Eulenburgowie – szkice

Ród Eulenburg (Illeburg) wywodzi się z Saksonii (z okolic miejscowości Eilenburg nad Muldą)

Otto von Ileburg (1199 – 1234) jest uważany za protoplastę rodu. Rodu, dodajmy możnego i mocnego. W opracowaniach o tej rodzinie można przeczytać, iż byli właścicielami ponad 250 włości, oraz około 20 miejscowości tak w Łużycach, Saksonii, jak i w Czechach.

W średniowieczu ród Illeburg (Illenburg) – później znany w historii jako Eulenburg – rozsiadł się na tych terenach. Do nich należało i Sątoczno, i nieistniejące Wicken (czy jak kto woli Wyka a dzisiaj Klimowka po drugiej stronie granicy) i Prosna.

No właśnie… Prosna. Szokiem dla mnie było to, co zobaczyłam zamiast pałacu. I nie rozwłóczyli tego żołnierze armii zwycięskiej. To zrobiono już po czasach PGRów… Nie mogę napisać wprost i szczerze – bo to jednak strona za przeproszeniem … publiczna. Ale kiedy spojrzy się na takie obrazki to zdecydowanie trudno mieć choć nić sympatii dla „okolicznych”…

Ale wracam do Galin.

Kiedy pałac wraz z okolicznym folwarkiem już miał podzielić los innych rezydencji Prus Wschodnich, zjawili się Ludzie z Pasją.

Nie będę tu opisywała kłopotów z odtworzeniem tego co zostało zrabowane i rozwłóczone podczas powojennych lat… To można przeczytać tu i ówdzie w sieci. Jak choćby TUTAJ.

Historia siedliska galińskiego to wiek XV kiedy  to zbudowano tu warownię, przebudowaną na pałac (a raczej dwór obronny)  w zakolu Pisy i Łyny dla Botho Eulenburga. Jak głosi plotka, pod korytem rzeki aż do samego kościoła prowadził niegdyś tunel…

Któryś Botho Ileburg (Botho to niezmiernie często występujące imię w tej rodzinie) z dwoma innymi krewnymi walczył pod Grunwaldem w  1410.

Historia rodu w Prusach Wschodnich zaczyna się dwa pokolenia później, podczas Wojny Trzynastoletniej. Wtedy to Wend Eulenburg służył w wojskach Zakonu jako kapitan najemników. To on wraz z kapitanem Berndtem von Zinneberg wsparł burmistrza Blume w otwarciu bram miasta (Malborka) dla Zakonu (w nocy z 28 na 29 IX 1457 r.).

Wynagrodzeniem za służbę Zakonowi były nadania ziemskie…

Co dalej? to, co dalej napisałam wcześniej – że ród rozgościł się na tych terenach na parę setek lat. Z tych pary wieków mamy wiele informacji na temat koligacji rodzinnych i życia rodu (tu przeplatają się też nazwiska von Alvenslebenów, Lehndorffów, Doenhoffów-Friedrichstein, czy Dohna-Lauck). To nie miejsce jednak na detale 😉

Ale jakbyśmy chcieli śledzić tzw. plotki rodzinne, to należałoby jechać do Fromborka i wsłuchać się w „szept historii” przed epitafium kanonika Eulenburga we Fromborku.

Skąd tam Eulenburg?

To historia miłości i cierpienia. A wielkim skrócie: Gottfried Heinrich Zu Eulenburg (1670 – 1734) z Galin, po śmierci żony i dziecka przeszedł na katolicyzm i został kanonikiem we Fromborku (płyta epitafijna na północnej ścianie katedry). Ufundował też kaplicę przy kościele w Wozławkach (freskami ozdobił ją Maciej Meyer – stan fresków jest … zły 😦 ), bibliotekę przy kościele w rodowych Galinach (o czym tutaj) a także portret ojca Botho Heinricha zu Eulenburg (na blasze). Obraz na szczęście się zachował i znajduje się w muzeum w Kętrzynie.


W wieku XVIII Eulenburgowie otrzymali tytuł hrabiowski. A potem pełnili wiele tzw. zaszczytnych funkcji i stanowisk.

Botho zu Eulenburg-Wicken (Wicken to obecnie Klimowka obwód kaliningradzki) w XIX wieku był premierem Prus.

Friedrich Albrecht Graf zu Eulenburg (1815 – 1881) z Prosny był posłem a także prowadził tzw. Ekspedycję Eulenburga do Syjamu, Chin i Japonii. W latach 1862 – 78 był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Bismarcka.

Jego bratanek, Botho Wendt August Eulenburg (1831 – 1911) z Wicken sprawował po nim posadę ministra spraw wewnętrznych do 1881, a w latach 1892 – 1894 zastąpił Leo von Caprivi’ego na stanowisku premiera rządu pruskiego.

Jego brat August Graf zu Eulenburg  awansował na głównego marszałka dworu, głównego mistrza ceremonii domu Hohenzollernów.

Na przełomie XVIII i XIX wieku linia rodzinna Eulenburg podzieliła się na cztery linie.

Linia Friedricha z siedzibą w Perkunischken (dzisiaj Drosdowka w Obwodzie Kaliningradzkim),  linia Ernsta z Galin,  linia Heinricha z Wicken (obecnie Klimowka w Obwodzie Kaliningradzkim) i linia Wilhelma z Prassen-Leuneburg (majorat Prosna-Sątoczno).

Z linii Friedricha w roku 1867 poprzez małżeństwo i spadki wyszła linia Grafów zu Eulenburg und Hertefeld na północ od Berlina. Otóż Philip Graf zu Eulenburg poprzez spadek żony objął w posiadanie Hertefeldschen. Jego syn – Philip – był przyjacielem cesarza Wilhelma II. To ten Philip, który uwikłany został w słynną Aferę Eulenburga-Hardena… tutaj co-nieco o Hardenie i aferze.

Stąd śliczny dworzec w Budwitach – ale to już inna historia 😉

A tutaj Budwity kiedyś… A tak wygląda to cudo dzisiaj

Tutaj więcej i ciekawiej o podłożu afery (dla anglojęzycznych)

Warto pamiętać, że Libertas Schulze-Boysen (de domo Libertas Viktoria Haas-Heye) była wnuczką Philippa. Stracona została w Berlinie w roku 1942 za antyhitlerowską opozycję.

A co z panami na Galinach?

Ostatni Pan na Galinach Karl Ludwig Arthur Botho-Wendt Zu Eulenburg (urodzony w marcu 1883 roku) zmarł w transporcie na Syberię również w marcu … tyle, że 1945 roku. Żonaty był z Emilią baronówną von Stael-Holstein.

Tyle na razie – bo wciąż jestem w trakcie zbierania wiadomości o tym niesłychanie ciekawym rodzie 🙂


Dr Hilary Koprowski

Niedawno przekopywałam się przez stare zdjęcia, w poszukiwaniu … minionego czasu.

A dokładnie w pralni czekając, aż pralka odwiruje pranie – musiałam się czymś zająć… I tak trafiłam na zdjęcie mojego przybranego brata z Nigerii. Brata, który zresztą zginął w jednym z ostatnich bombardowań podczas Wojny Biafrańskiej. Leke – bo tak się nazywał mój brat, miał kłopoty z chodzeniem, bowiem przebył polio…  Mama, jako zdolny rehabilitant robiła wszystko by go usprawnić, ale pewnie nie na wiele by się to zdało… Los  zresztą i tak zdecydował inaczej.

Tyle wspomnień rodzinnych… Czas przejść do sedna…

Mało kto wie, że walka z polio stała się możliwa dzięki Polakowi.

To urodzonemu w Warszawie w roku 1916 Hilaremu Koprowskiemu zawdzięczamy spokój ducha w tej materii. Długo choroba o złowieszczej nazwie „Heine-Medina” spędzała matkom sen z oczu. A człowiek utykający, czy z niedowładem ręki – natychmiast wzbudzał litość, jako ten po Heine…

Szczepionka dra Koprowskiego to czasy zupełnie nie tak dawne… To lata 1950-te.

W Polsce zastosowane je po raz pierwszy w roku 1959.  Trwała bowiem w kraju epidemia polio. Dzieci zapadały masowo na tę straszną chorobę., o czym mówią nam statystyki:  około 6 tysięcy w roku 1958. Profesor uzyskał od jednego z koncernów 9 milionów dawek szczepionki dla Polski. Pozwoliło to na zmniejszenie liczby zachorowań do około 30 w roku 1963. Spadła też gwałtownie liczba zgonów na tę chorobę.

Ja po raz pierwszy usłyszałam o Hilarym Koprowskim właśnie w Nigerii. Z powodu Leke.  Czy wiele osób wie o tym człowieku i jego niebagatelnym wpływie na spokój ducha wszystkich Mam?

A TU i TU można przeczytać o doktorze Koprowskim.

A TU o biciu piany i głupocie reporterów…

Pikieta

Niedawno na zaprzyjaźnionym świetnym blogu pojawiła się notka o złowieszczym tytule: „Czas się pożegnać”.

No i podniósł się raban. No bo jak tak można??? Blog należy (wciąż nie mogę zdobyć się na czas przeszły) do najciekawszych, jakie czytujemy. Pisany z wielkim taktem – dla wielu czytelników jest jedyną możliwością odwiedzenia Zamku i odetchnięcia jego atmosferą.

Już kiedyś przeżyliśmy (my – czytelnicy bloga – a jest nas sporo!!!) taką chwilę niepokoju, kiedy blog zamarł. Na szczęście wtedy to był fałszywy alarm. Teraz jednak wygląda na to, że Autor tym razem pisał poważnie.

Na blogu zapadła cisza…

JK nazwał to „uśmierceniem bloga”. Miał rację. Wieje pustką. Co jakiś czas pojawiają się komentarze w nadziei sprowokowania Autora, ale ten milczy…

Czy powróci?

Miejmy nadzieję, że tak!!! Kiedy już przetoczy się Wiadoma Rocznica, Autor bloga odpocznie nieco, a potem trawiony wyrzutami sumienia – odda nam bloga 😉  Czas faktycznie nie jest z gumy – niestety. Ale – może kiedy nastanie jesień i życie zwolni nieco tempa, to na blogu pojawi się nowy wpis…

Na razie jednak panuje cisza… i w związku z tym, kiedyś pozwoliłam sobie na roztoczenie wizji – jak to wszyscy, stosownie oflagowani, przykuwamy się do bramy głównej Wiadomego Zamku – w ten sposób wyrażając naszą dezaprobatę dla decyzji Autora.

Trafiłam na świetny grunt.

Aida – zdolna bestia – rysowniczka, projektantka, ilustratorka, a na dodatek mająca wyobraźnię (że ho-ho) – natychmiast podjęła temat.

No i proszę – jest pikieta – według Aidy 🙂

Pikieta - wg Aidy (projekt i wykonanie: Aida)

Wielcy Mistrzowie – wybrani z tzw. klucza- absolutnie subiektywnego klucza…  Ten bez głowy, ale za to z gaśnicą, to temat na osobną opowieść 😉 Kiedyś się obie weźmiemy i opiszemy to w stosownym momencie 😉

Ale pikieta jest na serio! Oddajcie nam bloga!

P.S. – do Aidy:

Teraz moje motto powinno brzmieć tak: „Ze słońcem w kieszeni i chmurą gradową… i mściwym toporem krzyżackim… z gaśnicą u nogi”

P.S.S. – do Aidy:

Podmieniłam – chyba lepiej z podpisami. Aczkolwiek my akurat jesteśmy tak do siebie podobne, że aż się rzucamy w oczy. Nie myślałam, że potrafię być taka naburmuszona 🙂

Dopisek z dnia 13.04.2010

Blog wrócił 🙂 nie pod dawnym adresem internetowym, ale najważniejsze, że jest!

Kopernik – na zdrowie, urodzinowo.

Mikołaj Kopernik to obecnie modny temat…

Od razu – tytułem wyjaśnienia i przestrogi:

Wielkim nadużyciem (a i niesmaczne) jest w kontekście walentynkowym nazywać Gdańsk miastem miłości… Kopernika i Anny Schilling.

Lepiej uważnie poczytać historię miłostek i miłości w grodzie nad Motławą!!!  Żeby nie minąć się z prawdą historyczną i by swojej wiedzy o mieście nie budować li tylko na … plotkach.

W tym celu – żeby jednak nie trzeba było przekopywać archiwów – polecam lekturę bardzo sympatycznej książeczki Gabrieli Danielewicz. Książka nosi tytuł „Portrety dawnych Gdańszczan”. Zwłaszcza rozdział pod  znamiennym tytułem: „Igraszki Amora nad Motławą”. Tam można dowiedzieć się jak to było z prawdziwym miłosnym skandalem swoich czasów. Mam na myśli romans Maurycego Ferbera i Anny Pilemann. To był prawdziwy skandal!!

A tym, którzy lubią miłosne happy end-y – gorąco polecam wsłuchanie się  w historie zaklęte w licznych gdańskich epitafiach… A i anioły Meissnera na  niejedno pewnie patrzyły z uśmiechem.

Anioł mariacki uśmiechnięty...

Mamy też swoją gdańską Monę Lisę… jeśli już tak koniecznie musimy… Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać 😉

*    *    *

Ale wracając do Doktora Mikołaja… Otóż – stał się nagle modny… A szczególnie jego życie prywatne. Jakby dopiero teraz to odkryto! A wystarczy przeczytać dobrą książkę Jerzego Sikorskiego pt. ”Prywatne życie Mikołaja Kopernika” czy Jerzego Bentkowskiego „Fromborski samotnik”, żeby wymienić te pisane bez zadyszki sensacyjnej. Pojawiła się także – wśród różnych tego typu pozycji – książeczka malutka objętościowo, ale dobrze opracowana – „Mikołaj Kopernik – Życie i działalność” – wydana przez Muzeum Okręgowe w Toruniu. Wymieniam tylko parę – i to tych wartych przeczytania. Lista lepszych czy gorszych pozycji (w tym również zagranicznych), jest nieco dłuższa.

A wracając do Mikołaja – przypominam, że w maju bieżącego roku (2010) odbędzie się powtórny pochówek fromborskiego kanonika. Po tym, jak w roku 2005 znaleziono jego szczątki w katedrze fromborskiej, w pobliżu ołtarza, którym się opiekował i po latach badań i sporów – on to jest czy nie on… zdecydowano o powtórnym pochówku…

Należy się obawiać, że jak zwykle niestety i ta uroczystość pozostanie wyłącznie lokalną. Tak jak nie wygrano wyścigu o turystów – po wykopaliskach w katedrze.  A przecież znaleziska były co najmniej ciekawe.

Szkoda więc, żeby i tym razem przysłowiowa para poszła w gwizdek.  Jeszcze czas by to „roztrąbić” po całym świecie i ściągnąć faktycznie wielkie zainteresowanie (czyli media głównie, bo to one nadają głos sprawie. Wystarczy przejrzeć światowe enuncjacje medialne – jak rozsławiły psa na krze…).

A więc… Można by roztrąbić na cały świat o rewelacyjnym tak znalezisku jak i niebywałej okazji uczestniczenia w… pogrzebie Wielkiego Kopernika. I co za tym idzie – można by sprawić, by choć na chwilę, Frombork z miasta na końcu świata (jak pisał o nim Kopernik) stał się jego centrum.

Wiem, wiem… infrastruktura nie ta, a i wołający o pomstę do nieba stan tzw. kanału Kopernika zapachem może zabić co słabszych…

Kanał o mocy rażenia broni chemicznej

Ale warto by spróbować.

Tym bardziej, że miasto jest przepiękne, urokliwe i ma w sobie to „coś”. Na dodatek ma wyśmienite położenie, i dojazd jest wcale przyzwoity. Ludzie są sympatyczni, a jedzenie jakie można tam zjeść, na pewno nie przysporzy mu wstydu! Nie wspominając o wyśmienitym ciastku i kawie w Wieży Wodnej.

No i Frombork ma coś jeszcze!! Bardzo ciekawy dział historii medycyny, Trzy-Krowy-Na-Gzymsie… i… rewelacyjny Sąd Ostateczny!

Przy tej okazji na myśl przychodzi Szlak Kopernikowski.

Oczywiście zaczyna się daleko od Fromborka – w Toruniu. Tam przecież urodził się nasz bohater, jako syn kupiecki. Przy okazji należy koniecznie zajrzeć do Świętych Janów, bo tu został ochrzczony.

Ale Toruń to w ogóle wyjątkowe miasto. Nie tylko ze względu na Kopernika. Tam faktycznie ma się „gotyk na dotyk”.

Jednak genezy Luda na Czarnym nikt dotychczas nie potrafił mi wytłumaczyć…

Zagwozdka świętojańska

Wracając na szlak – wiedzie śladami lokacji łanów opuszczonych (sporo czasu zajęło mi opracowanie tej trasy – jest prze-ciekawa, a latem – cudna).

Koniecznie trzeba też „zahaczyć” o miasta związane z Administratorem dóbr kapitulnych.

Jadąc szlakiem kopernikowskim odwiedzimy także Gdańsk. Tutaj przebywał co najmniej dwukrotnie. Raz w roku 1504 na weselu kuzynki (Korduli von Allen) z Reinholdem Feldstedtem, patrycjuszem gdańskim. Drugi raz na pewno w roku 1526 i to około 6 miesięcy.

Po śmierci Reinholda był jednym z trzech opiekunów wdowy i dzieci. Pozostałymi opiekunami byli: Arend Schilling i Michał Loitz. Arend to domniemany mąż Anny. Anna zaś (wzbudzająca dreszczyk emocji niemal u wszystkich) była córką kuzynki Mikołaja. A kim był Michał Loitz? Był przedstawicielem znanej szczecińsko-gdańskiej rodziny bankierskiej. O Michale powinniśmy myśleć, jadąc do lub przez Nowy Dwór Gdański. I to on właśnie z synem Jaśkiem jechał, co koń wyskoczy do Fromborka na wieść o złym stanie Doktora Mikołaja, by Jasiek mógł objąć po nim kanonię – ale o tym, kiedy indziej…

Niewyraźny herb Loitzówny z płyty nagrobnej w... Kwietniewie. Ale można go też znaleźć m.in. w Gdańsku, i Kwidzynie...

Jadąc dalej szlakiem Mikołaja – musimy też odwiedzić Malbork. Tutaj bowiem przebywał parę razy. Zresztą mówi o tym stosowna tablica na Zamku Średnim. Właśnie w Malborku w maju roku 1528 miał miejsce sejm Stanów Pruskich. Na tym sejmie Doktor Mikołaj wygłosił rozprawę „O biciu monety”.

Odsyłałam w tym miejscu do ciekawych wątków w tzw. temacie, na zaprzyjaźnionym blogu – ale odkąd blog został zlikwidowany – nagle zrobiło się pusto. Merytorycznie pusto. 😦 Dlatego też pojawiają się te wszystkie bzdury i dywagacje spłycające temat…

Wspominając o Koperniku warto pamiętać o jego taksie chlebowej!

No i trzeba koniecznie zajechać do Elbląga!!! Tak – właśnie do Elbląga. Tutaj, spacerując Ścieżką Kościelną można zastanowić się, czy kiedykolwiek szedł tędy? Szedł na pewno!! Choćby z racji powodów, dla których tu przebywał.

Ścieżka kościelna

Niestety na naszym szlaku zabraknie Królewca. Tam też Mikołaj przebywał , na zaproszenie księcia Albrechta. Zabraknie więc Królewca, bowiem po ostatniej wojnie to już nie ten Królewiec.

Celowo nie wspominam o mikołajowych obserwacjach nieba. Głównie bowiem z tego jest znany. A przecież był czynnym i świetnym administratorem. A także zdolnym strategiem. Warto prześledzić jego działania w Olsztynie podczas przygotowań do obrony.

Nie był oderwanym od realiów „badaczem nieba” – jak nam to latami wmawiano na lekcjach szkolnych. Był energicznym zarządcą ziem – co widać po jego akcjach. Jak choćby aresztowanie rybaków z terytorium państwa zakonnego. Zostali aresztowani za łowienie na Pasłęce, która byłą rzeką graniczną. Polecenie aresztu prewencyjnego dla rybaków wyszło do administratora dóbr kapituły – Doktora Mikołaja. I było w pełni uzasadnione – bo miało miejsce w czasach wojny.

Dwukrotnie też pełnił nasz bohater funkcję kanclerza kapituły.

Był też konsultantem Bernarda Wapowskiego, kiedy ten opracowywał mapę Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. A konsultacje dotyczyły topografii Prus Królewskich. Kopernik opracował też mapę zachodniej części Zalewu Wiślanego.

Ale nade wszystko był lekarzem. Wprawdzie dzisiaj jego recepty mogłyby wywołać (delikatnie mówiąc) zadumę nad składem… No bo skąd wziąć na przykład sproszkowany róg jednorożca (wiem, wiem, można na upartego z narwala…). Albo kto bawiłby się w zbieranie … łajna żaby… Gdybym zaś miała sproszkować ukochane perły, raczej bym się zapłakała…

Odwiedzając Frombork, to miejsce na końcu świata (jak pisał Doktor Mikołaj w listach do znajomych), trzeba koniecznie wspiąć się na tzw. Wieżę Radziejowskiego.  Spojrzeć w dal na Świętą Warmię.

Święta Warmia

Ileż to najeździł się po niej Kopernik, lokując opuszczone łany. Często też mijamy tam jakieś miejscowości, będące dla nas wyłącznie punktem na mapie, i nawet nie zdajemy sobie sprawy tego, że lokował ją właśnie Mikołaj.

To tyle o Mikołaju – bez niezdrowej sensacji.

Czyli Kopernik – na zdrowie 🙂

W grudniowym Świecie Kominków (2009) jest artykuł JS o Koperniku… Wielka prośba o skan, albo xero – nie zdobyłam egzemplarza… Przyjadę niedługo na kolejne doładowanie akumulatorów 🙂

Jednym słowem – oby do wiosny i do spotkania na szlaku Kopernika.

Na Subiektywnym Szlaku Kopernika.

Fromborski zachód słońca

Na zakończenie – przypominam o urodzinach Mikołaja Kopernika – to już 19 lutego!

Pies i Ludzie

Miałam tu nie pisać o sprawach codziennych. Tych bowiem mamy dosyć, dosłownie dosyć.

Ale co mi tam!  Zdarzyło się ostatnio coś tak pięknego, że muszę 🙂

A poza tym, to co się zdarzyło jest niecodzienne! Poniżej zamieszczam linki do artykułów – bo sprawa ciągnęła się parę dni.

A w skrócie:

Wspaniali Ludzie uratowali psa dryfującego na krze. I nagle w tym zalewie bylejakości  i brudu (wszelkiego),  jakim jesteśmy (często wbrew sobie) raczeni na co dzień – na chwilę błysnęło. Zrobiło się pięknie i uroczyście. Wszyscy zostaliśmy obdarzeni odrobiną tego piękna…

Pies i jego Ludzie.

http://www.dziennikbaltycki.pl/fakty24/214326,pies-wiele-godzin-dryfowal-na-krze-na-otwartej-zatoce,m,8,id,t,z,no.html

i

http://www.dziennikbaltycki.pl/stronaglowna/214780,gdynia-pies-plywajacy-na-krze-skradl-serca-marynarzy,id,t.html

i

http://www.dziennikbaltycki.pl/fakty24/215659,gdynia-pies-uratowany-z-kry-zostaje-na-statku,id,t.html

Załoga tego statku uratowała psiaka:

http://www.mir.gdynia.pl/?page_id=12

i reportaż film:

http://video2.v2.tvp.pl/2010/01/28/229604/film.asf

Published in: on 29 stycznia 2010 at 22:26  Dodaj komentarz  

Agnes Laura Wilhelmina von der Groeben

Agnes Laura Wilhelmine hrabina von der Groeben z domu von Kleist…

W Muzeum Herdera w Morągu znajduje się piękny portret ślubny Agnieszki malowany przez Emila Neide (profesora Akademii Sztuk Pięknych w Królewcu)

Ten portret wraz z portretem Wilhelma Artura hrabiego von der Groeben (męża Agnes) wiszą na piętrze muzeum.

Młoda kobieta o pięknym dekolcie i lekko zadartym nosku patrzy w bok – widz ma wrażenie, iż patrzy na dostojnego małżonka. Ręce ma skromnie  złożone. Niewiele ma na sobie biżuterii. Włosy ma związane w kok i przepasane przepaską. Rumiana buzia nieco kontrastuje z niemal alabastrowym dekoltem. Pierwsze wrażenie po spojrzeniu na tę postać – to spokój, jaki od niej tchnie. I piękno. Nie tylko zewnętrzne.

Zdjęcie ze strony Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie http://www.muzeum.olsztyn.pl/arch/wieczory/cyme/scan/001_029.jpg

Parę ładnych lat temu, podczas jednej z moich wędrówek z aparatem – przypadkiem spotkałam jednego z tychowskich Kleszczów (Kleista). Niestety – wtedy nie chciałam słuchać, co miał do powiedzenia, spieszyłam się. Ale zapamiętałam Agnes Laurę Wilhelminę.

A potem tropiłam ją dość niemrawo, zważywszy, iż nie jestem niemieckojęzyczna. Aż w końcu – znowu przez przypadek (przypadki często nami rządzą w niewytłumaczalny sposób), no więc –  aż przez przypadek znalazłam ją w Morągu.

Teraz zabrałam się za tropienie jej z nieco większą werwą. Zobaczymy – co z tego wyniknie

Agnes Laura Wilhelmine hrabina von der Groeben była po Luise von Oppen (1839-1901) i Charlotte hrabinie von Itzenplitz (1835-1921) trzecią przewodniczącą zarządu głównego powstałego w 1866 r. w Berlinie „Ojczyźnianego Związku Kobiet“ (Vaterländischen Frauenvereins VFV).

Urodziła się 12 grudnia 1863 r. w Poczdamie jako druga córka królewsko-pruskiego generała piechoty Christiana Ewalda Leopolda von Kleist i jego małżonki Ottilie Wilhelmine Betty von Knoblauch (para miała trzy córki i jednego syna).

W dniu 28 września 1886 w Królewcu Agnes wyszła za mąż za królewsko-pruskiego rotmistrza Wilhelma Artura grafa von der Groeben, urodzonego 16 marca 1850 r. w Ponarach (Prusy Wschodnie). Był honorowym rycerzem Zakonu Joannitów. Niestety małżeństwo nie trwa długo – Wilhelm zmarł 8 października 1899 r. w rodzinnych Ponarach.

Owocem tego małżeństwa był syn Karl Harald Wilhelm Arthur urodzony 5 września 1887 r. w Królewcu. Umiera młodo 22 sierpnia 1921 r. w Berlinie będąc w tym czasie królewsko-pruskim referentem sądowym i jak jego ojciec honorowym rycerzem Joannitów. Był też kuratorem rodzinnej fundacji von der Groebenów Langheim-Liep (Łankiejmy). Jego żoną była Benita Finck von Finckenstein urodzona w 1890, zastrzelona przez czerwonoarmistów w lutym 1945 r. w Ponarach.

(Śledząc anonse towarzyskie – znalazłam informację, że 6 lipca 2005 zmarł w Baden-Baden,  Graf Karl Konrad von der Groeben-Ponarien, urodzony w Ponarach 31 sierpnia 1918, żonaty z Marie-Agnes „Ria” Graffin von Lehndorff. Był synem Grafa Karla von der Groeben-Ponarien i Benity Graffin Finck von Finckenstein. A więc – wnukiem Agnieszki)

Tzw. życie, a w przeważającej mierze przeżycia osobiste skłoniły Agnieszkę do zajęcia się opieką nad chorymi w ochotniczym a także i zawodowym Czerwonym Krzyżu.

Jej działalność publiczna trwała od roku 1916 do roku 1934.

Od siedemnastu lat była wdową, kiedy cesarzowa Augusta Wiktoria  w 1916 r. powołała ją na przewodniczącą „Ojczyźnianego Związku Kobiet”. Położyła wielkie zasługi w rozbudowie opieki medycznej nad noworodkami, matką i dzieckiem oraz w działaniach przeciwgruźliczych w Prusach Wschodnich.

Za swoją działalność otrzymała doktorat honoris causa wydziału medycznego Albertyny w Królewcu.

W 1915 r. razem z Alexandrine hrabiną Üxküll (1873-1963) odwiedzała lazarety wojenne w Belgii i Francji. W tym samym roku została drugą zastępczynią przewodniczącej zarządu Ojczyźnianego Związku Kobiet. Pierwszą zastępczynią była od czasu założenia organizacji w 1866 r. M. Noeldchen.

Członkowie zarządu wybierani byli dożywotnio, co pozornie wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Pani Noeldechen w każdym razie, tak zresztą jak i przewodnicząca zarządu – Charlotta hrabina von Itzenplitz, przez całe dziesięciolecia wytrwale dowodziła organizacją.

Zaledwie rok po wybraniu na zastępczynię w 1916 r., hrabina von Groeben wybrana została, zgodnie ze statutem, przez cesarzową Augustę Wiktorię na przewodniczącą. Zapewne chodziło o to, że „Ojczyźniany Związek Kobiet” zaangażowany w organizowanie ochotniczych pielęgniarek dla ofiar wojny potrzebował bardziej energicznego przywództwa, niż 81 letnia poprzednia przewodnicząca mogła zapewnić.

Tak jak swoje poprzedniczki i inne członkinie zarządu Agnes von der Groeben, pełniła swój urząd honorowo. Praca dla zarobków była tym kobietom całkowicie obca, miały przecież własny majątek. Z tego jednak względu nie były uznawane za przedstawicielki kobiecej emancypacji, a co za tym idzie, aż do dziś nie budziły zainteresowania badaczy kobiecych organizacji. Jednak nie da się ukryć, że chociaż całkowicie honorowa, przyjęta przez Agnes posada przewodniczącej była niezwykle ciężkim i odpowiedzialnym zadaniem. I  nijak się miała do znanego nam z łzawych filmów i powiastek obrazu rozhisteryzowanej paniusi dziergającej szale na drutach.

Zgodnie z wewnątrzzwiązkowymi okólnikami zarządu głównego, hrabina von der Groeben prowadziła swój związek oszczędnie i z pruską administracyjną surowością. Obok wytycznych do pracy organizacji przygotowywała programowe teksty dla ojczyźnianej pracy kobiet. Jej wielkim sukcesem było wprowadzenie organizacyjne męskich i żeńskich okręgowych organizacji do Niemieckiego Czerwonego Krzyża, co stało się 30 maja 1921. W pierwszym roku wydawania pisma „ERKA” (Rotes Kreuz) nawoływała do odrodzenia organizacji kobiecych i współpracy z organizacjami męskimi, podkreślając jednocześnie ich odrębność.

Na początku lat trzydziestych dzięki staraniom zarządu głównego „Ojczyźnianego Związku Kobiet” nawiązano współpracę z Hugo Hanke, zaangażowanym w dokształcanie żeńskich sił pomocniczych w filii Wrocławskiej. Był on jednocześnie  odpowiedzialny za opracowanie, w porozumieniu z komisarzem ochotniczej służby chorym, uaktualnionej wersji wydanego w 1907 r. „Podrecznika dla żeńskiej ochotniczej służby zdrowia” (Unterrichtsbuch für die weibliche freiwillige Krankenpflege).

Hrabina von der Groeben napisała wprowadzenie i rys historyczny Czerwonego Krzyża. We wstępie zaznaczyła, że książka ta powinna wykładającym i uczącym się zapewniać podstawowe informacje związane z pierwszą pomocą, domową opieką nad chorymi, akcjami ratunkowymi a przede wszystkim zapewnić teoretyczne wykształcenie wszystkim żeńskim służbom pomocniczym Czerwonego Krzyża. Pomocniczym, bowiem nie była to książka przeznaczona dla zawodowej służby zdrowia.

Wraz z przejęciem władzy przez narodowych socjalistów na początku roku 1933 struktury Czerwonego Krzyża i Związku Kobiet uległy radykalnym przekształceniom. Zgodnie z przyjętym 29 listopada 1933 r. statutem Niemieckiego Czerwonego Krzyża „Ojczyźniany Związek Kobiet” został przemianowany na „Ojczyźniany Związek Kobiet Niemieckiego Czerwonego Krzyża” (Deutsches Rotes Kreuz Vaterländischer Frauenverein). W następnych miesiącach podczas negocjowania nowego statutu „Niemieckiego Związku Kobiet” doszło do kontrowersji, które zmusiły hrabinę von der Groeben do dymisji.

Wojnę spędziła w Turyngii, a zmarła w 1955 roku w Cappenberg w Westfalii.

Na razie jest to roboczy tekst głównie  na podstawie:

http://www.v-kleist.com/FG/Muttrin/Damen.pdf

a także (dzięki niewyobrażalnej wręcz cierpliwości A.P. 🙂 ):

http://books.google.pl/books?id=MUtWxBL6-RcC&pg=PA118&lpg=PA118&dq=Agnes+von+der+Groeben+from+Ponarien&source=bl&ots=b4fQxKuDC1&sig=uK1MVMjt25hcLFXDRZ6cJ9HngXs&hl=pl&ei=oaf-SvKYAcjdsgarkbmTDA&sa=X&oi=book_result&ct=result&resnum=2&ved=0CA0Q6AEwAQ#v=onepage&q=Agnes%20von%20der%20Groeben%20from%20Ponarien&f=true

Herbowi buntownicy

Kiedy pisałam o Świętej Lipce, ciągle mi w paradę wchodził Otto von der Gröben. Dołączył do niego Albrecht von Kalckstein. Czemu oni dwaj – ano z powodu pewnych podobieństw, a także niemal sąsiedzkiego położenia herbów rodowych w Wielkim Refektarzu Zamku w Malborku, a także z powodu tych samych czasów, w jakich im przyszło żyć. To tak najkrócej – żeby jakoś „oficjalnie” wytłumaczyć powód.

Poniżej parę słów o obu panach, bo mi nie dają spokoju od długiego czasu (nie tylko oni zresztą, ale o innych – kiedy indziej)…

Najpierw Otto:

Urodził się w Jeżewie (Jeesau) – dzisiaj w gminie Kętrzyn, w roku 1567. Zmarł też w Jeżewie, a pochowany został w Reszlu (o czym była mowa przy okazji Świętej Lipki).

Jego rodzicami byli starosta piski – Jerzy von der Gröben i Gertruda von Hohendorff. Dużo tych Hohendorffów i to nie tylko tutaj, w okolicach. W zeszłym roku w Słupsku znaleziono (nie pamiętam już w jaki sposób) film rodzinny von Hohendorffów z lat 30-tych XX wieku (Eberhard – czyli ojciec rodziny – był szefem słupskiej Służby Pracy).

Po studiach w Albertynie Otto wrócił do domu i zabrał się za powiększanie majątku i umacnianie swojej pozycji. Między innymi trzymał starostwo  Bałgi, także posłował do Sejmu Krajowego w Prusach Książęcych. Był też starostą Szaków koło Królewca (Schaaken, a obecnie Niekrasowo). To był prestiżowy urząd, bowiem niósł za sobą tytuł wójta krajowego (a ten tytuł pochodził z czasów krzyżackich). Dla starosty Szaków otworem stała pierwsza izba sejmu krajowego, jak i członkostwo w Radzie Regencyjnej.

Już w tym czasie Otto związał się z opozycją antyelektorską w Prusach… Opozycjoniści zwani kwerulantami (czyli zwyczajnie: pieniaczami) nie chcieli dopuścić do zespolenia Prus Książęcych z Brandenburgią. Czuli zagrożenie  oderwania Prus od Polski – jakiego nie widział król. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że pasek zaciskał im się wokół szyi, z czym się nie chcieli zgodzić. Tracili swobodę, jaką widzieli w Królestwie Polskim.

Znane są wystąpienia Otto von der Gröben a w sejmie warszawskim – gdzie przekonywał, że szlachta Prus powinna mieć te same prawa, co koronna. Przekazał królowi memorandum w sprawie administracji w Prusach Książęcych, w którym postulował jej organizację na wzór polski. Pewien efekt to dało, bowiem jeszcze tego samego roku król wysłał do Prus swoich komisarzy.

Czas jakiś jeszcze Otto występował przeciw kolejnym Brandenburczykom w Prusach, aż w końcu – został zastraszony uwięzieniem. No a potem nastąpiła sprzedaż Świętej Lipki, konwersja na katolicyzm, wycofanie się z działalności publicznej w Prusach (w tym ze starostwa w Szakach), i przejście na służbę króla polskiego. Wiadomo, że nawet pełnił rolę rezydenta na dworze cesarza  Ferdynanda II. W stan spoczynku przeszedł dopiero w czasach rządów Władysława IV. Wiadomo, że wrócił do swojego Jeżewa i tam zmarł 4 grudnia 1644 roku. Wiadomo też, że pochowano go w kościele jezuitów w Reszlu (obecne Cerkiew Przemienienia Pańskiego).

Z Otto von der Gröbenem nieodmiennie kojarzy mi się drugi adwersarz elektorskich rządów w Prusach:

Albrecht von Kalckstein. Urodził się w Królewcu w roku 1592. Rodzicami byli Jakob von Kalckstein oraz Małgorzata von der Gröben (! z trudem trzymam się nurtu opowieści, bowiem znowu w paradę wchodzi mi postać innej  kobiety o tym nazwisku… ale o niej, kiedy indziej.)

Albrecht był dziedzicem dóbr w okolicach Prabut i Pasłęka, posiadał dobra rodowe Knauten (Prudki obwód Kalinikgradzki) – między Królewcem i Pruską Iławą i wiele innych… I on – podobnie jak starszy o ćwierćwiecze Otto – był w opozycji stanów pruskich. Ale… trafił na inne czasy i innego przeciwnika. Fryderyk Wilhelm kazał go aresztować (stało się w rok po Pokoju Oliwskim). Areszt i groźba utraty majątku ostudziły zapał generała lejtnanta. Wycofał się z życia publicznego i osiadł w swoim Knauten. Zmarł w 1667 i został pochowany w Mühlhausen (Gwardiejskoje).

Ojciec uległ – ale syn nie… A właściwie jeden z synów. Bo drugi wcale nie czuł potrzeby wędrowania pod prąd… polityczny prąd. Tym, który miał duszę buntownika był Chrystian Ludwik von Kalckstein. A tym drugim, który duszy buntownika nie miał – był Krzysztof Albrecht. Syna tego spokojniejszego Kalcksteina spotkać możemy w biografii Fryderyka II, bowiem był wychowawcą przyszłego króla. Miał na imię Krzysztof  Wilhelm i urodził się w Ottlau (Otłowiec, pow. kwidzyński, gmina Gardeja).

Wracając do Chrystiana Ludwika (czyli tego niespokojnego syna…) – to nie muszę opisywać jego życiorysu, bo znany jest tym, którzy oglądali serial pt. „Czarne Chmury”. Z tą wszakże różnicą, że serial kończy się happy endem.

Życiorys Chrystiana zaś skończył się na rynku w Memel (dzisiaj Kłajpeda) – dnia 8 listopada 1672 roku. Został ścięty za bunt i zdradę. Zgubił go brak dyplomacji i wiara w bezkarność.

Nie będę tutaj opisywała całej wielkiej intrygi – odsyłam ciekawych na stronę http://histmag.org/?id=3601

Na koniec uwaga:

Zwiedzając Zamek w Malborku – warto w Wielkim Refektarzu Zamku Średniego spojrzeć na glify okienne. Tam wśród wielu herbów – opowiadających fascynujące historie rodowe, można z łatwością odszukać herb tak von der Gröbenów, jak i Kalcksteinów.

… Gröbenów z innego majątku i Kalksteinów tutaj pisanych bez „c” – ale to już zupełnie inna historia…

von der Groeben

von Kalkstein

Siostra Alicja z Wejherowa

Jako, że dzisiaj jest 1 listopada, i tradycją jest wspominanie zmarłych, postanowiłam i ja wspomnieć.

O nikim z Rodziny – bo o nich myśli się często. Zwłaszcza, jeśli na te myśli – szczególnie ciepłe – zasługują.

Napiszę o kobiecie nietuzinkowej.

O zakonnicy.

O siostrze Alicji Kotowskiej z wejherowskiego klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek.

Moja fascynacja tą osobą zaczęła się parę lat temu, kiedy zaproponowano mi współprowadzenie wycieczki szkoleniowej PTTK wraz z dwoma Kolegami – wspaniałymi Przewodnikami. Jako, że tak Jarek jak i Tomasz są żywym zaprzeczeniem obiegowej opinii o przewodnikach monotonnie klepiących bzdury, wiedziałam, że poprzeczka została zawieszona niezmiernie wysoko…

Zawsze staram się pojechać w teren, po którym mam oprowadzać, tak by wiedzieć jak najwięcej. Tak też i zrobiłam wtedy. Dionizy – jako rasowy Pół-Przewodnik (tak nazywamy w naszym przewodnickim żargonie naszych współmałżonków…) zapakował jakieś kanapki, parasol (lało, jesień była jakaś taka mokra i zimna), jakiś termos z gorącą kawą i ruszyliśmy…

Wiedziałam, jaki mam teren do opracowania, bowiem z Kolegami podzieliliśmy nasz wyjazd na trzy części narracyjne. Mnie przypadła, między innymi, Piaśnica.

TA Piaśnica…

–           *          –

Czas jakiś temu wysłuchałam w radio audycji p.t. Alicja już tu nie mieszka. Rzecz było a siostrze Alicji Kotowskiej. Błogosławionej Alicji Kotowskiej. Dla kogoś, kto nie zna historii Siostry i niewiele wie o tym, co stało się tu, na Pomorzu w listopadzie 1939 roku – audycja nie mogła wystarczyć. Nie mogła też oddać całego tak zwanego ducha tamtych czasów i miejsca. Dla kogoś, kto nie ma tutaj swoich korzeni, to jedno z wielu miejsc martyrologii…

Wiedząc, iż w autokarze będzie większość bądź to potomków osadników powojennych bądź wręcz tych, którzy tu przyjechali po 1945 roku, zastanawiałam się, jak oswoić dla nich to miejsce.

Miejsce trudne, a znane tu, na Pomorzu przeważnie ze sloganów typu:

„Miejsce martyrologii Polaków w czasach wojny”,

„Masowe groby bestialsko pomordowanych”,

„12 tysięcy zamordowanych przez hitlerowców”.….

Od czasu do czasu słyszymy w środkach masowego przekazu, że jakaś delegacja złożyła tam kwiaty, i tyle…

Minęło wiele lat od tamtych chwil i rzadko zastanawiamy się nad głębszym znaczeniem owych sloganów.

Wystarczy jednak wybrać się na miejsce – tu, do Piaśnicy – 10 km na płn od Wejherowa, przy drodze na Krokową.

Ogranie nas wspaniały las, porastający piaśnicki sandr.

Parę słów wyjaśnienia geograficznego: piaśnicki sandr – to równina piaszczysto-żwirowa na zachodnim krańcu Kępy Puckiej. Równina ta wznosi się na ok. 60-80 metrach nad poziom morza i odwadniana jest przez rzekę – Piaśnicę. Ma ona ma długość 28,6 km a dorzecza wielkości 325 km2. Bierze swój początek w śródleśnym jeziorku Sobór, 2,5 km na płd. od wsi Mała Piaśnica, około 6 km na płn. zach. od Wejherowa… Następnie płynie przez Puszczę Darżlubską, (czyli także przez Piaśnicę) i dalej przez Jezioro Żarnowieckie by ujść do morza w Dębkach.

Piaśnica, to wciąż jednak najczęściej jedno z typowo rocznicowych miejsc na mapie. I tyle.

Ale, jeśli się wejdzie w las nieopodal pomnika, i ruszy spacerkiem przed siebie – otwiera się inna przestrzeń.

Oswajanie leśnego miejsca to właśnie spacer, zbieranie liści, zaglądanie do norek w ziemi w poszukiwaniu krasnoludków czy leśnych elfów… Tu jednak elfów nie ma. Uciekły porażone grozą.

Tylekroć tu bywałam z kwiatami na 11 listopada, stałam nad grobami i zastanawiałam się nad tym tylko, czy w domu czeka na mnie obiad, czy zdążę jeszcze na jakieś spotkanie…

Tym razem, kiedy tu zajechałam, żeby to miejsce „oswoić”, zdałam sobie sprawę, z faktu, że nigdy tak do końca nie pojmowałam tego miejsca. No, bo kiedyś przyjeżdżałam tylko do MIEJSCA, teraz przyjechałam do LUDZI…

Do Alicji Kotowskiej z wejherowskiego Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek – zarazem dyrektorki tamtejszego żeńskiego gimnazjum, odznaczonej Krzyżem Orderu Polonia Restituta za działalności w czasie I wojny…

Do Witolda Kukowskiego z Kolibek,

Do Zakładników Gdyńskich,

Czy wreszcie do dzieci tu zabitych.

Także do księdza z Leśniewa, który tutaj odprawiając mszę w 1992 roku, zmarł na serce.

–           *          –

Odszukaliśmy z Dionizym grób siostry Alicji. Łatwo go znaleźć,  zawsze są na nim świeże kwiaty.

–           *          –

Urodziła się w Warszawie, w roku 1899 – w kochającej rodzinie. Musiała to być rodzina kochająca się, skoro ojciec nazywał swoją żonę „ósmym cudem świata”. Marylka (bo tak się nazywała siostra Alicja, zanim została zakonnicą) była uczennicą zwyczajną. Były i piątki na świadectwach i trójki całkiem nędzne. Kiedy zaczęła studia, była to medycyna. Jednak przerwała je, bo wstąpić do zakonu – właśnie Zmartwychwstanek. Rodzice, aczkolwiek bardzo wierzący, byli zszokowani jej decyzją. Ale, jak mówi tradycja rodzinna, po wielu dyskusjach uszanowali jej decyzję. Przekonała ich dojrzałość, z jaką wytłumaczyła swój krok. Wróciła na studia – tym razem obierając kierunek matematyczno-przyrodniczy.

Magisterium obroniła pracą z chemii poświęconą badaniom ebulioskopowym.

(Ebulioskopia to zespół metod fizykochemicznych stosowany w tzw. ebuliometrach do bardzo dokładnego pomiaru temperatury wrzenia układów jedno- i wieloskładnikowych; również do oznaczania masy cząsteczkowej związków chemicznych, stopnia czystości cieczy, rozpuszczalności substancji).

Ponadto ukończyła seminarium nauczycielskie i po stosownych egzaminach została dyplomowanym nauczycielem szkół średnich.

Wspomniałam, że została odznaczona Krzyżem Orderu Polonia Restituta za działalność szpitalną w czasie I wojny światowej. Wiele zakonnic działało w czasie wojny, ale nie każdą odznaczano TAKIM odznaczeniem.

Mają Anglicy swoją Florence Nightingale, nie wiem, czemu my nie mówimy o S. Alicji.

Kiedy została przeniesiona, do Wejherowa, objęła stanowisko bardzo odpowiedzialne, bo została mianowana dyrektorem Prywatnej Szkoły Powszechnej i Żeńskiego Gimnazjum Ogólnokształcącego, i powierzono jej również kierowanie Prywatnym Przedszkolem i internatem dla dziewcząt. Specyfika tego stanowiska polegała na tym, że to gimnazjum upadało. I tak naprawdę, gdyby to się działo dzisiaj, pewnie by szybciutko je zamknięto – jak to się czyni w imię wyższych celów…

Pod rządami Siostry Alicji nastąpiło odrodzenie szkoły.

Czasem – kiedy mówimy o zakonnicach, mamy tendencje do pokpiwania z tych, jak mawiamy, „pingwinów”. Nie wszystkie są wysokich lotów intelektualnych i tylko bardzo nieliczne mają charyzmę. Siostra Alicja była  jedną z tych bardzo nielicznych.

Nie była zakonnicą, w potocznym tego słowa znaczeniu. Oczywiście – nosiła habit i czarny różaniec ( i po tym też poznano jej szczątki w tym grobie). Ale poza tym, przede wszystkim była osoba wykształconą i bardzo inteligentną!! Była  doskonałym pedagogiem, intuicyjnie wyczuwającym chwilę i dozę pedagogiki! No i jeszcze jedno – niebagatelna sprawa – jako osoba wychowana w kochającym się domu, była pogodna i miała duża dozę poczucia humoru.

W tym kontekście słynna stała się sprawa tajemniczego listu Siostry Alicji… Listu, jaki dosłownie sfrunął z nieba do klasztornego ogrodu. Ten list, zrzucony z samolotu właśnie przez Siostrę Alicję, podczas przelotu nad Wejherowem, stał się powodem wojskowej interwencji – przeszukania. W liście były ” Pozdrowienia z Nieba”, i podpisy paru sióstr, w tym Siostry Dyrektor…

Skąd wiem, że była pogodna? Otóż, nad jej grobem zastałam parę kobiet. Podeszłam i zapytałam, czy ją znali. Starsza z kobiet uśmiechnęła się i to bardziej oczami. Odparła twierdząco. A jaka była…, tu kobieta zamyśliła się na chwilę, po czym z uśmiechem w oczach powiedziała, że była ŻYWA. Nie pytałam o więcej, bo nie bardzo wypadało. Ale już wiedziałam, jaka była Marylka-Alicja. Nie dziwię się, że przepadały za nią jej współtowarzyszki i uczennice.

Została aresztowana przez Gestapo 24 października a 11 listopada  wraz z innymi więźniami wejherowskiego więzienia – rozstrzelana w lesie piaśnickim. Powodem aresztowania była zwykła ludzka zdrada. Zdrada  woźnego…  To on na polecenie Siostry Dyrektor zakopał w ogrodzie klasztornym precjoza zakonne. A następnie doniósł o tym „gdzie trzeba”.

Ciekawa jestem tylko, co stało się z owym woźnym, owym Franciszkiem Prangą (nazwisko tak znane i popularne na tych terenach! )  No więc, nie wiem, co się stało z owym człowiekiem, który ją przeskarżył na Gestapo. To przecież przez niego tutaj zakończyła swoje życie.  Gdyby nie on, Siostra w listopadzie 1939 roku skończyłaby 40 lat.

Więcej o Siostrze Alicji i o zbrodni w Piaśnicy:

http://pielgrzymka1.w.interiowo.pl/z94.htm

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Pia%C5%9Bnicy

http://orka2.sejm.gov.pl/IZ5.nsf/main/13E2D652

http://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/11-11c.php3

Jesienne dygresje

Lato wprawdzie dawno się skończyło, ale sezon wycieczkowy wciąż trwa. Różne Fromborki, Torunie, Warmie, czy inne Malborki…

No właśnie… z czym mi się kojarzy Malbork?

Z gdaniskiem i rozstrojem żołądka. Nagłym i niepohamowanym rozstrojem żołądka.

Ciemność, zima, zadymka, dzień przedtem Krzyżacy mieli kolejne starcie z niepokornymi Prusami. Udał się nadspodziewanie. W opuszczonym siedlisku można było znaleźć dobra różnego, co niemiara. Najedli się więc łakomi zdobywcy do syta.

Cóż z tego, skoro nazajutrz z rana, do gdaniska, ciągnęła długa i smętna kolejka skulonych postaci. Chyłkiem przemykali zbolałym truchcikiem ku zamkowemu wychodkowi, trzymając się za brzuchy.

I ten wątek historyczny wykorzystywał mój Ojciec, w swoich opowieściach o zamku, kiedy już nie chciałam dalej zwiedzać…

Pytanie: ”wyobrażasz sobie, co się działo, gdy takiego nagle przestraszono w drodze do wychodka…” – do dzisiaj wzbudza we mnie tkliwe uczucia w stosunku do, bądź, co bądź, niemal odwiecznego wroga części moich przodków. No, bo jak tu takiemu nie współczuć, gdy pędzi przepełniony nie tylko żądzą podbojów wszelkich – pędzi ciemnym korytarzem – wypatrując znajomych sylwetek wychodków – a tu nagle, tuż za zakrętem, zza wyłomu w murze wyskakuje postać w bieli: „hu!” – donośny okrzyk – miesza się z pełnym rozpaczy jękiem nagle zatrzymanego, delikwenta… I ten nagły a charakterystyczny zapach, jako dodatek do jęku…

PICT2422
korytarz do gdaniska

Długi, niczym Golgota, korytarz do gdaniska, sam w sobie nasuwa skojarzenia tak jednoznaczne, że nie sposób myśleć o niczym innym. Także figurka diabełka, przed wejściem do korytarza nasuwa tak jednoznaczne  skojarzenia,  że  po  drodze  rozmowa  sama  z siebie schodzi na jeden nieśmiertelny temat.

Ale, ja wcale nie chciałam od tego zacząć. Chciałam zacząć od zupy szczawiowej z jajkiem. Nie dla efektów spożycia takowej, broń Boże. Jedynie dla doznań estetyczno-kolorystycznych.

W Muzeum Narodowym w Gdańsku, znajdują się części zastawy nieborowskiej. Nie jest to najładniejsza zastawa na świecie (niezbicie dająca dowód tezie, iż o gustach się nie dyskutuje…), ale najważniejsze, że ocalała w czasach „równości”.

Ta właśnie zastawa nieodmiennie kojarzy mi się z zupą szczawiową z jajkiem. Taką, jaką jadłam w dawnych dobrych czasach w rabczańskiej stołówce szkolnej. Zupa była zielona i gęsta a po środku majestatycznie pływało jajo.  Zieleń zupy niekoniecznie przywodziła na myśl skojarzenia kulinarne, ale smak miała wyśmienity. I taka zupa od lat nieodmiennie przychodzi mi na myśl przy gablocie z teryną z Nieborowa. Może dla tej zieleni, użytej w ozdobnikach, może przez przekorę.

Zagalopowałam się, a przecież zaczęłam od Malborka.

Malbork istniał w moim życiu od zawsze i to o różnych porach roku.

Najwyraziściej istniał jesienią, jeżeli tylko mojemu Ojcu udawało się wrócić z rejsu albo jeśli akurat całą rodziną byliśmy w Polsce…

Wtedy cały zamek był nasz, bo przewodnika nie potrzebowaliśmy – mój Ojciec od przedwojnia znał zamek i ciekawostki o nim.

I tak to trwało latami, aż w końcu – będąc  już na studiach – dostrzegłam w zamku wspaniałe miejsce na wagary. Pociągi wtedy jeszcze kursowały normalnie, pogoda –  jak zwykle – wagarowiczom sprzyjała; a na uczelni zapowiadał się kolejny nudny dzień… Zamek okazywał mi swą gościnność, dając schronienie.

Któregoś wszakże dnia, kiedy wychodziłam zmordowana pokonanymi  schodami i korytarzami, przed główną bramą zauważyłam pana w kurtce w zieloną kratkę. Siedział na murku przed bramą i zapalał właśnie papierosa. Znałam tego pana…

„Tata?” Pochyliłam się zdumiona ku niemu. „Co ty tu robisz?”

„No, ileż można na ciebie czekać.” Odparł mój Tato – bo to był oczywiście on. Jedyna osoba na całym świecie, która wiedziała, gdzie szukać swojego dziecka na wagarach…

Przyjechał po mnie, bo w domu był jakiś najazd gości, moja Matka zarządziła obecność domowników i kategorycznie zażądała sprowadzenia mnie z uczelni. Myśli o wagarach nie dopuszczała do siebie, zresztą za coś takiego groziłaby mi męka piekielna w postaci wysłuchiwana tzw. szkolenia ideologicznego w wykonaniu mojej matki – przez następne pół roku.

Mój nieoceniony Ojciec wziął więc na siebie trud sprowadzenia mnie do domu. Kiedy pojechał na uczelnię, usłyszał tam, że widywana jestem na Wydziale rzadko, i że jeżeli chce mnie spotkać, to musi poczekać do kolokwium lub do egzaminów, albo łapać mnie w domu… W domu, to akurat mnie nie było, o czym mój  Tato doskonale wiedział. Po obdzwonieniu zaprzyjaźnionego portu wojennego, rodziny w Krakowie, tudzież znajomych w Toruniu, zaryzykował Malbork…

Muszę nieco uwagi poświęcić mojemu Ojcu. Kapitan Żeglugi Wielkiej.  Człowiek o bardzo szerokich zainteresowaniach. Czasem nazywałam Go Człowiekiem Renesansu – bowiem co i rusz zaskakiwał  swoją wiedzą. A poza tym – był Przyjacielem, jakiego nie każdy miewa w życiu.

Nie żyje od wielu lat …

Niemniej jednak musi przebywać niedaleko nas gdyż od czasu do czasu Jego obecność odczuwam szczególnie mocno.

Kiedy w czasie bardzo zimowej zimy, jakiś czas temu wybierałam się pobiegać na nartach, moje Starsze Dziecko (wtedy uczeń szkoły podstawowej) oznajmiło mi, że ze mną nie pójdzie, bowiem obawia się wilków śnieżnych.

Wilki śnieżne, jak dowodził, mają to do siebie, że skradają się spod śniegu i znienacka wciągają narciarza z całym oporządzeniem pod ów śnieg, do jamy, czy nory – nie pamiętam już jak to „leciało”… Oczywiście pożerają tego narciarza od razu i chyba w całości, tu Dziecko się zawahało, bo nie był pewny. Nawet jednak, jeżeli nie pożerają, to na pewno rozszarpują…

A wszystko to prawie w centrum Sopotu, na Łysej Górze, pośród kłębiącego się dziko tłumu.

„Dziecko, czyś ty oszalał, skąd taki pomysł”- oburzyłam się,” Kto ci takich kocopołów naopowiadał”

Moje Dziecko z podejrzanym ogniem w oczach broniło swojej teorii, aż mnie nagle tknęło, „Dobra… to dziadek Wojtek Ci naopowiadał te historie…”

„Skąd wiesz?” Dziecko zdziwiło się trafnością mojego domysłu.

„A hasło kopyta końskie, to co? Ja Twojego Dziadka znałam dłużej niż ty… Przecież ja byłam jego córką”

„Ciebie też robił w trąbę?” zapytał Syn z nadzieją w głosie.

„W dużą jerychońską niklowaną i koncertową trąbę” odparłam i opowiedziałam mu, jak przez wszystkie lata naszej znajomości i przyjaźni mój Tato wmawiał mi, że przyprawa MAGGI robiona jest z kopyt końskich, i jak to dopiero Babcia Gosia pokazała mi roślinę, od której przyprawa wzięła nazwę…

Acha, i jeszcze jedno … Malbork – „wzięty”…

Otóż parę lat temu zdałam egzaminy na przewodnika po Muzeum Zamkowym w Malborku, a dostałam tak wysokie noty, że przy ogłaszaniu wyników zrobiło mi się zwyczajnie słabo z wrażenia.

I to był mój maleńki hołd dla mojego Ojca.

I przy sposobności spełnienie moich marzeń.

😀

Published in: on 23 października 2009 at 18:05  Możliwość komentowania Jesienne dygresje została wyłączona  

Pani z alejki nadmorskiej

Spotkałam ją, kiedy szła alejką w stronę starego domu zdrojowego.

Szła niepewnym krokiem, charakterystycznym dla osób od lat nadużywających alkoholu. Zwróciłam na nią uwagę tylko dlatego, że mimo alkoholowego wyglądu ubrana była ze staroświecką elegancją. A gdy się jej przyjrzałam, zauważyłam, że jej twarz nosiła znamiona urody. Była jednak poorana zmarszczkami i szara. Poszłam dalej, jednak myśląc o tej kobiecie, zastanawiałam się, kim była kiedyś i ile miała lat teraz. Skąd się tutaj wzięła w tej dzisiaj zapuszczonej i złą sławą cieszącej się dzielnicy mojego miasta, będącej niegdyś pięknym kurorcie nadmorskim.

Niespodziewanie po paru tygodniach spotkałam ją na Cmentarzu Nieistniejących Cmentarzy. Stała przed stołem-ołtarzem, w dłoni trzymała bukiecik chabrów. Stanęłam nieopodal, i dyskretnie ją obserwowałam, bałam się bowiem, że ją spłoszę. Była zaabsorbowana swoimi myślami. Usiadłam więc na ławce i zajęłam się spekulacjami nad tym, co ją przywiodło w to miejsce. Ona zaś położyła kwiatki na płycie i wolno odwróciła się ku mnie.

”Czy ma pani papierosa?” Głos miała szorstki, niski i ochrypły latami wypalonych papierosów.

„Mam” odparłam i wyciągnęłam ku niej paczkę.

Zapaliła, i zaciągnęła się dymem. Usiadła koło mnie, pachniała rosyjskimi „duchami”. Teraz, pomyślałam, bo inaczej pójdzie sobie, i koniec.

„Kogoś pani miała na nieistniejących cmentarzach, czy tak pani przyszła, jak ja – podumać i popatrzeć” zagadnęłam starając się jej nie przyglądać zbyt nachalnie.

„Miałam.” Odparła i wstała. „Dziękuję za papierosa” rzuciła na odchodnym. Nie będę jej goniła, pomyślałam, może ją jeszcze spotkam.

Spotkałam. Jechałam na rowerze do portu i na ławce na alejce parkowej siedziała ona. Kiedy mnie ujrzała, uśmiechnęła się do mnie.

„Winna jestem pani papierosa” powiedziała i wskazała mi miejsce na ławce obok siebie. Zsiadłam z roweru i przycupnęłam obok niej.

„E-tam,” machnęłam ręką „Zamiast na zdrowie, powiem – smacznego”. Chwilę milczała, po czym spojrzała na mnie. „Pani tutejsza? Bo nie widziałam pani przedtem.”

Pokręciłam głową „Nie – jestem tu przejazdem” wskazałam na rower.

„No tak, teraz to człowiek wsiądzie na takie coś i nie wiadomo, czy stąd, czy może turysta.”

„A pani tutejsza?” Odważyłam się zapytać, widząc, że ma humor i ochotę na rozmowę.

„Tutejsza, przecież widać po mnie, takie jak ja nie podróżują…”Machnęła ręką. „Ja tutejsza bardziej niż niejeden z tutaj urodzonych, bo ja przedwojenna jestem”.

No, to zapowiada się podróż w czasie, pomyślałam. Przed oczami stanęła mi postać Błękitnej Damy, którą obserwowałam przez wiele lat w Sopocie, mojej sąsiadki z sopockiego domu a także pani z cmentarza nieopodal Góry Gradowej. Czy ta kobieta, zniszczona przez alkohol i życie ma równie mroczną acz romantyczną tajemnicę do opowiedzenia?

„Przedwojenna? To znaczy, że przyjechała pani tutaj przed wojną, czy tu się urodziła?”

„Przyjechałam. Byłam modystką, wie pani kapelusze, i dodatki. Szyłam również sukienki, miałam dryg i zdolności, a poza tym, lubiłam to. Mój ojciec miał zakład w centrum. Dobrze nam się powodziło, dopóki nie zaczęli rządzić ci od Hitlera. Bo ja jestem pół Żydówką.” Dokończyła.

No tak, wiadomo, co było potem. Na tyle, to każdy z nas zna historię naszego kraju, miasta, wioski…

Ona zaś ciągnęła dalej: ”Ojciec zginął, mówiono, że zapił się na śmierć, ale on nie pił przecież. Kiedy znaleziono go w rzece, wyglądał podobno, jakby mu ktoś pomógł. Zostałam sama, bo matka zmarła dawno a ja byłam jedynaczka. Przybrałam więc matki nazwisko. Była węgierką, więc te czarne włosy i urodę jakoś się dało wytłumaczyć. Do czasu. Ale na razie jakoś sobie radziłam. Szyłam. No i przychodziły do mnie panie z różnych sfer. Stałam się modna. Zamawiał u mnie Simson…”

Miałam w domu parę wieszaków od Simsona, zostały po latach odwiedzin Casino Hotelu w „Copotach” przez rodzinę… Nigdy jakoś nie wpadło mi do głowy, żeby na te wieszaki spojrzeć pod kątem tego, że ktoś na nich wieszał swoje ciuchy. Były zawsze tylko wspomnieniem po babcinych fumach i zachciankach, oraz po dziadkowej cierpliwości i hojności.

Kobieta obok mnie widocznie dosyć długo musiała nie mieć z kim rozmawiać, bo spojrzała na mnie przepraszająco: „Ja panią przepraszam, pewnie to panią nie obchodzi, co było kiedyś. Wy młodzi teraz żyjecie inaczej. A ja mam tylko te swoje wspomnienia. Długo piłam i piję nadal. Ale…” Wzruszyła ramionami „Co mi pozostało! Mieszkam w dawnym domu zdrojowym, tam, gdzie niegdyś chadzałam na kawę i likier. Teraz tam mieszkają tacy jak ja, nikomu nie potrzebni, skończeni.”

Ale oni nie maja nawet w połowie takiego życiorysu jak ona, pomyślałam, nie patrząc na nią. Bałam się, żeby nie przestała mówić, a nie chciałam, żeby wzięła mnie za wścibską, ciekawa byłam jej historii. Musiała być ładna, może nie aż tak piękna, jak moja Błękitna Dama, ale w końcu moda na urodę się zmienia, a łączyło je pochodzenie. Musiała więc być przynajmniej ładna.

Ona zaś wstała i spojrzała na mnie. „Jak pani będzie tutaj kiedyś znowu, to niech pani tutaj siądzie, ja tu często bywam. Do widzenia”. Skinęła głową i poszła ku budynkowi dawnego domu zdrojowego.

Zostałam na tej ławce jak niepyszna. No i jak i skąd dowiedzieć się czegoś o niej.

Nie żyje ani Błękitna Dama ani moja sopocka sąsiadka, ani pani z cmentarza. I nawet gdyby żyły, nie powiedziane, że ją znały. Chociaż, Błękitna Pani na pewno u niej się ubierała, już jej oficer zadbał o to na pewno.

Przypomniała mi się historia Błękitnej Pani i jej oficera. Paradoksalnie, gdyby nie wojna to na pewno nie byłoby tych romantycznych historii. Spotykając na ulicach ludzi, nawet sobie nie wyobrażamy, jakie mieli życie.