Frombork – smaczny obiad w hotelu

Czas jakiś temu, po odwiedzeniu wszystkich naszych ulubionych zakątków fromborskich – zgłodniałyśmy potężnie (jak zwykle stały „zestaw” – A.S., M.H., E.H. i ja). Na wszelki wypadek poszłyśmy do Hotelu Kopernik. Pamiętałam bowiem to miejsce z przyzwoitego jedzenia i równie przyzwoitych warunków bytowania podczas jednego z pobytów z grupą.

W hallu przywitał nas, jak zwykle, wielki owczarek alzacki. To pies właściciela, zupełnie niegroźny i wyjątkowo spokojny i sympatyczny. Obwąchawszy nas merdnął raz (słownie RAZ) ogonem i poszedł na zaplecze.

A my usiadłyśmy przy oknie z widokiem na pusty o tej porze roku Frombork, i zamówiłyśmy obiady. Ja – kotleta schabowego z surówkami, do tego mizerię i ziemniakami puree.

Dostałam to, co chciałam. Mizeria była prawdziwa. W takim sensie, że pachniała mizerią, a nie chemią, i była świeża. Puree ziemniaczane było gładkie i pachnące masłem. Zaś kotlet schabowy był chrupki. I wielki. Cena zestawu niewygórowana, podanie sprawne i sympatycznie, z uśmiechem.

Dla głodnych: warto tam zjeść. Ja tam wracam za każdym pobytem.

Frombork – znakomita kawa i ciasto w Wieży Wodnej

O mojej sympatii do tego wyjątkowego miejsca „na końcu świata” – jak pisał o Fromborku Mikołaj Kopernik – nie muszę nikogo przekonywać. To widać po moich wpisach na blogu. Zresztą to sympatia do Fromborka była powodem mojego podejścia do egzaminu na przewodnika terenowego po województwie warmińsko-mazurskim.

Samo miasteczko – zamieszkałe przez około 2,5 tysiąca mieszkańców jest nazywane Perłą Warmii, Świętej Warmii.

Od lat dziwi mnie, że wciąż jest miastem „na końcu świata”, i że wciąż trudno namówić biura turystyczne na wplecenie tego zakątka kraju do programów wycieczek. A przecież jest tu co zwiedzać, tak jak jest co oglądać poza Fromborkiem.

I najlepszym dowodem tego jest fakt, że często miewam do Fromborka grupy – moje prywatne. Nawet jeśli nie oprowadzam ich po Wzgórzu Katedralnym (bo nie zawsze jest na to czas), to przynajmniej zajeżdżamy do miasta.

Ale w lecie – kiedy mam tzw. „rutynowe” grupy do Katedry i Muzeum – to po zwiedzaniu – idziemy obowiązkowo na kawę i ciastko do Wieży Wodnej.

Letnie leniwe popołudnia, smaczna kawa i przepyszne ciastko na talerzu – i widok na Wzgórze Katedralne.

Czegóż więcej potrzeba ?

Gospodarze Wieży Wodnej świetnie trafiają w gust gości, a dbałość o klientów jest prawdziwie staropolska. Dlatego od lat … nie pamiętam ilu – zaglądam tam chętnie. Nie tylko na kawę i ciastko, ale też na odpoczynek psychiczny.

Wieży Wodnej nie można nie zauważyć, bo jest położona vis a vis Wzgórza Katedralnego. A od wiosny przed wejściem wystawiony jest ogródek kawiarniany, chętnie odwiedzany przez turystów. Sama Wieża – wybudowana w latach 70. XVI wieku za zadanie miała ułatwiać dostarczanie wody na Wzgórze Katedralne. I dzięki systemowi czerpaków – istotnie tę rolę spełniała znakomicie. Mawia się, iż było to drugie takie urządzenie na świecie. Dzisiaj na szczycie znajduje się punkt widokowy, a w przyziemiu – wspomniana kawiarnia i sklep z pamiątkami i wydawnictwami.

A więc – do zobaczenia we Fromborku na kawie i ciastku po zwiedzeniu Katedry i Szpitala Św. Ducha.

Toruń – orientalnie

Wiozłam do Torunia grupę Koreańską. Po oprowadzeniu ich po Toruniu – puszczałam ich dalej w Polskę. I musieli wyjechać o konkretnej godzinie. Ale przed wyjazdem chcieli zjeść w mieście i żadnej innej kuchni nie chcieli, tylko orientalną. No i gdzie ja miałam im załatwić taką kuchnię ???

Kiedy już byłam całkiem zdesperowana, wpadła mi w oko nic nie mówiąca nazwa, o „swojskim” brzmieniu: Chang Lin, przy Szosie Lubickiej 166e, (tel. 56 648 72 67).

No, mniej atrakcyjnej lokalizacji nie mogłam znaleźć… Tuż przy ruchliwej arterii, na dodatek w pawilonach, takich z czasów PRLu, i na tyłach blokowiska. Ale nie miałam co wybrzydzać. Innej możliwości nie było – obdzwoniłam wszystkie restauracje w mieście. Zostało tylko to…

Biuro wzięło na siebie umówienie nas tam i zamówienie posiłku na 20-parę osób. I to był mój błąd. Pracownica biura, operująca niezbyt wyraźnym angielskim widać nie dogadała się z restauracją. Bo kiedy coś mnie tknęło i sama zadzwoniłam – usłyszałam, że najwcześniej za jakieś dwie, trzy godziny będą gotowi na przyjęcie mojej grupy. Sęk w tym, że grupa nie mogła czekać, musiała zjeść za pół godziny. I to przecież wyraźnie ustalałam z biurem.

Zapanowała nerwowa atmosfera, bo niezrozumiałym dla mnie jest żeby w dniu dużego zamówienia przychodzić do pracy na tzw. ostatnią chwilę. Zapowiedziałam wiec, że jadę i że jedzenie musi być, bo w przeciwnym wypadku zabiorę grupę gdzie indziej i kto inny zarobi… Oprócz tego, zawiadomiłam biuro.

Widać poskutkowało – obie interwencje okazały się na tyle skuteczne, że jedzenie było niemal gotowe, kiedy zajechałam autokarem.

Podano do stołów… Podano z uśmiechem i uprzejmie.

Rosół był smaczny o wyrazistym smaku. Drugie danie wjechało skwierczące na tackach – i było wyśmienite. Wołowina w 5 smakach, bo to właśnie wjechało takie skwierczące, naprawdę mile zaskoczyła. Do tego ryż (i chleb, dla chcących). Nie pamiętam deseru – jedynie danie główne.

Wszystko było smaczne – ba, nawet bardzo smaczne. I na pewno tam wrócę – bez względu na to, czy z grupą czy sama.

Wystrój restauracji mógłby być lepszy, ale głodny nie patrzy dokoła. 😉

Published in: on 19 stycznia 2012 at 00:35  2 Komentarze  

Galiny: rodzinnie – smakowicie i niebanalnie

Do Galin mam specyficzny stosunek. I nic tego nie zmieni. Zawsze tam będę wracała z chęcią – do Miejsca Serdecznego.

Ale oprócz tego, że to miejsce z atmosferą, to jeszcze jest to miejsce ze smakiem 🙂 i to JAKIM smakiem 🙂

Nie lubię kaczki.

Po prostu nie lubię i już. Kiedy tylko bywaliśmy w Polsce, musiałam jeść kaczki upolowane przez jednego z moich wujów. Nie dość, ze napawało mnie to obrzydzeniem, to na dodatek one po prostu (przepraszam za wyrażenie) – śmierdziały. I nie pomogło to, że moja ciotka była doskonałą gospodynią i świetnie gotowała. Mnie to wszystko śmierdziało i koniec.

Toteż – gdy przyjechaliśmy z Dionizym do Galin po raz pierwszy i w tzw. pakiecie ujrzałam na jedno z dań KACZKĘ z jabłkami i kluseczkami – zamarłam. Dzielnie jednak nie chcąc robić przedstawienia, poczekałam na podanie owego znienawidzonego dania, zastanawiając się JAK ja to zjem… No i „wjechała” kaczucha na stół. Porcja duża. Może nawet bardzo duża. Ale myśmy byli po całodniowym objeździe tej części Prus Wschodnich i naprawdę byliśmy głodni.

Dyskretnie pochyliłam się nad talerzem, i pociągnęłam nosem. Kaczucha pachniała smakowicie. Skoro doznania węchowe mnie nie odrzuciły, spróbowałam tego specjału.

Z trudem się powstrzymałam by nie wylizać kosteczek 🙂

Zjadłam wszystko, prawie pękłam ale zjadałam. Ba! Ja to wciągnęłam po prostu. Kluseczki były wyśmienite (a przecież tak łatwo je rozgotować i zepsuć smak!), kaczucha rozpływała się w ustach, dodatki doskonale dodawały ostrości.

Słowem – oświadczam, że w Galinach można nie tylko wyleczyć duszę skołataną po długim sezonie – ale też można zmienić gust kulinarny.

I oświadczam, że LUBIĘ kaczuchę galińską…

Ale to, co tam wprost uwielbiam to ich mus czekoladowy. 🙂

I w nosie mam, że to pewnie jest jakaś bomba kaloryczna. Niech sobie będzie. Jest to tak rewelacyjne, że aż trudno się ograniczyć do jednej porcji.

Śniadania galińskie są bardzo obfite, urozmaicone i smaczne. Na stole królują dżemy i konfitury własnej roboty, a także pasty do chleba robione domowym sposobem. No i chleb mają swój. Nie lubię chleba, bo robiony jest na jakiejś chemii – i śmierdzi. Zwyczajnie śmierdzi stęchlizną.

Chleb galiński natomiast pachnie chlebem, wsią, domem. I smakuje chlebem…

Ostatni raz taki pyszny chleb jadłam lata temu w Klikuszowej (niedaleko Nowego Targu) i na M/S Świdnica (Ojciec miał rewelacyjnego kucharza, który piekł znakomity chleb).

No i jajecznica galińska ma kolor prawdziwej jajecznicy. I takiż smak. 🙂 Żadne tam anemiczne prawie białe żółtka. Normalnie kolor klasycznej „jajcówki” pamiętanej z dzieciństwa.

Jednym słowem – mniam.

Jak trafić do Galin? Trzeba jechać drogą nr 57 Bartoszyce – Biskupiec. Warto zjechać z drogi do Gospody przypałacowej na kaczuchę, czy krem z borowików, albo na mój ulubiony mus 🙂

Wrocław – szybko i samoobsługowo

Ilekroć jestem z moimi grupami we Wrocławiu, jadamy w jednej z restauracji w Rynku.

Jednak jeśli chcę zjeść szybko i do tego smacznie, to co JA chcę, idę tam, gdzie dużo ludzi, i gdzie jest w miarę niedrogo. Wolę wydać pieniądze na wstępy do muzeów, czy na książki niż na droga restaurację.

Jednym z takich miejsc „na chybcika” jest restauracja (a może powinnam napisać: bar) Marche przy ul. Świdnickiej. To niedaleko hotelu, w którym zazwyczaj mieszkam z grupami.

Zaletą takich miejsc jak Marche jest to, że bez straty czasu można wybrać sobie to, co się widzi na „stoiskach”, i tyle ile się naprawdę zje. Dostaje się stempelki na specjalnej kartce, którą otrzymujemy przy wejściu i potem w kasie płaci się za to, co się zjadło. Bywają też tzw. Happy Hours, czyli wszystko taniej. Ja jednak nie miałam szczęścia (bo i czasu nie miewam dużo – przecież jestem w pracy). Nie próbowałam tam ciasta, wiec nie wiem jak smakuje (zresztą nie przepadam za ciastem). Poza tym – głównie jadłam dania kuchni polskiej. jest dość smaczna.

Z tego, co wiem, we Wrocławiu otwarto w październiku zeszłego roku następny taki punkt – w Galerii Dominikańskiej przy Placu Dominikańskim. Z pewnością zajrzę i tam. 🙂

A ponieważ Wrocław kusi różnymi miejscami, gdzie można smacznie zjeść, toteż nie omieszkam ich opisać. 🙂

Rydzyna – domowo

Jechałam z Gniezna do Wrocławia.

Po zwiedzaniu Katedry z przesympatyczną przewodniczką, czas było pomyśleć o jakimś jedzonku. Tym bardziej, że o śniadaniu w Toruniu wszyscy już zdążyli dawno zapomnieć 😉

Nie była to wtedy jeszcze „moja” trasa, więc nie bardzo wiedziałam, gdzie warto zjeść…

Ale – świetny Kierowca to doprawdy POŁOWA sukcesu wycieczki. I tym razem A. zaradził. Przypomniał sobie bowiem, że jadł kiedyś żurek w Rydzynie.

Na hasło żurek zawsze reaguję. Mimo, iż nie lubię żuru, jadam go czasem. Musi jednak być zrobiony znakomicie.

Natomiast wszędzie i zawsze jadam PIEROGI. Koniecznie z mięsem lub ruskie. I jeśli te są nie do zjedzenia, (jak w jednej ze znanych restauracji gdańskich, nb. ponoć specjalizującej się w pierogach 😦 ) to znaczy, że nic w danym miejscu nie będzie smaczne. I to z reguły się sprawdza.

No więc, jak A. wspomniał, że w zamku rydzyńskim podają również pierogi, zdecydowałam, że jedziemy. I tak było niemal po drodze. Dostałam od A. numer telefonu i zadzwoniłam do restauracji zamkowej. Natychmiast dostałam trzy propozycje menu. spisałam na gorąco, przetłumaczyłam i moja grupa wybrała, co kto chciał. Oddzwoniłam, podając czego ile zamawiam i kiedy dojechaliśmy do zamku, obiad już czekał.

Ceny za cały zestaw – były nader przystępne (od 25 do 35 zł). Oczywiście w tym roku pewnie nieco podskoczą, ale i tak warto się tam zatrzymać. Jedzonko bardzo smaczne – domowe. I podane bardzo ładnie. Między innymi szparagi robiły furorę, bo były wyśmienicie przyrządzone.

A dodać muszę, że z reguły mam tzw. trudne dietetycznie grupy. Często są to naprawdę takie wymagania i obostrzenia zdrowotne, o których mi się nawet nie śniło. I z tym – Restauracja Zamkowa doskonale sobie poradziła.

I jeszcze jedno – wnętrza są przytulne, Obsługa miła i pełna wyrozumiałej cierpliwości. Głębokie talerze są tam NAPRAWDĘ głębokie. A skwarki do pierogów są prawdziwe. 🙂

Niestety nie mam zdjęć jedzonka rydzyńskiego, ale mam parę zdjęć wnętrz restauracyjnych.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dodać należy, że przed zamkiem jest parking zarówno dla autokarów (bezpłatny) jak i dla samochodów. Jest to miejsce przyjazne również dla osób niepełnosprawnych – mają windę, która zawiezie gości z hallu wprost do restauracji.

Będę tam wracała z kolejnymi grupami – jak tylko moja trasa będzie wiodła w pobliżu. I serdecznie polecam to miejsce.

Z ostatniej chwili

Niestety właśnie otrzymałam maila:

niniejszym chciałbym poinformować, że restauracja w zamku w Rydzynie jest już nieczynna.
Przy planowaniu wycieczek w bieżącym roku polecam naszą restaurację w Lesznie.
Więcej szczegółów oraz zdjęcia można zobaczyć na stronie
http://www.renoma-leszno.pl

WIELKA SZKODA, bo pałac w Rydzynie (jak i sama Rydzyna) miał niepowtarzalny klimat, a jedzonko tam było wyśmienite !!!

Malbork: poezja smaku – smak gotyku

Druga połowa 2011 roku upłynęła pod znakiem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. I w pewnym momencie, pod przewodnictwem Pana Jana Tombińskiego, Pomorze odwiedzili ambasadorowie akredytowani przy Unii.

Ponieważ miałam wielką przyjemność opiekować się ową zacną Grupą podczas wizyty, wiem, co i gdzie nasi Goście jedli.

I tu zdecydowanie warta jest wspomnienia wizyta w Malborku, jako że w pomorskim itinerarium grupy Ambasadorów znalazł się oczywiście Wiadomy Zamek.

A tam…

Bogdan Gałązka – Szef Gothic Cafe & Restaurant zgotował ucztę. Nie tylko dla podniebienia, ale także dla oczu. Zostało to zresztą docenione owacją na stojąco… Żałuję, że nie dysponuję zdjęciami z tej eleganckiej uczty…

Ale Gothic Cafe to nie tylko osobistości z pierwszych stron gazet, (a bywa ich tu sporo).

To także Akademia Kulinarna dla Dzieci i dla Dorosłych (frajda wielka, bo sama brałam w czymś takim udział), to obiady czy lunche dla gości tak Zamku, jak i Miasta Malborka (i nie tylko Malborka!). To wreszcie restauracja otwarta dla turystów odwiedzających Zamek tak w dzień jak i podczas nocnego zwiedzania Zamku. To także niezapomniane wesela. 🙂

A wszystkich – bez względu na ich status społeczny czy finansowy wita Bogdan. Z uśmiechem, serdecznie zapraszając do stołu. Bogdan jest Artystą, i jako taki czerpie radość z tego, że komuś się podoba aranżacja stołu, że smakuje danie, że ktoś docenia Jego starania. Starania Jego i Jego Zespołu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

I niech nikt nie myśli, że ta restauracje jest okropnie droga. Oczywiście, jakość kosztuje, ale ceny są również na tzw. standardową kieszeń. A że podane to wszystko jest tak, jakby owa standardowa kieszeń należała do głowy koronowanej, to najlepszy dowód na to, że elegancko wcale nie znaczy rujnująco…

Menu przewiduje zaspokojenie wszelkiego rodzaju podniebień. Zarówno tych, dla których specjalna dieta jest wymogiem niemal ratującym życie, jak i tych, gdzie „zwykła fanaberia” pcha do poszukiwań coraz to nowych zestawień smakowych…

I jeszcze jedno – nie zdziwcie się, jak Bogdan „wyjedzie” z kuchni ze swoim słynny ciastkiem serowym… Wielkim jak cały Zamek… I jak oznajmi na widok Waszych wielkich oczu: „Phi, tu nie ma żadnych kalorii”… No bo nie ma… Według Bogdana – wyparowały, bo ciastko jest obcięte z czterech stron. I to tamtędy wyparowały kalorie 🙂

Od co najmniej 5 lat jadam Jego ciasta nie tylko serowe – BEZ kalorii – potwierdzam 🙂

(zdjęcia, jakie tu zamieściłam, a które powodują każdorazowo ślinotok – zostały zrobione przez Zespół Gothic Cafe & Restaurant)

Smaki Polski – smaki polskie

Zacznę od truizmu (już bodaj gdzieś rozpoczęłam truizmem właśnie) – że w moim życiu przewodnicko-pilockim wiele jeżdżę po Polsce.

Ale moje życie to nie tylko sprawy zawodowe. Bo przecież po sezonie jeżdżę (jeździmy) prywatnie. Na wakacje 🙂

No i wszędzie gdzieś trzeba zjeść. Bo przecież, co to za wycieczka bez zjedzenia czegoś pysznego… Nie zawsze jest to pyszne i nie zawsze warto zatrzymywać się na „popas”…

Tutaj jednak nie będę pisała o miejscach niewartych wspomnienia. Tu będzie tylko o smakowitych.

I ponieważ na razie jest zima – jest czas by pozbierać parę takich miejsc z notatek rozsypanych dokoła.

Mam nadzieję, że to pomoże mojemu Szanownemu Koleżeństwu, a może ktoś z rodziną jadąc na wycieczkę także skorzysta z tych podpowiedzi 🙂

Zapraszam też do dzielenia się swoimi doświadczeniami smakowymi i adresami godnymi polecenia. Chętnie je tu zamieszczę.

Stworzymy w ten sposób mapę Smakowitej Polski 🙂

Published in: on 18 stycznia 2012 at 11:12  Comments (1)  

W zachwycie – Wiadomy Zamek

Wczoraj byłam na szkoleniu w Wiadomym Zamku. A że wysiadłam w Kałdowie – to miałam wyjątkowy widok na Wiadomy Zamek 🙂

Oto on – odrealniony – płynący w przedwieczornej ciszy zimowej, z odbiciem w absolutnie niemal gładkim Nogacie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Published in: on 17 stycznia 2012 at 13:03  Dodaj komentarz  

Leśniewo – Dolne i Górne. Śluzy

Zawsze chciałam zobaczyć na własne oczy tę potężną śluzę, opisywaną mi przez znajomych, pokazywaną mi na zdjęciach i wzbudzającą podziw potęgą (mimo „po-wojnia”) i tajemniczością.

Zaznaczyłam więc na mapie Leśniewo i ruszyliśmy. Zresztą i tak mieliśmy po drodze, bo jechaliśmy na obiad do Węgorzewa. W listopadowej szarości dnia zauważyłam z okna auta coś, co dla mnie (laika w sprawach budowli militarnych) wyglądało jak gigantyczny schron – wybudowany tuż przy drodze. Po moich ostatnio częstych wycieczkach do Wilczego Szańca – wszystko mi się kojarzy ze schronami ;).

To jednak nie był schron – a śluza w Leśniewie Dolnym. Nie miałam wcześniej pojęcia, że są dwie śluzy. Znałam ze zdjęć i opisów tylko tę wielką, do której trzeba było ponoć iść dobry kawałek przez las.

Ale ta także mnie zachwyciła. Aż zaniemówiłam na widok potężnej konstrukcji, co w moim przypadku dowodzi, że naprawdę byłam pod wrażeniem. Zdążyłam „pstryknąć” parę zdjęć i zjechaliśmy na parking tuż przy drodze.

Chciałam zrobić zdjęcia tej niesłychanej konstrukcji z góry, z poziomu parkingu, nawet nie marząc o tym, że Leśniewo Górne będzie w zasięgu aparatu i wzroku… A co najważniejsze – nóg. Ale, że drogowskaz pokazywał odległość 500 metrów, pomyślałam, że grzechem byłoby być TAK blisko i nie zobaczyć tego giganta.

         

Ruszyłam przed siebie w listopadową bezlistną szarość. Po chwili szybkiego marszu – ujrzałam zarys sylwetki betonowej budowli spomiędzy gałęzi. I wkrótce widziałam to coś na własne oczy i to z bliska. Wreszcie moje marzenia się ziściły. Można by powiedzieć, że w dziale marzeń nic lżejszego nie było ;).

Zeszłam ścieżką wydeptaną w trawie (drewniane schodki jakoś nie wzbudzały zaufania), żeby zrobić zdjęcia nie tylko budowli, ale także tej osławionej dziurze po gapie. Jak głosi plotka, owa gapa, strącona, leży gdzieś w wodzie śluzy. Ale czy ktokolwiek próbował tam nurkować i szukać, nie mam pojęcia. Zresztą już samo spojrzenie w tę wodę napawało strachem, i przywodziło na myśl mroczne opowieści rodem z horroru.

Śluzę więc sfotografowałam. Nie tak jednak, jak bym chciała, ale mój lęk wysokości i paniczny strach przed ciemną wodą skutecznie mnie pchał z powrotem na ścieżkę. Zresztą wyszedł po mnie Dionizy, zaniepokojony moim zniknięciem. Kiedy bowiem przeczytał informacje na tablicach na parkingu, wiedział, że nie odpuszczę takiej okazji.

A już po powrocie do domu znalazłam w sieci ciekawą stronę o Kanale Mazurskim, którego częścią są (były, miały być) właśnie śluzy w Leśniewie Dolnym i Górnym.

Wrzucam tu parę zdjęć z tego niesłychanego miejsca i zastanawiam się CO jeszcze mi się rzuci w obiektyw następnym razem w tej magicznej krainie… Zawsze będę twierdziła, że Prusy Wschodnie to kraina Wielkiej Historii i małej także. Więc tu nie sposób się nudzić :). Nawet, jeśli tak jak ja – nie lubi się jezior.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

p.s. sympatyczny psiak, pojawiający się na zdjęciach, nie był bezdomny. Miał obrożę i należał do domu stojącego przy parkingu. On po prostu każdego witał i odprowadzał do śluzy a potem z powrotem do parkingu. Ot, taki samozwańczy śluzowy :).

Published in: on 7 stycznia 2012 at 23:03  4 Komentarze