Zantyr – w Archeologii Żywej

Odkąd pamiętam – kwestia Zantyru zawsze rozpalała wyobraźnię i umysły wszystkich, którzy choć trochę kojarzyli i kojarzą nazwę 🙂

I oto w ostatnim numerze Archeologii Żywej (Nr 6(58) listopad-grudzień 2011) jest artykuł traktujący właśnie o tym dotychczas na poły mitycznym miejscu.

Poniżej słowa wstępu do artykułu:

Zantyr to gród – legenda, tym bardziej nieuchwytny, Im bardziej zażarte spory dotyczące jego lokalizacji się toczą. Tymczasem archeolog Zbigniew Sawicki z Muzeum Zamkowego w Malborku bez rozgłosu wydobywa z ziemi pamiątki po pierwszyzn krzyżackim komturstwie na Żuławach Wiślanych – centrum władzy zakonu przed przeniesieniem stolicy do Malborka. O tajemnicach Zantyru badacz opowiada Joannie Orłowskiej-Stanisławskiej.

Aby dostawać magazyn do domu, wystarczy wejść na stronę Archeologii Żywej, zalogować się, a następnie wykupić  prenumeratę.

Warto 🙂

Published in: on 7 stycznia 2012 at 20:23  2 Komentarze  

Gdańsk – wieczornie

I tak sobie szłam przez Miasto Moje Wieczorne i zachwycałam się nim od nowa… Jakiś księżyc nad Św. Jerzym, a do tego Brama Długouliczna, i widok na Ratusz. Wszystko to aż pchało mi się w obiektyw. I do ucha – bo akurat „grał” Ratusz.

A przy sposobności oczy przyciągnęła, po raz nie wiem który, Brama.

Kiedyś stała tu średniowieczna brama – taka ceglana 🙂 zwykła, jak to brama. Aż w XVII wieku nadszedł czas zmian. Ależ musiano narzekać (a może nie) na bałagan i rozbabrane miasto podczas licznych przebudów w tym czasie. Z Bramą (i nie tylko z nią) nieodłącznie związana jest postać Ambrahama van den Blocke’a (van den Block, lub van den Blocke, bo spotykamy się z różną pisownią jego nazwiska). Figury na balustradzie gzymsu koronującego odkute zostały przez Piotra Ringeringa jakieś 30 lat po powstaniu Bramy w obecnym kształcie. Usunięto je jednak w drugiej połowie XIX wieku. I dlatego, gdy po wojennych zniszczeniach odbudowywano Miasto i przy sposobności zdecydowano się odtworzyć brakujące figury na Bramie – trzeba było posłużyć się ceramicznymi kopiami z roku 1878. Mówiąc o zniszczeniach wojennych – mam tu głównie na myśli marzec 1945 roku – miesiąc śmierci Miasta, błędnie często nazywany „wyzwoleniem”.

Patrząc dzisiaj na Bramę Długouliczną, zwaną popularnie Złotą, widzimy ją po restauracji, czy do końca udanej – można by dyskutować.  Ale i tak mimo wszystko skupiamy się na przekazie, jaki niesie – starając się nie zauważać niedociągnięć dokoła.

I tak stojąc w niezmiennym zachwycie przed świetnie oświetloną Bramą, patrzyłam na figury, usiłując je zmieścić w obiektywie aparatu i zastanawiając się nad głębią treści i ideologią sprzed wieków. Może i sprzed wieków, ale jakże wciąż aktualną… Bo cała Brama mówi, opisuje Miasto, daje wskazówki jak je postrzegać.

A więc mamy od zachodniej strony figury przedstawiające: Pokój, z gałązką palmową i laską oplecioną laurem; to triumf i zwycięstwo. Pokój zazwyczaj depcze alegorię wojny z zarzewiem (głowa żeńska z pochodnią). Zaraz obok, po sąsiedzku stoi Wolność z kapeluszem i kodeksem prawnym. Kapelusz – a właściwie pileus – był znakiem wolności, bo nakładano go na ogoloną głowę świeżo wyzwolonego niewolnika. Dalej stoi Obfitość – tłumaczona jako Bogactwo. I tu nie trzeba nic wyjaśniać – dzierży Róg Obfitości. No i czwarta figura to Sława. Trzyma trąbę (to jej nieodłączny atrybut) i tarczę słoneczną oznaczającą blask wiecznej światłości, a depcze Zawiść (Zazdrość).

Od wschodu zaś (czyli od strony ulicy Długiej) widać Roztropność z lunetą i zegarem. To może bardziej Umiarkowanie – bo zegar to regularny i wstrzemięźliwy rytm życia, a luneta – to dalekowzroczność. Dalej, wznosząc oczy ku niebu stoi Pobożność z Pismem Świętym a zaraz obok niej Sprawiedliwość z wagą i prętem mierniczym w jednej, a gałązką oliwną i mieczem w drugiej ręce. Ten pręt mierniczy pojawia się potem jeszcze na plafonie w Letniej Sali rady ratusza Prawego Miasta. A wziął się z Ewangelii ” odmierzam wam bowiem taką miarą jaką wy mierzycie” Łk 6:38. No i najbliżej Dworu Bractwa Św. Jerzego stoi Zgoda. Trzyma pęk ciasno związanych strzał, ale w drugiej dłoni ma jedną strzałę, złamaną. I tu na myśl przychodzi historia Skilurosa, władcy Krymu, i słowa „jednością silni”. A raczej – zgodnie z inskrypcją na Bramie, maksyma mówiąca, że „zgodą małe państwa rosną, niezgodą duże upadają”.

I to wcale jeszcze nie koniec czytania Bramy Długoulicznej. Ale najlepiej stanąć przed nią, czy to od zachodu, czy od strony ulicy Długiej i samemu wsłuchać się w to, co chce powiedzieć o ambicjach mieszkańców. I o pozycji Miasta – Wtedy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

MITY GDAŃSKA – dla każdego gdańszczanina i Gdańszczanina

Marcin Kaleciński – MITY GDAŃSKA – Antyk w publicznej sztuce protestanckiej Res Publiki – Gdańsk 2011 – Słowo/obraz terytoria

„Gedania Artistica – seria poświęcona historii sztuki Gdańska wydawana we współpracy z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego pod redakcją Małgorzaty Omilanowskiej i Jacka Friedricha.”

 * / *

Książka słusznej grubości – wszystkiego 415 stron łącznie ze spisem ilustracji. Ale przede wszystkim – książka bardzo słusznej zawartości merytorycznej.

Pierwsza taka pozycja w Mieście o Mieście. Obala wiele błędnych a utrwalonych opisów i interpretacji na temat antyku w sztuce gdańskiej (m.in. L. Pisarskiej – i to przestroga dla kolejnych pokoleń słuchaczy kursów przewodnickich).

To istne kompendium wiedzy i zaiste przydałoby sie, by stała się owa książka lekturą obowiązkową nie tylko dla przewodników – ale przede wszystkim dla nauczycieli – bardzo często błędnie prowadzących lekcje w terenie !!!

Autor, jak nikt przed nim (mam tu na myśli czasy powojenne) wyłożył znaczenie niemal wszystkich postaci zdobiących fasady i szczyty budowli tej Złotej Bramy Rzeczypospolitej, jaką był Gdańsk do rozbiorów.

Jak mu się to udało, mimo, że, jak wielu piszących o Mieście – jest także „Importem” ??? Ano recepta na to jest tak prosta, że aż dziwi, że wielu współczesnych (także włodarzy i architektów) tego jeszcze nie odkryło!!

Proszę bardzo cytuję:

Gdy przed dwunastu laty przyjechałem do Gdańska z południa, nie tylko oznaczało to, że opuściłem mój ukochany Kraków, ale także w sposób metaforyczny określało moje muzeum wyobraźni, zakorzenione w Śródziemnomorzu, w szczególności Italii. Zamieszkałem w nieznanym, obcym, wietrznym mieście, które w dzieciństwie jawiło się jako egzotyczne i niemieckie. Odkąd jednak Gdańsk stał sie miejscem, gdzie czekają na mnie moi Najbliżsi, naturalną potrzebą stało się oswojenie miasta w sobie, tym razem po to, by najpierw zrozumieć, a potem pokochać.

Noooo, nic prostszego – prawda???

Skutek tego oswojenia – mam w swojej bibliotece od jakichś dwóch miesięcy. I przyznam, że mimo, iż ja nie jestem Importem – Autor otwiera oczy i pozwala wyrzucić do kosza bajdy, jakimi wciąż karmi się nas i wymaga od nas w imię jedynie słusznej interpretacji.

No i jeszcze jedno …

Autor rozprawił się też z dniem dzisiejszym Miasta…

W świetle tego, bardziej zrozumiałe staje się to, że wciąż spotykamy się z jakimiś dziwnymi grymasami i stałymi przeciwnościami losu… (vide wciąż nierozwiązana sprawa skromnej tabliczki poświęconej Nadburmistrzowi von Winterowi, że niby szyld sklepu przeszkadza… no… złej baletnicy WSZYSTKO przeszkadza…)

Ale wracając do książki. Ten fragment dedykuję tym, którzy wciąż wprowadzają do Miasta obce elementy tak historii jak i tradycji:

Po 1945 na zawsze zamknęła się księga miasta-utopii, najbardziej europejskiego spośród miast na ziemiach Sarmacji, na zawsze została zerwana ciągłość życia rodzin i rodów gdańskich. Jednocześnie rozpoczęła się nowa odsłona w dziejach psychomachii gdańskiej – brutalna walka o zawłaszczenie duszy miasta poprzez fałszowania pamięci historycznej, politykę kulturowych faktów dokonanych (polonizacja nazwisk, nazw ulic i tak dalej). Odbudowane Główne Miasto do dziś stwarza wrażenie atrapy, pozbawionej charme’u makiety, dekoracji do sztuki, której protagoniści na zawsze zamilkli.

I dalej:

…Co gorsza, za zrekonstruowanymi fasadami manierystycznych kamienic, niegdyś zamieszkiwanych przez elitę, wydzielono klitki (metraż zgodny z normami bierutowsko-gomułkowskimi), zaludnione w dużej mierze „zdrowym” elementem proletariackim, który generuje pokolenia o niezmąconej świadomości i potrzebach (do dziś gdańskie Główne Miasto wieczorem sprawia wrażenie wymarłego). Charakterystyczne dla pierwszych dziesięcioleci PRL próby zastąpienia ideologią socjalistyczną w treści, a narodową w formie gdańskiego etosu mieszczańskiego w mutacjach powracają do dzisiaj w żerujących na ksenofobii Polaków manipulacjach typu „dziadka z Wehrmachtu”. Mimo upływu przeszło półwiecza odbudowane w dobrej wierze, acz w kaleki sposób miasto nie spatynowało się, nie zabliźniły się architektoniczne rany, ba miasto systematycznie jest oszpecane prowincjonalną zapóźnioną sztampową architekturą współczesną.

Nooooo, wreszcie ktoś to napisał dosadnie i bez ogródek …

Cytuję dalej, bo czytając te słowa, czułam się, jakbym czytała moje wypowiedzi – uciszane, co i rusz przez bardziej lub mniej (raczej zawsze mniej) obeznanych ze specyfiką Miasta:

Jako akt barbarzyństwa należy zakwalifikować zrównanie z ziemią dawnych cmentarzy gdańszczan, podjęte w złudnym przekonaniu, że niwelując kamienne tablice, na zawsze zatrze się pamięć o niemieckojęzycznych mieszkańcach Gdańska. Schyłek XX wieku przyniósł proceder zawłaszczania przestrzeni przez coraz to wyższe pomniki, coraz bardziej ostentacyjne w narodowo-katolickiej, nachalnej retoryce.

No i ukoronowanie całej krytyki siermiężnej jednostronności egzystencji, w jaką wpadło Miasto po wojnie:

Mitologizowany Sierpień w stoczni gdańskiej, przemawiający do szerokiej publiczności przede wszystkim, jako plebejska egzaltacja religijna, w najlepszym razie, jako „mały romantyzm popularnych stereotypów i wzruszeń”, zdaniem Marii Janion nie przekształcił kultury emocjonalnej w kulturę intelektualną, Janion tropiąc kicz solidarnościowy stała się śmiertelnym wrogiem populistycznej władzy budującej na legendzie Solidarności spoistość narodową, ufundowaną na mitach heroicznych i mesjanistycznych”. Władzy niepotrafiącej zbudować poczucia wspólnoty na wartościach obywatelskich, lecz jedynie na wartościach mityczno-narodowych.

Jak to się dzieje, że ten, który tu przybył zaledwie przed 12 laty lepiej to rozumie, niż ci, którzy są dziećmi osadników tuż powojennych, od swojego urodzonego „zawsze” mieszkający tutaj i niestety wciąż nierozumiejący tego Miasta??? Rozumiem, że mówimy takie słowa my (niewiele jest nas jednak), z historią rodzinną od wieków związani z Miastem – dla nas to oczywiste. Jednakże to nie od nas zależy estetyka Miasta; od nas nie zależy ani jego przestrzeń, ani jego powolne umieranie…

Kiedy wypalam z kolejną krytyką traktowana jestem jak obcesowiec i „czepialska”, której nic się NIC nie podoba no, bo nie podoba!

Vide szmaty wiszące na Długiej, a nazywane dumnie banerami reklamowymi…

Vide niechlujnie wykonane drogowskazy do miejsc atrakcji turystycznych… Kiedy zwróciłam dość obcesowo uwagę stosownym służbom – zawierając wiele wykrzykników w mailu – skutek był taki, że się na mnie … obrażono … Gratulacje 🙂

Dlatego tym celniejsze wydają się być spostrzeżenia „outsidera, który stał się insiderem” (słowa Autora), równie złośliwe, co gorzkie. Bo prawdziwe…

Polecam pospieszyć się z kupnem książki, rozchodzi się jak ciepłe bułeczki – i może się zdarzyć tak, że nie zostanie wznowiona, lub zostanie okrojona 😉 (jak wypowiedź prof. Janion w podziemnym wydaniu Kongresu Kultury Polskiej z roku 1981)

Szczęśliwego Nowego Roku !!!!

I oby cały rok 2012 był tak energetyczny, jak poniżej 🙂

i niech przyniesie tylko dobre chwile 🙂

i niech przyniesie luksus ignorowania głupoty 🙂

i niech przyniesie chęć poznania nowego 🙂

i niech przyniesie spotkania w dotychczasowym gronie Przyjaciół 🙂

i niech przyniesie – wszystko to, czego sobie sami życzymy 🙂

Published in: on 31 grudnia 2011 at 00:25  Dodaj komentarz  

Mój Gdańsk – bez pośpiechu

Mam wolne.

Skończył się sezon – do końca roku (bieżącego)  mam wolne 🙂

Po bardzo intensywnym – acz niezmiernie ciekawym sezonie, teraz mam czas dla siebie. To czas na zachwyty, na dodatkowe szkolenia, na „włóczenie się” bez celu po Moim Mieście i okolicach. To czas także by zauważyć dotychczas niezauważone… By zatrzymać się w biegu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Published in: on 30 grudnia 2011 at 22:57  Dodaj komentarz  

Standardowo – Gdańsk

Dzisiaj miałam wolne, i następne parę dni także mam wolne. Radość z nic-nie-robienia po dłuuuugim sezonie i natychmiast  myśl – aparat czeka. Gdańsk też.

Parę ujęć Miasta – ale z innej perspektywy. Bez bylejakości i szmat wiszących na Długiej, bez reklam.

Mój Gdańsk w detalach i w cegle.

Na skróty do tramwaju przeszłam przez Zespół Przedbramia ul. Długiej, i złapałam parę ujęć, jakich dotychczas w pędzie z grupami nie zauważyłam 🙂 No – poza wiadomą cegłą! I tę też oczywiście ujęłam.

Tutaj – wklejam łącze do bardzo ciekawego artykułu o stolarce drzwiowej w Muzeum Bursztynu 0 bo taką dzisiaj funkcję pełni Zespół Przedbramia ulicy Długiej…

Następnym razem zdjęcia będą z wnętrz. Nie tyle bursztyn mnie tutaj fascynuje, aczkolwiek mamy tu ciekawe obiekty, ale właśnie stolarka drzwiowa, i ściany. Tam także są inskrypcje. Ale o tym kiedy indziej. Tutaj – można zapoznać się z krótką historią miejsca.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Published in: on 29 grudnia 2011 at 18:03  Dodaj komentarz  

Spacer po Mariackim (Krakowskim Mariackim)

Oto filmik o Kościele Mariackim w Krakowie.

Znalezione w sieci przez niezawodną Panią Hankę W.

Świetne.

Nie umiem niestety czegoś takiego – i nie mam sprzętu odpowiedniego – ale aż prosi się zrobić taki mikro-filmik o Bazylice Mariackiej w Gdańsku…

Published in: on 29 grudnia 2011 at 15:31  Dodaj komentarz  

KONIEC Konkursu na Blog Roku :)

Mili Wszyscy – którzy zagłosowali na mojego bloga – dziękuję Wam serdecznie za sms-owe wsparcie.

Przez jakiś czas mój blog zajmował miejsce 38, potem 36 i wskoczył na miejsce 28 – jak w zeszłym roku.

Niestety, nie wiem, na którym miejscu się zatrzymał w rankingu – bo miałam dzisiaj od rana wycieczkę, a potem Bardzo Ważny Dzień – jako, że jestem Babcią Panny Pauliny – zostałam zaproszona  na występy do przedszkola 🙂

Stąd nie wiem – na której pozycji mój Tuttivillus i inni zakończył starania o zaistnienie.

Ale oto nagle sobie zdałam sprawę z tego, że przecież mój Tutivillus istnieje!

I to bardzo realnie istnieje. A to właśnie dzięki Państwu, którzy tu zaglądacie.

Tak więc – nie jest ważne miejsce jakie zajął, lub jakiego nie zajął, mój blog. Najważniejsze, że jest czytany. I jest cytowany. A przecież wciąż jest to blog niszowy – dla pasjonatów i tych, co patrzą sercem – mimo tego jednak, miewa ponad 300 wejść dziennie.

Tak więc raz jeszcze dziękuję – i zabieram się za dalszą pisaninę.

*   /   *

A tak całkiem na marginesie hasła „zaistnienie”, uderzyło mnie jeszcze jedno. Otóż, jeśli się wpisze w google hasło „holośniki” to najpierw uparcie wyświetla „holowniki” a dopiero po czasie wyskakuje prawidłowe hasło – ale i tak wszystko odsyła do moich tekstów na Tutivillusie… Wikipedia także NIE ma wytłumaczenia hasła HOLOŚNIK. A więc, nikt przede mną nie zajmował się tym tematem – nikt go nie opisywał. Pewnie uważając go za trywialny, a może po prostu nie był dostatecznie ciekawy, czy poważny.

Poza tym – wreszcie popełniłam, (znaczy odważyłam się popełnić), opis Sądu Ostatecznego we Fromborku, czy Ołtarza ze Skolit – przy cierpliwej, fachowej i krytycznej a przy tym niezmiernie życzliwej pomocy Pań Jagody Semków (z Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku) i Beaty Sztyber (z Muzeum Narodowego w Gdańsku). Za co im serdecznie dziękuję.

List i kontakt z profesorem E.R. z Padwy jako pokłosie pewnego mojego artykułu też traktuję jako efekt istnienia tego bloga.

I to traktuję w kategoriach sukcesu. I jest to dla mnie powód do dumy.

A poza tym – wiele mogłabym mnożyć przykładów na istnienie. W tym przemiłe maile od Czytelników, często prowokujące długie dyskusje, a także właściwie już przyjaźnie, jakie się przy okazji pisania kolejnych artykułów zawiązują.

No, to tyle rozczulania się 😉

Wracam do pisania, wykorzystując fakt, iż jeszcze nie codziennie mam grupy i mam czas na pisanie. Bo zaraz znowu będzie dziura w życiorysie – nadciągnie pełnia sezonu i znowu sama za sobą nie będę mogła nadążyć – a na blogu zapadnie cisza sezonowa.

Published in: on 27 grudnia 2011 at 23:41  Możliwość komentowania KONIEC Konkursu na Blog Roku :) została wyłączona  

Przezmark – z uśmiechem

… Zajechaliśmy nad jezioro tuż pod słynnym zamkiem w Przezmarku. Zaparkowaliśmy nieopodal bramy.

„Nie wchodzimy” powiedziałam i dodałam: „bo i tak nas zaraz przegonią…” (przemawiały przeze mnie doświadczenia z wielu wypraw i spotkań z nierzadko niesympatycznymi obecnymi właścicielami dawnych posiadłości). Ale mimo tego wzięłam z auta aparat… Po czym weszliśmy jednak na teren prywatny (brama była szeroko otwarta), gotowi wycofać się w razie potrzeby.

Dokoła słychać było odgłosy trzepania dywanów, szczekanie psów i ptaki. Wszystko oświetlało listopadowe słońce i czuć było dymy ognisk i palone liście.

Podeszliśmy kawałek pod górę dość stromym podjazdem, i nagle zza zakrętu wyłonił się dziedziniec. Był dosłownie zalany serdecznością. Naprzeciwko nam wybiegł pies merdający radośnie ogonem, a za nim – szedł Gospodarz – ze szczerym uśmiechem i gościnnym gestem, jakbyśmy byli długo oczekiwanymi, cennymi gośćmi…

Taki początek miała nasza wizyta w tym Wyjątkowym Miejscu.

Była to nasza pierwsza wizyta – ale na pewno nie ostatnia. Bowiem mimo jesieni głębokiej – tam akurat powiało wiosną 🙂 a to – zawsze przyciąga. Pan Ryszard – jakbyśmy znali się ze sto lat – zaraz zabrał nas na wieżę. Jakby wiedział, że nas to właśnie interesuje.

Nooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo!!!!

Gawędziarzem jest przednim, wiedzę ma dużą i chętnie się nią dzieli, robiąc to z ogromną swadą. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności Gospodarzy, a nadto mieliśmy przed sobą jeszcze sporo kilometrów. Więc nasza wizyta nie była długa. Ale na pewno tam wrócimy, bo nie da się tak szybko – w drodze zwiedzić wszystkiego.

Nie byliśmy w chaszczach, które kiedyś były częścią zamku, nie usiedliśmy na chwilę, by wysłuchać dokładnie o zmaganiach Państwa v. Pilachowskich z szarą rzeczywistością. W naszym kraju, bowiem nie jest łatwo być „pozytywnie zakręconym”… Zostali Państwo von Pilachowscy docenieni przez Marszałka Województwa Pomorskiego stosowną plakietą… Szkoda, że nie stosowną kasą, ale jak wiemy – to problem ogólnopolski i wszyscy prywatni właściciele zabytków mają „pod górkę” (nie tylko finansowo zresztą). Tym bardziej cenni są tacy Pasjonaci.

Na razie więc – ograniczyliśmy się do wejścia na wieżę i zachłyśnięcia się pięknem miejsca, jak i serdeczną gościnnością Gospodarzy. Następnym razem z chęcią oglądnę raz jeszcze cudne cegły z inskrypcjami i wysłucham dokładnie historii zauroczenia Miejscem. Ale też chętnie wysłucham historii rodzinnej. Bo czasem wydaje mi się, że niektóre Miejsca z Historią mają moc przyciągania Ludzi z Historią. I Sercem do tejże.

🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

a TUTAJ można przeczytać legendę o Zamku w Przezmarku.

P.S. niemal każdy Zamek piszę z dużej litery – raz, bo tak mi się podoba 😉 a dwa – z szacunku i sympatii dla Historii w Cegłach Zawartej)

Wigilia – kolejna

I znowu grudzień. Święta.

Coraz więcej ludzi świętuje wyjeżdżając, bądź do tzw. ciepłych krajów, bądź „w Polskę”. A to oznacza, że wciąż więcej ludzi opuszcza domy, by zerwać z niezdrową tradycją obżarstwa na siedząco. Także coraz więcej Pań domu (zwłaszcza z młodego pokolenia) rezygnuje z maratonu kuchennego, powodującego padanie na twarz po szale przygotowań. Zamiast tego – robi się teraz zakupy – zamawiając składniki wieczerzy wigilijnej tak, by raczej mieć czas dla siebie, rodziny. I żeby zachować pogodną twarz i radość. Radość ze spotkań w miłym gronie. Może z Rodziną, może z Przyjaciółmi. Ale na pewno radość z chwili wolnego…

Bo przecież bez względu na to, czy jest się wierzącym czy agnostykiem – grudniowe święta są okazją do zwolnienia w tym wszechwładnym i wszechobecnym wyścigu szczurów; w szale starań utrzymywania się na powierzchni (mam na myśli coraz gorsze, wbrew hura-propagandzie, warunki bytowania zwykłych ludzi w kraju)… Są okazją do lenistwa w poczuciu dobrze spełnionego, czy wypełnionego, roku.

                                                                            * / *

Kiedy jechałam do Gdańska po zamówiony tort na kolejne urodziny  mojego Starszego Dziecka, w okolicach ujścia Kanału Raduni do Motławy uderzyło mnie piękno szarego Miasta. Bez śniegu, Gdańsk jesienny raczej, niż zimowy, z głową w chmurach, we mgle dającej ciszę poranka przedwigilijnego.

I tak w zachwycie przystanęłam na chwilkę. To też święto – taki widok na wyłączność.

Na zakończenie – TUTAJ garść ciekawych informacji skąd się wzięły tradycje świąteczne. Wiemy doskonale, jak „obłaskawiano” tzw. pogańskie zwyczaje – ale tutaj zostało to ciekawie opisane. 🙂

Published in: on 26 grudnia 2011 at 00:20  Comments (1)