Proszę, nawet nie przypuszczałam, że TAKI gość wpadnie do mnie na balangę 🙂
Swoją drogą, może wpadł z przeprosinami za tego ponuraka z oczami, co to we mnie rzucił strusiem na bibie w Refektarzu 🙂
Proszę, nawet nie przypuszczałam, że TAKI gość wpadnie do mnie na balangę 🙂
Swoją drogą, może wpadł z przeprosinami za tego ponuraka z oczami, co to we mnie rzucił strusiem na bibie w Refektarzu 🙂
Dawno nie poświęcałam tu miejsca Mojemu Miastu.
Fakt, nie bardzo mam czas i z drugiej strony nieczęsto tu ostatnio bywam. Kiedy mam grupy w Moim Mieście, to przeważnie nie mam aparatu przy sobie, albo zwyczajnie nie chce mi się robić zdjęć, bo złoszczą mnie brudne szmaty wiszące na ulicy Długiej (szumnie nazywane bannerami reklamowymi), a także reklamy wiszące na budynku Ratusza Prawego Miasta.
Estetyka miasta… No dobrze, nie będę się czepiała – bo lista skarg i wniosków jest zbyt długa…
Ostatnio jednak wzięłam aparat, i czekając na grupę porobiłam parę zdjęć, ot tak, a potem wracając z nader udanej wycieczki – też mi jakoś tak Moje Miasto wpadło w obiektyw…
Widać dobrze wyjeżdżać, by móc zatęsknić 😉
Nie – nie dałam Duchowi w pysk, i nie poszłam 🙂
Przepraszam, ale to odpowiedź na krysiny komentarz do mojego nagłego zniknięcia z FB… Ot, nie samym netem człowiek żyje.
Ale wracam by zamieścić dwa zdjęcia. A właściwie jedno w dwóch wersjach.
Krysia „namazała” postaci na moim zdjęciu Kaplicy w tonacji szarości.
Zamieszczam oba, z przypomnieniem, że często na zdjęciach pojawiają się również białe „kropki” rozmazane i duże. Takie widziałam na zdjęciach z kręgów kamiennych (bodaj w Węsiorach), pokazywanych przez pewnego bioenergoterapeutę. Sama mam takie jedno – zrobione kiedyś tam w Wieliczce (obiektyw czyściutki, aparat sprawny). Że nie wspomnę o słynnym już zdjęciu Ducha z płn-zachodniego narożnika Zamku Średniego…
No i niestety nie miałam aparatu przy sobie na nocnym, kiedy wszyscy – to znaczy tak ja, jak i cała moja grupa – ujrzeliśmy piorun kulisty. Zanim jednak do nas doszło CO widzimy, zrobiło nam się wszystkim bardzo dziwnie…
I mimo racjonalnego wytłumaczenia – i tak wiemy swoje 🙂
Wszystko to jest oczywiście wytłumaczalne naukowo. I teoretycznie wszyscy wiemy, że NIE MA DUCHÓW. Tylko dlaczego wszyscy (choć nie każdy się do tego przyzna) trwożliwie oglądamy się za siebie w ciemnościach 🙂
Kiedyś spędziłam w Zamku parę ładnych godzin z pewnym Słynnym Fizykiem – który wszystko mi pięknie i naukowo wyjaśnił. Czyli wyłożył mi sprawę od przysłowiowego pieca, i przy sposobności dowiedziałam się, że my – ludzie – mamy oczy stereoskopowe… i tak dalej. Wszystko jest do znalezienia w necie, więc nie będę się wygłupiała z opisem. Wykład na temat tzw. aury i powidoków też przeżyłam i nawet kiwałam głową, tu akurat wiedząc, o czym pan mówi…
A potem… weszliśmy do Kaplicy Św. Anny.
Było późne letnie popołudnie, upalne i bardzo ciche. Nawet ptaki zamilkły, zmęczone gorącem falującym dokoła.
Kaplica przywitała nas półmrokiem i ciszą. Zamilkłam, bo w Kaplicy po prostu trzeba choć chwilę pomilczeć…
I nagle Słynny Fizyk podniósł palec wskazujący, nasłuchując ze zmarszczonymi brwiami. Ja też usłyszałam odgłosy, ale udawałam, że nie wiem, o co chodzi 🙂 w półmroku i tak nie widział wyrazu mojej twarzy… Ale dałabym głowę, że Chłopaki w tym momencie mieli równie jadowite i pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach, co ja… Oczywiście, jeśli ktoś wierzy w duchy 🙂
Dodam, że te odgłosy w Kaplicy są zupełnie racjonalnie „wytłumaczalne”, ale my i tak wiemy swoje 🙂
Nie ma drugiego takiego miejsca, które dawałoby mi tyle radości – ile daje Wiadomy Zamek.
Swoją drogą – upowszechniła się już ta nazwa, i wszyscy już wiedzą, CO to za miejsce, gdy mówię, czy piszę: Wiadomy Zamek.
Mało tego – określenie WIADOMY ZAMEK zaczyna już żyć własnym życiem 🙂
Bez względu na to, czy z grupą, czy tylko dla mnie, czy na szkoleniu czy na nocnym, Wiadomy Zamek za każdym razem wygląda inaczej. I za każdym razem prowokuje robienie zdjęć. Ile ich mam w swojej kolekcji, odkąd go sobie zdobyłam ??? Nie wiem. Nie liczyłam 🙂
Średniowieczna siedziba władzy… Duma i ideologia – władza duchowa i świecka nad maluczkimi.
Wciąż słychać echa dawnej świetności. Trzeba tylko umieć słuchać…
Uparłam się, żeby jechać na skróty.
Jak zwykle zresztą… wszak skróty to najlepszy sposób na poznanie terenu. No, może niekoniecznie po ciemku i GPS-em nie rozróżniającym kierunków, ale generalnie zasada jest taka, by unikać dróg głównych.
Tylko, że w Prusach Wschodnich nie ma takich dróg…
Nie tak dawno wiozłam Państwa B. do Wilczego Szańca trasą przez Ornetę i Lidzbark Warmiński. W pewnym momencie pan B. zapytał mnie, czy jak będę wracała, to wybiorę jakąś główną drogę…
Spojrzałam na niego, i odparłam – że TO JEST główna droga 🙂
Zapadła cisza w aucie, pan B. popadł w zamyślenie, w końcu powiedział to swoje przeciągłe: „ok….” i dodał refleksyjnie: „… a ja narzekam na drogi w mojej miejscowości…”
No więc… teraz łatwiej sobie wyobrazić co znaczy, kiedy piszę o moim uporze jechania bocznymi drogami – na skróty, w szybko zapadającym jesiennym zmierzchu 😉
Ale miałam powód. Chciałam zobaczyć Kwiedzinę.
To mała wioska, czy raczej osada śródleśna, przy drodze 592 Giżycko – Kętrzyn. Jakieś niecałe 8 km na pd-wsch. od Kętrzyna. Zamieszkała bodaj przez 30-parę osób, ma dwa gospodarstwa agroturystyczne i jest cudnie położona. Jak zresztą całe Prusy Wschodnie 😉
Malutka kropka na mapie, ale ja ją chciałam zobaczyć.
Raz, że tędy przecież biegnie (wciąż niezłej jakości) droga łącząca Wilczy Szaniec z lotniskiem Wilamowo. To tędy musiał – bo innej drogi po prostu nie miał – jechać Schenk von Stauffenberg.
Ale Kwiedzina to też czasy pruskie – z grodziskiem na Zamkowej Górze, no i czasy Państwa Krzyżackiego – kiedy to w roku 1373 założono tu młyn wodny. Do dzisiaj można dopatrzyć się pozostałości tej inwestycji w postaci stawu na strumieniu Kwiedzinianka (to taki ciek wodny od jeziora Tuchel, który znika gdzieś w polu po drugiej stronie drogi, albo tak mi się wydawało w zapadającym szybko zmroku). O młynie słychać jeszcze w roku 1492 (Kolumb właśnie pchał się do Ameryki), kiedy to prokurator kętrzyński przekazuje go niejakiemu Matzkemu.
No i w końcu ta najnowsza historia… Na przełomie XIX i XX wieku gospodarzyli tu Suchodolscy (herbu Janina) ze Starej Różanki. To ciekawa rodzina. Dla szukających niezdrowych sensacji łakomym kąskiem będą dwaj przedstawiciele tej rodziny: Ferdynand i Oskar von Suchodoletz. Obaj byli związani z kętrzyńską lożą masońska „Trzech bram Świątyni”. Ale o ile o nich raczej cicho w tzw. historii popularnej, za to o ich przodku – Samuelu odwrotnie.
I to głównie dla niego, dla Samuela i jego najstarszego syna Jana Władysława, dla obu Suchodolskich – chciałam tę Kwiedzinę zobaczyć. Chociaż raczej powinnam pchać się do Starej Różanki…
Ale wracając do Suchodolskich…
Otóż Samuel Suchodolski (Suchodoletz) to przełom wieku XVII i XVIII. Urodził się w roku 1649 na Lubelszczyźnie (rodzina wywodzi się z Suchodołów w pow. Krasnostawskim – tj. niedaleko Lublina). Jego ojciec będąc arianinem musiał opuścić rodzinne strony, zabierając oczywiście ze sobą rodzinę…. I dlatego pod datą śmierci Samuela w dniu 22 lutego 1727 roku widnieje nazwa odległa od miejsca urodzenia: Stara Różanka. To wieś położona nieco na północ od dzisiejszego Kętrzyna. Suchodolscy osiedli tam, bo to było w owym czasie jedno z przytulisk dla braci polskich. Pokolenia Suchodolskich siedziały w Różance, i dopiero na przełomie XIX i XX wieku pojawia się informacjach rodzinnych Kwiedzina.
Bracia polscy… No właśnie. Bracia Polscy w Prusach Książęcych – nawet jest takie hasło w Wikipedii.
Często mawia się o Arianach na Mazurach 😉 Nie nazywano tej krainy Mazurami wtedy, bo nazwę tę wprowadziły władze pruskie dopiero w XIX wieku… ale to „szczegóła” w tym momencie… a tu niestrudzony racjonalista.pl w tej samej materii.
Dla nas ważne jest to, że ojciec Samuela, Mikołaj, był zięciem Samuela Przypkowskiego i jak on – należał do braci polskich… i że Samuel także był arianinem, jak i mieszkający w Prusach i tutaj tworzący Zbigniew Morsztyn…
Samuel Suchodolski był kartografem i geodetą a także inżynierem wojskowym i architektem. Pozostawał w służbie Wielkiego Elektora (Fryderyka Wilhelma I). Tak jak i słynny a nieco niestety zapomniany Józef Naronowicz-Naroński.
To niespokojne czasy w Prusach. To czasy Chrystiana Kalcksteina i opozycji antyelektorskiej.
Suchodolski jednak w politykę się nie bawił, korzystając ze wsparcia Elektora – wykonywał dlań projekt ważny strategicznie. Kontynuował niejako prace Józefo Naronowicza-Narońskiego, który to dokładnie opracował mapy jezior (m.in. jeziora Druzno) a także zaprojektował plan kanałowego połączenia Pregoły z Niemnem. Samuel Suchodolski zaś opracował projekt połączenia kanałami Jeziora Śniardwy, Niegocin i rzekę Pregołę.
Warto o tym pamiętać, oglądając gigantyczne a niedokończone inwestycje Kanału Mazurskiego.
Bo to ci dwaj panowie byli projektodawcami tego niesłychanego przedsięwzięcia.
Dla porządku dodać należy, za Wikipedią, ze Samuel:
Za swoje zasługi otrzymuje od Elektora tytuły jego geometry i inżyniera, a w roku 1683 zostaje mianowany kamerjunkrem Elektora Brandenburskiego ( w tym czasie ma miejsce bitwa wiedeńska przeciw Turkom)
Wiadomości o Samuelu można znaleźć w „Słowniku biograficzny Prus Książęcych i Ziemi Malborskiej od połowy XV do końca XVIII wieku L-Ż” Tadeusza Orackiego.
Prace ojca kontynuował Jan Władysław. Urodził się w Starej Różance chyba w roku 1687 – nigdzie nie mogłam znaleźć jego dokładniej daty urodzin… Za to wiemy, kiedy i gdzie zmarł – w listopadzie roku 1751 w Malborku. Załatwiał tam sprawy służbowe. Bo całe życie załatwiał sprawy służbowe. Można czasem przeczytać, że na stałe zamieszkał w Królewcu. Ale tak na dobrą sprawę całe życie był w rozjazdach.
Niesłychanie pracowity i zdolny był ten najstarszy syn Samuela (miał jeszcze 2 braci).
Najpierw przez 3 lata był pomocnikiem ojca, potem budował budynki rządowe, w latach 20. XVIII wieku budował i nadzorował młyny. Został także specjalistą do spraw melioracji i hydrografii, a w końcu w roku 1732 (w roku urodzin Stanisława Augusta Poniatowskiego, późniejszego króla Polski) został mianowany kartografem pruskim.
Wykonał projekt Kanału Brożajckiego (przekopanego w roku 1733, dzisiaj nieczynnego – tutaj można o nim poczytać pod kątem wędkarskim.)
Opracował także plan regulacji Wisły łącznie z odprowadzeniem wód żuławskich do Nogatu, a także zredagował mapę całych Prus, i opracował plan budowy wodociągów dla Węgorzewa, a także jest autorem projekt kanału Pisz-Wystruć (dzisiaj Czerniahovsk).
O tym wszystkim myślałam, kiedy stopniowo robiło się coraz ciemniej i kiedy przed nami i wokoło pojawiały się coraz to nowe zwaliska betonowych pozostałości bunkrów Wilczego Szańca.
Kiedy droga stała się wąskim przesmykiem między dwiema potężnymi ścianami betonu, spojrzałam na Dionizego, który tylko uniósł brwi westchnąwszy z rezygnacją.
Oboje pomyśleliśmy o zeszłorocznej drodze na skróty do Bezławek, kiedy to trasa naprawdę w pewnym momencie stała się ekstremum. Tutaj wiedziałam gdzie mamy dojechać. A przynajmniej tak mi się zdawało, zanim zrobiło się ciemno.
W przeciwieństwie do zeszłorocznych skrótów – tutaj nie było asfaltu na początku, więc od razu zostałam spiorunowana wzrokiem.
Zaszczebiotałam, że przecież droga nie najgorsza, i że przecież mogło być gorzej… Jasne, że mogło! Bywało przecież 😉
Po drodze jednak – w tym szybko zapadającym zmroku widoki mieliśmy zaiste imponujące. Z tej strony Wilczego Szańca nigdy nie byłam. Kiedy przecisnęliśmy się samochodem przez szczelinę między dwiema betonowymi ścianami nic już nie było w stanie nas (to znaczy Dionizego) zaskoczyć… Do momentu, kiedy znaleźliśmy się w Kwiedzinie. Tutaj w ciemnościach już zupełnych, zatrzymał samochód i zapytał gdzie ten zamek, czy pałac, którego szukamy.
Odparłam cichutko, że tu nie ma pałacu… tu nie ma nic, prócz odprysków wielkiej historii.
Zapadła cisza brew Dionizego podskoczyła wysoko. A ja skurczyłam się na siedzeniu do gabarytów myszki.
„To ja się tłukłem bezdrożami przez las, po to żeby zobaczyć… odpryski historii… ?” usłyszałam spokojny głos.
Nooooooo – ale przecież my zawsze tłuczemy się bezdrożami 😀
„No, ale tędy jechał Stauffenberg po zamachu” usiłowałam ratować sytuację.
„Taaaa… i krzyżak na kozie też” spointował spokojnie Dionizy wyjeżdżając w końcu na asfalt drogi 592 i skręcając ku Kętrzynowi…
E, tam – ale co widziałam po drodze, to moje. Szkoda tylko, że zdjęcia nie wyszły.
Wszystkim tym, którzy widzą historię Prus Wschodnich wyłącznie w czarno-białych kolorach, i nie rozumiejących złożoności wyrażenia „Wschodniopruskość” – polecam ten link.
Jest to wspaniały projekt.
Szkoda, że na Pomorzu Gdańskim czegoś takiego NIKT nie próbuje. Może ułatwiłoby to zrozumienie wielu aspektów historii tego terenu.
Właściwie, to każda z historycznych ziem Rzeczypospolitej powinna mieć taki projekt. I to dostępny tzw. szerszej publiczności. Wciąż bowiem pokutują stereotypy i wciąż gdzieś komuś wyciąga się „zza pazuchy” tzw. Dziadka z …
Krysia zmusiła mnie do koncentracji.
Poszło o moje fotograficzne migawki z Zamku, jakie zmieściłam na Facebook’u 30 października. Wśród zdjęć było (jest) zdjęcie kaplicy św. Anny w tonacji szarości.
Szarość zdjęcia spotęgowała odczucie nastroju, ale też sprowokowała wspomnienia. Wspomnienia pewnego osobliwego snu. Snu z pogranicza absurdu.
Otóż czas jakiś temu dwie osoby w dwóch różnych częściach Polski i nieznające się zupełnie, miały sen o tej samej tematyce. Mało tego, obie osoby znajdowały się w tym śnie w tym samym czasie i tym samym miejscu.
…
Tymi osobami byłam ja i Ojciec Krysi. W życiu nie widzieliśmy się na oczy i w życiu słowa ze sobą nie zamieniliśmy.
…
Mój sen mniej więcej wyglądał tak:
Skończyłam nocne, i poczułam głód.
Jak zwykle zresztą – bowiem podczas oprowadzania nie czuję ani głodu ani zimna. Emocje dopiero potem opadają. Musiałam coś zjeść, ale Mistrz Gałązka miał już zamknięte. Zamek w ogóle pogrążony był już w ciemnościach. Jedynie z dziedzińczyka sączyło się światło.
Kiedy spojrzałam uważniej, dostrzegłam postać, wydawało mi się znajomą, idącą w stronę dziedzińczyka. W ciemnościach i bez okularów to myślę, że nawet gdyby to był Shrek we własnej osobie, to pewnie i tak bym go nie poznała. 😉
Ale to, że owa jakaś znajoma postać kiwnęła na mnie – to zauważyłam.
Podeszłam bliżej i już miałam zadać tradycyjne pytanie z nocnego (którym to pytaniem od prawie 10 lat doprowadzam do rozpaczy JS): „przez kuchnię czy głównym wejściem?” No więc, już miałam zadać to nieśmiertelne pytanie, kiedy nagle drzwi do Wielkiego Refektarza uchyliły się i znalazłam się w kręgu światła i gwaru dochodzącego ze środka. Gwar był nie byle jaki. Jazgot raczej. Muzyka zdecydowanie średniowiecznej proweniencji i do tego różnojęzyczny gwar głosów, spowodowało, że z ciekawością zajrzałam do środka pomieszczenia, które przecież tak dobrze znam od dzieciństwa.
N.B. To właśnie TO pomieszczenie Geoffrey Chaucer umieścił w swoich Opowieściach Kanterberyjskich… Nie wszyscy o tym wiedzą, a warto o tym pamiętać. Bo NIE było większego pomieszczenia dla „balang” w średniowiecznej Europie.
Coś, a może raczej ktoś mnie wepchnął do środka, dość na tym, ze znalazłam się w samym centrum gwaru i rejwachu niesłychanego. Nie wiedziałam, że kręcili film w Zamku!
Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że to nie film, a ja z XXI wieku zostałam żywcem przeniesiona do średniowiecza. Nie wiem, jak i co spowodowało tę pewność, ale nagle skurczyłam się… w sobie. O ile to w ogóle możliwe przy żywej wadze 80 kilo. Tyle akurat wtedy ważyłam – a więc byłam grubą babą (to stwierdzenie jest ważne, a raczej okaże się ważne potem).
Skurczyłam się w sobie, bo zdałam sobie sprawę z tego, ze przecież jestem w męskim stroju i mam krótkie włosy, i na dodatek jestem ubrana nieprzepisowo. Mam klamerki u ciżem, i na dodatek pierścionki na palcach i… o zgrozo! Czerwone paznokcie!
Taka wewnętrznie skurczona i starając się być niemal niewidoczna przycupnęłam w rogu długiego stołu nieopodal drzwi. Stół był znacznie dłuższy niż te w refektarzu konwentu, i uginał się pod ciężarem jadła wszelakiego. Wszyscy jedli, sięgając po jedzenie przeze mnie, ponad mną i spoza mnie… Miałam wrażenie że w Refektarzu są same ręce, tłuste i ruchliwe.
Nagle kątem oka nieopodal mnie zauważyłam postać mężczyzny, skuloną jak ja i z przerażeniem w oczach obserwującego otoczenie. Nasze oczy się spotkały na chwilę, ale żadne z nas nie wyniosło z tego otuchy, bowiem nagle ku mnie dosłownie wionął postawny Krzyżak. Nie pamiętam jak wyglądał, nawet nie jestem w stanie przywołać w pamięci jego stroju. Chyba miał na sobie płaszcz. Biały, a raczej kremowy. Ale na pewno miał na głowie kaptur.
I oczy!
Oczy miał niedobre; patrzące we mnie i przez mnie. Widział wszystko. I wiedział, że nie należę do jego czasu i jego otoczenia. A jednak nagle zza siebie wyjął talerz z ogromnym – wręcz monstrualnym udkiem kurczaka. Rzucił tym talerzem dosłownie przede mną. Zdałam sobie sprawę z dwóch faktów: talerz był drewniany, z ornamentem. Dokładnie taki sam, jaki znaleziono lata temu w wychodku u gdańskich dominikanów… zaś udko nie było kurze a strusie. Przez głowę przeleciało mi powiedzenie mojego Ojca, że tu Krzyżak na strusiu jechał wtedy to a wtedy… Biedny struś.
Rzuciwszy talerz ku mnie, Krzyżak o gorejącym spojrzeniu odezwał się a raczej warknął: „naa – żryj!”
Zdusiłam w sobie odruch buntu na brak taktu wobec kobiety. Nie tu i nie teraz!
I zerknęłam znowu kątem oka na tego skulonego faceta nieopodal. Też dostał talerz. I też Krzyżak mu kazał jeść. Gdzież on to wszystko trzymał? I jak do nas podszedł? Wionął. Tak, to najstosowniejsze określenie. Zupełnie, jakby płynął nad ziemią.
A tak na marginesie – jeśli mi ktokolwiek powie, że Pasternak NIE grał do kotleta, to niech się przeniesie tam i wtedy!!! Może nie do kotleta, a do udka strusiego – ale efekt ten sam.
Siedząc tam w tym średniwiecznym rejwachu, wśród postaci, które przecież znam z historii, z kursu i choćby z lektury „Organizacji…” Zdałam sobie nagle sprawę, że z wrażenia gadam tak do siebie jak i do każdego, kto koło mnie się pojawił. Nie pamiętam czy ktokolwiek mi odpowiedział, ale pamiętam, że wszyscy mieli na ustach temat jakiegoś polowania.
W momencie, kiedy ujrzałam znowu tego z niedobrymi oczami, i chciałam mu zadać najważniejsze pytanie: kim jest? – zadzwonił budzik.
Usiadłam na łóżku w nagłej ciszy poranka, jeszcze ogłuszona rejwachem ze snu, zastanawiając się, co u licha takiego to było???
Jakaś niesłychana kompilacja zdarzeń i przeżyć, nagle w jednym śnie. I ten siedzący półgębkiem facet – co to trafił tam tak jak, ja przez przypadek.
Jednak to ten Krzyżak z oczami gorejącymi nie dawał mi spokoju. Nie potrafiłam sobie przypomnieć jego twarzy. Ani tego czy w ogóle miał jakąś twarz. Wciąż jednak pamiętałam te oczy. Niesłychanie okrutne i płonące. Prześladowały mnie potem czas jakiś. Co ciekawe bardziej wyraziste stają się do dzisiaj, kiedy przekraczam próg Kaplicy Św. Anny. Świadomość istnienia owych oczu nigdzie nie jest tak dojmująca jak właśnie tam.
Po długim czasie – nie wiem, miesiąc po tym dziwnym śnie, a może pół roku, opowiedziałam go Krysi.
Krysia zaś w odpowiedzi opowiedziała mi sen swojego Ojca…
Otóż…
Ojciec był na jakiejś uczcie w Wielkim Refektarzu. Rzecz działa się w średniowieczu i znalazł się tam jakoś dziwnie, niby zaproszony, ale nie bardzo pasując do całości… Mówił też, że na sali była jedna baba, dość gruba, gadająca dość dużo. Siedziała przy końcu stołu. Ojciec Krysi twierdził, że mimo zaproszenia – czuł się tam bardzo nieswojo. No ja myślę, że nieswojo! Jeśli go tak samo zaproszono jak mnie, czyli za kołnierz i do środka, to nie dziwota! 😉
Najważniejsze jednak było to, że i do niego podszedł, a raczej „wionął” czy jak kto woli: „podpłynął” ten z oczami, rzucając mu niemal talerz ze strusiem. Jednak do niego odezwał się nieco taktowniej: „masz, poobgryzaj sobie”. Ojciec Krysi twierdził, że posiadacz strasznych oczu wyglądał jakby był nieżywy, i że się go niesłychanie wystraszył. Wręcz przeraził. Krysia twierdzi, że Ojciec zbladł nawet opowiadając sen, wiec przypuszczam, że sen musiał na nim zrobić kolosalne wrażenie.
Obie zamilkłyśmy na chwilę porażone niemal zbieżnością faktów i czasu.
Ja rozumiem swój sen, ale ja w Zamku bywam stale i nocne mam często, no i jestem bardzo z Zamkiem związana emocjonalnie od dziecka… Ale Ojciec Krysi? I to, że byliśmy tam w tym samym czasie i przy tym samym stole!
Prosiłam Krysię – by to narysowała. Bo w suchą opowieść nikt przecież nie uwierzy…
Oto ON:
Kiedy stałam parę dni temu w Kaplicy, ten sen właśnie mi się przypomniał.
Zamek w ogóle wyzwala tzw. inną płaszczyznę – czy kto chce czy nie. Ale tylko wśród ludzi wrażliwych i rozumiejących specyfikę miejsca. Nie zapomnę, jak M.S. kazał nam na kursie iść i słuchać cegieł. Niektórzy zareagowali zdumieniem. Inni rozbiegli się po Zamku szukając swoich miejsc. I z tych wszystkich słuchających murów, tylko parę osób oprowadza dzisiaj po tej Największej Kupie Cegieł na świecie. Ale oprowadzając wydobywają z tych cegieł ich duszę…
Aby chociaż nieco zrozumieć, co mam na myśli, trzeba koniecznie przeczytać książkę Marka Stokowskiego pt. „Błazen”, a na deser „Noc Tajemnic”…
epilog…
Na FB trwała ożywiona korespondencja i konwersacja między mną a Krysią w sprawie OCZU. No, bo w końcu to ja widziałam postać, a Krysia niczym ekspert śledczy – tworzy portret pamięciowy 😉
I w końcu miała wenę, czas i siłę, i posłała mi oczy emailem.
Zameldowała na FB, że: „oczy poszły” 😀
I po chwili napisała:
„Ej. Taki głos, jakby kto chciał wejść i pociągnął za klamkę do domu. Pies też usłyszał i szczeka. Zeszłam, bo myślałam, że siostra nie może znaleźć klucza i dzwonek znowu nie działa. Otwieram drzwi a tam… Nikogo. Nawet furtka zamknięta. Wassup??”
Komentarz pojawił się natychmiast, to P., czujny jak zwykle: Ktoś sie po oczy zgłosił 😉
Poniżej wklejam konwersację między P. a Krysią 😀
Krystyna Jarosławska weź…! przestań bo uwierzę
Krystyna Jarosławska bo to było jak się wysyłały……… 🙂
Katarzyna Czaykowska to MOJE drugie ja się dobijało :))) po oczy:))
Krystyna Jarosławska albo właściciel oczu 😛 możesz dopisać to jako epilog…
P. To teraz u Kaśka będzie klupać do dźwierzy;-)))))
Katarzyna Czaykowska tyle, że Kasiek ma to w … kwidzyniu:)
P. Dlatego do Cię Go wysłałem;-))))))
Dla niezorientowanych: mieć coś w kwidzyniu – to tyle samo co mieć coś w d… bo jak wiadomo mieszkać w Kwidzynie! A nie w Kwidzyniu, tak samo jak mieć coś w d..ie, a nie w d..iu 😀
To tyle w kwestii oczu i balangi ze „strusiem” w tle 😀
W tym wpisie właściwie tylko jedno – rewelacyjny Andre Rieu z The Dubliners i „Irish Washerwoman”…
I tyle 🙂
To tak, na coraz jesienniejszą jesień 🙂
Miejscowość nieopodal granicy z dzisiejszym Obwodem Kaliningradzkim (tylko pół kilometra). Kiedyś należała do powiatu gierdawskiego. Ale po 1945 roku, kiedy to Polsce dostał się jego południowy obszar – włączono ją do powiatu kętrzyńskiego. Gierdawy to dzisiaj Żeleznodorożnyj…
Tak na marginesie – Gierdawy lokował na prawie chełmińskim Ulrich von Jungingen.
Wracając do Asun (dawniej Assaunen)…
Na wjeździe przywitał nas znak zakazu wjazdu na mostek – przebywanie grozi śmiercią lub kalectwem czy coś w tym stylu…
Pod mostkiem płynie Omet, meandrując aż poza dzisiejszą granicę… Tuż obok solidniejszy most – po którym już bez obawy można przejechać. Zaraz za zakrętem, po prawej, widać teren przykościelny.
Solidne średniowieczne mury niewielkiego kościółka z kuną przy kruchcie południowej i drewnianą wieżą z połowy XIX wieku.
W wieży – skład drewna.
Czy to skład drewna był powodem pożaru w roku 1914, czy może raczej działania wojenne, które przecież nie ominęły Prus Wschodnich? Jaka by nie była przyczyna pożaru – kościół szybko odbudowano.
Dziś wystrój wnętrza jest barokowy. A od roku 1958 doszedł wystrój cerkiewny. Bowiem od tego roku kościół jest cerkwią obrządku greckokatolickiego pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy.
W latach 80.XX wieku dodano cerkwi ikonostas.
Czemu taki finał historii?
Ano to wynik i efekt Akcji Wisła. Kiedy to rzucano Ukraińców (i Łemków przy sposobności, wrzucając wszystkich do jednego „worka”) po całej Polsce – jednocześnie zabraniając im używania miano Ukrainiec. Kazano nazywać siebie Wysiedleńcami z Akcji „Wisła”. Tu ciekawy przyczynek do historii osadnictwa ukraińskiego w dawnych Prusach Wschodnich…
Cały teren przycerkiewny jest bardzo zadbany i czysty, trawa pięknie przycięta, i wokoło panuje atmosfera spokoju. Spokoju, nie pełnego rezygnacji, jak w Ostrem Bardo – ale spokoju miejsca oswojonego.
Pierwsze, co rzuca się w oczy – to właśnie porządek i spokój. Na stronie Ciekawe Mazury Tadeusz Plebański świetnie napisał:
„Ta piękna, zadbana, nadgraniczna wieś jest przykładem tego, jak przesiedlonym w ramach Akcji Wisła udało się wrosnąć w nowe środowisko z poszanowaniem dla jego dziedzictwa.”
Do tej dobrej atmosfery zdecydowanie przyczyniają się dwa gniazda bocianie na obu szczytach cerkwi. To szczęśliwe miejsce – według tradycji i przesądu odwiecznego. Nie wszędzie bowiem bocian chce zakładać gniazda. Tu są aż dwa. 😀
Nieopodal widać schludny budynek dawnej szkoły, w którym mieści się obecnie ukraińska izba pamięci i Ośrodek Kultury Ukraińskiej. Ośrodek stworzył i wiele lat mu przewodniczył Antoni Staruch. Warto pamiętać tę postać. Wiele mu zawdzięczamy w kwestii zmiany w powojennych i propagandowych wizjach „złego Ukraińca i dobrego Polaka”…
Spacerując wokoło kościoła, po północnej stronie natykamy się na kamienny pomnik nagrobny.
Przeniesiony tu został nie tak dawno ze zniszczonego cmentarza nieistniejącego już majątku Korklack (gros terenu po majątku, po którym nie ma oczywiście śladu, dziś znajduje się po drugiej stronie granicy).
Ten pomnik nagrobny to ślad po tragedii rodzinnej – upamiętnia 17 latka, który zginął na morzu.
A to było tak:
Otóż w roku 1843 w stoczni szczecińskiej zwodowano trzymasztową szkolną korwetę „Amazone”, dla Królewskiej Szkoły Nawigacyjnej w Gdańsku. W listopadzie roku 1861 jeden z wielu kolejnych rejsów ćwiczebnych odbywali kadeci z różnych roczników Szkoły. Wśród nich był syn dziedzica Asun i Korcklack – Carl Louis Friedrich Max Leo hrabia von Klinckowstroem. Korweta zatonęła nieopodal brzegów Holandii na Morzu Północnym. Rozmiar tragedii był ogromny bowiem na pokładzie było jak wspomniałam – kilka roczników przyszłych oficerów. W rezultacie katastrofy – drastycznie spadła atrakcyjność Szkoły Nawigacyjnej – w następnym roku kandydatów do szkoły było raptem trzech. Ciekawe spostrzeżenia na temat sił morskich, wyszkolenia i możliwości dają nam wspomnienia Alfreda von Tirpitz (niestety zniknęły z sieci 😦 ) .
Kim był Alfred v. Tirpitz??? Nazywany jest często Ojcem Floty Niemieckiej – Alfred Peter Friedrich Tirpitz (szlachectwo, wraz z przynależną partykułą von, nadał mu Wilhelm II za zasługi położone dla budowy niemieckiej floty wojennej) urodził się 19 marca 1849 r. w starej nadodrzańskiej twierdzy Kostrzyn (wówczas Kustrin)… – [za Wikipedią]
W swoich Wspomnieniach Tirpitz pisze, że po katastrofie „Amazone” obniżono wiek przyjmowanych do Szkoły Morskiej, który wcześniej wynosił 17 lat. Sam Tirpitz w chwili przyjęcia miał 16 lat.
Parę słów należy się rodzinie, z której wywodził się kadet upamiętniony pomnikiem….
Otóż:
Klinckowström, lub nawet Klinkowstrom, czy Klinckowstroem to nazwisko rodziny szlacheckiej ze Szwedzkiego Pomorza.
Linie tego rodu osiadły w Szwecji, Prusach i Austrii. Przodkowie domu tego (jakby napisał mój ulubiony plotkarz – Kacper N.) pisali się Klinkow albo Klinckow w Stralsundzie i prawdopodobnie wyszli z tego samego “domu” w Prenzlau.
Pierwsza wzmianka o rodzie Klinkow pochodzi z roku 1320, kiedy bracia Peter i Johann de Klinkow, mieszkańcy Prenzlau, ufundowali ołtarz do tamtejszego kościoła Św. Mikołaja. Czy byli mieszczanami, czy należeli do rycerstwa – czy też byli przybyszami ze Starej Marchii – nie wiadomo.
Po kilku wiekach – widzimy przedstawicieli rodu w wojskach całej niemal Europy. Dla Pomorzan ważne jest – że widać ich w czasie wojen szwedzkich w słynnych Starych Kolorowych Regimentach króla szwedzkiego…
….
Czas przenieść się nieco bliżej interesujących nas terenów i czasów – Martin (1650-1717), Szambelan i Kapitan Straży w dniu 19 kwietnia 1678 roku wpisany jest pod nazwiskiem Klinkowstrom jako szwedzki szlachcic. Faktyczna nobilitacja nastąpiła 17 marca 1690 (czasy króla Karola XI). Bracia Thure Leonard, (Sekretarz i Szef Poczt w Stockholmie), i Gustav Thure Klinckowström, w roku 1759 otrzymali szwedzki tytuł barona.
Austriacka linia rodu została ustanowiona przez Fryderyka Augusta von Klinkowstrom (1778-1835).
W roku 1798 Karl Friedrich von Klinkowstrom dostał tytuł hrabiowski od króla Fryderyka Wilhelma III. Tym samym rozpoczęła się pruska linia rodu.
Nas interesuje właśnie linia pruska z Asun i Korcklack (odsyłam do SUPLEMENTU na końcu felietonu). Czyli linia Karla Friedricha Ludwiga von Klinckowström (1780–1844), dziedzica na Korcklack i Assaunen.
Najstarszy syn zginął na morzu, zaś dwaj pozostali weszli na stałe do historii Europy… A mnie na dodatek Los znowu postawił na drodze Eulenburgów z Galin…
I pomyśleć, że nigdy bym nie poznała tej historii, gdybym tak bardzo nie chciała jechać wzdłuż granicy Europy, i gdybyśmy nie zajechali do Asun – teraz niemal na końcu świata.
zdjęcie z Google Maps – niestety nie chce mi się załączyć 😦 a zaznaczyłam na nim zarówno Asuny jak i Korklack (to znaczy polskie Kurkławki, nieistniejące, bo po rosyjskiej stronie oczywiście też już niczego nie znajdziemy, poza zdziczałym parkiem).
Jak zwykle, to na pewno nie koniec opowieści rodzinnej. Bo jak zwykle Los podeśle mi ciąg dalszy. 😉
Ale i tak wszystko zawsze zaczyna się przysłowiowego pieca, czyli od … Galin 😀
SUPLEMENT:
Bardzo cieszę się z każdego komentarza do moich wpisów. I proszę, oto, jakie ciekawe informacje uzupełniające dostałam w komentarzu (dziękuję!)
Kościół w Asunach pochodzi z końca XIV w. Był rozbudowywany w XV i XVI w. W 1905 r. przebudowany wg. projektu Fritza Heitmanna. Asuny w czasie I wojny światowej doznały największych zniszczeń spośród miejscowości okręgu gierdawskiego. Spłonęły m. in. kościół, parafia i szkoła. Odbudowa trwała aż do 1916 r. W tym czasie wybudowano nowy kamienny most na Omecie, który służył przez kolejne 90 lat. W 2006 r. do rzeki runęła jego południowa część.
Budynek w którym obecnie mieści się Ośrodek Kultury Ukraińskiej wybudowany został na pocz. XVI w. Do 1945 r. nieprzerwanie mieściła się w nim karczma. W latach 30-tych jej właścicielem był Walter Hartwich. Szkoła przed wojną znajdowała się natomiast w budynku na przeciwko kościoła.
Dawny majątek Korcklack znajduje się tuż przed granicą po polskiej stronie*, ok. 5 km na zach. od Asun. Po 1945 r. utworzono tam PGR Kurkławki.
UWAGA: Teren po majątku Korklack po 1945 roku został przedzielony granicą z obecnym Obwodem Kaliningradzkim. A więc dzisiaj – nieistniejący majątek – znajduje się po obu jej stronach.