Granica

Wszystkie nasze wagary i urlopy staramy się spędzać TAM –  w  dawnych  Prusach Wschodnich. Niestety po ostatniej wojnie, te tereny przecięte zostały granicą, a propaganda powojenna (wciąż mająca się świetnie) nie potrafi poradzić sobie z bogatym dziedzictwem historycznym tych ziem.

My wszakże pojechaliśmy odpocząć i poszukać plotek historycznych. Znaleźliśmy i jedno i drugie. A nadto znaleźliśmy wspaniałe miejsce na prawdziwy odpoczynek. Zatrzymaliśmy się pensjonacie w Galinach. Miejsce nie tak daleko od ludzi, ale jednak dostatecznie – by pozwolić zapomnieć o codzienności. Poza tym pełne ciepła i serdeczności. Galiny widziałam po raz pierwszy niemal dwa lata temu (ten czas tak pędzi, że aż strach 😉 ) z okien busa, kiedy jechałam z grupą do Bartoszyc. Potem  – ponownie znowu przejazdem. I stale życie w pędzie – bez zatrzymania się, nawet na krótki oddech.

Uwielbiam swoją pracę, ale przecież jakiś urlop też mi się od czasu do czasu należy, więc…

Zamówiłam nam pokój w pałacu.

(O Galinach kiedy indziej, bo to osobny temat).

Spakowaliśmy się i mimo deszczu i niesprzyjającej aury (połowa listopada, ciemno i mokro…) pojechaliśmy na wakacje.

Nasza trasa wiodła kawałkiem Berlinki.

Komfort jazdy i niemal niezakłócona pustka  na szczęście nie zdążyły nam się znudzić, kiedy skręciliśmy z głównej drogi na Pieniężno, a potem na Górowo Iławeckie.

O Górowie kiedy indziej, bowiem i tak tam musimy wrócić, aby zwiedzić Muzeum Gazownictwa.

uroczy rzygacz z Górowa Iławeckiego

I nie tylko Muzeum Gazownictwa. Mimo deszczu i zapadającego mroku,  miasto ogromnie mi się spodobało. Ma w sobie typową atmosferę miasta przygranicznego – leżącego na krańcach świata. Życie przy tej akurat granicy z pewnością nie należy do najbardziej miastotwórczych. Poza tym nieczęsto tu zaglądają turyści… Za to zagląda bezrobocie.

Na razie więc tylko  migawki z włóczęgi wzdłuż GRANICY.

Szczurkowo - granica z Rosją

Bo to właśnie GRANICA dwóch światów zrobiła na mnie największe wrażenie.

Nigdy przedtem nie widziałam TEJ granicy z tak bliska. Nigdy nie miałam odwagi zanadto się zbliżyć. A tymczasem teraz miałam okazję ją zobaczyć i sfotografować na dodatek…

I przyznam, że jak nic innego,  zapadła mi w pamięć.

Napisałam, że po wojnie tereny Prus Wschodnich przedzielone zostały granicą – i to nie tylko taką lądową, polityczną, ale także znacznie gorszą  – granicą mentalności. Najlepszym dowodem tego jest Szczurkowo, gdzie zrobiłam zdjęcie powyżej.

Otóż do 1945 roku była to część majątku. Po wojnie majątek przedzieliła granica… Dwór zburzono – i po obu stronach pozostały tylko nędzne resztki tego, co kwitło przez wieki.

Szczurkowo (Schönbruch), po raz pierwszy pojawiło się w historii tych ziem jako majątek rycerski w wieku XIV. Długo ów majątek rycerski należał do rodu von Eulenburg-Wicken. Zaś od roku 1871 majątek przeszedł na własność  rodziny von Bolschwing. To ich dwór rozebrano w latach 60-tych po polskiej stronie granicy.

Kiedyś wieś była jedną z większych w okolicy.  Według statystyk w roku 1939 mieszkało tu 1139 osób. Sam majątek miał powierzchnię 642 ha.

Po II Wojnie Światowej przez wieś poprowadzono granicę państwową. Ludzi wymieniono, zatarto ślady prosperity wsi i skazano ją na zapomnienie. Czyżby z powodu nazwiska ostatnich właścicieli?

Właśnie tutaj bowiem 15 października 1909 roku urodził się niejaki Otto Albrecht Alfred von Bolschwing.  W czasie wojny (w stopniu  SS-Hauptsturmführera w Służbie Bezpieczeństwa Reichsführera SS) był człowiekiem z orbity Adolfa Eichmana; ba! był jego mentorem. Po wojnie, w latach 50-tych udało mu się dostać  do USA. Obywatelstwo otrzymał  w roku 1959, zatajając wszakże swój nazistowski rodowód (do partii wstąpił bowiem w wieku 23 lat w roku 1932).

W Stanach oferował swoje usługi Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA). W roku 1981 – zapadła decyzja o jego deportacji do Niemiec. Udało mu się jej uniknąć, bo… przebywał w szpitalu z powodu złego stanu zdrowia.  To jednak nie przeszkodziło w sprawie, w wyniku której odebrano mu obywatelstwo amerykańskie. Jednocześnie postanowienia sądowe mówiło, iż zostanie deportowany jak tylko jego stan zdrowia się poprawi. Nazwisko Eichamnna, przy którym von Bolschwing zawsze był wymieniany w czasie wojny – jasno wskazywało na to, jakim torem potoczyłby się dalszy proces już w Europie… Ale baronowi udało się umknąć wymiarowi sprawiedliwości –  w tym samym roku  zmarł.

Czy więc wioska związana z tym nazwiskiem celowo skazana została na niebyt?

Dzisiaj to miejsce faktycznie na końcu świata.  Z dawnego majątku po polskiej stronie zachowały się pojedyncze budynki folwarczne i niemal nieczytelne założenie parkowe.

Ilość mieszkańców i zaniedbanie widoczne dokoła nijak się mają do lat świetności majątku i dobrobytu, jaki tu panował. Widać jednak starania o poprawę wizerunku wsi. Nie wszędzie panuje brud i bałagan. Nadto mieszkańcy wyraźnie liczą na atrakcyjność ich wsi jako jednej z tzw. wiosek bocianich. Faktycznie, znajduje się tu jedno z liczniejszych skupisk gniazd bocianich, a każde jest posadowione na specjalnej platformie.

Z pewnością w lecie, gdy dokoła słychać klekot boćków i wspaniała zieleń zakrywa niedostatki – wieś może stanowić wielką atrakcję turystyczną… Ze szlabanem i płotem na granicy.

Bezławki

Uparłam się na Bezławki.

Tak, czy inaczej trzeba było jakoś wrócić z Giżycka do Galin. Równie dobrze więc mogliśmy jechać przez Bezławki.

Po drodze zjedliśmy obiad w Rynie. Ale nie w zamku, a w Karczmie u Wallenroda (oczywiście Fryderyka, pierwszego ryńskiego komtura). Z czystym sumieniem polecam to miejsce, bowiem podają tam prawdziwie soczyste kotlety schabowe! Mniam!!!

A wracając do Bezławek…

Żeby nie jechać przez Kętrzyn, wybraliśmy skróty przez Krzyżany, Gronowo, Wilkowo. Całkiem niezła asfaltowa droga po chwili się jednak skończyła. I trasę do Wilkowa pokonywaliśmy po pięknych acz niewygodnych kocich łbach, pamiętających chyba czasy sprzed I wojny światowej, kiedy to zostały  ułożone. Tak jak je tam ułożono, tak odtąd ich nie ruszano…

Przypomniała mi się moja pamiętna jazda przełajowa po Żuławach Malborskich, kiedy to najpierw zwinięto mi asfalt, a potem i po kocich łbach pozostało wspomnienie; aż w końcu nawet i polna droga się skończyła. Przypomniałam sobie też któryś z naszych skrótów do Zubrzycy Górnej, kiedy droga nam się urwała (dosłownie) w oborze… Na samo wspomnienie zdumionej miny stojącej tam krowy – zachciało mi się śmiać.  Wierzyłam jednak w inne zakończenie poszukiwań Świętego Graala. Bo to właśnie ta tradycja – czy jak kto woli – legenda gnała mnie do Bezławek.

Ale zanim legenda – garść prawy historycznej:

Otóż pierwszy raz historia usłyszała o Bezławkach w połowie XIV wieku za sprawą Johanna Schindekopfa – ówczesnego komtura Bałgi i wójta Natangi. Ten Pan Pruski również pamiętany jest w Kętrzynie – z racji nadania osadzie praw miejskich.

Nadanie Schindekopfa istnieje do dzisiaj – w zmienionej formie. Otóż komtur nadał niejakiemu Henikinowi z Gierdawy (dzisiaj Żeleznodorożnyj w Obwodzie Kaliningradzkim – to jakieś 50 km na północ od Bezławek) młyn wodny (przez miejscowość płynie rzeka Dajna) z jednym kołem wraz z sześcioma morgami ziemi na prawie chełmińskim. Morga chełmińska to ok. 0,59 ha, z tego co pamiętam. I ten młyn funkcjonował do roku 1974, kiedy to zastąpiono go małą elektrownią wodną. Tak więc można przy odrobinie czasu i chęci wytropić przeszłość w terenie.

Nadanie dla Henikina miało związek z kolonizacją tej części państwa zakonnego. Tutaj na terenach przygranicznych powstało wiele osad, wsi i folwarków rycerskich, a także zamków chroniących osadników przed najazdami Litwinów. I Bezławki wpisywały się w system strażnic nadgranicznych. Strażnicą, jaką tu początkowo wzniesiono na miejscu wcześniejszego grodu, zarządzał komornik podległy prokuratorowi w Kętrzynie. Zaś przywilej lokacyjny osada o nazwie Bayselauke (czyli pole Baysego) otrzymała już po śmierci Schindekopfa (w bitwie pod Rudawą – okolice Białegostoku) w latach 70-tych XIV wieku.

Do dzisiaj nieustalona jest data postawienia murowanego zamku. Zdjęcie tablicy informacyjnej, jakie zrobiłam jest niezbyt wyraźne, więc posiłkuję się szkicem… kogóż by innego, jak nie Conrada Steinbrechta, znalezionym w sieci 🙂

Zamek wzniesiono na wzgórzu (także dzisiaj dość trudno dostępnym) najprawdopodobniej na początku XV wieku.

Wiadomo, że w roku 1402 w drodze powrotnej z rejzy litewskiej zatrzymał się w zamku wielki komtur Malborka – Wilhelm von Helfenstein. Ponoć miał ze sobą 900 jeńców (ciekawe, gdzie ich trzymano). Wtedy też przebywał w zamku Świdrygiełło, walczący po stronie krzyżaków. Marzyła mu się władza na Litwie w niezależności od najstarszego brata – króla Polski. Przebywał w Bezławkach do roku 1404.

Artykuł o Świdrygielle znajduje się na stronie Ciekawostek Historycznych pod tytułem: Świdrygiełło. Zły Brat Jagiełły.

Daruję sobie opis zamku, bo ten można znaleźć zarówno w książce państwa Garnców – „Zamki państwa krzyżackiego w dawnych Prusach; Powiśle, Górne Prusy, Warmia, Mazury”, jak i w odmętach internetu.

Po wielkiej wojnie (1409 – 1411) zamek zaczął tracić na znaczeniu, a w wieku XVI został – jakbyśmy to dziś ujęli – zaadaptowany na kościół. Jeszcze po  II wojnie służył protestantom (do lat 70-tych XX wieku), a kiedy ich zabrakło w okolicy – opuszczony niszczał, padając łupem wandali i złodziei (czyli nihil novi na tych terenach). Kiedy wreszcie w latach 1980-tych został przejęty przez parafię rzymsko-katolicką w Wilkowie, przeprowadzono remont. Jednak cześć wyposażenia przepadła bezpowrotnie, bądź skradziona, bądź to zniszczona wcześniej przez złodziei.

Czy poszukiwano tam greckiego kielicha darowanego przez Świdrygiełłę krzyżakom? Czy skradziono również opisane w inwentarzach kościelnych greckie (ruskie) antepedium? Czy wśród rzeczy skradzionych z kościoła był słynny Św. Graal?

Tego nigdy się nie dowiemy. Ale wspomina o nim legenda zamku bezławeckiego…

Otóż według podań – cała historia zaczęła się w Anglii, skąd jakoby święty Graal miał trafić na Litwę. Nie będę tu opisywała całej legendy o Św. Graalu – można ją znaleźć tak w książkach jak i w sieci. Zacznę niemal od końca historii, bo od bitwy pod Hastings.

Otóż po bitwie pod Hastings (1066) dzieci króla Harolda Godwinsona by ocalić życie, musiały uciec z Anglii. Jak chce legenda – udały się przez Litwę i Kijów do Bizancjum. Córka Harolda – Gytha z Wesseksu została wydana za Włodzimierza II Monomacha (Wasyla), Wielkiego Księcia Rusi Kijowskiej. A dwóch synów króla Harolda jakoby miało pozostać na Litwie. Jak chcą niektórzy, Godwin, starszy syn króla Anglii, był przodkiem Władysława Jagiełły… Według miejscowych przekazów antepedium oraz święty kielich były darem księcia litewskiego Świdrygiełły, brata króla Władysława, a więc byłaby to pamiątka rodzinna?

Poszukiwacze skarbów twierdzą, że wspomniany grecki kielich musiał być właśnie Św. Graalem, powołując się na ten wątek w historii, i mając za nic logikę. A ta mówi, że nikt nie oddałby tak cennego przedmiotu. Tak jak i wątpliwe jest by to Świdrygiełło akurat miał być w posiadaniu Kielicha… Ale – jak wiadomo – z legendą się nie walczy – legendę się opowiada (jak mawiał prof. Widacki)… Podczas ostatniej wojny polsko-krzyżackiej, w 1520 kielich zamurowano w ścianie kościoła by go ochronić przed tatarami, którzy grasowali w okolicy… Czy to po nim została dziura w murze?

Ale to miejsce to nie tylko zagmatwana legenda o Św. Graalu.

W XVI wieku pojawia się tu z prawem własności ród von der Groeben… Pragnę przypomnieć, że całkiem niedaleko znajduje się Św. Lipka. I to  właśnie te tereny zostały sprzedane Stefanowi Sadorskiemu przez Otto v.d. Groebena pod budowę słynnego dzisiaj sanktuarium.

Zamek w Bezławkach ma atmosferę niepowtarzalną. Jest z dala od głównych szlaków turystycznych. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej brak nadzoru i pewne opuszczenie na pewno nie  wychodzi mu na dobre.

Tak czy inaczej – jest to na pewno miejsce warte odwiedzenia i powrotu w czasie skowronków.

Ponury jesienny dzień po deszczu, brak liści na drzewach, wiatr, i głosy wron i kawek nadawały miejscu specyficzny klimat podczas naszej tam wizyty. Łatwiej wtedy uwierzyć w legendy, usłyszeć głosy z przeszłości 😉 i znaleźć cegłę…

Dawne Prusy Wschodnie – Judyty i suplement po latach…

Suplement dopisany w bieżącym – 2015 – roku, znajduje się na końcu artykułu. Zam zaś artykuł pochodzi z roku 2010.

Właśnie wróciłam z kolejnej wyprawy do Prus Wschodnich… I po raz kolejny zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo te ziemie zostały skrzywdzone. Najpierw przez pochód „zwycięzców” w 1945 roku, a potem przez politykę. Osadzono tu nowych ludzi. Osadzono ich tutaj na siłę. Nie pozwolono im pokochać tej ziemi, wciąż strasząc duchami niedalekiej przeszłości. No i … Wciąż nie czują tej ziemi. Wciąż nie czują jej historii. I wciąż jej nie doceniają.

Jako, że podczas naszego mikro-urlopu zaopatrzeni byliśmy w mapę nie dość dokładną, w wielu wypadkach poruszaliśmy się na tzw. czuja.

Pogodzeni z faktem, że do słynnego Juditten jednak nie dojedziemy, postanowiliśmy odwiedzić swojsko brzmiące… Judyty.

Judyty to wieś położona jakieś 6, może 7 km od granicy z tworem, zwanym Obwodem Kaliningradzkim. Po II wojnie światowej granica przerwała wielowiekowe trwanie tych ziem. Bezduszna polityka skazała je na miejsce w klasie B, a może nawet C lub D…

Judyty kiedyś stanowiły majątek należący od XVI wieku do rodziny von Kunheim. Pośród bardziej i mniej znanych tego nazwiska – przewija nam się w XVI wieku niejaki Georg (syn Georga i Margarethy Truchsess von Wetzhausen z Łankiejm).

Ówże Georg urodził się w Welawie (tej od traktatów…). W dorosłym życiu znalazł się wśród dworzan Księcia Albrechta w Królewcu.  Był jego ulubionym dworzaninem, zaufanym i cennym. Na tyle cennym, że gdy zachorował, Książę Pan wezwał do niego znamienitego doktora – „szczególnie miłego pana”  Mikołaja Kopernika z Fromborka.

Georg Młodszy był zięciem samego doktora Marcina Lutra. Jak zdobył rękę jego najmłodszej córki, nie wiem (jeszcze), ale wyczuwam w tym wpływ Katarzyny von Bora. Po śmierci Margarethy drugą żoną Georga została  Dorothea von der Oelsnitz (ciekawe przemyślenia dotyczące innego członka tego rodu TUTAJ).

W skład dóbr należących do pacjenta Doktora Mikołaja –  wchodziły także Judyty.

Pałac judycki pozostał w rękach rodziny Kunheimów (czy jak się teraz piszą: Kuenheimów) do czasów wojny. Tutaj w roku 1928 urodził się słynny Eberhard von Kunheim. Dzisiaj powiedzielibyśmy o nim, że miał ciężkie dzieciństwo: ojciec zginął w wypadku samochodowym w roku 1935. Jak szemrano po cichu, kto wie, czy to nie była śmierć polityczna. Nie należał bowiem do zwolenników nowej polityki. Matka – jak podają wszystkie encyklopedie – przepadła w jednym obozów radzieckich już po wojnie. Jak często można przeczytać, historia ojca znacznie Eberhardowi pomogła w dostaniu się w powojennych Niemczech na studia. A pewnie i w znalezieniu potem pracy. Dość na tym, że trafił do koncernu BMW. Przez przeszło 20 lat był tam dyrektorem i prezesem, a potem przewodniczył radzie nadzorczej koncernu. Czasy jego „rządów” nazywano w BMW Erą Kuenheima.

Tutaj można przeczytać niezły artykuł,  poza drobnym szczegółem, że jeśli Judyty położone są w okolicach Elbląga, to autor artykułu zdecydowanie powinien wrócić na lekcje geografii… Chociaż wystarczy google maps, żeby rzetelnie przygotowć się do pisania artykułu. …

W Judytach też prowadzono jedną ze starszych hodowli słynnych Trakenów. Konie trakeńskie wciąż są hodowane w pobliskich Liskach. Obecnie już wolno oficjalnie tę rasę nazywać jej starą nazwą… A stało się to dopiero w roku 2005, kiedy to Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zezwoliło na otwarcie księgi hodowlanej trakenów w Polsce. Zadziwiające, jak bardzo tzw. czynniki wciąż boją się tradycji… Niedouczenie, kołtuństwo i brak poszanowania historii. To chyba genetyczne ?

Dzisiaj Judyty nie są nawet w połowie tak wspaniałe jak niegdyś…

I te słowa odnoszą się do wszystkich dawnych majątków w Prusach Wschodnich. Można tylko wspominać opowieści rodzinne, o tym, jak niegdyś było czysto dokoła, i jak zadbane były wsie i majątki…

p.s. Kunheimów można „spotkać” tu i ówdzie, jeżdżąc po dawnych Prusach Wschodnich… Między innymi – w Kętrzynie (Rastembork) na zamku można obejrzeć portret Jana Ernesta von Kunheim. Jak większość z rodziny – i on spoczął po śmierci w rodzinnym grobowcu w Sępopolu.

Na potomków Georga i Margarethy de domo Luter natkniemy się czytając historię (a może raczej Historię). Tropiąc genealogię von Eulenburgów – spotkamy rezydentów Judyt… Także śledząc parantele Paula von Hindenburg trafimy na Kunheimów…

p.s. 2

dopiero kiedy się wpatrzyłam w zdjęcie pałacu – niewyraźne i ciemne – zauważyłam, że słynne lwy jednak są na miejscu!!!!!  Zostały zakupione w roku 1889 i wróciły na miejsce, po tym, jak nowy właściciel pałacu parę lat temu oddał je do stadniny w Liskach… Po protestach mieszkańców – lwy na szczęście wróciły na miejsce… Czas jakiś temu Pan Pięć Marek chciał odkupić lwy jako pamiątkę dzieciństwa. Lwy jednak pozostały przy pałacu….

TUTAJ zdjęcia obrazujące mizerię i marazm, albo właściwie agonię miejsca niegdyś tętniącego życiem! Jak można było doprowadzić do takiej ruiny ?? Nie warto tłumaczyć latami tzw. komuny. Bo ustrój się zmienił, mentalność (szczególnie decydentów) nie …

SUPLEMENT. styczeń 2015

I jak to bywa w życiu – właśnie ono dopisało suplement do opowieści o lwach Kuenheima. Po czterech latach.

Otóż pewnego późnego zimowego popołudnia zadzwonił telefon. Zjechałam autem na pobocze i odebrałam. To Pan Piotr H-S, domagał się, bym zmieniła swój wpis, bowiem był błędny….

No i opowiedział mi historię powrotu lwów z Lisek do Judyt. Trąciło to historią żywcem wyjętą z historii Radia Erewań

Otóż… powyżej, w 2010 roku, napisałam, że lwy wróciły do Judyt po protestach mieszkańców. No i nic bardziej błędnego. Otóż mieszkańcy (ciekawa jestem ilu tak naprawdę pozostało poza układem) byli zamieszani w spisek, którego efektem miała być doskonale przygotowana kradzież. Bo jedynym faktem z mojego p.s. 2 sprzed 4 lat  jest to, że Pan Pięć Marek zapragnął mieć lwy u siebie, jako pamiątkę dzieciństwa. Afera z tego wynikła niemała, bo okazało się, że chęć posiadania lwów była tak silna, że zorganizowano do tego celu całą siatkę osób. Zamieszanych w całą „imprezę” było parę znanych nazwisk, także w Polsce. No i owi mieszkańcy. Bynajmniej nie w zbożnym celu ochrony zabytku przed wywiezieniem. Całość tak przygotowań, jak i potem akcji stosownych służb – z pewnością nadawałaby się do nakręcenia filmu sensacyjnego. W każdym razie – na szczęście cały misternie opracowany plan kradzieży lwów spalił na panewce. Lwy wróciły przed pałac.

A tak na zakończenie, dodam tylko, że okropnie żal patrzeć, jak te tereny wciąż skazywane są na zagładę, na śmierć przez zapomnienie, i zaniedbanie. Tak fizyczne, jak i mentalne. Władze odnośne, wciąż nie widzą Historii, tej wielkiej, jaka przetoczyła się tędy nie tak przecież dawno. Nie widzą niesłychanych możliwości, i tego co tak brzydko nazywa się „potencjałem” tych ziem. Bo najlepszym i najmocniejszym „produktem turystycznym” (tfu, co za nazwa) – czy się komuś to podobam czy nie – jest wiek XIX i początek XX, z wielkimi nazwiskami, z I wojną światową, z hodowlą koni trakeńskich!!

Żaden tam jakiś nieznany poza Polską Ignacy Krasicki, ani nawet znany powszechnie mój ulubiony Doktor Mikołaj nie przyciągną turystów. Ale Kuenheim, Eulenburg, czy Hohenzollern tak… A do tego należy dodać wyśmienite jedzenie i znakomite otoczenie. I na tym powinno budować się markę…

Przecież przy odrobinie funduszy, można wykorzystać choćby właśnie Judyty – i zrobić z nich maszynkę do robienia pieniędzy. W końcu nie każdy kto jeździ BMW ma pojęcie, że to właśnie w Judytach urodził się ojciec sukcesu tej marki. Przy mądrym zainwestowaniu w budynki, i przystosowaniu ich do użytku, nic nie stałoby na przeszkodzie by organizować tu zjazdy BMW…  Oczywiście lwy na ten czas, na wszelki wypadek byłyby przykryte 😉

Wiślany zachód słońca

Przedwczoraj jechałam do Zamku na nocne… rzemiennym dyszlem jechałam 😉 przeszło dwie godziny, bowiem zatrzymał mnie … zachód słońca nad Wisłą.

A potem moje Żuławy…

Aż w końcu dotarłam do Wiadomego Zamku 🙂

Tak sobie po drodze pomyślałam, że mieszkam w pięknym miejscu. I pomyśleć, że gdyby nie wybrano pewnego biskupa krakowskiego na papieża, to pewnie zostałabym w Nigerii…

I nigdy bym nie zdobyła Wiadomego Zamku, ani też nie zagubiłabym się na i w Świętej Warmii, nie uległabym też urokowi Oberlandu…

Ot, takie rozmyślania o zachodzie słońca w drodze na nocne 😉

Moje miejsca na ziemi – Góry

Wróciłam…

Właśnie wróciłam z wycieczki po Polsce. Jedna z wielu, a zupełnie wyjątkowa. Bo to była Wyjątkowa Grupa. Takie trafiają się raz na … parę lat. Wszyscy razem i każdy z osobna cieszyli się możliwością zwiedzenia Polski, cieszyli się ze swojego towarzystwa, i z tego, że sobie przypadli do gustu – już zaraz na początku – podczas pierwszego spotkania.

A ja?

Jechałam na tę wycieczkę z mieszanymi uczuciami. A wyszło na to, że podróżowałam z Cudownymi Ludźmi. Nic już nie będzie takie samo…

Aż chciało mi się dzielić z nimi moimi fascynacjami i sympatiami. Tym bardziej, że jechałam do siebie… w Góry…

Nie tyle one moje, te Góry, co Mamine, ale zawszeć to nieco tego Matczynego splendoru na mnie spadało… Nie każdy może być córką mistrzyni w biegach narciarskich a nadto strzelca wyborowego od samego Tatara…

Niestety, prócz tych radosnych miejsc i serdecznych – także parę rozczarowań… Wrocław… Moje największe rozczarowanie. Pusty – w porównaniu z Krakowem – martwy. Co się stało z tym miastem, do którego tak bardzo chciałam wrócić! Nie ta atmosfera, nic nie było takie samo L Nawet Fredro mniej fredrowski.

Zakopane zaś – jak zawsze – targowisko 😉

Tatry – jak zawsze wielkie. I patetyczne.
Moje miejsce na ziemi … Chociaż nigdy nie byłam tam wysoko (nie lubię chodzić po górach), czuję się związana z tym wyjątkowym widokiem …

Zakopane jako miasto – to jeden wielki jarmark. Wszędzie można kupić ser owczy (lub prawie owczy) zwany popularnie oscypkiem, psa, kapcie góralski, kożuch, czy czapkę… a także wiele rzeczy na pewno nie potrzebnych, ale jednak niezbędnych….

Pamiętam to miasto trochę bardziej spokojne i mniej tandetne. Ale cóż, czasy się zmieniają – i prawdopodobnie w gusta turystów także;)

Ilekroć bywam w Zakopanem – nieodmiennie na myśl mi przychodzi Drewniany Różaniec Natalii Rolleczek… Warto przeczytać książkę, bo daje inne spojrzenie na tę jarmarczność i na otoczenie.

Niemniej jednak widok z Gubałówki wart był tak zimna i mgły, jak i deszczu 😉 bo tego wszystkiego doświadczyliśmy (tradycyjnie żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek). Latami całymi twierdziłam, iż na Gubałówkę nigdy więcej i że  nawet wołami … itd. A tu… proszę – pojechałam. Wprawdzie niekoniecznie z własnej woli, ale podobało mi się… Ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów 😉

Co za widok!!!
Oto kilka fotek Giewontu, który jest (dla mnie) jedną z najbardziej fotogenicznych gór w Tatrach.

Published in: on 1 września 2010 at 13:54  4 Komentarze  

Piernik-Pani w sukience do ziemi-słońce

Na gorąco – wpis po powrocie z Miasta Ulubionego.

Toruń przywitał nas wcale nie słońcem obłędnym – bo deszczykiem siąpiącym. To jakoś nie przeszkodziło tłumom „przewalać się” po mieście, ani też „okupować” kafejki i ogródki kawiarniane (i wcale nie z okazji „za pół ceny”!!) .

Na dodatek jeszcze – przywitał nas rynkiem wolnym od odchodów gołębich (bo sprząta się tam częściej, niż w Moim Mieście).

Toruń jawi się jako Miasto Zadbane. Oczywiście można utyskiwać, że – smok stracił kawałek ogona i kawałek grzbietowych wypustek (nie znam się na smokach, i nie wiem czy to płetwa, czy co 😉 ), domy poza ścisłym centrum miasta nieco zaniedbane…

Ale centrum – żyje, ba! tętni życiem i w pełni zasługuje na miano Stolicy Kultury 2016.

Miasto Moje, kiedy Ty też tak ??

Wracam do Mojego Miasta, a tu wciąż nie ma tablicy poświęconej Nadburmistrzowi von Winterowi.

Nie ma tablic wielu… które w takim mieście jak Gdańsk po prostu powinny być.

Postuluję od lat powieszenie tablicy „ku czci” von Wintera, ale jakoś ten wyjątkowy człowiek wciąż przegrywa z … no właśnie, z czym??

… Niewiedzą?

… Brakiem solidnych gdańskich korzeni u decydentów?

… Niechęcią, czy też zwyczajnie brakiem pieniędzy ???

Teraz kampania wyborcza – może coś się ruszy 😉

Zaniechanie to grzech i to poważny… Popełniany niestety w Moim Mieście od lat 😦

Published in: on 8 sierpnia 2010 at 18:09  Dodaj komentarz  

Taki sobie zameczek ;)

Dawno nie pisałam… Ale też z trudem łapię oddech. Sezon daje popalić 😉

Ale nieco podładowałam akumulatory, bo byłam w Wiadomym Zamku.

Dzisiaj Wiadomy Zamek tak wyglądał:

Czyż to nie Miejsce Magiczne???

Published in: on 4 sierpnia 2010 at 19:53  Comments (1)  

Wizyta Księcia Danii

Zacznę od truizmu: w pracy przewodnika zdarzają się różne grupy… W ciągu  przeszło 8 lat mojego „przewodniczenia” zdążyłam oprowadzić gości różnej proweniencji.

Nie mam zwyczaju dopytywać się, kim są moi wycieczkowicze, jeśli sami nie mówią. Takie informacje zresztą i tak otrzymuję od stosownych służb, lub agend rządowych. Czasem miewam gości incognito, acz znanych z pierwszych stron gazet czy TV. Czasem moi goście sami się przedstawiają.

Są jednak tacy Goście, którzy zdecydowanie nie muszą się przedstawiać… NIKT ich nie musi przedstawiać…

I jednego z takich właśnie Gości miał Wiadomy Zamek podczas tegorocznej edycji Oblężenia Malborka…

Książę Danii Henrik zapragnął zwiedzić stolicę państwa zakonnego. A mnie przypadła rola Jego przewodnika po tej Wyjątkowej Kupie Cegieł.

Jego Królewskiej Wysokości towarzyszyli Pan Ambasador Królestwa Danii w Polsce, Konsul Honorowy Królestwa Danii, a także baronowie z otoczenia Księcia.

Jakby stresu było mało – czujne oko i ucho Dyrektora Muzeum Zamkowego łowiło moje słowa. Więc po raz kolejny zdawałam egzamin tak muzealny jak i książęcy…

I powiem tak: to był ogromny zaszczyt i wielka przyjemność!

A Zamek…

No cóż – Zamek kolejny raz udowodnił swoją moc – tym razem zachwycając Jego Królewską Wysokość Henryka, Księcia Danii.

*      *      *

Dziękuję Panu Konsulowi za zdjęcia 🙂

M.Q., M.M. – dziękuję za wsparcie i kojącą obecność 🙂

Dr Hilary Koprowski

Niedawno przekopywałam się przez stare zdjęcia, w poszukiwaniu … minionego czasu.

A dokładnie w pralni czekając, aż pralka odwiruje pranie – musiałam się czymś zająć… I tak trafiłam na zdjęcie mojego przybranego brata z Nigerii. Brata, który zresztą zginął w jednym z ostatnich bombardowań podczas Wojny Biafrańskiej. Leke – bo tak się nazywał mój brat, miał kłopoty z chodzeniem, bowiem przebył polio…  Mama, jako zdolny rehabilitant robiła wszystko by go usprawnić, ale pewnie nie na wiele by się to zdało… Los  zresztą i tak zdecydował inaczej.

Tyle wspomnień rodzinnych… Czas przejść do sedna…

Mało kto wie, że walka z polio stała się możliwa dzięki Polakowi.

To urodzonemu w Warszawie w roku 1916 Hilaremu Koprowskiemu zawdzięczamy spokój ducha w tej materii. Długo choroba o złowieszczej nazwie „Heine-Medina” spędzała matkom sen z oczu. A człowiek utykający, czy z niedowładem ręki – natychmiast wzbudzał litość, jako ten po Heine…

Szczepionka dra Koprowskiego to czasy zupełnie nie tak dawne… To lata 1950-te.

W Polsce zastosowane je po raz pierwszy w roku 1959.  Trwała bowiem w kraju epidemia polio. Dzieci zapadały masowo na tę straszną chorobę., o czym mówią nam statystyki:  około 6 tysięcy w roku 1958. Profesor uzyskał od jednego z koncernów 9 milionów dawek szczepionki dla Polski. Pozwoliło to na zmniejszenie liczby zachorowań do około 30 w roku 1963. Spadła też gwałtownie liczba zgonów na tę chorobę.

Ja po raz pierwszy usłyszałam o Hilarym Koprowskim właśnie w Nigerii. Z powodu Leke.  Czy wiele osób wie o tym człowieku i jego niebagatelnym wpływie na spokój ducha wszystkich Mam?

A TU i TU można przeczytać o doktorze Koprowskim.

A TU o biciu piany i głupocie reporterów…

Jesienne wspomnienie Zamku

Jako, że lato w pełni i upały wreszcie panują słuszne, we poszukiwaniu ochłody sięgnęłam do swoich notatek. Ponieważ to, co mam na pewno – to „rozbabrane” artykuły i opowiadania – a czasu … nie bardzo, to wyciągnęłam gotowy opis jednego dnia – a raczej popołudnia i wieczoru sprzed roku.

Opis dotyczy – jakżeby inaczej… Wiadomego Zamku.  Załączam go – bo często taki finał dnia jest moim udziałem w tym wyjątkowym miejscu 🙂

„Jechałam pociągiem do Wiadomego Zamku…

Kolejny raz zastanawiałam się, jakież piękne są Żuławy o tej porze roku. A raczej – jeszcze piękniejsze niż zazwyczaj! Po polach ścieliły się dymy z ognisk. Powietrze było zupełnie przejrzyste (dr Bogna Jakubowska nazywa to przejrzystością krajobrazu żuławskiego..) i na dodatek świeciło obłędne słońce.

Oczywiście aparatu nie miałam 😦

Zamek widoczny był już z daleka i sprawiał nieco nierealne wrażenie. Za Nogatem bowiem była mgła dość niska i nie przeszkadzająca w delektowaniu się pięknem świata. Ale sam  zamek wyglądał jakby płynął ponad ziemią. Wielki, ciemny i dostojny…

A potem – podczas oprowadzania – otworzyłam zachodnie okienko w Gdanisku. Było już bardzo po południu i słońce właśnie „brało się” ku zachodowi. Moim wycieczkowiczom aż dech zaparło. Mnie zresztą też!

Tuż nad ziemią mgiełka miała kolor szarobłękitnego dymu, na wysokości okien domów na zachodnim brzegu, zmieniała się w lekko różową,  a im wyżej – tym jaśniejszy ten róż był i bardziej przejrzysty.

Nad tym wszystkim – dokładnie okrągłe słońce. Lekko różowe, przymglone i z błękitnymi mgiełkami przelewającymi się przez tę różową doskonałość. Na dodatek z piskiem przeleciała gdzieś za oknem pustułka.

Bardzo trudno mi było oderwać moich gości od tego okna, i gdyby nie wizja spuszczanych na noc psów, pewnie byśmy tak trwali w oniemieniu.

Kiedy schodziliśmy z Zamku Wysokiego, nagle zrobiło się bardzo czerwono, właściwie – purpurowo. Ostatnie promienie – a raczej „lawa” promieni słonecznych zalała cały zamek. I nas na moście.

Najpiękniej w tym wyglądał Pałac. A wnętrza w ciszy późnego popołudnia aż  prosiły o pędzel, płótno i paletę… Jeden z moich gości zaśpiewał psalm w Letnim Refektarzu, oświetlonym tym niesłychanie czerwonym światłem  zachodzącego słońca.

Pan – w wieku około 65 lat o czystym i mocnym tenorze, odśpiewał ów psalm i zamilkł. Zamek zamarł. Cisza zrobiła się taka, że  było ją dosłownie słychać… W tej ciszy pełnej oczekiwania na jeszcze – słychać było z dziedzińca głosy zachwytu.

A potem nagle znikła purpura, mgła zszarzała całkowicie i powolutku zapadł zmrok.

Magia.”

To nie to co w opisie, ale smugi na niebie niedaleko Zamku dla zobrazowania tego, co widziałam:)

*     /     *

I pomyśleć, że gdybym była pokorna, to nie odważyłabym zapisać się  te  parę lat temu na kurs przewodników po Zamku, zwiedziona ogłoszeniem, że  rekrutacja obejmuje osoby DO 45 roku życia 😉

Published in: on 10 lipca 2010 at 18:22  2 Komentarze