roku. Wiadomo też, że pochowano go w kościele jezuitów w Reszlu (obecne Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Z Otto von der Gröbenem nieodmiennie kojarzy mi się drugi adwersarz elektorskich rządów w Prusach:

Albrecht von Kalckstein. Urodził się w Królewcu w roku 1592. Rodzicami byli Jakob von Kalckstein oraz Małgorzata von der Gröben (! z trudem trzymam się nurtu opowieści, bowiem znowu w paradę wchodzi mi postać innej  kobiety o tym nazwisku… ale o niej, kiedy indziej.)

Albrecht był dziedzicem dóbr w okolicach Prabut i Pasłęka, posiadał dobra rodowe Knauten (Prudki obwód Kalinikgradzki) – między Królewcem i Pruską Iławą i wiele innych… I on – podobnie jak starszy o ćwierćwiecze Otto – był w opozycji stanów pruskich. Ale… trafił na inne czasy i innego przeciwnika. Fryderyk Wilhelm kazał go aresztować (stało się w rok po Pokoju Oliwskim). Areszt i groźba utraty majątku ostudziły zapał generała lejtnanta. Wycofał się z życia publicznego i osiadł w swoim Knauten. Zmarł w 1667 i został pochowany w Mühlhausen (Gwardiejskoje).

Ojciec uległ – ale syn nie… A właściwie jeden z synów. Bo drugi wcale nie czuł potrzeby wędrowania pod prąd… polityczny prąd. Tym, który miał duszę buntownika był Chrystian Ludwik von Kalckstein. A tym drugim, który duszy buntownika nie miał – był Krzysztof Albrecht. Syna tego spokojniejszego Kalcksteina spotkać możemy w biografii Fryderyka II, bowiem był wychowawcą przyszłego króla. Miał na imię Krzysztof  Wilhelm i urodził się w Ottlau (Otłowiec, pow. kwidzyński, gmina Gardeja).

Wracając do Chrystiana Ludwika (czyli tego niespokojnego syna…) – to nie muszę opisywać jego życiorysu, bo znany jest tym, którzy oglądali serial pt. „Czarne Chmury”. Z tą wszakże różnicą, że serial kończy się happy endem.

Życiorys Chrystiana zaś skończył się na rynku w Memel (dzisiaj Kłajpeda) – dnia 8 listopada 1672 roku. Został ścięty za bunt i zdradę. Zgubił go brak dyplomacji i wiara w bezkarność.

Nie będę tutaj opisywała całej wielkiej intrygi – odsyłam ciekawych do książki profesora Kazimierza Piwarskiego: „Dzieje Prus Wschodnich w czasach nowożytnych”, a także – do lektury artykułu na stronie http://histmag.org/?id=3601

Na koniec uwaga:

Zwiedzając Zamek w Malborku – warto w Wielkim Refektarzu Zamku Średniego spojrzeć na glify okienne. Tam wśród wielu herbów – opowiadających fascynujące historie rodowe, można z łatwością odszukać herb tak von der Gröbenów, jak i Kalcksteinów.

… Gröbenów z innego majątku i Kalksteinów tutaj pisanych bez „c” – ale to już zupełnie inna historia…

Jesienna Święta Lipka

Pośród wspaniałych jesiennych kolorów przyrody zza łuku drogi ukazała się Święta Lipka. Nie powiem, żeby to było jakieś zauroczenie i zachwyt od pierwszego wejrzenia.

Pierwsze wrażenie świętolipskie

Mało tego, ja w ogóle nie przepadam za barokiem. A może powinnam raczej napisać to w czasie przeszłym… Kiedyś głębokim niesmakiem napawały mnie te wszystkie małżowiny i chrząstki. Przepraszam A.P. – ale wreszcie wzięłam się na odwagę, żeby to wyznać publicznie J. Słuchałam zachwytów nad barokiem mojej Drogiej Koleżanki A.P. z wielkim zdumieniem. Jak można widzieć cokolwiek pięknego poza gotykiem.

Aż w końcu… zostałam przewodnikiem po województwie warmińsko-mazurskim.

No i zaczęło się – gdzie się nie ruszyłam, tam barok. Jak nie kościół, to kaplica czy chociaż ołtarz … I jeszcze wspaniała narracja J.S. o Kaplicy Szembeka we Fromborku.

Postanowiłam więc przyjąć zasadę stosowaną w Afryce przy mrówkach faraona: nie da się wytępić, trzeba pokochać. No może z tym uczuciem to przesada, ale zaczęłam zauważać urodę architektury barokowej.

No i tak trafiłam do Świętej Lipki.

Akurat może nie najpiękniej trafiłam, bo w czasie remontów wielkich. Na tle tego remontowego rozmachu, jakże smutno wygląda Krosno koło Ornety (widać, nie ma tej siły przebicia – a niemniej piękne, ba! wręcz bardziej eleganckie).

Moje ulubione Krosno k. Ornety

Święta Lipka ze strony internetowej: http://www.swlipka.org.pl                oczywiście zdjęcie już nieaktualne, bowiem Św.Lipka odzyskała koloryt historyczny. Daleko bardziej „adekwatny” niż ten poprzedni i szczerze powiedziawszy – znacznie ładniejszy 😉

To, jednak co w Świętej Lipce obecnie można zwiedzać, to nie pierwsza świątynia w tym miejscu.

Wszystko zaczęło się od …

No właśnie – ma Gdańsk swoją legendę o Pięknej Madonnie (o niej, kiedy indziej) – podobną ma Święta Lipka. W obu przypadkach skazańcowi w lochu ukazuje się Madonna, następnie skazaniec rzeźbi figurkę Madonny z Dzieciątkiem i w obu legendach – więzień zostaje ułaskawiony (czy jak chcą niektórzy – uniewinniony). Świętolipska Madonna została przez ułaskawionego z lochów kętrzyńskich zawieszona na lipie przy drodze wiodącej z Kętrzyna do Reszla. Szybko zasłynęła z cudów. Wkrótce wokół niej wybudowano kaplicę, którą opiekowali się krzyżaccy księża. A więc legenda znajduje umiejscowienie w czasach Panów Pruskich. Ciekawe – że i ta gdańska także… (Świętolipska tradycja została spisana w roku 1626 r.).

Do świętolipskiej kaplicy odbywano liczne pielgrzymki – i jednym z pielgrzymów był sam wielki mistrz Albrecht von Brandenburg-Ansbach. Jak wieść gminna niesie szedł na piechotę z Sępopola (do którego zjechał z Królewca). I szedł aż 4 mile!

(Czyli 30 kilometrów – bo mila pruska to jakieś 7,5 km. Wynika z tego, że musiał iść na skróty, bowiem z Sępopola do Św. Lipki jest około 36 kilometrów, ale pewnie się czepiam.)

Pierwsza kaplica została zniszczona w XVI wieku podczas reformacji. I jak mi powiedziano – w miejscu po zburzonej kaplicy i wyciętej lipie została ustawiona szubienica.

I może by tak zostało, gdyby nie niejaki Stefan Sadorski z Legin (jesteśmy już w wieku XVII). Otóż, udzielał się – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – społecznie na rzecz Kościoła. Spotkamy go w otoczeniu biskupa warmińskiego Szymona Rudnickiego. Biskup miał ambicję odbudowy, czy raczej pobudowania nowej kaplicy świętolipskiej w miejscu zniszczonej przez protestantów. Jednakże na przeszkodzie tej ambicji stał Otto von der Gröben – właściciel włości, w obrębie których leżała Święta Lipka. Jako kalwin wcale nie był zainteresowany postawieniem kościoła katolickiego (Święta Lipka leży już poza Świętą Warmią, nieopodal granicy wprawdzie, ale jednak poza…). Kiedy starania biskupa nie przyniosły skutku, na scenę wkroczył nasz działacz – Stefan Sadorski, będący sąsiadem Gröbena.

W tym wypadku Otto z pewnością nie zgodziłby się ze słowami piosenki „jak dobrze mieć sąsiada”, bowiem stał się niejako obiektem ataków… epistolarnych. Niewątpliwie za sprawą Stefana (sekretarza królewskiego zresztą…) listy szły od biskupa Jakuba Zadzika – biskupa i sekretarza królewskiego, od samej królowej Konstancji, królewicza Władysław, a w końcu – od samego króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Zygmunta III Wazy.

Po takim zmasowanym ataku, Otto najpierw sprzedał drogiemu sąsiadowi 3 morgi ziemi – w miejscu dawnej kaplicy. Po dwóch latach sprzedał całość – czyli 5 łanów*. Wszystko dlatego, że Sadorskiemu nie wystarczyły owe 3 morgi. I nie mogły wystarczyć. Bowiem do uzyskania pozwolenia na budowę kaplicy należało być właścicielem całych włości, by mieć prawo patronatu nad wszystkimi kościołami tamże.

Transakcja została przeprowadzona 12 kwietnia 1619 roku (rok ów jest także rokiem przejścia von der Gröbena na katolicyzm). Budowa kaplicy świętolipskiej na ruinach poprzedniej musiała postępować szybko, skoro już listopadzie tego samego roku biskup Rudnicki mógł dokonać konsekracji. Nową-starą kaplicę oddano pod opiekę jezuitom. Jako, że pielgrzymów przybywało i nie mieścili się w kaplicy – w roku 1688 postanowiono o przebudowie. Przedsięwzięcie nie było łatwe, bowiem teren budowy trzeba było ustabilizować – czyli spalować. Założono więc około 10 tysięcy pali olchowych i przystąpiono do budowy. I trwała ona właściwie do lat 20-tych XVIII wieku. Powstała w ten sposób trójnawowa bazylika z krużgankami.

Wśród artystów pracujących nad pięknem nowego kościoła można znaleźć nazwiska powtarzające się także w innych miejscowościach Prus (obecnego województwa warmińsko-mazurskiego).

Między innymi – rzeźbiarz Krzysztof Perwanger, autor rzeźb na zachodniej fasadzie założenia. Perwanger był z pochodzenia Tyrolczykiem, ale mieszkał w Tolkmicku, gdzie burmistrzował. Był także piwowarem, które to zajęcie dawało niezły dochód. Niekiedy mawia się, że był lepszym rzeźbiarzem niż burmistrzem – ale to z pewnością plotki.

Spotkamy też w Świętej Lipce, znanego nam z Fromborka czy Wozławek, malarza Macieja Jana Meyera. To on wprowadził złudzenie optyczne dla symulacji elementów architektonicznych w swoim malarstwie.

Próbka talentu K. Perwangera ze Stoczka Klasztornego

Mayerowe polichromie świętolipskie

Kratę – przepiękną kratę świętolipską – wykonał Jan Schwarz z Reszla. Brama przez niego wykuta (około 4,5 tony), miała swój występ w Warszawie w roku 2003, kiedy to po konserwacji została „wystawiona” na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Koronkowa niemal robota mistrza kowalskiego z Reszla do dzisiaj wzbudza zachwyt. Prace Schwartza nad bramą trwały 2 lata (1731-1733) a potem jeszcze rok zabrał montaż na dębowej konstrukcji. Tę zastąpiono po II wojnie konstrukcją betonową.

Schwartzowa koronka w obrzydliwej zieleni

Do pełni wrażeń należy dodać Świętolipskie Wieczory Muzyczne, jakie odbywają się każdego lata, a także prezentacje organów dla turystów. I tutaj na pewno mogłabym zostać posądzona o stronniczość, ale … organy oliwskie, czy fromborskie, brzmią „huczniej”. Niemniej jednak warto posłuchać prezentacji, by mieć porównanie.

Warto też zauważyć wyjątkowość bazyliki świętolipskiej. Jako dzieło barokowe, dojrzałe, plasowane jest w tzw. ścisłej czołówce architektury barokowej w Polsce. Wymieniana jest jednym tchem wraz z przepyszną farą poznańską, czy zachwycającą akademicką Św. Anną w Krakowie.

Organy świętolipskie

A co się stało z Otto von der Gröbenem?

Ano – wstąpił na służbę u króla Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Został jego „mężem zaufania” w Prusach, a wkrótce także sekretarzem. Ze służby odszedł już w czasach panowania Władysława IV. Po wycofaniu się ze służby królewskiej wrócił do swojego majątku w Jeżewie. Dla Świętej Lipki ufundował ołtarz boczny, a do pobliskiego reszelskiego gimnazjum jezuickiego przekazał swoją bogatą bibliotekę. Zmarł w Jeżewie i pochowany został w Reszlu – w kościele jezuickim (obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Niegdyś kościół jezuicki w Reszlu – obecnie Cerkiew Przemienienia Pańskiego, gdzie znaleźli ostatni spoczynek sąsiedzi

Tam też – ale 4 lata wcześniej pochowany został jego drogi sąsiad, Stefan Sadorski.

I to właściwie koniec o Świętej Lipce. Bo nie mam na razie miejsca na blogu, aby wstawić film z nagraniem koncertu, czy raczej prezentacji organów. O nich nie wspomniałam, ale specjalnie – bowiem to osobny temat! I niezmiernie ciekawe porównanie prezentacji organowych w Świętej Lipce, Fromborku i katedrze oliwskiej. Ale o tym kiedy indziej.

Poniżej parę detali świętolipskich

Znalazłam w sieci próbkę brzmienia świętolipskiego (jakość taka sobie, ale wklejam bardziej dla dźwięku):

http://www.youtube.com/watch?v=4DhTktptAak&feature=related

*1 morga pruska – tzw. duża – to około 0,5 hektara,

1 łan to 30 mórg, a to z kolei mniej więcej odpowiada 17,955  hektara,

Z rozpędu podaję inne łany:

1 łan (huba) pruska 16,5 ha (~30 mórg = 66 pruskich mórg)

1 łan warmiński        17,3387 ha (Prusy (~30 mórg, ~ 67 pruskich mórg)

1 łan olecki                15,648 ha (Prusy Wschodnie 1720)

http://www.olecko.info/index.php?option=com_content&view=article&id=82:olecka-ws&catid=18:historia&Itemid=34

Zimy ciąg dalszy – tym razem w Gdańsku

Nie lubię zimy. Ale, skoro już jest, to pozostaje mi się przyzwyczaić do tego, że jest minus miliard .

W celu oswojenia tej barbarzyńskiej pory roku – pojechałam dzisiaj nad Wisłę. Martwą Wisłę. Zaszłam do Twierdzy – a raczej w okolice Twierdzy, podreptałam do odtworzonej bramy Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte i … na szczęście przyjechał autobus (106 kursuje do Gdańska w okolice Akademii Muzycznej) …

Ale że zima ma trwać jeszcze czas jakiś, to pewnie jeszcze parę zdjęć tego białego, co to spadło na ziemię i leży – zrobię.

Tutaj wklejam parę migawek z dzisiaj.

Martwa Wisła w gdańskim porcie. Po prawej - kawałek Nabrzeża Obrońców Poczty Polskiej, i Bastion Artyleryjski, po lewej kawałek Szańca Mewiego i Zakręt Pięciu Gwizdków. Widok z promu Wisłoujście.

Po prawej - Westerplatte, po lewej wygaszona latarnia morska (obecnie własność prywatna), dalej... ujście Wisły

Zrekonstruowana brama Wojskowej Składnicy Tranzytowej na W-platte

A tym, którzy nie byli w ani nawet koło Twierdzy Wisłoujście – polecam artykuł ze Spotkań z Zabytkami (numer styczniowy z roku 2008) – na szczęście dostępny w sieci:

http://www.spotkania.pl/sources/pdf/2008-01-01.pdf

Szczególnie polecam – w czasie kwitnienia bzów !

A potem jesienią – podczas żniw kasztanowych 🙂

Published in: on 14 stycznia 2010 at 16:10  Dodaj komentarz  

Wystawa w Hunterian Museum w Glasgow

Z wielką radością dowiedziałam się w gdańskim Muzeum Bursztynu, że nasza jaszczurka jednak wyjechała… Wyjechała na wystawę do Hunterian Museum w Glasgow.  Ale nie tylko jaszczurka wyjechała. Wyjechał także, między innymi, kabinet Króla Stasia z malborskiej wspaniałej kolekcji bursztynu.

Moja radość i satysfakcja wynika stąd iż, to ja miałam przyjemność opieki nad gościem z Hunterian Museum, kiedy przyjechał tu, aby uzgodnić sprawę obiektów, jakie Glasgow chciało wypożyczyć na swoją wystawę. A więc uczestniczyłam w rozmowach, będąc jego tłumaczem i przewodnikiem.

Owym gościem Muzeum Zamkowego w Malborku, a także Muzeum Bursztynu w Gdańsku był Dr Neil D. L. Clark, (Curator of Palaeontology, Hunterian Museum, University of Glasgow).

Zapraszam na stronę Hunterian Museum:

http://www.hunterian.gla.ac.uk/whatson/whatsOnItem.php?item=370

Wystawa będzie czynna od 5 lutego do 17 kwietnia b.r. (krótko!!)

Szczęśliwców, którym dane będzie odwiedzić wystawę – proszę o informację, jak wypadła.

A to ostatnia – aktualna – odsłona strony muzeum:

http://www.hunterian.gla.ac.uk/amber/about.php

A.S. będzie – obiecała, że opowie 😉

 

Uzupełnienie… z ostatniej chwili 🙂

A.S. nie dojechała na wystawę.

Ale za to ja właśnie dostałam od doktora Clarka książkę „Amber – Tears of the Gods”, którą zresztą popełnił.

Ciekawie opisany Szlak Bursztynowy, a także wspomniane Truso. No i Malbork… Świetne zdjęcia i ciekawe opisy.

Oto parę tytułów rozdziałów:

Amber and the Teutonic Knights

Gdańsk and the Amber Route

Amber Myths

i tak dalej … i tak dalej…

A wszystko krótko, ciekawie i wyczerpująco! No ale w końcu pisana przez specjalistę, to JAK inaczej miałoby być…

Jest nawet instrukcja opieki nad bursztynem. Bowiem „Unfortunately, unlike diamonds, amber is not forever”.  (str. 110, podrozdział: What to do once you have a piece of amber”)

Właściwie to ta książka powinna stać się podstawą na wszelkiego rodzaju kursach i szkoleniach (nie tylko przewodnickich). Tak, żeby potem nie opowiadano bursztynowych bzdur…

Cieszę się, że ją mam !!

Zagwozdka – ciąg dalszy

Czas jakiś wytrzymałam, nie zaglądając do mojej Zagwozdki. Czyli do wpisu o obrazie Lady M. Ale brak odpowiedzi na to pytanie męczy mnie – bo nie lubię nierozwiązanych zagadek…

Nie darmo wydaje mi się cały czas, że to, co mam – to żywcem z Dunckera wzięte…

Mało tego, mam takie uczucie, jakby rozwiązanie zagadki znajdowało się na wyciągnięcie ręki…

I gdyby nie brak zabudowy wokoło – to powiedziałabym, że to Drogosze !!!

ponownie obraz od Lady M.

a tu linki do Drogoszy:

http://www.zlb.de/digitalesammlungen/SammlungDuncker/01/031%20Friedrichstein.pdf

http://www.zlb.de/digitalesammlungen/SammlungDuncker/03/172%20Friedrichsstein.pdf

Cenne uwagi ostatnio dostałam – w tym od A. 🙂

Otóż piszecie Państwo, że nie pasuje ten widok do niczego, co znamy – znacie. Co ktokolwiek widział. Niektórzy z Państwa odsyłają mnie do książki Państwa Garnców. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że obraz powstał WTEDY, a Państwo Garncowie pisali książkę już po Apokalipsie TERAZ. No i nie wiemy jak wyglądały pałace już nieistniejące. Taką sugestię także dostałam. M. od razu sugerował, że to z tamtej – drugiej strony granicy. I że nie ma …

A. – mam nadzieję, że nie obrazisz się za wklejenie Twojej wypowiedzi żywcem, bo ciekawa:

Nie mogą to być Drogosze, ponieważ ten pałac nie ma tak daleko wysuniętych ryzalitów bocznych. Takie ryzality są w Kamieńcu. Wydaje mi się, że twórcę tego obrazu poniosła wyobraźnia. Poskładał sobie „do kupy” wszystkie obiekty, które wówczas wpadły mu w oko ;-) Podobnie wieża kościoła przypomina tę z Kamieńca, choć ta na obrazie jest bogatsza w formie. Podobny hełm ma kościółek z Kwitajn.

No i tak to wygląda…

Lady M. nie wpadło do głowy, żeby obraz obejrzeć ze „wszystkich stron”. I przez lata posiadania go nie intrygowało jej co może przedstawiać. Dopiero po rejsie Kanałem Elbląskim i jeździe przez Oberland – zaczęła dopytywać. Potem ja zaczęłam dopytywać, tyle, że ona milczy 😦

Published in: on 10 stycznia 2010 at 23:44  Dodaj komentarz  

Wiadomy Zamek – zimowo

Dzisiaj miałam „nocne” (czyli: nocne oprowadzanie po Zamku).

Jak zawsze – pojechałam do Wiadomego Zamku wcześniej, żeby zdążyć porobić zdjęcia przed zmrokiem. Wprawdzie dzień nie najlepszy na sesję zdjęciową, bo szary i ponury ( a i aparat dożywa dni swoich), ale – Wiadomy Zamek i tak jest fotogeniczny.

A poza tym tam się świetnie fotografuje … ciszę. To nic, że dzisiaj wiało i na dodatek odgłosy folii i metalowych części rusztowań sprawiały dość niesamowite wrażenie. Cisza i tak dała się „odczuć” – bo tam się ciszę czuje niemal fizycznie.

Załączam więc parę widoków zimowej ciszy w Wiadomym Zamku i na koniec zamku zafoliowanego. 😉

Published in: on 9 stycznia 2010 at 23:57  3 Komentarze  

Fromborski zachód słońca

Zachód słońca, niestety nieostry i w ogóle beznadziejnie uchwycony. Ale zdjęcie robiłam komórką…

A pora była wyjątkowa. Przed egzaminem warmińsko-mazurskim, po piekielnie ciężkim sezonie. Ale – jak to zwykle we Fromborku – serdeczność miejsca i Osób Zaprzyjaźnionych, sprawiły, że egzamin zaliczyłyśmy (jak zwykle ten sam zestaw: A.S. i ja).

Śmiem twierdzić, że tę naszą zdaną Warmię z Mazurami zawdzięczamy tym  dwóm dniom we Fromborku – wtedy. Nie dość, że akumulatory doładowałyśmy, to na dodatek tam jakoś łatwiej nauka wchodzi do głowy.

Published in: on 8 stycznia 2010 at 18:07  Comments (1)  

Stoczek Klasztorny

Ponieważ zima w pełni i nie zapowiada się, by odpuściła tak szybko – robię remanent wśród zdjęć. W taki sposób nieco słońca wpuszczam do domu. Wśród tych wszystkich moich zdjęć – są takie, do których wracam chętniej niż do innych. Warmia! Święta Warmia.

Oto Stoczek zwany Klasztornym. Miejsce wyjątkowe. Pośród „nigdzie”, nagle wyłania się bryła zabudowań klasztornych.

Oto ZDJĘCIA tego miejsca na skrzyżowaniu Nigdzie z Donikąd.

Wieś Stoczek związana jest z Ornetą – osobą założyciela – biskupa Hermana z Pragi. Dzisiaj próżno by jednak szukać jego śladów. Mieści się tu jedno z licznych warmińskich sanktuariów maryjnych. Jego powstanie wiąże się z polityką i to ściśle się wiąże. Otóż w XVII wieku północne krańce Rzeczypospolitej trapione były „wizytami” szwedzkimi. Także Warmii nie ominęli. W końcu, w roku 1629 zawarto rozejm  w Starym Targu. Na sześć lat. Powszechnie obawiano się, iż po upływie tego czasu znowu kraj nawiedzą wojska. Bano się tak samo obcych jak i swoich. Cóż… Wojna, to wojna!

Biskup warmiński – ówcześnie panujący – Mikołaj Szyszkowski znany był ze swojego szczególnego nabożeństwa do Maryi Panny. W obliczu niepewnej sytuacji politycznej – biskup „powziął był ślub”, iż jeśli uda się wojny uniknąć – postawi Matce Boskiej kościół. W roku 1635 w Sztumskiej Wsi zawarty został kolejny rozejm ze Szwecją – tym razem na 26 lat.  A skoro przedłużono okres pokoju – biskup uznał to za dobrą wróżbę i… wypełnił swój ślub. Miejsce pod kościół wybrano nieprzypadkowo. Ale aby doczytać całą historię do końca odsyłam na stronę sanktuarium.

Minęło parę wieków – i w latach 1953 -1954 więziono tu kard. Stefana Wyszyńskiego. Jego celę można zwiedzić, wystarczy zadzwonić. Dzwonek znajduje się przy drzwiach.

Obecnie Stoczkiem opiekują się księża Marianie. Zakon, został założony w wieku XVII, i jest pierwszym, jaki powstał na ziemiach polskich.

Stoczek dzisiaj to przede wszystkim ciekawa bryła architektoniczna, i dzieła sztuki godne co najmniej odnotowania. No i ta ambona!!!! Żelazne dzieło kowala z Dobrego Miasta Hermana Katenbringka. Jeszcze jedno jego dzieło spotkamy – w Głotowie!!!

Katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt

Kwidzyńskie Centrum Kultury oddało nam do rąk świetną książkę pt. „Katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt” pod redakcją Małgorzaty Grupy i  Tomasza Kozłowskiego.

Książka popełniona została przez znakomity zespół naukowców biorących udział w pracach, tak wykopaliskowych, jak i w późniejszym interdyscyplinarnym opracowywaniu materiałów pozyskanych z wykopalisk. I stanowi niejako uzupełnienie ciekawej konferencji, jaka miała miejsce w Kwidzynie, w grudniu 2008 r.

Wykopaliska zostały zapoczątkowane w roku 2006. A wszystko po to, by znaleźć pochówek Błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich (czasem słyszy się: Mątów Wielkich). To ważna postać dla średniowiecza. Wystarczy powiedzieć, że już Konrad von Jungingen był gorącym orędownikiem wyniesienia jej na ołtarze, a do jej grobu pielgrzymował przed bitwą pod Grunwaldem Władysław Jagiełło. Ważna także dla czasów współczesnych – jako wspólna patronka Niemców i Polaków.

Przy sposobności wykopalisk potwierdziły się zapiski J. U. Niemcewicza,  że podczas remontu, jaki przeprowadzono w wieku XIX kości porozrzucano, a część płyt zniszczono. Konkretnie użyto do zbudowania schodów. No, ale to akurat nie nowina, i często spotykany sposób traktowania starych płyt nagrobnych do dzisiaj…

Prace badawcze zapoczątkowane w roku 2006 dotyczyły nawy głównej, ale później skoncentrowały się w części prezbiterialnej. I tam właśnie natrafiono na kryptę z trzema męskimi pochówkami.

Wnikliwe badania szkieletów dały mnóstwo informacji. I to na temat nie tylko pożywienia, ale też na temat urazów, czy podatności na niektóre choroby . Tak więc na łamach publikacji dowiemy się, który z mistrzów nie miał zębów, który nie tolerował mleka, a który musiał z pewnością skarżyć się na bóle kręgosłupa.

Wiele też informacji uzyskano o sposobie ubioru. Czytając o około 30 rodzajach jedwabiu, jakiego próbki udało się pozyskać z krypty, można się zadumać nad tym, jak daleko Panowie Pruscy odeszli od ideału Reguły. („położyli się” w jedwabiach, a nie w płaszczach przewidzianych przez Regułę do pochówków).

Napisałam: Panowie Pruscy, bowiem z dużą dozą prawdopodobieństwa zespół naukowców określił tożsamość owych trzech szkieletów.

To trzej Wielcy Mistrzowie krzyżaccy – Werner von Orseln, Ludolf Koenig, Heinrich von Plauen. A więc potwierdza to i niejako sankcjonuje obecność malowideł (z pocz. XVI wieku) w górnej części prezbiterium.

Kiedy rekonstruowano płaszcze, w jakie mogli być odziani nasi domniemani trzej mistrzowie, narzekano na ubóstwo dzisiejszej oferty handlowej… Kolorystyka ubiorów średniowiecznych niejednego projektanta mody dzisiaj przyprawiłyby o zawał.

Ale nie na darmo mawia się, że średniowiecze to epoka kolorów.

Gdyby mogli – ludzie średniowiecza z pewnością pomalowaliby nawet Księżyc.

Nie sposób omówić tu całą publikację. Bowiem trzeba by ją zwyczajnie streścić. Układ artykułów pozwala na zapoznanie się z kolejnymi etapami prac, i ich specyfiką. To z kolei pozwala na czytanie książki zgodnie z własnym zainteresowaniem, czy aktualną potrzebą chwili.