Pikieta
Niedawno na zaprzyjaźnionym świetnym blogu pojawiła się notka o złowieszczym tytule: „Czas się pożegnać”.
No i podniósł się raban. No bo jak tak można??? Blog należy (wciąż nie mogę zdobyć się na czas przeszły) do najciekawszych, jakie czytujemy. Pisany z wielkim taktem – dla wielu czytelników jest jedyną możliwością odwiedzenia Zamku i odetchnięcia jego atmosferą.
Już kiedyś przeżyliśmy (my – czytelnicy bloga – a jest nas sporo!!!) taką chwilę niepokoju, kiedy blog zamarł. Na szczęście wtedy to był fałszywy alarm. Teraz jednak wygląda na to, że Autor tym razem pisał poważnie.
Na blogu zapadła cisza…
JK nazwał to „uśmierceniem bloga”. Miał rację. Wieje pustką. Co jakiś czas pojawiają się komentarze w nadziei sprowokowania Autora, ale ten milczy…
Czy powróci?
Miejmy nadzieję, że tak!!! Kiedy już przetoczy się Wiadoma Rocznica, Autor bloga odpocznie nieco, a potem trawiony wyrzutami sumienia – odda nam bloga 😉 Czas faktycznie nie jest z gumy – niestety. Ale – może kiedy nastanie jesień i życie zwolni nieco tempa, to na blogu pojawi się nowy wpis…
Na razie jednak panuje cisza… i w związku z tym, kiedyś pozwoliłam sobie na roztoczenie wizji – jak to wszyscy, stosownie oflagowani, przykuwamy się do bramy głównej Wiadomego Zamku – w ten sposób wyrażając naszą dezaprobatę dla decyzji Autora.
Trafiłam na świetny grunt.
Aida – zdolna bestia – rysowniczka, projektantka, ilustratorka, a na dodatek mająca wyobraźnię (że ho-ho) – natychmiast podjęła temat.
No i proszę – jest pikieta – według Aidy 🙂
Wielcy Mistrzowie – wybrani z tzw. klucza- absolutnie subiektywnego klucza… Ten bez głowy, ale za to z gaśnicą, to temat na osobną opowieść 😉 Kiedyś się obie weźmiemy i opiszemy to w stosownym momencie 😉
Ale pikieta jest na serio! Oddajcie nam bloga!
P.S. – do Aidy:
Teraz moje motto powinno brzmieć tak: „Ze słońcem w kieszeni i chmurą gradową… i mściwym toporem krzyżackim… z gaśnicą u nogi”
P.S.S. – do Aidy:
Podmieniłam – chyba lepiej z podpisami. Aczkolwiek my akurat jesteśmy tak do siebie podobne, że aż się rzucamy w oczy. Nie myślałam, że potrafię być taka naburmuszona 🙂
Dopisek z dnia 13.04.2010
Blog wrócił 🙂 nie pod dawnym adresem internetowym, ale najważniejsze, że jest!
Wiosna – przerywnik
Dokoła wiosna, i to tzw. pełną gębą.
To nic, że jeszcze dokoła szaro i chłodno, i że od czasu do czasu wieje chłodny wiaterek.
Wiosna i już.
Za moimi oknami – gdzieś w pobliżu – kos codziennie nadaje wiosenne wiadomości.
Zaczyna o 4:20 i kończy o 5:20 – jakby miał stoper. Punktualnie 20 po czwartej zaczyna i to tak głośno i czysto w ciszy poranka, że aż mnie budzi – przez zamknięte okna 😉
A potem – milknie – równie punktualnie – o 5:20….
Dzisiaj jednak w jego poranny przekaz wiosennej radości „wcięły” się wróble. Na jodle przed moim domem załatwiały – jak zwykle zresztą – jakieś ważne sprawy rodzinne. Awantura, a może raczej głośne i żywiołowe rodzinne dyskusje – czy może spory międzypokoleniowe – rozstrzygają się tutaj zawsze na najwyższych gałęziach jodły. Na te obrady – zlatują się wróble co najmniej z połowy dzielnicy. Coś niezmiernie ważnego musiało się w ich społeczności tym razem wydarzyć, bo faktycznie jodła cała była rozćwierkana, i trzęsła się w takt wróblego stroszenia skrzydełek w dyskusji.
Jak to bywa, taka głośna dyskusja zwabiła postronnego słuchacza.
Przyleciała sroka. Usiadła na poręczy balkonu i raz jednym, raz drugim okiem przyglądała się tej rozćwierkanej i rozskrzydlonej jodle. Jednocześnie zerkała mi w okno, bo na moim parapecie leży błyszczący długopis. Do długopisu dzisiaj doszły koty, też zwabione rabanem za oknem.
Sroka nie ograniczyła się do biernego uczestnictwa w dyskusji, wtrąciła się skrzecząc brzydko. No i … nie dość, że koty mi zdenerwowała, to jeszcze wróble.
No i podniósł się jeszcze większy raban. Tak po wewnętrznej jak i po zewnętrznej stornie okna. A ponieważ dominującym dźwiękiem było owo zdenerwowane ćwierkanie wróbli, moje koty szybko się do tego dostosowały. Więc po chwili po obu stronach szyby okiennej słychać było … ćwierkanie…
Sroka odleciała, bo wiadomo, że od wariatów należy się trzymać z dala… Po chwili odleciały także wróble. Na parapecie pozostały zawiedzione nagłą ciszą koty.
Dżuma w Gdańsku 1709
Słowo „dżuma” źle się kojarzy…
Do dzisiaj, o kimś nie uznawanym w towarzystwie, mawia się „zadżumiony”.
Wspominając tę straszną chorobę, przede wszystkim mamy na myśli „Dżumę” Camus’a; także „Czarną Śmierć” z połowy XIV wieku. Dzisiaj zdaje się być czymś bardzo odległym i już nieco dla nas nierealnym. Ale dżuma istnieje, jest i od czasu do czasu w prasie można znaleźć o niej wzmianki…
Dla Gdańszczan w swoim czasie to było jak najbardziej realne doświadczenie i dla bardzo wielu – ostatnie doświadczenie ich życia…
Życie ludzkie w przeszłości było niesłychanie nietrwałe. To niefortunne określenie, ale faktem jest, iż było tak niepewną „inwestycją”, że dzieci – tak często umierające w niemowlęctwie – nie były nawet ujmowane w annałach rodzinnych. Szkoda było inkaustu i miejsca na stronicach kronik.
Śmierć była wszechobecna.
O ile jednak godzono się ze śmiercią wynikającą ze starości, choroby, czy wojny, o tyle śmierć w wyniku zarazy była czymś niezrozumiałym i nieprzewidywalnym.
Była straszna.
Była jak grom z nieba. Długo też wszelkie zarazy, jakie dotykały Stary Kontynent, traktowano w kategoriach „Gniewu Bożego”.
Dżumę znano od dawna. Zwana była „czarną śmiercią”, „gorączką buboniczną”, „morem”, „czarnym powietrzem”, i bano jej się bodaj czy nie najbardziej ze wszystkich zaraz, jakie nawiedzały kontynent.
Ta straszliwa choroba przetaczała się przez Europę od VI wieku, powodując znaczne jej wyludnienie. I pozostawiając ślad nie tylko świadomości i pamięci historycznej kontynentu, ale też w zwyczajowości. Takim najpopularniejszym śladem po dżumie – jest dzisiaj powiedzenie „na zdrowie”, gdy ktoś kichnie. Wiele osób bowiem umierało podczas kichnięcia (to w postaci płucnej dżumy – łac. pestis pneumonica).
W latach 1347/48 – 1352 dżuma zabrała około 1/3 całej populacji europejskiej…
Epidemie więc stanowiły prawdziwy kataklizm.
W takich też kategoriach traktuje się do dzisiaj dżumę, jaka nawiedziła Gdańsk w roku 1709.
W wyniku epidemii trwającej od lipca do listopada tego roku, zmarło w mieście i na przedmieściach ponad 30 tysięcy osób. To duża liczba, zważywszy, iż miasto wtedy liczyło ponad 50 tysięcy mieszkańców, do tego mieszkańców przedmieść mogło być około 20 tysięcy, więc dżuma zabrała prawie połowę ludności Gdańska.
Z analiz ówczesnych zapisków wiadomo, że powstanie „morowego powietrza” powszechnie wiązano z bitwą pod Połtawą. Kiedy niepochowane trupy poległych zaczęły się rozkładać – powietrze zatrute zostało przez „trupi odór”. Do ostatniej chwili jednak wierzono, iż epidemii nie będzie. Zima tego roku trwała nadzwyczaj długo, i była nadzwyczaj ostra. Powszechnie panowało przekonanie, że mrozy, które trwały od grudnia, skutecznie uniemożliwią rozprzestrzenienie się jakiegokolwiek zagrożenia. Jednakże mniema się iż to zima właśnie zdemobilizowała przygotowania do odparcia zarazy.
Bitwa pod Połtawą nie była przyczyną samą w sobie powstania epidemii. Epidemie „przetaczały się” przez Europę w XVIII wieku w latach 1702 -1716. W 1708 roku zaraza pojawiła się w Płocku, Chełmnie, Toruniu, Grudziądzu i w Bydgoszczy. Jeśli szukać winnego – to upraszczając – cała tzw. Wielka Wojna Północna może być obarczana winą za rozprzestrzenienie się zarazy.
Zarazy dla Gdańska nie były nowością, bowiem jako miasto portowe nawiedzany był przez nie mniej więcej, co kilkanaście lat.
Dżuma z 1709 roku jednak była dla mieszkańców zaskoczeniem. Od przeszło 50 lat nic takiego nie „spadło” na miasto. Informacje o epidemiach przekazywane były jedynie przez starsze pokolenie i traktowano je jak mroczne legendy przeszłości. Tym większa panika wybuchła, kiedy nastąpiło zderzenie z realiami.
Starano się wprowadzić opiekę lekarską, zabezpieczać przed szerzeniem się choroby, organizować życie miejskie w tym specyficznym czasie. Zabroniono hodowli trzody w mieście a także nakazano zbieranie odpadów z ulic i usuwanie padliny. Można powiedzieć, że poniewczasie – ale jednak – zabrano się za stronę sanitarną miasta.
Dla nas ówczesne metody zapobiegania i walczenia z zarazą mogą wydać się (i wydają się) śmieszne, czasem wręcz budzą grozę. Ale w XVIII wieku metody te uchodziły za powszechne i … nowoczesne.
Zalecano więc dużo ruchu na świeżym powietrzu, wręcz nakazywano pracę fizyczną; do tego dobrze było okadzać się dymem – stąd na rycinach i przedstawieniach malarskich z tego okresu widzimy tyle postaci z fajkami w zębach. Również doradzano okadzanie domostw. Do tego używano siarki, smoły, jałowca, lub wysuszonego końskiego nawozu. Ale nie gardzono także żywicą, czy saletrą. W bogatych domach (podobnie jak w wieku XIV) dawano dzieciom do ssania srebrne łyżeczki – wierząc w moc srebra. Popularne były amulety z perłami i szmaragdami. Spuszczano krew, stosowano lewatywy. By „wzruszyć stające powietrze” – stosowano proch strzelniczy, więc w tym też czasie wiele domów straciło okna, drzwi czy dachy.
Zajadano się czosnkiem, używano liści bobkowych, stosowano tzw. angielski korzeń, czyli Arcydzięgiel Litwor.
Dzisiaj także stosowany jest w lecznictwie jako:
„środek rozkurczający i aromatyczno-gorzki w zaburzeniach trawienia. Ponadto jako łagodny środek moczopędny, napotny, wykrztuśny i uspokajający. Olejek stosowany bywa do nacierań jako środek łagodzący nerwobóle i bóle reumatyczne. Znaczne ilości surowca używane są do wyrobu likierów i wódek gatunkowych. Młode ogonki i łodygi odpowiednio usmażone używane są w przemyśle cukierniczym przy wyrobie keksów i do dekoracji tortów i mazurków”
Powszechnie też stosowano ocet tak do wdychania jak i do obmywań, oraz skórkę pomarańczy czy mirrę.
Także tabaka miała popyt – aczkolwiek bano się kichać, pamiętając przekazy o zarazach z dawniejszych czasów…
Jeśli chodzi o żywienie – to zalecano dietę lekkostrawną – a więc drób i cielęcinę, gotowane ryby, i dużo owoców. Przestrzegano przed spożyciem mleka, nie zabraniając wszakże spożywania nabiału. Ponieważ powszechnie uważano, iż picie wódki zwiększa wchłanianie „złego powietrza”, zalecano picie grzanego piwa. Do napojów radzono dodawać dużo soku z cytryny.
Na obrzeżach miasta zakładano szpitale dla zadżumionych. Cechy obejmowały systemem opieki swoich członków. Nierzadkie stały się też przypadki adopcji osieroconych niemowląt.
Dla statków przypływających do portu zastosowano 8-dniową kwarantannę na redzie.
U chorych z rozpoznaniem dżumy – stosowano bolesną „kurację” – a mianowicie nacinanie wrzodów. Wiedziano, iż ten rodzaj dżumy (pestis bubonica) wylęga się w organizmie w ciągu 2 do 7 dni od ukąszenia. W tej bowiem postaci dżumy to pchły żerujące na zarażonych szczurach, a raczej ich ukąszenia, są przyczyną rozprzestrzeniania się tej straszliwej choroby.
Jako że pchły nie żerują na koniach, te nie chorowały, ani też nie zapadali na dżumę buboniczną ludzie mający stale do czynienia z końmi. I dlatego też na wszelkich rycinach czy obrazach przedstawiających epidemię dżumy, wśród częstych przedstawień martwych psów czy kotów – konie są jak najbardziej żywe – ciągną wozy ze zmarłymi. Widać zapach końskiego potu, a może uryny – skutecznie odstrasza pchły (do tego odkrycia doprowadziły niedawne badania nad zarazą w Marsylii).
Popularne było też okadzanie dymem bursztynowym – czyli kadzidło. Zaobserwowano iż szlifierze bursztynu nie zapadali na zarazę … Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.
Jednym ze sposobów pochłaniania „złych toksyn” miało być wkładanie kawałka świeżego chleba w usta zmarłych. Jednakże zdarzały się przypadki sprzedaży takiego chleba biedocie, przez pachołków odpowiedzialnych za wynoszenie zmarłych.
Gdańsk nie zamknął bram podczas zarazy, nie zabrakło też dostaw żywności do miasta. Tak więc, przy całym nieszczęściu, ludzie nie zostali dodatkowo skazani na śmierć głodową. Żywność dla miasta dostarczano z okolic Zblewa w poniedziałki, środy i piątki. Rozdział chleba pod bezpośrednim nadzorem kierownika Urzędu Dobroczynności, dla biedoty był bezpłatny.
Przez cały czas trwania epidemii Gdańsk starał się utrzymywać kontakty handlowe z tzw. światem zewnętrznym. Wydano nawet specjalne zarządzenie, aby nikt nie ważył się pisać o nieszczęściach, jakie dotknęły miasto. Kto by zaś napisał w liście o prawdziwych rozmiarach moru miał być ukarany. Kary za opisywanie sytuacji w mieście były dotkliwe – od kary pieniężnej poprzez areszt aż do kary śmierci włącznie.
W czasie trwania zarazy odbywały się targi – nie odwołano Jarmarku Dominikańskiego, Dwór Artusa nie został zamknięty.
*/*
Każdy, kto zaobserwował u siebie objawy choroby – miał zgłosić się do „rejonowego” chirurga, który zobowiązany był nieść pomoc. Chorym zabraniano opuszczać domostwa, których jednak nie znaczono już krzyżami, jak to robiono podczas poprzednich epidemii.
Ludzie panicznie bali się gorączki (strach przed gorączką pozostał do dzisiaj), bowiem tak właśnie zaczynała się choroba. Chorego ogarniały dreszcze i silne poty i skarżył się na ból głowy nie do wytrzymania. Następnie – około drugiego dnia – następowało bolesne powiększenie węzłów chłonnych. Wierzono, że pęknięcie nabrzmiałych węzłów – jest równoznaczne z „ujściem” choroby. Starano się nawet ów proces przyspieszyć – stosując różne plastry rozgrzewające.
Faktycznie – nierzadkie były przypadki wyzdrowienia po takiej drakońskiej kuracji (tu polecam książkę „Forever Amber” Kathleen Winsor, a także Dzienniki Samuela Pypes’a – szczegółowo i bardzo dramatycznie opisują dżumę, jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku).
Na powyższym obrazku – widać jak ubierali się lekarze w czasach dżumy – w „dziób” wkładano szmatki nasączone bądź wonnymi olejkami bądź perfumami by zniwelować odór rozkładających się ciał. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikipedii, ponieważ innego nie mogłam znaleźć.
Miasto opłacało 15 chirurgów do leczenia chorych (fizycy, czyli dyplomowani, raczej nie zapisali się chwalebnie i o nich nie będę wspominać).
Ponadto – jak wyżej wspomniałam – na obrzeżach ustanowiono szpitale i cmentarze. Z tego czasu właśnie pochodzi nazwa Dom Zarazy w Oliwie, kiedy to w Domu Bramnym urządzono lazaret dla mieszkańców okolicy.
Szpitale, jakie działały w mieście, to dzisiaj jedynie miejsca na mapie. A było ich parę. Lazaret (dzisiejsza ul. Dyrekcyjna) i Sierociniec, szpital na Siedlcach (dzisiaj okolice ul. Skarpowej), Bastiony: „Ryś”, „Wół” i „Lew”, Góra Gradowa.
Pochówki objęte zostały surowymi ordynacjami. Należało odczekać dobę przed pogrzebem. Długo bowiem opowiadano sobie, jak o cudzie, o przypadku woźnego Gimnazjum Akademickiego, który odzyskał przytomność już na wozie z trupami. Ocalał i wyzdrowiał, co uważano za oznakę przychylności niebios.
Pochówki odbywały się bez trumien, grzebano ciała w masowych grobach. Rzadko zezwalano na grzebanie w obrębie murów miejskich w obawie przed szerzeniem się „złego powietrza”, ale też ze względów estetycznych – bowiem „trupi odór” faktycznie był nie do zniesienia. Już i tak trupy rozkładały się na ulicach. A trzeba pamiętać, że główne uderzenie epidemii przypadło na lato. A grabarzy było aż … sześciu dla miasta i sześciu poza nim. Zwyczajnie nie nadążali z pochówkami.
Już w lipcu cmentarz dla ubogich przy kościele Bożego Ciała nie mieścił pochówków. Decyzją rady więc powstały nowe miejsca grzebalne – na Rudnie, a prawidłowo: Knipawie (nieopodal Bramy Żuławskiej – dzisiaj nie istnieje), w okolicy Siedlec, oraz w okolicach Bramy Oliwskiej (okolice dzisiejszego cmentarza garnizonowego).
Chowano zmarłych, jak wspomniałam, w grobach masowych – które zasypywano dopiero po wypełnieniu. Cmentarze te nie istnieją, pozostały najwyżej w świadomości tzw. miejscowej.
Tropienie „cmentarzy zarazy” – to dzisiaj jeden z częstych elementów tzw. ciemnej turystyki – obejmującej nie tylko miejsca kaźni czy mordów, ale właśnie takie pozostałości po dawnych plagach i zarazach. Przyznać jednak trzeba, że w wielu rodzinach (nie tylko polskich) do dzisiaj istnieje tradycja (przekazywana z pokolenia na pokolenie) składania kwiatów na obcym grobie lub na miejscu dawnego cmentarza – bo w ten sposób niejako składa się ofiarę pochowanemu w zapomnianym grobie przodkowi. Jest to pozostałość właśnie po epidemiach.
Zaraza z roku 1709 zaczęła wygasać w listopadzie – i zaobserwowano wtedy masowy powrót ptaków do miasta (uciekły zaraz na początku kataklizmu). Oficjalnie oznajmiono o wygaśnięciu zarazy na początku kwietnia roku następnego. Zaś na dzień 27 kwietnia wyznaczono Dzień Dziękczynienia.
Oblicza się, iż w wyniku zarazy – w mieście zmarło około 22 100 osób na ogólną liczbę zmarłych 24 533. To niemal połowa mieszkańców. Do tego dodaje się liczbę 8 tysięcy zmarłych na przedmieściach – przy zaludnieniu tychże w wysokości około 20 tysięcy. Tak wiec całość ofiar zarazy daje nam liczbę ponad 30 tysięcy. Jak na owe czasy i jak na ówczesną liczebność miast – to ilość zastraszająca.
Gdańskowi nie dane już było się podnieść z upadku spowodowanego „morowym powietrzem”. A i czasy nie były sprzyjające – był to czas wojen i niepokojów. To dosłownie i w przenośni był kres świetności Złotych Wrót Rzeczypospolitej.
* / *
To jest nieco zmieniony artykuł, jaki zamieściłam niegdyś w internetowej „Akademii Rzygaczy”. Z braku czasu na „kopanie” w źródłach i pisanie – mogę tylko uzupełnić tekst. Uzupełnienia i poprawki redakcyjne pojawiły się po sesji, jaka miała miejsce w maju 2009 roku (21-22 maja) w trzechsetną rocznicę zarazy.
Płyta w kościele… Kwietniewo
Tak sobie myślę, że mimo iż Zagwozdka (czyli domniemany Finckenstein na obrazie Lady M.) nie zostanie prawdopodobnie nigdy rozwiązana, na brak zagadek nie mogę narzekać 😉
Otóż od jakiegoś czasu (dość niemrawo wprawdzie, ale jednak) – zabieram się za Loitzów…
A to za sprawą płyty nagrobnej z Kwietniewa:
Jedyne co mi przychodzi do głowy to Zofia Loitzówna (córka Hansa III i Elżbiety von der Osten z Płotów) i Szymon Bahr z Gdańska… (1578)
I znowu pytanie – co kto wie?
Bo ja na razie nawet nie mam kiedy zająć się poszukiwaniami…
Życie przewodnika wbrew pozorom to wariactwo. I nie ma mowy o spokojnym „szperaniu” w bibliotekach… 😉
Płyta w kościele… Pasłęk
Przy sposobności lektury forum sercemazur.pl (dział: Płyty nagrobne z kościołów i kaplic) przypomniałam sobie wizytę w Pasłęku.
Ciemno i aparat nędzny, ale to co uchwyciłam – prezentuję poniżej.
Może ktoś wie czyja to płyta ???
Detal płyty
Rzeka
Dzisiaj byłam nad Rzeką.
Wielka, rozległa i mroźna, strzelała krą. Szaro-błękitna, pędziła jakieś kłody i gałęzie, zagarniając wszystko po drodze. Na międzywalu też była , i to niewiele spowolniona. Echo ścierającej się kry niosło się w popołudniowej ciszy, potęgując niesamowite wrażenie.
Rzeka była wszędzie, wysoka i groźna. Nie tak wprawdzie, jak parę lat temu, ale jednak…
Wyobraziłam sobie jak to było WTEDY. W roku 1829, kiedy to Mistrz Wałowy, J. Kossak postulował przerwanie lądu we wsi Górka, tak by tragedia się nie powtórzyła. A przynajmniej, by nie miała takiego wymiaru (powódź roku 1829 była faktycznie tragiczna w skutkach). Rajcy Miasta Gdańska, orzekli jednak, iż przesadza, i że przecież TAKA woda zdarza się raz na 100 lat…
Ale się zdarzyła. I to wcześniej niż po 100 latach… w roku 1840.
I Rzeka sama sobie poradziła z lądem we wsi Górka. Przerwała wał mierzei tam właśnie skracając sobie drogę ku ujściu. I dlatego dzisiaj mamy tam dwie miejscowości: Górki Wschodnie i Górki Zachodnie. A między nimi Śmiałą Wisłę.
* / *
Załączam parę zdjęć Rzeki i Jej otoczenia.
Autor zdjęć: Konrad Czaykowski – czyli Młodsze Młode Pokolenie 🙂
Dziękuję

Rozumiem, że zima zaskoczyła drogowców, ale Wysoka Woda w Polsce nie pojawia się znienacka... Toteż nawet tak powolnym sprzętem można było zdążyć wyjechać... Oto obraz fenomenalnej gospodarności...

Droga idzie w dół z wału wiślanego. W dole, kostka brukowa zakręca w lewo... i dalej - jest droga na przystań... Wciąż jest, tyle, że pod wodą.
Tutaj Wielka Rzeka rozwidla się i tędy można wpłynąć na Wisłę Elbląską – zwaną Szkarpawą. Śluza została zbudowana w roku 1895, i była to inwestycja prowadzona wraz z Przekopem Wisły. Tu zresztą Przekop się zaczyna. Twierdza Gdańska Głowa w historii pojawia się na chwilę w czasie wojen szwedzkich. I tyle o niej słyszymy. Pozostały nam wzmianki historyczne. Otóż w roku 1466 tak właśnie nazywano obszar między rzekami Wisłą Gdańską a Elbląską. Tereny te nazywano też czasem Morskimi Żuławami. Sama zaś twierdza pojawiła się w roku 1626. Zaprojektował ją znany nie tylko w Gdańsku – Anton van Obberghen. W 1627 twierdzę opanowali Szwedzi i przystąpili do rozbudowy… Po rozejmie w Sztumskiej Wsi Gdańszczanie z kolei wznieśli nieopodal (a dokładnie między to fortem carre a dziełem zewnętrznym) karczmę. Ufortyfikowaną karczmę. w roku 1655 – w obliczu nowego zagrożenia „szwedzką wizytą” – Gdańszczanie rozbudowali i starali się umocnić twierdzę. Dokończyli to… Szwedzi po zdobyciu jej w rok później. Twierdzę rozebrano po podpisaniu Pokoju Oliwskiego w maju 1660. Okolice Twierdzy (głównie ze względu na zachowane transzeje) wykorzystane zostały przez armię francuską podczas obrony Gdańska w roku 1812. No a w końcu XIX wieku wybudowano śluzę.
(Tak trochę jak w tym opowiadaniu – gdzie w końcu przyszedł leśniczy i wygonił nas wszystkich z lasu)
Kopernik – na zdrowie, urodzinowo.
Mikołaj Kopernik to obecnie modny temat…
Od razu – tytułem wyjaśnienia i przestrogi:
Wielkim nadużyciem (a i niesmaczne) jest w kontekście walentynkowym nazywać Gdańsk miastem miłości… Kopernika i Anny Schilling.
Lepiej uważnie poczytać historię miłostek i miłości w grodzie nad Motławą!!! Żeby nie minąć się z prawdą historyczną i by swojej wiedzy o mieście nie budować li tylko na … plotkach.
W tym celu – żeby jednak nie trzeba było przekopywać archiwów – polecam lekturę bardzo sympatycznej książeczki Gabrieli Danielewicz. Książka nosi tytuł „Portrety dawnych Gdańszczan”. Zwłaszcza rozdział pod znamiennym tytułem: „Igraszki Amora nad Motławą”. Tam można dowiedzieć się jak to było z prawdziwym miłosnym skandalem swoich czasów. Mam na myśli romans Maurycego Ferbera i Anny Pilemann. To był prawdziwy skandal!!
A tym, którzy lubią miłosne happy end-y – gorąco polecam wsłuchanie się w historie zaklęte w licznych gdańskich epitafiach… A i anioły Meissnera na niejedno pewnie patrzyły z uśmiechem.
Mamy też swoją gdańską Monę Lisę… jeśli już tak koniecznie musimy… Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać 😉
* * *
Ale wracając do Doktora Mikołaja… Otóż – stał się nagle modny… A szczególnie jego życie prywatne. Jakby dopiero teraz to odkryto! A wystarczy przeczytać dobrą książkę Jerzego Sikorskiego pt. ”Prywatne życie Mikołaja Kopernika” czy Jerzego Bentkowskiego „Fromborski samotnik”, żeby wymienić te pisane bez zadyszki sensacyjnej. Pojawiła się także – wśród różnych tego typu pozycji – książeczka malutka objętościowo, ale dobrze opracowana – „Mikołaj Kopernik – Życie i działalność” – wydana przez Muzeum Okręgowe w Toruniu. Wymieniam tylko parę – i to tych wartych przeczytania. Lista lepszych czy gorszych pozycji (w tym również zagranicznych), jest nieco dłuższa.
A wracając do Mikołaja – przypominam, że w maju bieżącego roku (2010) odbędzie się powtórny pochówek fromborskiego kanonika. Po tym, jak w roku 2005 znaleziono jego szczątki w katedrze fromborskiej, w pobliżu ołtarza, którym się opiekował i po latach badań i sporów – on to jest czy nie on… zdecydowano o powtórnym pochówku…
Należy się obawiać, że jak zwykle niestety i ta uroczystość pozostanie wyłącznie lokalną. Tak jak nie wygrano wyścigu o turystów – po wykopaliskach w katedrze. A przecież znaleziska były co najmniej ciekawe.
Szkoda więc, żeby i tym razem przysłowiowa para poszła w gwizdek. Jeszcze czas by to „roztrąbić” po całym świecie i ściągnąć faktycznie wielkie zainteresowanie (czyli media głównie, bo to one nadają głos sprawie. Wystarczy przejrzeć światowe enuncjacje medialne – jak rozsławiły psa na krze…).
A więc… Można by roztrąbić na cały świat o rewelacyjnym tak znalezisku jak i niebywałej okazji uczestniczenia w… pogrzebie Wielkiego Kopernika. I co za tym idzie – można by sprawić, by choć na chwilę, Frombork z miasta na końcu świata (jak pisał o nim Kopernik) stał się jego centrum.
Wiem, wiem… infrastruktura nie ta, a i wołający o pomstę do nieba stan tzw. kanału Kopernika zapachem może zabić co słabszych…
Ale warto by spróbować.
Tym bardziej, że miasto jest przepiękne, urokliwe i ma w sobie to „coś”. Na dodatek ma wyśmienite położenie, i dojazd jest wcale przyzwoity. Ludzie są sympatyczni, a jedzenie jakie można tam zjeść, na pewno nie przysporzy mu wstydu! Nie wspominając o wyśmienitym ciastku i kawie w Wieży Wodnej.
No i Frombork ma coś jeszcze!! Bardzo ciekawy dział historii medycyny, Trzy-Krowy-Na-Gzymsie… i… rewelacyjny Sąd Ostateczny!
Przy tej okazji na myśl przychodzi Szlak Kopernikowski.
Oczywiście zaczyna się daleko od Fromborka – w Toruniu. Tam przecież urodził się nasz bohater, jako syn kupiecki. Przy okazji należy koniecznie zajrzeć do Świętych Janów, bo tu został ochrzczony.
Ale Toruń to w ogóle wyjątkowe miasto. Nie tylko ze względu na Kopernika. Tam faktycznie ma się „gotyk na dotyk”.
Jednak genezy Luda na Czarnym nikt dotychczas nie potrafił mi wytłumaczyć…
Wracając na szlak – wiedzie śladami lokacji łanów opuszczonych (sporo czasu zajęło mi opracowanie tej trasy – jest prze-ciekawa, a latem – cudna).
Koniecznie trzeba też „zahaczyć” o miasta związane z Administratorem dóbr kapitulnych.
Jadąc szlakiem kopernikowskim odwiedzimy także Gdańsk. Tutaj przebywał co najmniej dwukrotnie. Raz w roku 1504 na weselu kuzynki (Korduli von Allen) z Reinholdem Feldstedtem, patrycjuszem gdańskim. Drugi raz na pewno w roku 1526 i to około 6 miesięcy.
Po śmierci Reinholda był jednym z trzech opiekunów wdowy i dzieci. Pozostałymi opiekunami byli: Arend Schilling i Michał Loitz. Arend to domniemany mąż Anny. Anna zaś (wzbudzająca dreszczyk emocji niemal u wszystkich) była córką kuzynki Mikołaja. A kim był Michał Loitz? Był przedstawicielem znanej szczecińsko-gdańskiej rodziny bankierskiej. O Michale powinniśmy myśleć, jadąc do lub przez Nowy Dwór Gdański. I to on właśnie z synem Jaśkiem jechał, co koń wyskoczy do Fromborka na wieść o złym stanie Doktora Mikołaja, by Jasiek mógł objąć po nim kanonię – ale o tym, kiedy indziej…

Niewyraźny herb Loitzówny z płyty nagrobnej w... Kwietniewie. Ale można go też znaleźć m.in. w Gdańsku, i Kwidzynie...
Jadąc dalej szlakiem Mikołaja – musimy też odwiedzić Malbork. Tutaj bowiem przebywał parę razy. Zresztą mówi o tym stosowna tablica na Zamku Średnim. Właśnie w Malborku w maju roku 1528 miał miejsce sejm Stanów Pruskich. Na tym sejmie Doktor Mikołaj wygłosił rozprawę „O biciu monety”.
Odsyłałam w tym miejscu do ciekawych wątków w tzw. temacie, na zaprzyjaźnionym blogu – ale odkąd blog został zlikwidowany – nagle zrobiło się pusto. Merytorycznie pusto. 😦 Dlatego też pojawiają się te wszystkie bzdury i dywagacje spłycające temat…
Wspominając o Koperniku warto pamiętać o jego taksie chlebowej!
No i trzeba koniecznie zajechać do Elbląga!!! Tak – właśnie do Elbląga. Tutaj, spacerując Ścieżką Kościelną można zastanowić się, czy kiedykolwiek szedł tędy? Szedł na pewno!! Choćby z racji powodów, dla których tu przebywał.
Niestety na naszym szlaku zabraknie Królewca. Tam też Mikołaj przebywał , na zaproszenie księcia Albrechta. Zabraknie więc Królewca, bowiem po ostatniej wojnie to już nie ten Królewiec.
Celowo nie wspominam o mikołajowych obserwacjach nieba. Głównie bowiem z tego jest znany. A przecież był czynnym i świetnym administratorem. A także zdolnym strategiem. Warto prześledzić jego działania w Olsztynie podczas przygotowań do obrony.
Nie był oderwanym od realiów „badaczem nieba” – jak nam to latami wmawiano na lekcjach szkolnych. Był energicznym zarządcą ziem – co widać po jego akcjach. Jak choćby aresztowanie rybaków z terytorium państwa zakonnego. Zostali aresztowani za łowienie na Pasłęce, która byłą rzeką graniczną. Polecenie aresztu prewencyjnego dla rybaków wyszło do administratora dóbr kapituły – Doktora Mikołaja. I było w pełni uzasadnione – bo miało miejsce w czasach wojny.
Dwukrotnie też pełnił nasz bohater funkcję kanclerza kapituły.
Był też konsultantem Bernarda Wapowskiego, kiedy ten opracowywał mapę Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. A konsultacje dotyczyły topografii Prus Królewskich. Kopernik opracował też mapę zachodniej części Zalewu Wiślanego.
Ale nade wszystko był lekarzem. Wprawdzie dzisiaj jego recepty mogłyby wywołać (delikatnie mówiąc) zadumę nad składem… No bo skąd wziąć na przykład sproszkowany róg jednorożca (wiem, wiem, można na upartego z narwala…). Albo kto bawiłby się w zbieranie … łajna żaby… Gdybym zaś miała sproszkować ukochane perły, raczej bym się zapłakała…
Odwiedzając Frombork, to miejsce na końcu świata (jak pisał Doktor Mikołaj w listach do znajomych), trzeba koniecznie wspiąć się na tzw. Wieżę Radziejowskiego. Spojrzeć w dal na Świętą Warmię.
Ileż to najeździł się po niej Kopernik, lokując opuszczone łany. Często też mijamy tam jakieś miejscowości, będące dla nas wyłącznie punktem na mapie, i nawet nie zdajemy sobie sprawy tego, że lokował ją właśnie Mikołaj.
To tyle o Mikołaju – bez niezdrowej sensacji.
Czyli Kopernik – na zdrowie 🙂
W grudniowym Świecie Kominków (2009) jest artykuł JS o Koperniku… Wielka prośba o skan, albo xero – nie zdobyłam egzemplarza… Przyjadę niedługo na kolejne doładowanie akumulatorów 🙂
Jednym słowem – oby do wiosny i do spotkania na szlaku Kopernika.
Na Subiektywnym Szlaku Kopernika.
Na zakończenie – przypominam o urodzinach Mikołaja Kopernika – to już 19 lutego!
Pies i Ludzie
Miałam tu nie pisać o sprawach codziennych. Tych bowiem mamy dosyć, dosłownie dosyć.
Ale co mi tam! Zdarzyło się ostatnio coś tak pięknego, że muszę 🙂
A poza tym, to co się zdarzyło jest niecodzienne! Poniżej zamieszczam linki do artykułów – bo sprawa ciągnęła się parę dni.
A w skrócie:
Wspaniali Ludzie uratowali psa dryfującego na krze. I nagle w tym zalewie bylejakości i brudu (wszelkiego), jakim jesteśmy (często wbrew sobie) raczeni na co dzień – na chwilę błysnęło. Zrobiło się pięknie i uroczyście. Wszyscy zostaliśmy obdarzeni odrobiną tego piękna…
Pies i jego Ludzie.
i
i
Załoga tego statku uratowała psiaka:
http://www.mir.gdynia.pl/?page_id=12
i reportaż film:
Zimowo i gdańsko-oliwsko…
Miałam dzisiaj do załatwienia wiele spraw – ważnych i nie ciepiących zwłoki. Spraw urzędowych, co jak wiadomo do przyjemności nie należy.
No i jak zwykle – po wszystkim – dałam sobie chwilę dla siebie. Chwilę na zachwyt moim Miastem.
To nic, że chodniki (a raczej niemal całe Długie Nabrzeże) jest do wymiany i ciekawe JAK służby stosowne zdążą przed sezonem… To nic, że cała nawierzchnia Długiego Targu jest praktycznie do wymiany, co widać na zdjęciu…
To nic… Miasto – mimo wszystko jest piękne. I fotogeniczne 😉
Nierzadko piękno miasta jest ukryte we wnętrzach (dziękuję za cierpliwość i ciekawą rozmowę !!!)
A czasem to piękno jest ukryte w bramach 😉 i nie dla każdego jest ono oczywiste…
A czasem po prostu wystarczy się obejrzeć:
Pojechałam do Oliwy… Do parku oliwskiego.
A tam – zimowa Aleja do Wieczności…
W Gdańsku są tylko trzy takie. Ta w parku, Wielka Aleja Lipowa Gralatha, i Aleja na plafonie w Ratuszu Prawego Miasta.
Książęcy Widok – czyli aleja z widokiem na morze. Dzisiaj lipy mają około 15 m wysokości a ich szpaler ciągnie się na długości ok. 180 m i kończy się kanałem wodnym. Po obu stronach tego kanału czy jak kto wolu podłużnego stawu ;-)- biegną również lipowe – aleje bindażowe (bindaż to aleja obsadzona w taki sposób – że korony drzew z obu stron splatają się, tworząc „sklepienie”). Co ważne, ów kanał jest na końcu szerszy – więc nie ma perspektywy 😉
Nie czas i nie miejsce na filozoficzne dywagacje, więc chętnych odsyłam do Eugeniusza Iwanoyki i jego książki pt. „Sala Czerwona ratusza gdańskiego”.
Tu czas i miejsce na piękno zimowej alei bindażowej:
I na koniec jak zwykle wizyta w katedrze.
a tam… wielkie remonty…
Ale o tym – kiedy indziej. Dość, na tym, że takich remontów nie było tu, jak świat światem…






























