Moja Holandia

Właśnie wróciłam z konferencji Mennonitów w Leeuwarden (Nota Bene – to stąd wywdziła się słynna Mata Hari no i „nasz” Hans Vredeman de Vries).

Zostałam tam zaproszona przez O.S. – Znajomego, którego znam z naszych wspólnych mennonickich peregrynacji przewodnickich.

Miałam na owej konferencji mówić o moich Żuławach z perspektywy przewodnika od lat „wsiąkniętego” w środowisko mennonickie. Miałam też pokazać, że można zwiedzać Żuławy bez obaw, i że wciąż jest CO zwiedzać. Tu akurat najtrudniej było mi zachować spokój, bowiem od lat zajmuję się też tropieniem mennonickiej genealogii i grobów, więc doskonale wiem, że nikt chyba na świecie tak, jak nasza nacja, nie potrafi niszczyć stanu zastanego (i to zniszczyć z premedytacją pod sztandarem tyleż górnolotnych co pustych frazesów).

Ale wracając do konferencji: pokazałam moje zdjęcia. I opowiedziałam o MOICH Żuławach.

Nie wiem czy wybrałam te najładniejsze, ale na pewno ciekawe z punktu widzenia społeczności mennonickiej. Przy terpie zdecydowanie pękły ostatnie bariery między nimi a mną – jedyną nie-mennonitką w tym znakomitym środowisku.

A już opowieść o imć Ambrożym Voermuellen z jego Danziger Goldwasser i rodzinie Stobbe z Nowego Dworu Gdańskiego – zupełnie przełamały nieufność do „tej z zewnątrz”.

No i fakt, że od lat śledzę ich życie tutaj i od lat zafascynowana jestem faktem – jak tak mała społeczność mogła mieć tak kolosalny wpływ na większość 🙂 I to wpływ zdecydowanie zbawienny. Wszak nawet w żuławskiej gałęzi mojej rodziny – przysłowiowa mennonicka oszczędność i gospodarność stawiana była z przykład.

Spotkałam wielu bardzo ciekawych ludzi; z dumą mogłam z nimi dyskutować, a nie tylko słuchać. Nawiązałam mnóstwo wspaniałych kontaktów.

I … dostałam cegłę 🙂

O cegle i Menno Simonsie, a także o moich peregrynacjach – napiszę następnym razem…

Poniżej wklejam parę zdjęć ilustrujących to jak bardzo wyrafinowany gust i zainteresowania mieli i wciąż mają Mennonici. Tym, którzy wciąż uważają, że to byli prości chłopi  – polecam więcej lektury z tzw. źródeł 😉

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Published in: on 1 kwietnia 2012 at 18:58  2 Komentarze  

Białostockie reminiscencje

Ostatnio wpadła mi w oko w necie świetna strona o cerkwiach Białegostoku.

Natychmiast sprowokowała wspomnienia zeszłego lata (2011 roku). Wtedy to miałam wielką przyjemność opiekować się grupą Polonez Melbourne w ich drodze z Gdańska do Rzeszowa, gdzie czekał ich występ na festiwalu Polonijnym.

Podczas naszej podróży do Rzeszowa nie robiłam zdjęć. Wyszłam bowiem z  założenia, że nie powinnam, bo skoro to ja oprowadzam, to nie mam prawa zachowywać się jak turysta.

A wielka szkoda, bo byliśmy na Świętej Górze Grabarce. W ten sposób spełniło się moje marzenie o odwiedzeniu tego miejsca. Długo by mówić o powodach tej nieprzepartej chęci i swoistym obowiązku wizyty tam właśnie. Dość na tym, że wreszcie tam byłam. Atmosfera Góry i lasu krzyży jest nie do opisania. I nawet nie wiem, czy zdjęcia by to oddały. To trzeba zobaczyć i przeżyć samemu. Wrócę tam… Bez pośpiechu.

Zanim jednak do Świętej Góry zajechaliśmy, zahaczyliśmy o Białystok w drodze do Białowieży, gdzie mieliśmy całkiem zacne lokum w jednym z hoteli.

Białowieża mnie zachwyciła. Miała coś z atmosfery końca i początku świata. Wypożyczyłam sobie w hotelu rower, i w ten sposób zwiedziłam samą Białowieżę i okolice… Nie jestem jakoś bardzo pro-leśna, czy „terenowo” nastawiona, ale przyznać muszę z tzw. ręką na sercu – jest tam zwyczajnie pięknie. 🙂 A wizyta w Restauracji Carskiej na stacji Białowieża Towarowa uwieńczona pysznymi pierogami z dziczyzną spowodowała, że świat kolejny raz się do  mnie uśmiechnął.

A wracając do Białegostoku. Staje się coraz bardziej zachwycający. Wersal Podlasia – jak nazywany bywał Pałac Branickich – po latach „chudych” zaczyna odzyskiwać blask. Ogród zaczyna wracać do dawnej świetności, bowiem wiele pracy włożono (i wciąż się wkłada) w przywrócenie mu dawnego bogactwa tak kształtu jak i zawartości. Istotnie – JUŻ jest co podziwiać, a co dopiero, kiedy prace zostaną ukończone.

W samym pałacu mieści się obecnie rektorat białostockiego Uniwersytetu Medycznego. Więc tak naprawdę, to pałac nie jest obiektem muzealnym. Ale serdeczność, z jaką odnoszą się władze uczelni do każdego chcącego zwiedzić to zapierające dech w piersiach miejsce – jest znamienna dla tych terenów. Bo bez względu na „spostrzegawczość krajobrazową” czy jej brak – podróżujący po tej wyjątkowej krainie zauważy na pewno jedno: serdeczność ludzi.

Acha… w białostockim barze Podlasiak, niedaleko Ratusza jest przepyszne jedzenie. Tym razem nie jadłam moich ukochanych pierogów (nie pamiętam dlaczego). Po odstaniu w długiej kolejce, rzuciłam się (niemal dosłownie) na flaczki i kotleta z ziemniakami i jakąś surówką. 🙂 I przyznam, że wszystko było wyśmienite.

Warto przy sposobności odwiedzin w Białymstoku wejść do Ratusza stojącego w sercu Rynku Kościuszki. Smutne jest jedynie to, że rynek łysy całkowicie.

To jakiś idiotyzm ogólnopolski i amok w jakim betonuje się wszelkie rynki, place, skwerki, skwery. Tak jakby zarządcy miast wciąż wstydzili się swego pochodzenia, a może bali się o posądzenie pochodzenia z lasu, czy ze wsi… Wciąż brakuje estetyki w miastach polskich.  I Białystok wpisuje się w modę na gołe place. Oczywiście wszystko tłumaczone jest modą. Ale niewielu widzi, że czasem podążając za modą – po prostu wygląda się głupio…

Mimo tego, Białystok zdecydowanie wypiękniał (przynajmniej centrum). Ulice są czyste. A jedzenie smaczne. Na dodatek świeciło słońce, wróble zawzięcie kłóciły się w donicach w Rynku, a nieopodal na ławce siedział młody człowiek i grał  na cymbałach

Takie właśnie słoneczne wspomnienie po wizycie na Podlasiu sprowokowała strona o cerkwiach Białegostoku…

Na „chybcika”…

Wróciłam w domowe pielesze 🙂

To znaczy, że zakończyłam sezon objazdowy. Sezon „chodzony” trwa, ale przybrał teraz formę „stacjonarną”. To znaczy, że jeśli wyjazd to najwyżej na dwa dni do Torunia, czy na dzień do Malborka, a poza tym Żuławy chabrowe, i Gdańsk – coraz bardziej pusty o tej porze roku.

Teraz czas zabrać się za zaległe pisanie 🙂 bo do opisywania mam całe mnóstwo!

A na razie „wrzucam” parę zdjęć – migawek z trasy 🙂

Published in: on 20 września 2011 at 19:27  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , , , , , ,

Sezon…

Jakiś czas temu Krysia J. podpytywała mnie, kiedy pojawi się nowy Tutivillek… No, nie pojawi się na razie, bowiem sezon trwa w najlepsze. Częściej bywam w ukochanym Krakowie, czy równie uwielbianym Toruniu niż w moim Gdańsku.

I tak będzie do końca września…

Po drodze jakiś Malbork wytęskniony, Frombork serdeczny i Prusy Wschodnie, bez których życie traci smak…

A na razie, w ramach „zapchaja” wrzucam zdjęcie przepięknych maków polskich…

I niech no mi ktoś spróbuje wmawiać, że można jeździć na wakacje tylko za granicę, i że tutaj nie ma niczego pięknego !

Niewątpliwie jednak już wiadomo, co będzie hitem sezonu: Huta Katowice, Tyniec i Bielany… I to nawet podwójnie [ Agusia S. coś na ten temat też wie 🙂 ]

Published in: on 13 czerwca 2011 at 18:58  Dodaj komentarz  

Czekając na wiosnę…

Już niecałe 40 dni do wiosny, a tymczasem prognozy pogody zapowiadają nawrót chłodów. Toteż czekając na tę najpiękniejszą porę roku, wklejam trzy filmiki, jakie zrobiłam późną wiosną ( a może to już wczesne lato było) zeszłego roku.

Jakość samego filmików jest taka sobie, ale głównie dla ptasich śpiewów   nagrywałam 🙂

Filmik 1

Filmik 2

Filmik 3

 

 

U „franciszków”

Popołudniowa cisza w gdańskim kościele Św. Trójcy dała mi czas na podsumowanie roku i spojrzenie za siebie. Podsumowania każdego mijającego roku to niemal zwyczaj – w końcu za parę godzin rozpocznie się nowy – już  2011 z kolei  – rok.

🙂

A że mijające 365 dni były całkiem pomyślne dla mnie i dla mojej rodziny, (a przecież w końcu TO jest najważniejsze),  toteż spojrzałam nieco dalej za siebie. Aż tam, gdzie widać tylko to, co znamy z historii.

Franciszkanie…

Ich gotyckie kościoły zachwycają (truizm). Zachwycają przede wszystkim właśnie gotykiem a często i tajemniczością. Tą dzisiejszą tajemniczością, wynikającą z ciągłego zdumienia. Jak bowiem można w czasach tak konsumpcyjnych i tak niespokojnych chcieć wycofać się z życia i zamknąć w modlitwie. Tak samo pewnie myślały pokolenia przede mną.  A pewnie i następne też będą się nad tym głowić. Dzięki jednak takim, co to zamknęli się dla życia doczesnego – możemy dzisiaj i my znaleźć nieco wytchnienia od zgiełku i schronić się przed codziennym pośpiechem.

Takimi miejscami na wytchnienie pod każdym względem –  są niewątpliwie: gdański kościół Św. Trójcy i toruński kościół  Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny .

To wspaniałe, rzec by można monumentalne budowle. G.H. kiedyś powiedziała, że nie lubi gotyckich budowli bo się w kadrze nie mieszczą… Nie mieszczą się, bo budowano je ku chwale Panu i potomnym ku pamięci.

No, gdański kościół, a raczej klasztor – faktycznie ku pamięci! Tutaj nieco historii klasztoru, ale też w ogóle  Braci Mniejszych na Pomorzu (i od razu małe sprostowanie: w czwartej linijce tekstu – nie w Watemborku a w Wartemborku).

Na stronie gdańskiego konwentu nieco mgliście i „po łebkach” opisano czasy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. A przecież była to wspaniała uczelnia o świetnej renomie. Nie pierwsza wprawdzie taka szkoła w Prusach Królewskich – bo pierwszą było Elbląskie Gimnazjum Akademickie. Ale wraz z trzecią tego typu uczelnią na tych terenach – Gimnazjum Akademickim w Toruniutworzyła system dający rękojmię dobrego, ba! doskonałego wykształcenia. Nieco o jakości nauczania w szacownej uczelni gdańskiej można znaleźć tutaj.

Dzisiaj gdański kościół Św. Trójcy czeka na swoje 5 minut. A dokładnie –  na fundusze. Remont wciąż trwa i miejmy nadzieję, że następne pokolenia będą miały dokąd chodzić w każdą wigilię każdego nowego roku po spokój 🙂 i że wciąż najpiękniejsze gotyckie szczyty w Gdańsku będą cieszyły oczy, tak jak dzisiaj. A na marginesie – jakże mi brakuje w ruchomej szopce  tego  okropnie skrzypiącego aniołka zjeżdżającego z niebios 🙂

Poniżej najpiękniejsze szczyty gotyckie Gdańska:

I migawki z wnętrza Św. Trójcy

Jakże inne jest wnętrze toruńskie!

Trzeba jednak pamiętać, że Toruń, w przeciwieństwie do zmasakrowanego (i wciąż masakrowanego architektonicznie) Gdańska – nie został zniszczony! Dlatego – jeśli chce się dotknąć gotyk, to jedzie się właśnie tam, do Torunia 🙂

To tu właśnie – u franciszkanów w Toruniu w roku 1243 odbył się synod pod przewodnictwem Wilhelma z Modeny, podczas którego to synodu powołano 4 diecezje pruskie (chełmińską, pomezańską, warmińską i sambijską).

XVII wieczne epitafium tragicznie zmarłego 17-letniego ucznia Gimnazjum Toruńskiego – Jana Mucka von Muckendorfa.

Czasem można spotkać takiego zaaferowanego służbą w kościele kotka… Zdjęcie jest niewyraźne, bo akurat gonił mysz…

Jedna z polichromii z końca XIV wieku.

No i nie wolno zapominać o Mauzoleum Anny Wazówny. Ta wyjątkowa pani w końcu spoczęła w Toruniu. Anna Wazówna „pojawia” nam się także w gdańskiej Bazylice Mariackiej.

Epitafium Guldensternów w farze Głównego Miasta Gdańska.

Czemu akurat przy tym epitafium? Otóż Anna Wazówna wydatnie pomogła rodzicom Zygmunta (jedyny w historii Szwecji tzw. środowy ślub) – ale o tym kiedy indziej. Zresztą Wojciech Łygaś w swojej świetnej książeczce pt. „Gdańsk – szwedzkie ślady historii”  przedstawił sprawę jasno w rozdziale pt. „Kamienie mówią”.

 

Azumini

W opowieści o Panu Jodło padła nazwa Azumini. Miasto, jako ważny węzeł komunikacyjny spełniało od zawsze rolę miejsca targowego. I właśnie dlatego stało się jednym z wielu miejsc na mapie Afryki naznaczonym ciemną stroną historii, jaką były czasy niewolnictwa.

Nigdy nie zapomnę przewodnika w Fort Metal Cross  (Dixcove) w Ghanie. Opowiadał, że jako dziecko zdołał uciec z Korytarza Bez Powrotu (a właściwie z tunelu…). Tak nazywano w nadmorskich fortecach korytarze, którymi gnano ludzi na statki. Bo tak naprawdę, mimo, iż w roku 1926 Liga Narodów zakazała handlu niewolnikami, to trwał on w najlepsze aż połowy XX wieku (a właściwie trwa dalej w najlepsze, bo jak inaczej nazwać handel kobietami czy dziećmi, czy też jak nazwać zatrudnianie ludzi na dziko zabierając im paszporty).

Oblicza się, że od czasów, kiedy Admirał Sir John Hawkins wymyślił okrężną drogę przez Atlantyk, około 10 milionów ludzi zostało sprzedanych z Afryki w niewolę. A Zatoka Gwinejska zyskała miano Zatoki Niewolników (w jej skład wchodzą Zatoka Benin i Zatoka Bonny).

Wspomniałam Sir Hawkinsa. Otóż wymyślił trasę okrężną, głównie po to,  by wyeliminować pośrednictwo arabskie w handlu niewolnikami. W Anglii kupował towary i wiózł je do Afryki właśnie na zatokę Gwinejską. Tam wymieniał towary na niewolników, których przewoził za Ocean – do  Ameryki. Tam z kolei wymieniał ludzi na kolejny towar. Po powrocie do Anglii – ów kolejny towar sprzedawał, zbijając na tym niezły majątek… Anglicy pamiętają Hawkinsa głównie jako jednego z trzech kontradmirałów zasłużonych podczas bitwy z hiszpańską Armadą.

Są zapewne osoby pamiętające gniota telewizyjnego pt. „Niewolnica Izaura”. Niewiele zaś zastanawiało się pewnie podczas jego emisji – skąd się ci niewolnicy wzięli. Otóż wielu miało korzenie właśnie w Nigerii. Do dzisiaj wielu Brazylijczyków i Kubańczyków ma pochodzenie Yoruba, ale także Igbo czy Hausa (żeby tylko główne grupy etniczne – czy jak kto woli: plemiona).

Mieszkałam w domu pokolonialnym.

Był piękny, ogromny, zbudowany z kamiennych ciosów. Do kuchni, tej oryginalnej, trzeba było przejść zadaszonym pasażem. A do kwater służby szło się nieco dalej – aż pod sam busz. Kwatery te, to były dawne kwatery niewolników –zaadaptowane na mieszkania.

Jak taka kwatera wyglądała?

Otóż był to kamienny baraczek z dwoma pomieszczeniami. Czasem tych pomieszczeń w baraczku było trzy. Zależało to od zamożności właściciela domu, na ilu niewolników mógł sobie pozwolić. U nas było po dwa pomieszczenia w 3 baraczkach. Wielkość pomieszczeń?  Może z 3m x 3m. Nie więcej. Pamiętam, że było tam ciemno i ciasno. Kamienna rama w jednym z pomieszczeń wyznaczała miejsce na palenisko,  a  w drugim, niewysoki kamienny podest wyznaczał miejsce na wyrko (coś podobnego można oglądać w jednej z cel w Zespole Przedbramia w Gdańsku). Górna powierzchnia owego kamiennego wyrka miała otwór na płyny ustrojowe, podobniej jak stół sekcyjny. Na placyku nieopodal stał pręgierz. No i od razu wiadomo, dlaczego w wyrku był otwór, a odpływ widoczny był z boku podestu… Wody w kwaterach nie było, tę się nosiło z pompy. Okropne i nieprzytulne miejsce. Mroczne, w zakolu buszu, dostatecznie daleko od domu, by nie przeszkadzało państwu, ale zarazem dostatecznie blisko, by niewolnik przybiegł na wezwanie. 

Kiedy się wprowadziliśmy do Błękitnego Domu, a wraz z nami Akpan, mój Ojciec natychmiast przystąpił do modernizacji pomieszczeń dawnych kwater niewolników. Ale zanim to nastąpiło, musiał otrzymać zgodę od władz firmy. Dom bowiem był służbowy. I nie chodziło tu bynajmniej o ochronę zabytków! Chodziło o… niechęć do wydawania firmowych pieniędzy na poprawę bytu służby. Akpan był z Calabaru, co wszystko tłumaczy. Ojciec jednak zgodę dostał, jednak część wydatków poniósł z własnej kieszeni. Zgoda nadeszła, bowiem wtedy Tata był niejako na fali, jako, że niedawno od generała Yakubu Gowona otrzymał medal za ratowanie dzieci biafrańskich podczas wojny…

Przed remontem pokazał mi dokładnie kwatery, i opowiedział, jak się tam mieszkało w czasach kolonialnych. Może dlatego właśnie jakoś nigdy nie polubiłam sienkiewiczowskiego gniota pt. „W pustyni i w puszczy”. Bo pomijając dość barwne opisy Afryki – Sienkiewicz wiedział figę… A jego punkt widzenie był li tylko kalką kolonialnych opisów. 

Handel niewolnikami w Nigerii wciąż nie jest dobrze poznany. Badania  tej części historii kraju trwają dopiero od paru lat. W głównej mierze mówi się o niewolnikach z Gambii (Mandingo), Ghany, Togo, Beninu czy o słynnych  Senegalczykach. Dopiero zaczyna się mówić o niewolnikach Yoruba czy Igbo, albo Fulani czy Hausa. To wciąż tam drażliwy temat. Tym bardziej, że często rodzina sprzedawała w niewolę swoje dzieci, czy swoich nieprzyjaciół pojmanych w napadach. Częste w tych rejonach rytualne nacięcia twarzy potem nierzadko stosowano także i po to, by oszpecić twarz potencjalnego niewolnika. A i to nie zawsze pomagało.

Niedaleko Lagos znajduje się miasto Badagry. I to właśnie  to miasto położone malowniczo nad Zatoką Benin było centrum niewolnictwa nad zatoką. I to tutaj właśnie załadowywano niewolników na statki m.in. do Ameryki z miejsca zwanego, jakże dosadnie: „No Return”. Oblicza się, że nie mniej niż 550 tysięcy niewolników wysłano stąd do Ameryki w samym tylko roku 1787. Poza tym, niewolnicy trafiali do Europy, Ameryki Południowej i na Karaiby. W roku 2002 otwarto w Badagry Muzeum Dziedzictwa. Rynek niewolników, który założono już w roku 1506, dzisiaj jest włączony w trasę zwiedzania. To właśnie na tym rynku rodzina Mobee wystawiała ludzi na sprzedaż. 

A co ze wspomnianym Azumini? Otóż tędy także biegł szlak niewolniczy. Z głębi dzisiejszej Nigerii pędzono ludzi do Azumini, i dalej – transportowano ich bądź do Badagry właśnie, bądź rzeką (Blue River) aż na Bonny i potem na Zatokę. Do dzisiaj zachowały się w mieście tak kwatery do przetrzymywania niewolników, jak i targ, na którym wstępnie dokonywano transakcji. Zachowała się też pozostałość tzw. świętego gaju, tuż obok targu.

Obecnie planowana jest w Azumini trasa turystyczna „śladami niewolników”. Biali zastanawiają się, czy to etyczne. Ale sami potem pędzą zwiedzać w Europie byłe niemieckie obozy koncentracyjne, teraz pełniące rolę muzeów. I to świetnie opracowanych, dających świadectwo temu jaki los człowiek potrafi zgotować człowiekowi. Oczywiście i w jednym i w drugim przypadku nie brak idiotów robiących sobie selfie, ale wciąż na szczęście dominują ludzie zwiedzający z szacunkiem. A Nigeryjczycy już się nie wstydzą swojej niewolniczej historii. Teraz zaczynają na niej robić pieniądze. I to też jest swoisty rewanż po wiekach życia w cieniu. 

Polecam opowieść o życiu i losie Scipio Vaughan, czy też artykuł o degradacji otoczenia w okolicach trasy niewolniczej. Polski szał niszczenia przyrody i wycinki lasów wcale nie jest lokalną domeną. Także ciekawy jest artykuł o samym Badagry i jego znaczeniu w handlu niewolnikami. Wszystkie artykuły są po angielsku. W Polsce niewiele wiadomo o czasach niewolników, ani też o znacznie bliższej czasowo strasznej (jak każda wojna, bo najtragiczniejszymi ofiarami są dzieci)  wojnie biafrańskiej

Moje miejsca na ziemi – Góry

Wróciłam…

Właśnie wróciłam z wycieczki po Polsce. Jedna z wielu, a zupełnie wyjątkowa. Bo to była Wyjątkowa Grupa. Takie trafiają się raz na … parę lat. Wszyscy razem i każdy z osobna cieszyli się możliwością zwiedzenia Polski, cieszyli się ze swojego towarzystwa, i z tego, że sobie przypadli do gustu – już zaraz na początku – podczas pierwszego spotkania.

A ja?

Jechałam na tę wycieczkę z mieszanymi uczuciami. A wyszło na to, że podróżowałam z Cudownymi Ludźmi. Nic już nie będzie takie samo…

Aż chciało mi się dzielić z nimi moimi fascynacjami i sympatiami. Tym bardziej, że jechałam do siebie… w Góry…

Nie tyle one moje, te Góry, co Mamine, ale zawszeć to nieco tego Matczynego splendoru na mnie spadało… Nie każdy może być córką mistrzyni w biegach narciarskich a nadto strzelca wyborowego od samego Tatara…

Niestety, prócz tych radosnych miejsc i serdecznych – także parę rozczarowań… Wrocław… Moje największe rozczarowanie. Pusty – w porównaniu z Krakowem – martwy. Co się stało z tym miastem, do którego tak bardzo chciałam wrócić! Nie ta atmosfera, nic nie było takie samo L Nawet Fredro mniej fredrowski.

Zakopane zaś – jak zawsze – targowisko 😉

Tatry – jak zawsze wielkie. I patetyczne.
Moje miejsce na ziemi … Chociaż nigdy nie byłam tam wysoko (nie lubię chodzić po górach), czuję się związana z tym wyjątkowym widokiem …

Zakopane jako miasto – to jeden wielki jarmark. Wszędzie można kupić ser owczy (lub prawie owczy) zwany popularnie oscypkiem, psa, kapcie góralski, kożuch, czy czapkę… a także wiele rzeczy na pewno nie potrzebnych, ale jednak niezbędnych….

Pamiętam to miasto trochę bardziej spokojne i mniej tandetne. Ale cóż, czasy się zmieniają – i prawdopodobnie w gusta turystów także;)

Ilekroć bywam w Zakopanem – nieodmiennie na myśl mi przychodzi Drewniany Różaniec Natalii Rolleczek… Warto przeczytać książkę, bo daje inne spojrzenie na tę jarmarczność i na otoczenie.

Niemniej jednak widok z Gubałówki wart był tak zimna i mgły, jak i deszczu 😉 bo tego wszystkiego doświadczyliśmy (tradycyjnie żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek). Latami całymi twierdziłam, iż na Gubałówkę nigdy więcej i że  nawet wołami … itd. A tu… proszę – pojechałam. Wprawdzie niekoniecznie z własnej woli, ale podobało mi się… Ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów 😉

Co za widok!!!
Oto kilka fotek Giewontu, który jest (dla mnie) jedną z najbardziej fotogenicznych gór w Tatrach.

Published in: on 1 września 2010 at 13:54  4 Komentarze  

Grudziądzkie migawki

Grudziądz… Piękne miasto.

Widok spichlerzy nad Wisłą uzmysławia dziedzictwo średniowiecza. I nawet lata siermiężnej Polski Ludowej nie dały rady tej monumentalnej architekturze. Teraz wydaje się, że w Grudziądzu zaczęto sobie zdawać sprawę z tego, jak piękne to miasto. I jak ważne w historii!

Kibicuję Grudziądzowi w jego zmianach na lepsze, bo to miejsce, które ze wszech miar warte jest odwiedzenia. Tyle peanów – teraz zdjęcia.

W Ptasim Raju

Wyruszyć trzeba bardzo wcześnie rano, kiedy jest jeszcze ciemno. Najlepiej być na miejscu, czyli na kamiennej grobli, już około godziny 4:00 / 5:00. Wtedy to zaczyna się jedyny w swoim rodzaju teatr natury. Ażeby w nim uczestniczyć, trzeba usiąść spokojnie, dobrze okryć się kocem, pamiętając, że to już jesień. I na dodatek blisko wody. Siadając należy pamiętać, by patrzeć ku wschodowi, czyli ku toni jeziora. No i teraz wystarczy tylko czekać.

Najpierw pojawi się na niebie, tuż nad horyzontem delikatny różowy kolor, za wydmą, gdzieś tam nad morzem, a raczej nad Zatoką. Ten róż za chwilkę dostanie troszeczkę błękitu i żółci i nagle zrobi się niesamowicie zimno.

Wrzesień - zanim wzeszło słońce. Godz. 4:26

To ta chwila przed porannym wybuchem dnia, kiedy jest najzimniej i najciszej, bo milknie noc a dzień jeszcze się nie zbudził. Kiedy błękitny róż zblednie nieco, zaczyna się koncert.

Żaby.

Tysiące żab w gęstych trzcinowiskach i na łąkach rezerwatu.

Dźwięk, przetaczający się rechoczącą falą od lasu wydmowego na południu rezerwatu, poprzez bagna, ku trzcinom na jeziorze. Wszystko to trwa niecałe 5 minut może, po czym zapada cisza. Cisza tak niesamowita, że w uszach aż dzwoni. Niedługo jednak tej ciszy, bo oto w trzcinach zarastających jezioro Ptasi Raj zaczyna się znowu coś dziać. Jakaś kaczucha oznajmia głośnym kwakaniem, że oto właśnie się obudziła. Po niej następne, i jeszcze następne. Odzywają się też inne ptaki, które tutaj nocowały. Całe to pierzaste towarzystwo opuszcza trzciny, wypływając na otwartą toń jeziora.

Robi się coraz jaśniej i wyraźnie już widać poszczególne osobniki. Są tam tłumy pierzastych kuperków różnej wielkości. Czasem na jeziorze nocują tysiące ptaków. Stado gęsi potrafi liczyć około 5 tys. ptaków.

A potem nagle wszystkie ptaki zgodnie unoszą się w powietrze, w pośpiechu na całodzienne żerowisko. I wtedy można przeżyć niezapomnianą chwilę. Wystarcza potem na opowieści na całą zimę. Po kolei, każde stado zatacza koło nad jeziorem, potem nad całym rezerwatem i odlatuje w stronę Wysoczyzny Gdańskiej. Tę poranną wędrówkę na żerowisko zaczynają gęsi. Ich głośny krzyk przyprawia o dreszcze. No i zawsze znajdzie się jakaś spóźniona, która zgubi swoje miejsce w szyku. Zrywa się do lotu w popłochu, i goni stado gęgając i robiąc wiele zamieszania, w poszukiwaniu tego swojego zgubionego miejsca. Każdej jesieni zdarzają się takie same sytuacje.

Kaczuchy kwakaniem nawołują członków swojego stada, łabędzie odlatują na plaże Trójmiasta i do Parku Oliwskiego, wszak tam wielu turystów, i każdy ma chleb dla żebrzącego łabędzia.

Kormorany lecą nad zatokę, tam jest ich żerowisko. Ku utrapieniu rybaków. Mewy krążą nad ujściem Wisły, i wypatrują powracające po nocnym połowie kutry rybackie.

Kolejny dzień przed wielkim odlotem właśnie się rozpoczął.

Dla obserwatorów zaś – skończył się najpiękniejszy spektakl przyrody. Kiedy wraca się groblą ku tzw. cywilizacji i codziennym obowiązkom, można spotkać ropuchę, czy jaszczurkę. Często można napotkać dziki, poszukujące śniadanka.

Taka wizyta w jesiennym Ptasim Raju to prawdziwa uczta dla ducha i oczu. Wiosenna wędrówka nie jest tak kolorowa i widowiskowa, bo wiosną ptactwo spieszy się do swoich miejsc lęgowych, do domu. I te przeloty nie są też tak masowe. Poza tym wiosenne przeloty mają nieco inna trasę. Ptasi Raj więc – to głównie jesień. I raj nie tylko dla ptaków, ale także dla obserwatorów.