W temacie bobrów…

Modne stały się ostatnio owe skądinąd całkiem sympatyczne zwierzątka. Oj modne, i to wcale nie z racji sympatycznych mordek – a z racji niszczenia wałów przeciwpowodziowych. Rozumiem, że świetnie jest mieć wreszcie nikogo zwalić wieloletnie zaniedbania i zniszczenie całej infrastruktury wodnej na Żuławach… Wszystkiego tego – co przynajmniej od wieku XVI działało a po 1945 nagle przestało… Samo…

Ale faktem jest, iż bobry stanowią novum na tych terenach i wobec absolutnego braku naturalnych wrogów (nawet Człowiek nie jest teraz ich wrogiem, co jest wbrew naturze) – zaczynają poczynać sobie całkiem śmiało.

Czy znowu Natura wygra z Człowiekiem i czy to my staniemy się ofiarą mylnie pojętej ochrony środowiska?

Published in: on 15 Maj 2010 at 11:28  Możliwość komentowania W temacie bobrów… została wyłączona  

Drewniania stela nagrobna z Morąga

Znajomy Muzealnik popełnił bardzo ciekawy artykuł w „Okolicach Ostródy”. Wydawane są owe „Okolice…” przez Burmistrza Miasta Ostródy i Oficynę Wydawniczą „Retman”.  I tu pozwolę sobie na prywatny wtręt  –  Redaktor Naczelny Oficyny bardzo nam (czyli Desantowi Gdańskiemu) pomógł w przygotowaniach do „zdobycia” Warmii i Mazur.  Miło więc, że ten świat jest taki mały. 🙂

Wracając do artykułu – Muzealnik opisał w nim stelę nagrobną.

No i świetnie – można by powiedzieć –  mało to steli spotykamy na co dzień (mówię tu zwłaszcza o nas – przewodnikach mających kontakt z Mennonitami).

Stela z Morąga jednak nie przypomina żadnej z dotychczas widzianych – i jest „zagwozdką”. Owszem, na upartego można ją próbować porównywać z tablicami z Barcic, czy stelą z Muzeum w Nowym Dworze Gdańskim.  Ale…

Oddaję głos Autorowi.

Zanim jednak „wkleję” skany artykułu (dziękuję za pozwolenie) raz jeszcze gratuluję!

I nie muszę chyba dodawać, że mam nadzieję, iż to początek całej serii artykułów… 🙂

(przepraszam za podkreślenia, bo wiem, że niektórych to oburza. Ale tak wyglądają książki czytane i używane.  I dla mnie są bardzo cenne. Dlatego nigdy ich nikomu nie pożyczam)

Kanapka – egzamin – rocznica

Jakoś tak chyba w przyszłym miesiącu minie rok od zdobycia Torunia. Znaczy, od kiedy zdałam egzamin na toruńskiego przewodnika miejskiego. Czas tak szybko mija, że nie potrafię precyzyjnie powiedzieć, kiedy to było.

Ale potrafię określić JAK to było…

Mianowicie od jakiegoś czasu czuliśmy (jest nas parę osób przyjaźniących się i stale „ciągnących się za uszy” ku nowym wyzwaniom), że zwalniamy tempo. A to oznaczało, że czas na kolejny egzamin. 😉

A ponieważ mnie już od dawna marzył się Toruń – takie też hasło padło podczas któregoś spotkania w naszym gronie. I jak zwykle, w przypadku nowego zadania, tak i teraz byliśmy jednomyślni: idziemy na Toruń. Postanowiliśmy, że Gdański Desant tym razem zdobędzie Gród Piernika.

Nauki było, co niemiara – a czasu mało… Sezon trwał w pełni, więc wyznaczyliśmy sobie cały rok – jako czas na zdobycie niezbędnej wiedzy.

Mnie jak zwykle pomógł Zamek – Wiadomy Zamek. Na tarasach jakoś łatwiej było mi się uczyć. Nie wspominam tu wycieczek do Torunia, bo to była sama przyjemność. Czasem tylko dziwię się jak myśmy to wszystko zdążyli zrobić, jednocześnie wykładając na kursie, oprowadzając wycieczki, przygotowując programy dla naszych grup, a także opracowując lekcje i pogadanki dla szkół…

W każdym razie – jak zwykle – podzieliłam się nowiną z Krysią. Znaczy – oznajmiłam Jej, że poproszę o trzymanie kciuków i że nie ma mnie dla świata, dopóki się nie nauczę – w co serdecznie wątpiłam. Bowiem takiej mobilizacji, jak na Malbork więcej w życiu nie przewidywałam.

Ale stało się… I od zeszłego czerwca jestem licencjonowanym przewodnikiem po moim ulubionym mieście. A ileż radości i satysfakcji daje oprowadzanie po tym wyjątkowym mieście z Gotykiem na Dotyk!!!

Załączam komiks Aidy – jaki specjalnie dla mnie z tej okazji popełniła. Czuję się tym niezmiernie wyróżniona.

Jak zwykle nie mogło się obejść bez życzliwej obecności Wiadomych Zjaw…

Published in: on 8 Maj 2010 at 15:00  2 Komentarze  

Kanał Elbląski – ponownie

Właśnie wróciłam z Kanału…

Mam tu na myśli Kanał Elbląski, a właściwie Kanał Oberlandzki.  Oberlandzki – bo biegnie przez Górny Kraj. Nazwa zapomniana, a raczej skazana na zapomnienie po wojnie, bo niemiecka (tak jakby chciano wymazać z historii wieki trwania tej ziemi). Szkoda, że nie zastąpiono jej jakże ładną nazwą polską: Górny Kraj.

Dzisiaj lało jak z cebra i o słońcu można było tylko  pomarzyć… Ale wszyscy byliśmy zachwyceni.

Powietrze, woda, śpiew ptaków i cisza podczas jazdy pod górkę (bo startowaliśmy z pochylni w Jelonkach) – wszystko to spowodowało, że  moja grupa była w przysłowiowym siódmym niebie.

A nasza wycieczka na Kanał wiązała się nie tylko z ciekawością tego cudu techniki – ale splotła się z rocznicą… W tym roku mija  bowiem 150 lat od oficjalnej inauguracji tego wyjątkowego obiektu hydrotechnicznego.  Warto więc co nieco o nim napisać.

Skracając do minimum i upraszczając historię Kanału Oberlandzkiego – „wymyślił go sobie” inżynier Georg Jakob Steenke, urodzony w Królewcu w roku 1801 syn kapitana portu w Pilawie (dzisiaj Bałtijsk). Gdyby nie przedwczesna śmierć ojca (w morskiej akcji ratowniczej), młody Georg Jakob zostałby pewnie prawnikiem – a ja nie miałabym okazji zachwycać się tym fenomenem, jakim jest Kanał.

Ponieważ w internecie jest sporo artykułów o kanale – i jego twórcy (tu polecam szczególnie artykuły Lecha Słodownika – znawcy tych terenów, oraz stronę Stowarzyszenia „Łączy nas Kanał Elbląski”), nie będę opisywała ze szczegółami samej budowy jak i przygotowań do niej. Dość na tym, iż 28.10.1848 roku rozpoczęto budowę Kanału w okolicach Miłomłyna a uroczystego uruchomienia nowej drogi wodnej dokonano 31.08.1860 roku. I najpierw żeglugę otwarto na trasie Elbląg – Miłomłyn – Iława – Zalewo.

Kanał miał przede wszystkim służyć celom transportowym – miał połączyć jeziora z Bałtykiem. Taka idea przyświecała budowie. Jednak wkrótce nowość straciła znaczenie transportowe – bowiem to czasy kolei. Toteż niedługo Kanał zaczął pełnić rolę inną rolę – rolę atrakcji turystycznej.

Istotna dla turystów jest wysokość, jaką pokonują płynąc/jadąc stateczkiem  po pochylniach – otóż na przestrzeni około 9,6 km jest to blisko 100 metrów.

I to pochylnie są tym kawałkiem Kanału wzbudzającym największe emocje i radość wśród turystów.

A gdy chce się jechać na Kanał – warto najpierw zajrzeć do Elbląga, by przypatrzeć się wieży kościoła Św. Mikołaja. Bowiem ma ona w przybliżeniu taką właśnie wysokość.

A potem – najlepiej wybrać się na Kanał w maju – kiedy można usłyszeć i zobaczyć słowiki!

Dla wyjątkowy zaciętych i odpornych – polecam całą trasę! Z Elbląga do Ostródy – to około 11 godzin. Ale naprawdę warto! Można też płynąć z Małdyt do Ostródy. I przeżycia są niezapomniane. Nawet jeśli pada – a tak miałam 3 lata temu, gdy z grupą związaną z magazynem The Waterways płynęłam z Elbląga do samej Ostródy…

A, i jeszcze jedno – gapie na mostach nad kanałami (a takich gapiów w lecie jest sporo) w gwarze angielskich wodniaków nazywani są „gongoozlers”.

 

A na deser – film z lat przedwojennych – kiedy ta ziemia żyła jeszcze swoim życiem, z migawkami z Elbląga i z Kanału.

Published in: on 3 Maj 2010 at 20:08  Comments (1)  

Dotknąć gotyk i odetchnąć pięknem…

Niedzielę poświęciłam na doładowanie akumulatorów, czyli pojechałam … tym razem do  Torunia. A tam… tłumy, słońce, liście na drzewach, słowem sezon. I to wcale nie za pół ceny 😉

Ech…

Published in: on 27 kwietnia 2010 at 16:55  2 Komentarze  

Piłka

Czas jakiś temu nocą oprowadzałam po Zamku  jakąś Bardzo Ważną Delegację. Ludzie byli wspaniali – szybko „podłapali” atmosferę i świetnie nam się razem podróżowało w czasie. Wykorzystałam fakt, iż mieliśmy nieco czasu – by zaprowadzić Gości do gdaniska.

Korytarz był ciemny niczym… korytarz do gdaniska 😉 no i dokoła panowała  wieczorna nastrojowa cisza. Bo nagle jakoś wszyscy w tej kilkudziesięciometrowej ciemności zamilkli. Przyświecali sobie tylko komórkami, by nie zgubić kroku.

I nagle mniej więcej w połowie korytarza – z północnej ściany oderwała się biała kula światła…  Przepłynęła nam przed nosem – „odbiła” się od  południowej ściany  korytarza i zniknęła tam, skąd wychynęła.

Cisza stała się kwintesencją ciszy. I na moment wszyscy zamieniliśmy się  w zbiorowy słup soli.

Jako, że przecież to ja „przewodniczyłam” i nie wypadało by to przewodnik pierwszy „zszedł był” ze strachu, odwróciłam się ku Gościom żeby im wytłumaczyć…  Ale – coś mnie powstrzymało.  Zupełnie jakby mi ktoś położył palce na ustach. Udałam więc, że nic się nie stało – mając nadzieję, że kula więcej się nie pokaże. Tego wieczoru faktycznie  już sienie pokazała.

Goście byli zachwyceni – przekonani byli bowiem iż to było zaaranżowane przez Zamek. Dopiero jak im potem wytłumaczyłam, że sama byłam równie zdumiona – zaczęły się spekulacje.

Po latach tę historię opowiedziałam innemu z moich Gości na Zamku. Ów pan, niegdyś nominowany do Nagrody Nobla z fizyki, rozwiał moje spekulacje.  Wytłumaczył mi, że to był … piorun kulisty.

Ja i tak wiem swoje 😉

Kiedy to opowiedziałam Krysi – ta swoim zwyczajem zilustrowała moje przeżycie… Tyle, że bardziej do historii pasowała Jej Kaplica…

Piłka - wg Krysi Jarosławskiej

Published in: on 19 kwietnia 2010 at 16:39  6 Komentarzy  

Dobre Miasto

Położone w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, ma około 10,5 tysiąca mieszkańców.

Ktoś, kto zajedzie przez przypadek – bez przygotowania, może nie docenić piękna tego miejsca. No, bo jak tu zachwycać się blokami z czasów PRL-u ??

Ale – Dobre Miasto (Guttstadt) naprawdę warto odwiedzić, choćby wyłącznie dla wspaniałej kolegiaty!

Tak w ogóle, przypuszcza się, iż nazwa miasta – owo Guttstadt,  jak w nawiasie powyżej – pochodzi z języka pruskiego (gudde) i pierwotnie oznaczało zarośla. Od lat 30-tych XIV łacińskie: Bona Civitas było zapisem nazwy miasta. Miasta – bowiem 26 grudnia 1329 roku otrzymało ono prawa miejskie od Henryka II Wogenap – biskupa warmińskiego. Miasto otoczono murami obronnymi jeszcze w wieku XIV i otwarto na świat trzema bramami: Ornecką, Łąkową i Głotowską. Baszta Bociania – tak popularna i będąca niejako symbolem Dobrego Miasta – jest dziś widomym świadectwem owych umocnień miejskich.

Dobre Miasto należało do Diecezji Warmińskiej (utworzonej w 1234 roku). Od końca wojny trzynastoletniej do I rozbioru w roku 1772 –  podlegało Koronie Polskiej. W tzw. międzyczasie – podczas wojny polsko-krzyżackiej w latach 1519-21 – było okupowane przez wojska wielkiego mistrza Albrechta (Hohenzollerna). Wtedy też skarbiec kolegiaty został obrabowany. Następne nieszczęście wojenne – to lata 1626-29 – okupacja szwedzka – tym razem to z kolei biblioteka została „zabezpieczona”… II wojna światowa przyniosła miastu zniszczenia niemal w 65 procentach – a resztki skarbca i księgozbiorów „uległy rozproszeniu”… Unicestwiona została zabudowa rynku, którego nie odbudowano, więc dzisiaj straszy blokowiskiem… Ale na szczęście zachowało się nieco zabudowy „z tamtych czasów” nieopodal kolegiaty.

Zachował się szczęśliwie budynek dawnego kościoła ewangelickiego – projektu samego Fryderyka Schinkla (zgodnie z powiedzeniem, ze za każdym zakrętem musi być choć jeden Schinkel).

No i zachowały się zabudowania kapituły kolegiackiej z samą kolegiatą.

Patronką miasta jest Katarzyna Aleksandryjska, zaś herbem – jeleń trzymający gałązkę w pysku.

Dobre Miasto jest siedzibą kapituły kolegiackiej, reaktywowanej dekretem prymasa Wyszyńskiego w roku 1960. Pierwotna kapituła kolegiacka diecezji warmińskiej utworzona została przez biskupa Hermana z Pragi (tego od kościoła Św. Janów w Ornecie) w roku 1341. Najpierw z siedzibą w Pierzchałach koło Braniewa, potem w Głotowie (piękną kratę ogrodzenia tamtejszej chrzcielnicy wykonał kowal z Dobrego Miasta) aż w końcu – od 20 listopada 1347 roku – siedzibę znalazła w Dobrym Mieście właśnie. W roku 1772 – w wyniku rozbioru – Warmia dostała się Prusom i od tego czasu stopniowo pozbawiano kapitułę posiadłości i wpływów. W roku 1810 likwidacji uległy wszystkie zgromadzenie tak zakonne jak i świeckie – a więc także i kapituła kolegiacka. Reaktywacja nastąpiła dopiero po II wojnie światowej…

No, i jeszcze jedno – warto pamiętać, że z Dobrego Miasta pochodził Friedrich Ernst Dorn, odkrywca radonu (pierwiastek chemiczny emitowany z radu) . Jeden z obrońców Westerplatte – Wacław Ciepłucha – mieszkał i pracował w Dobrym Mieście – jako kowal w Warmińskiej Fabryce Maszyn Rolniczych. Zmarł w roku 2004 i pochowany został na dobromiejskim cmentarzu komunalnym. W Dobrym Mieście urodził się Waldemar Milewicz – dziennikarz i korespondent wojenny – zginął w Iraku w roku 2004.

I tyle oschłych informacji.

Teraz zauroczenia:

Kolegiata…. Wspomniałam o kolegiacie. A więc koniecznie parę słów o niej, bo jest największą halową świątynią Warmii (a drugim, co do wielkości kościołem warmińskim). I właśnie to ona wraz z zespołem zabudowań kolegiackich jest głównym celem wycieczek do Dobrego Miasta.

Budowę kościoła rozpoczęto w latach 50-tych XIV wieku, ukończono w końcu lat 80-tych za biskupa Sorboma (to za jego czasów biskupom warmińskim nadany został tytuł księcia Cesarstwa Rzymskiego). Cały zespół kolegiacki stanowi nieregularny czworobok – rozszerzający się ku zachodowi. Po stronie północnej znajduje się kościół p.w. Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych, po zachodniej i południowej stronie znajdują się budynki mieszkalne kanoników (obecnie mieści się tam Dom Rekolekcyjny). Nadto po południowej stronie znajduje się jedna z dwu bram – Brama Młyńska. Skrzydło wschodnie mieści pozostałość dawnego domu biskupów, zakrystię oraz bramę ku miastu.

Sam kościół to trójnawowa hala bez wydzielonego prezbiterium. Wnętrze kościoła ma około 60 metrów długości i ponad 20 metrów szerokości. Piękne gwiaździste sklepienia – w nawach bocznych czteroramienne, a w nawie głównej 8-ramienne – wznoszą się na wysokości około 18m. Przez całość sklepienia nawy głównej biegnie tzw. żebro przewodnie. Sklepienia podparte są ośmiobocznymi filarami, przy których znajdują się ołtarze. I tutaj mamy niemal do przysłowiowego wyboru i koloru: bowiem są tu ołtarze późnogotyckie, barokowe i neogotyckie.

Zachowały się stalle z wieku XVII z niespotykanymi stopniami – figury leżących lwów z wieku XIV. Owe lwy pochodzą z pierwotnych stalli. I są … pełne uroku. Niemi świadkowie historii, z tym samym uśmieszkiem od wieków patrzący na stopy zwiedzających świątynię.

Świetnym zabytkiem jest ołtarz Trójcy Świętej z końca XVII wieku z przedstawieniem Tronu Łaski z wieku XVI. Powszechnie ocenia się go jako „dzieło z kręgu mistrza Wita Stosza, także jako dobre dzieło gdańskie”.

No i zamykający nawę południową Ołtarz Mariacki z lat 30-tych XIV wieku – z relikwiami Św. Innocentego… Zwraca uwagę ołtarz główny – fundacji biskupa Adama Stanisława Grabowskiego – łudząco podobny do ołtarza fromborskiego (figury Św. Wojciecha i Stanisława rzeźbione przez Krzysztofa Perwangera – ex-burmistrza Tolkmicka )…

Koniecznie trzeba przyjrzeć się ambonie. A także – zajrzeć na krużganki zabudowań pokapitulnych… I to wcale nie koniec litanii zachwycających elementów składających się na to, że kościół w Dobrym Mieście jest absolutną koniecznością na trasie…

Ale to – trzeba samemu zobaczyć…

Published in: on 12 kwietnia 2010 at 23:20  Dodaj komentarz  

Gazownictwo na Pomorzu Gdańskim

Wpadła mi w ręce świetna dwutomowa historia gazownictwa na Pomorzu Gdańskim, autorstwa Tadeusza Gruszczyńskiego. Wydała ją Pomorska Spółka Gazownictwa Sp. z o.o. w Gdańsku Oddział Pomorski Zakład Gazowniczy.

Część pierwszą wydano w roku 2003 (który był rokiem Ignacego Łukaszewicza). Część druga wyszła w roku 2009.

Pełny tytuł brzmi: Gazownictwo na Pomorzu Gdańskim.

Część pierwsza – 150 lat Gazowni gdańskiej

Część druga       – 150 lat Gazowni elbląskiej

Niestety, książka nie jest dostępna powszechnie. A szkoda, bo zawiera wiele  ciekawostek z tzw. tamtych czasów.

Przygotowując się czas jakiś temu do pisania o moim ulubionym włodarzu miasta – Leopoldzie von Winter – natknęłam się na wzmianki o gazowym oświetleniu ulic. Ale wtedy jeszcze nie miałam historii gazownictwa…

Tadeusz Gruszczyński opisuje w pierwszej części swojej pracy historię powstania pierwszej gazowni w Gdańsku.

A początki były ciekawe!

Zakład oświetlenia gazowego powstał w Gdańsku w roku 1853. W kolejności powstawania – gdańska gazownia była trzecią na ziemiach obecnej polski (po szczecińskiej i wrocławskiej).

Rozwój gazownictwa na Pomorzu Gdańskim w XIX i na początku XX wieku był na tyle znaczny, że w owym czasie na tym obszarze powstały w sumie 23 gazownie. Poza Gdańskiem, własne gazownie posiadały Bytów, Dzierzgoń, Gdynia, Gniew, Kwidzyn, Lębork, Łasin, Malbork, Nowe, Nowy Staw, Oliwa, Prabuty, Pszczółki (gazokoksownia – niezrealizowana), Sławno, Słupsk, Sopot, Starogard Gdański, Susz, Tczew, Ustka, Wejherowo…

W ciągu 150 lat gazownictwo uległo ogromnym przeobrażeniom. Przede wszystkim – najpierw był gaz świetlny otrzymywany z węgla i stosowany do oświetlania (ulic i domów), teraz zaś mamy gaz ziemny.

Także system rozprowadzania gazu uległ zmianom. Nie ma już lokalnych wytwórni gazu węglowego z siecią miejską Obecnie mamy cały system rozprowadzania gazu ziemnego docierający do odbiorców ze złóż krajowych a także zagranicznych.

Nie ma już gazowni lokalnych w wyżej wymienionych miastach i miasteczkach. Są tam teraz rozdzielnie gazu. A wszystko jest zarządzane z Gdańska.

Z rozdziału o pierwszej gazowni w Gdańsku:

W połowie XIX wieku miasto oświetlane było lampami olejowymi. Było ich w sumie 1851: 130 dużych i 1721 małych. Zawieszone były na budynkach i ich narożach jak również na łańcuchach w poprzek ulic. Takie oświetlenie kosztowało sporo, bo olej wypalał się szybko. A więc w ramach oszczędności nie oświetlano ulic latem, zaś w pozostałych porach roku – wieczorami. Oświetleniem objęte było Główne, Stare i Dolne Miasto a także Stare Przedmieście, jednakże w zasadzie nocą w mieście panowały tzw. egipskie ciemności, bowiem lampy gaszono o 23:30.

Dzień 8 maja 1844 można w pewnym sensie uznać za przełom w kwestii gdańskiego oświetlenia miejskiego.

Otóż tego dnia – obradowała Rada Miasta. Podczas sesji jeden z armatorów a zarazem kupców gdańskich – Fryderyk Heyn, postawił wniosek o wprowadzeniu oświetlenia gazowego (jakim to Londyn cieszył się już wtedy od jakiegoś czasu).

Stosowna komisja powołana na tę okoliczność, miała zbadać sprawę, zorientować się w lokalnych możliwościach i oczekiwaniach, a także podejrzeć, jak to wygląda w stołecznym Berlinie (oświetlenie gazowe Berlin otrzymał w roku 1826).

Sprawą zasadniczą stał się wybór terenu pod gazownię. Rozważano trzy lokalizacje.

Pierwszą był teren w okolicach dzisiejszego dworca kolejowego.

Tu jednak sprawa wymaga dodatkowego sprawdzenia.  Zasięgnęłam opinii A.P., bo jest znawcą tematu przemian urbanistycznych miasta. Stanowczo odrzuciła tezę o tej lokalizacji, jako, że obwałowania istniały wówczas w najlepsze. A przypominam, że jesteśmy na razie w latach 40-tych XIX wieku. W końcu to dopiero mój ulubieniec – Leopold v. W. rozpoczął rozmowy na temat rozbiórki wałów z odpowiednimi władzami – tak wojskowymi jak i państwowymi. Dowodnie wały istniały do roku 1895. Więc sprawa tej lokalizacji gazowni (nie zrealizowanej zresztą) pozostaje otwarta i jako ciekawostka.

Następną lokalizacją, braną pod uwagę, był teren w okolicach Baszty Łabędź nieopodal Motławy (nie zaś, jak napisano w książce – Jacek.  Autor pomylił nazwy baszt, co jednak nie ma znaczenia dla wartości publikacji).

Trzecią lokalizację wskazano w okolicach dzisiejszego gmachu sądu. Także  ta  lokalizacja  pozostała niezrealizowana.

W owym czasie Gdańsk miał ok. 58 tys. mieszkańców. Z tej liczby około 49 tysięcy mieszkało w obrębie objętym dotychczasowym oświetleniem. Działało tu wiele fabryk i warsztatów (m.in. fabryka karabinów, cukrownia, olejarnia parowa, czy odlewnia żelaza).

Jako, że wciąż poszukiwano odpowiedniego sposobu na oświetlenie miasta, rozpatrywano różne oferty, jakie zaczęły napływać. Parę z nich warto wymienić za T. Gruszczyńskim, bo ciekawe.

Wśród oferentów byli m.in. mistrz ślusarski z Sopotu – niejaki Klopsch. Zgłosił swój wynalazek: gazometr w komodzie, czyli aparat do wytwarzania gazu węglowego. Nadeszła też propozycja zastosowania przenośnych urządzeń spalający kamfen ( otrzymywany przy produkcji kamfory) – takie urządzenie działało w Tczewie. Inną propozycją było oświetlenie ulic gazem naftowym. Jednak podczas prób spłonęły 2 lampy próbne, i zaniechano tego rozwiązania. Z kwidzyńskiego magistratu przyszła propozycja zastosowania eteru gazowego (mieszanki spirytusu i terpentyny) jako paliwa, jako, że takie rozwiązanie stosowano właśnie w tym mieście. I tę propozycję odrzucono , jako zbyt drogą i wymagającą skomplikowanej obsługi lamp.

W końcu zdecydowano, iż najlepszym rozwiązaniem będzie zastosowanie przewodowego rozprowadzania gazu do oświetlenia. Dawało to możliwości oświetlenia nie tylko ulic, ale też i domów.

Należało też pozyskać do nowego rozwiązania tzw. opinię publiczną. Przeciwnicy nowinek przekonywali bowiem, że latarnie gazowe zatrują powietrze w mieście, że wpłyną negatywnie na estetykę miasta… i t.d. Podobne protesty znamy i teraz (wystarczy prześledzić argumenty przeciw budowie mostu na Wiśle w Kwidzynie).

W roku 1848 Rada Miasta wybrała na lokalizację gazowni tereny w okolicach Targu Dylowego (nie istnieje obecnie – teren można określić jako – „pobliże” ulic Rzeźnickiej i Żabi Kruk). Niestety teren został zajęty przez wojsko pod koszary Wiebego. Tak więc, trzeba było szukać innej lokalizacji.

Sprawa przycichła (czasy były politycznie niestabilne – trwała Wiosna Ludów, która Gdańsk wprawdzie ominęła, ale zatrzymała niektóre inwestycje) aż do roku 1852. Wtedy to miasto zakupiło działkę niejakiego Rokickiego. Teren ten – wykorzystywany na skład drewna – posadowiony był na niegdysiejszym południowym krańcu Wyspy Spichrzów i znajdował się miedzy Nową Motławą, ul. Toruńską, a terenem dworca kolejowego Brama Nizinna. Budowę zakładu gazowego dla oświetlenia ulic komisja przegłosowała 4 głosami „za” przeciw 3 głosom sprzeciwu. Uzgodniono iż całość inwestycji poprowadzi dyrektor gazowni berlińskiej – inż. Kühnell, zaś kierownictwo budowy objął radca budowlany Zernecke. Cegłę zakontraktowano z dwóch cegielni: w Sopocie (Wegner) i Kolibek (Manns). Realizację inwestycji powierzono Towarzystwu Oświetlenia Publicznego w Paryżu do spółki z angielską firmą Barlow & Co.

I tak, po pokonaniu różnorodnych przeszkód – budowę rozpoczęto w marcu roku 1853 a zakończono w końcu tego samego roku. Tak, że 19 grudnia rozpoczęto produkcję gazu, zaś 21 grudnia uruchomiono oświetlenie miasta – publiczne i prywatne.

Na początku było tylko 312 latarń i 508 lamp prywatnych na 68 posesjach. Budynek pobliskiego dworca oświetlało 101 lamp, zaś same tereny dworcowe – 43 latarnie.

Odbiorcy albo zaopatrywali się w gazomierze, albo płacili od ilości płomieni oraz czasu palenia. Ciekawe, że wielkość płomienia (tu ilość dysz miała wpływ na jego jasność) określano porównując go do spalania się świecy łojowej. Taryfa wyróżniała też światła poranne i palone w dzień.

Wkrótce ilość odbiorców gwałtownie wzrosła, i nikt już nie mówił o zatruwaniu miasta. Najpierw ilość odbiorców prywatnych wynosiła 5440 zaś latarń publicznych było 757, zaś w latach 60-tych XIX wieku odbiorów było już 1180.

Taki wzrost liczby odbiorców wymagał przebudowy sieci gazowej. Dotychczasowe gazociągi miały zbyt małą średnicę, a instalacje domowe robione były nierzadko ze zlutowanych luf karabinów…

Modernizację sieci gazowej przeprowadzono w latach 1872- 1873 (to już lata działalności mojego ulubieńca) .

Pod koniec XIX wieku – przy stale rozbudowującej się sieci gazowej oraz rozrastającej się gazowni, teren zajmowany przez zakład stał się niewystarczający. Zaczęto więc poszukiwać nowej lokalizacji, I tak wybór padł na rejon Milch Peter.

Ale to opiszę po dalszej lekturze tej niezmiernie ciekawej książki. Nie jest to wydawnictwo, które pochłania się w ciągu wieczora . To źródło wiedzy o mieście, z którego warto korzystać na co dzień.  Nie przypuszczałam, że o sprawach technicznych – ja absolutna humanistka – będę czytała z takim zaciekawieniem.

Kafle

Kafle Krysi Jarosławskiej

Published in: on 2 kwietnia 2010 at 00:04  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , , , ,

Geneza – bo wszystko ma swoją genezę

Tutaj – w tej sekcji jest miejsce na komiksy Aidy. Pomyślałam, że szkoda, by leżały w „szufladzie”. Owszem – widziały tzw. światło dzienne, bo parę z  nich Aida wstawiła na jednym z zaprzyjaźnionych for. Ale – zniknęły w przepastnych podrozdziałach. Normalne…

Parę z owych komiksów dostałam w prezencie od Twórczyni – i zostały stworzone niejako na moją cześć. Z tego też względu chcę, by były widoczne.

A bezstronnie – pomijając moją sympatię do Aidy – one są naprawdę dobre, a Aida jest zdolna.

Howgh

*         *          *         *

Czas na parę słów wstępu – ni z gruszki ni z pietruszki 🙂

Najpierw poległam na bigwantach zbrojnikowych.

Ale od pieca:

Otóż czas jakiś temu podjęłyśmy z się z A.S. tłumaczenia strony dla zaprzyjaźnionych Rycerzy. Czas naglił – Rocznica Wiadoma tuż-tuż – a dofinansowania niet’. Jako, że Rycerze są „nasi” od lat – to przecież nielojalne byłoby nie ruszyć palcem.

I tak zaczęła się moja przygoda z … bigwantami.

Po prostu trafiłam na wzmiankę w tekście i zaniemogłam. Nie pomogły dywagacje ani nawet zdjęcia znanych części zbroi. NIC. Bigwanty mnie zabiły i już. Zadzwoniłam do A.S. by zapytać, czy nie wie, ale ona też poległa… na Złotej Ordzie Tatarskiej. A poza tym – zapytała czy jej przypadkiem tymi bigwantami nie chcę obrazić…

Zapisałam się więc na wszystkie możliwe anglojęzyczne fora o zbrojach i uzbrojeniu średniowiecznym. Bo jak ja miałam to tłumaczyć, skoro ja po polsku nie wiedziałam, co to jest.

Aż w końcu odpisał mi jakiś forumowicz, a w tzw. międzyczasie Krzyś Górecki przysłał mi nawet zdjęcie. I już wiem. 🙂

Przetłumaczyłam więc i regulaminy i część dla dowódców, nawet katalog rzemieślników. I nawet wstawiłam opis na gg, że Grunwald forever 🙂

Po czym – radośnie posłałam Krzyśkowi całość, łącznie z A.S.-ową częścią. I odtrąbiłam zwycięstwo.

Przedwcześnie 😉

Wkrótce otrzymałam maila z łatwizną – ciuchy… Mało to razy tłumaczyłam – na różnych spotkaniach czy podczas oprowadzania – części garderoby średniowiecznej? Pestka 🙂 i to przyjemna pestka.

Otóż nie pestka. Już w średniowieczu zadbano, żebym miała nad czym rwać włosy z głowy i żebym przypadkiem nie narzekała na nudę. Otóż często nazywano tę samą część garderoby inaczej – w różnych krajach. Kopiowano wzory, dodawano swoje inwencje, tworząc w ten sposób całkiem nowy element. Czasem go w ogóle nie nazywano. A czasem i owszem – jak na przykład … element zwany gacnikiem.

Zrozpaczona zawiesiłam na gg opis mniej więcej brzmiący tak:

„nie ma mnie – siedzę w rajtuzach, dubletach, gacniku i braies – jakkolwiek to brzmi :)”

Aida dodała do tego… nisko latające Plaueny 🙂

Podziałało to na mnie odstresowująco. Nie powiem – tłumaczenie ruszyło z kopyta. Myślę, że jutro powinnam skończyć.

A przy sposobności mnóstwo się nauczyłam. Poczytałam na forach krawiectwa odtwórczego co nieco i … tak jak w przypadku zbroi – jestem wdzięczna K.G. za postawienie mnie pod ścianą. 😉

Bigwantów i tak długo nic nie pobije.

Ale nisko latające Plaueny zostaną w słowniku, tak jak inne hasło:

„a Fleming leży”… czy „Klęczeli na rzadko”… czy hasło „Klęczeli krzyżem”

Ale to już zupełnie inna, warmińska,  historia 🙂