Zwykła niezwykła wycieczka cz.1 – wilki

W zleceniu wyraźnie „stało”, że jadę m.in. do Mariampola na Litwie. A grupę miałam spotkać w Suwałkach. Rano.

A więc trzeba było jakoś do nich i po nich dojechać…

Wyjechałam z Gdańska o zmroku, po skończeniu oprowadzania – tak by dojechać do Giżycka na nocleg. Tam się zdecydowałam zatrzymać, by rano ruszyć do Suwałk po moją grupkę.

Na trasie było niemal pusto…

Za Kętrzynem – chyba gdzieś w okolicach Kwiedziny, nagle z lasu wyszedł pies. Zwolniłam – w nocy pies… Taki jakiś duży i dorodny. Sam na drodze, w lesie, nie wiadomo co mu strzeli do głowy… Miałam nadzieję, że nie ranny jakiś, bo przecież nie przejechałabym obok, tak po prostu. Pies stanął na poboczu i odwrócił głowę, spoglądając w światła reflektorów. Skoro stanął na poboczu, a na rannego nie wyglądał, to przejechałam sobie wolno, przypatrując mu się „jednym okiem”. Zgłośniłam sobie muzyczkę, i w dobrym nastroju jechałam dalej – odliczając, ileż to mi jeszcze zostało do Giżycka… Kawałek za zjazdem do Martian, znowu jechałam przez las (tak, jakby las stanowił tu jakiś ewenement). I znowu musiałam zwolnić – bo na drodze ponownie ukazał się pies. Tak samo duży, jak poprzedni. Stał, podobnie jak tamten – na poboczu. W jego postawie jednak było coś, co mimowolnie przywołało na myśl historie Mowgli’ego

Wyłączyłam długie światła, żeby go nie oślepiać, i wolno podjechałam. Spojrzał w moim kierunku, po czym spokojnie wrócił w leśną ciemność, z której wyszedł. Przejechałam wolno, zastanawiając się skąd dwa podobne psy w dość dużej odległości tak od domostw, jak i od siebie.

I nagle mnie olśniło. Na myśl mi przyszedł sierpniowy artykuł na portalu MojeMazury.pl.

Wilcy wrócili 🙂

Zupełnie irracjonalnie zrobiło mi się nieswojo, zwłaszcza kiedy przypomniałam sobie oczy tych obu „psów”. Jednocześnie pomyślałam o wspaniałych zdjęciach wilków, jakie kiedyś Adam Wajrak zamieścił  gdzieś w sieci. No cóż, rzadko zdajemy sobie sprawę, jak piękne to zwierzęta, dopóki ich nie spotkamy osobiście. Ja to moje spotkanie zapamiętam na pewno! Oba zwierzęta były piękne i wzbudzały szacunek…

A ja – w zachwycie po niespodziewanym spotkaniu, zajechałam w końcu do Giżycka. Tradycyjnie – ze trzy razy przejeżdżałam przez most obrotowy na kanale Łuczańskim, zanim dojechałam do mojego hotelu. Kiedy po raz drugi przejeżdżałam przez Kanał, pomyślałam, że następnym razem zatrzymam się w hotelu St. Bruno. Nocleg w hotelu, koło którego i tak się przejeżdża niemal zawsze, może być alternatywą na krążenie po mieście nocą. Pamiętam ten obiekt, zanim stał się hotelem. Nikt chyba nie przypuszczał, że ten walący się budynek stanie się niejako wizytówką Giżycka.

A tak w ogóle, to warto – jadąc do, lub przez Giżycko, przypomnieć sobie jego historię. TUTAJ jest odnośnik… No i koniecznie trzeba wygospodarować czas na odwiedzenie Twierdzy Boyen… Robi wrażenie nawet na odpornych na pruską architekturę militarną 🙂

p.s. i niech mi NIKT nie mówi, że w Giżycku nie można się zgubić 🙂 mnie się to zdarza systematycznie od paru ładnych lat 😀

Pelplin jesiennie

Od jakichś trzech lat umawialiśmy się na wyjazd szkoleniowy do Pelplina. Wszyscy jesteśmy czynnymi przewodnikami i pilotami. A to oznacza, że sezon dla nas trwa długo, i tak naprawdę to poprzedni kończy się niemal równocześnie z rozpoczęciem nowego 😉

Tak więc – zwyczajnie trudno nam było się „zgrać” w czasie.

Ale w końcu „nadejszła wiekopomna chwila”, i w sobotę wsiedliśmy (w nieco zdekompletowanej liczbie) do autka S.C. i pojechaliśmy…

Pelplin i Wirty.

Taki był nasz cel.

Nie jestem zbytnio „chwastowa” – ale skoro miały być chwasty, to co mi tam 😉 zresztą w Wirtach byłam może ze dwa razy w życiu.

Ale Katedra w Pelplinie – to zupełnie osobny rozdział…

Historia cystersów tutaj zaczyna się 27 października 1276 roku, kiedy to przenieśli się tu z niedalekich Pogódek… Żeby jednak nie nudzić długim wpisem – TUTAJ odnośnik do historii tego miejsca. A także ODNOŚNIK do życiorysu bardzo ciekawej postaci – bpa Rosentrettera, który był Kosznajdrem… Kim są Kosznajdrzy ? A tego dowiecie się Państwo TUTAJ.

Warto też poczytać o rodzie von der Marwitz, jak również przeczytać TUTAJ i TUTAJ o jednym z jego przedstawicieli – biskupie Janie Nepomucenie Marwiczu…

Zapraszam też do mojej GALERII  i do obejrzenia ZDJĘĆ z Katedry i Muzeum 🙂

Niestety, ktoś w Muzeum Diecezjalnym wpadł na „genialny” pomysł i tuż przed wspaniałym Poliptykiem Toruńskim z ok. 1390 roku postawiono … pianino.

Bez względu jednak na pianino, czy inne drobne niedogodności – zdecydowanie warto Pelplin odwiedzić. I to nie tylko dla katedry czy Muzeum. Samo miasteczko zmienia się na korzyść. Niestety – w sobotę zimno było, jak w przysłowiowej psiarni, więc nie było spaceru fotograficznego. Ale czystość chodników i czystość odnowionych (w większości) fasad domów rzuca się w oczy. Dojazd autostradą, bądź koleją łatwy – więc to nie wyprawa na koniec świata.

😀

Mennonicka Saga – po raz kolejny

Po raz kolejny dane mi było podróżować z Mennonitami. Któryż to już raz w ciągu tych 10 lat 🙂

Za każdym razem jest inaczej, bo też za każdym razem są to inni ludzie. Z innymi emocjami, oczekiwaniami, radościami i nadziejami. Większość pochodzi „stąd”, a więc to tutaj spędzamy najwięcej czasu.

Tutaj – znaczy od Warszawy aż po Żuławy.

Niesłychanie wzruszające są momenty, kiedy ktoś znajduje dom swojego dzieciństwa – zachowany mimo powojennego (a często i współczesnego) bezmyślnego szału niszczenia wszystkiego, co „niesłowiańskie” na tych ziemiach. Ciekawe bywają też spotkania na styku religii, czy kultur. Dzisiaj na szczęście nieco inaczej, spokojniej przebiegają takie wycieczki.  Rzadko już bowiem zdarza się ktoś tak zapiekły w swojej bezmyślności jak pewna kobieta w Nowym Wymyślu, której przeszkadzało nawet to, że jedna z pań z mojej grupy robiła zdjęcia kwiatów w ogrodzie… Hm, nie jestem skłonna do tolerancji w takich przypadkach, bo zawsze przypomina mi się pewien zalany w tradycyjnego wiejskiego trupa osobnik w P. Wypadł z domu, wymachując siekierą na mój widok i wrzeszcząc „pany tu tera nie mieszkajo, tera jo tu mieszkom”. Przypominam sobie też moją reakcję i cieszę się, że pani z mojej grupy nie miała mojego temperamentu. 😀

Jak podczas każdej z wycieczek, tak i teraz tradycyjnie musiałam tłumaczyć głupotę i bezmyślną zapiekłość w dewastacji grobów. Trwa to niestety wciąż w wielu miejscach. Jakby nikt nie czytał, nie oglądał telewizji ani tym bardziej nie uczestniczył w coniedzielnych mszach. Na szczęście jednak wiele miejsc, ba! coraz więcej – jest ogarnianych opieką i to lokalnych Wielebnych, lub społeczności. To daje nadzieję, że może coś się zmieni. Tak jak zmieniło się ponoć (jeszcze w tym roku nie byłam!) na cmentarzu w Różewie. Już nie pamiętam, kto mi opowiadał, że był kompletnie zaskoczony ładem panującym tam, a także wykoszonymi chaszczami. Widać cuda jednak się zdarzają.

Moja trasa mennonicka tym razem zaowocowała też nawiązaniem współpracy z jedną z parafii, gdzie Wielebny zbiera okruchy przeszłości, próbując je ocalić od zapomnienia. Ja mam w tym pomóc językowo. Mały wkład w oswajanie historii, w którym to oswajaniu i tak od lat uczestniczę. Z przyjemnością na dodatek. Bo za każdym razem czerpię z tego radość i swego rodzaju uspokojenie. A nadto pewność przyjaźni dozgonnych. I szczerych.

Meandry niedzielne

Wciąż nie zrobiłam porządku w sezonowych zdjęciach i w notatkach z tras. Nie mam na to czasu. Na to przyjdzie chwila już po sezonie – może w grudniu po ostatniej wycieczce. Wtedy posegreguję zdjęcia, dopiszę komentarze i umieszczę na blogu.

Ale, mimo tego mam jednak coś niecoś.

Mam parę zdjęć z dzisiejszego „objazdu trasy”, jaki musiałam zrobić przed następną wycieczką dawnych mieszkańców Żuław (nie tylko zresztą Żuław).

Daruję sobie uszczypliwości na temat stanu tak cmentarzy jak i niektórych domów podcieniowych, które tracimy przez …  i tu proszę sobie samemu dopisać, przez co…

No więc dość goryczy – Żuławy są tak piękne, że nawet usilne starania, by je przez ostatnie przeszło 60 lat zniszczyć, nie dały rezultatu.

W załączonym krótkim filmiku na youtube pokazałam to, co mi dzisiaj „wpadło” w obiektyw 🙂

No i chmury… Od paru lat zauważyłam, że najczęściej da się filmować tylko chmury. Jest ich więcej i częściej wiszą nisko nad polami, niż dawniej. A że są malownicze, to i chętnie je fotografuję…

A przy sposobności wpadliśmy na obiad do Mistrza Gałązki, i zachwyciliśmy się zupą kurkową, pierogami, czarnym kurczakiem i omletem rycerskim…  Zachwyt trwa i chyba wymaga powtórki w niedługim czasie…

… pamięć ?

Postanowiłam jednak nie zabierać moich gości na cmentarz w Rynarzewie… Nie wiem jak to zrobię, ale nie mogę doprowadzić do tego, żeby ZOBACZYLI, JAK się traktuje  pamięć po tych, którzy odeszli. Moi goście pochodzą z Rynarzewa, a ich rodziny wyemigrowały do Stanów w drugiej połowie XIX wieku…

Znamienne słowa osoby spod kościoła, kiedy pytałam o drogę na cmentarz: „A ten niemiecki? a nie, tam to same chaszcze, pozna pani, koło krzyża… Nasz jest zadbany…”

Jakże znamiennie i szyderczo w świetle tego brzmią słowa ze strony internetowej miejscowości:

„Pokolenia są dumne z czynów swoich przodków. Pielęgnują swe rodzinne tradycje i przekazują następnym pokoleniom.”

Pokolenia, które nastały po kataklizmie II wojny światowej również wiele zawdzięczają tym, których miejsce zajęły. Zajęto gotowe domy i pola… Wystarczyłoby okazać tylko odrobinę szacunku…

Nie potrzeba gloryfikacji.

Szacunek wystarczy.

Published in: on 25 czerwca 2012 at 23:19  8 Komentarzy  

W biegu – z trasy – po drodze

Sezon „jeżdżony i biegany”.

No i nie da rady pisać. Może by i dało, ale do „robienia” trasy ustalonej dochodzi robienie trasy swojej, na tzw. „zaś”. No i przygotowywanie się każdorazowe do każdej wycieczki…

I nagle okazuje się, że brakuje czasu na czytanie dla siebie i na pisanie z sensem 😉

A tymczasem – nazbierało się wrażeń, oj nazbierało… Daruję sobie te prywatne i złośliwe, a skoncentruję się raczej na uwagach z trasy.

Przede wszystkim – Bristol. Wielki zawód. To zdecydowanie i na pewno już nie ta klasa z opowiadań o babcinych wizytach. No i to nawet już nie ten hotel z dzieciństwa, kiedy pachniał luksusem i wyjątkowością przy każdej wizycie w Polsce. Wtedy nie każdego było na niego stać, nie każdy też mógł tam mieszkać… A dzisiaj? hm… praktycznie żadna różnica (poza cenową) między tym, a innymi dobrymi hotelami. A śniadania? słynne śniadania? są niestety takie same, jak gdziekolwiek indziej. Chociaż – bekon mają bardziej spalony 😉

Co do reszty – zdecydowanie miłe zaskoczenie w gdańskiej Brovarni. Chyba zmieniono tam szefa kuchni, bowiem ryba wreszcie ma smak. I wreszcie nie jest wyprana. Ale aby ugruntować wrażenie – muszę zabrać tam jeszcze parę grup 😉

Częstochowa… Hm… no cóż, może kiedyś doczeka się hotelu z prawdziwego zdarzenia. Ale, tu również zmiana na lepsze 😉 zeszłoroczny raban i pismo do centrali dał widać efekt… Miasto też zaczyna robić coraz lepsze wrażenie, jest coraz ładniejsze.

A co do całej reszty trasy – hm… Kraków jak zwykle tłumny i powala na kolana, Warszawa kolorowa i pełna ciekawostek, Toruń – jak zwykle zachwycający.

A jak na tle tych wielkomiejskich atrakcji wypada mój ukochany  Frombork?

Świetnie!

Kawa i ciastko w Wieży Wodnej, w miłej atmosferze, i z widokiem na Wzgórze Katedralne. To wszystko powoduje, że wszystkie moje grupy, bez wyjątku, są zachwycone Fromborkiem. Pomijam już samą katedrę czy muzeum, które ma świetną ekspozycję (wielka zmiana na PLUS). Tu całość (łącznie z Tolkmickiem, Suchaczem czy Kadynami) sprawia, że to tutaj moje grupy (i ja) znajdują odpoczynek. I co ważniejsze, to tutaj w końcu naprawdę rozumieją życie Doktora Mikołaja K. Ale też i tutaj łatwiej tłumaczyć sens roku 1945. A także to, co wydarzyło się potem.

To tyle… Następny raport z trasy – nie wiem kiedy 🙂

Zdjęcia zamieściłam  TUTAJ – bo na blogu zabrakło już miejsca 🙂

Kompania Wschodnia

Moja trasa do Leeuwarden w Holandii wiodła przez Edynburg w Szkocji (jak większość moich tras „na skróty”).

Wychowana w otoczeniu Szkotów, słyszałam stale o Edynburgu, i zawsze ta nazwa wypowiadana była z zachwytem… Ciekawa więc byłam tego całego Edynburga, zwłaszcza, że krewny jednego ze znajomych mojego Taty zamieszany był w głośną kradzież słynnego Kamienia ze Scone. Przypomniałam sobie o tym, kiedy stałam przy gablocie z owym Kamieniem, żałując, że nie mogę zrobić zdjęcia…

Ale to było już PO tym, jak pełna oczekiwań – „capnęłam” aparat i po załatwieniu spraw służbowych, jakie mnie zwabiły do Edynburga – ruszyłam w miasto.

No i zobaczyłam… szarość. Kamień. Tam nie ma cegły!!! Uczciwie, tak by w domu potem móc pokazać zdjęcia wszystkich turystycznych atrakcji, zeszłam miasto w przysłowiową „tę i we w tę”. Zdjęć narobiłam około 3000. I … stęskniona za cegłą, szczęśliwa dopadłam taką dopiero w Berlikum 🙂

Ale, tak sobie wędrując po Edynburgu, metodycznie i systemowo zaliczając miejsce po miejscu, odhaczając je na spisie przygotowanym na palnie miasta – trafiłam na Ramsay Lane.

I chociaż na chwilę poczułam się raźniej… Niczym w domu, w Elblągu. Dlaczego? A to dzięki Jej Królewskiej Wysokości – Królowej Anglii, Elżbiecie I. A cóż ma królowa angielska do mojego dobrego samopoczucia? Już spieszę wyjaśnić.

Otóż na zaprzyjaźnionym świetnym blogu elbląskich Muzealników można przeczytać, że:

W 1579 roku królowa Elżbieta I wydała przywilej tworzący Angielską Kompanię Wschodnią i przyznała jej monopol na handel bałtycki. Po kilku miesiącach Elbląg stał się jedynym miejscem składu towarów angielskich, głównie sukna, które stanowiło 90% całego eksportu. Oficjalnie główna siedziba kantoru Kompanii została przeniesiona z Gdańska w 1583 roku.

            Kantor kupców angielskich znacznie wspomógł elbląską gospodarkę i przyczynił się do rozwoju miasta.

I właściwie tyle w temacie…

Tym razem zamiast mojego komentarza na temat Kompanii, polecam zajrzeć TUTAJ, bo ciekawy wpis. A także TUTAJ, po nieco więcej informacji o Kompanii (a nie jak błędnie napisano na stronie: Kampanii). Polecam też LINKA do angielskiej Wikipedii.

Ale czas też wyjaśnić mój uśmiech na widok tabliczki z nazwą ulicy.

Ramseyowie, czy Ramsayowie (bo obie formy nazwiska są używane i poprawne) byli jednym spośród znaczących rodów w Elblągu. Z dokumentów rodzinnych wynika, że elbląska linia Ramsayów istniała od przełomu wieków XVI/XVII (kiedy to urodzony w Dundee Charles Ramsay osiadł w Elbingu, zakładając rodzinę) – do roku 1863. Była też i gdańska gałąź rodziny. Wszak w ostatecznym rozrachunku, to Gdańsk wygrał wyścig do pieniędzy – przejmując działalność Kompanii w XVII wieku.

TUTAJ nieco o Ramsayach i TUTAJ też. Z tą jednak uwagą, że ród Ramsayów czy Ramseyów, jak kto woli, bierze swój początek nie w wieku XIV, a w wieku XII. Historia rodu jest niezmiernie ciekawa, jak większości rodów (nie tylko szkockich) osiadłych w Prusach na przestrzeni wieków.

O tym wszystkim myślałam, kiedy po wdrapaniu się po 287 stopniach na monument Sir Waltera Scotta, patrzyłam na pomnik Allana Ramsaya w parku… a potem przechodząc nieopodal Ramsay Gardens, jak zwykle „na skróty” do opactwa w Holyrood, także związanego z rodziną Ramsayów elbląsko-gdańskich.

Witmarsum i Pingjum

„Menno Simons to trochę taki Lech Wałęsa reformacji w Niderlandach” powiedział Onijdes, parkując samochód nieopodal pomnika reformatora.

Coś w tym jest. Jak każdy reformator – tak i Menno Simons był w pewnym sensie wyrazicielem wielu opinii i wielu myśli… On to jednak niejako „skanalizował”.

I paradoksalnie, to jego oponentom zawdzięczamy informacje o jego posłudze duszpasterskiej, o życiu (uderzyło mnie w Pengjum, iż nad portretem Menno wisiał portret jego prześladowcy…). I wciąż toczą się spory na temat dokładnej daty jego urodzin.

Wiadomo, że urodził się w styczniu roku 1496. Jako czwarty syn – w rodzinie Simona – chłopa z Witmarsum, jednej z wiosek wietrznej Fryzji. Wieś położona jest w najżyźniejszej części Fryzji. I właściwie to nie powinnam pisać „wieś”, bo miejscowość ma wyższy status, choć nie jest miasteczkiem.

Wracając do Menno Simonsa (Simonsza jak wolą inni): w wieku 28 lat zostaje wyświęcony na księdza i zostaje osadzony w Pingjum jako wikariusz z pensją około 60 guldenów rocznie. Nic nie wiemy o powodach tak późnego powołania, jak również nie wiemy niczego o jego wykształceniu. Jedyne co wiadomo na pewno, to to, że Menno był jedynym duchownym w Pingjum bez wykształcenia akademickiego.

Nie będę tu opisywała całego życiorysu tego niezwykłego człowieka, bo skrót jego życiorysu można znaleźć TUTAJ.

Kiedy, obwożąc mnie po okolicach Berlikum (fryz. Berltsum), Onijdes zaproponował wizytę w Witmarsum, byłam zachwycona. W końcu na to po cichu liczyłam, jadąc z moim odczytem na konferencję do Leeuwarden.

No i BYŁAM – byłam u początków osadnictwa mennonickiego w królestwie polskim.

Odwiedziliśmy także Pingjum, gdzie „wikarował” syn Simona i gdzie odszedł z Kościoła.

Dla mnie, od lat jeżdżącej z Mennonitami po Polsce, i niejako żyjącej ich życiem z racji kwerend rodzinnych – było to ważne doświadczenie. I znacznie pomogło mi w pozbieraniu myśli przed wygłoszeniem mojego intermezzo podczas konferencji. Również sprawiło, że teraz informacji o Mennonitach szukać będę jednak u źródeł 🙂 omijając lekturę popełnioną przez nie-Mennonitów. I jednocześnie jasnym staje się powód tak modnego obecnie negowania wpływu Mennonitów na „kształt” tych ziem. Ów powód jest prosty: zwykły brak wiedzy, a często co gorsza, niechęć do jej poszerzenia czy wręcz jej zdobycia 😉

Oto zdjęcia z Witmarsum i z Pingjum. W Witmarsum nie ma już domu, w którym urodził się Menno. Jest tylko kawałek muru – jak się przypuszcza – z jego domu. Na terpie stoi pomnik poświęcony reformatorowi. I tyle. Miejsce tak znaczne dla historii moich Żuław jest wietrznym kawałkiem terpu nad kanałem, z waleczną łabędzicą zawsze wysiadującą jaja w tym samym miejscu pod mostkiem…

Pingjum – z kościołem, w którym Menno Simonsz pełnił posługę duszpasterską jako ksiądz katolicki i tym, w którym potem spotykał się ze współwyznawcami – jest dzisiaj cichą miejscowością.

Ale wszystko razem robi duże wrażenie. To taka podróż do początków.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Published in: on 4 kwietnia 2012 at 22:42  Dodaj komentarz  

Marssum – Fryzja

Zamek Popta nazywany jest klejnotem pośród fryzyjskich rezydencji.

Historia tego miejsca sięga XV wieku, kiedy to rodzina Heringa zbudowała tutaj warowny dwór. Dwa wieki później, poprzez dziedziczenie, posiadłość przeszła w ręce rodziny van Eysinga. Po przebudowie – powstał zamek w formie i kształcie zachowanym do dzisiaj.

W drugiej połowie XVII w. spadkobiercy ostatniego van Eysinga sprzedali zamek wraz z przyległymi gruntami dr H. Popta. Dawna posiadłość Heringa zamieniona została w letnią rezydencję doktora. I taki status miała aż do jego śmierci w roku 1712. Zresztą od tamtego czasu – zamek nigdy już nie był zamieszkały.

Obecnie znajduje się tam ciekawe muzeum wnętrz z meblami z wieków XVII i XVIII, między nimi prezentowane są ciekawe łóżka skrzyniowe z wieku XVI. Podobne łóżka wciąż można zobaczyć w wielu domach fryzyjskich..

Nieopodal zamku znajduje się przytułek, czy raczej hostel może – fundacji doktora Popta (testamentem z dnia 29 października 1712 roku). Był to przytułek dla wdów i starych samotnych kobiet w potrzebie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Fryzja w ogóle jest niemal usiana zabytkami architektury z czasów średniowiecza. Są to między innymi budynki, zwane Stinsen (to prostokątny kamienny dom). Były one budowane dla ważnych urzędników – burmistrzów na przykład, czy przewódców gmin. Wielu z nich miało rodzinne powiązania z rodem Nassau z Leeuwarden (centrum prowincji).

Rodziny posiadające majątki (jak wyżej wspomniany dr. Popta) – zimą mieszkały w mieście, a latem przenosiły się do swoich posiadłości ziemskich na tzw. prowincję.

Domy często posiadały wieże i otoczone były murami obronnymi. Pojawiały się też bardziej złożone układy architektoniczne, jak choćby budynki w kształcie litery L. Były to całe warowne osiedla, i pojawiły się już w wieku XV.

We Fryzji zachowało się 8 budynków bramnych zmowych czasów. I jednym z nich jest wspomniany Heringastate w Marssum.

Tereny przyzamkowe zostały zamienione (zgodnie z ówcześnie panującą modą) w parki krajobrazowe. Od 18 wieku modne we Fryzji były ogrody udające naturalne. Tworzono stawy, a ziemię z wykopów usypywano w kopce i pagórki w ogrodach, a ponad kanałami i fosami budowano romantyczne mostki.

Zakładano kwietniki, sadzono ciekawe drzewa (również egzotyczne). Tutaj warto zapamiętać nazwisko Roodbaard, gdyż jego projekty do dzisiaj można oglądać w tzw. realu. Jak choćby na przykład w otoczeniu dwóch popularnych hoteli:  De Klinze czy Staniastate.

Wnętrzem najbardziej reprezentacyjnym domów fryzyjskich był hol główny, w którym to na ścianach znajdowała się galeria portretu rodzinnego. Niestety niewiele zachowało się takich domostw do dzisiaj. Raz – ze względu na niespokojne czasy średniowiecza, a dwa, ze względu na to, że w XVIII i XIX wieku okoliczna szlachta masowo opuszczała prowincję (m.in. ze względu na niepokoje społeczne). Najwięcej takich reprezentacyjnych siedzib znaleźć można dzisiaj w okolicach Leeuwarden.

Marssum jest właśnie jednym z nich. I aczkolwiek tym razem nie zdążyłam wejść do środka, wiem już po co wrócę do Fryzji 😉

 

Published in: on 4 kwietnia 2012 at 18:24  Dodaj komentarz  

Fryzja i jej domy

Wizyta we Fryzji pomogła mi spojrzeć na Holandię inaczej.

Od zawsze Holandia istniała dla mnie wyłącznie pod postacią Amsterdamu. To tam jeździłam na wakacje z Nigerii; tam kupowałam buty – bo tylko tam były odpowiednie na moją stopę ;); tam – w rewelacyjnym RijksMuseum uczyłam się chłonąć atmosferę muzealną; tam czułam się zawsze wspaniale. No i jeszcze – zawsze ten sam pokój w Hotelu Krasnopolsky. Wszystko to sprawiało, że właśnie z tym kojarzyłam Holandię. A potem – poznałam Mennonitów… No i nagle okazało się, że Holandia – prócz Amsterdamu – ma „parę” innych miast i wsi 😉 i to znacznych dla historii naszych Żuław. I nie tylko Żuław. I właśnie o tym wszystkim myślałam, jeżdżąc z moim Gospodarzem po Fryzji i zaglądając do okien domów w mijanych miejscowościach.

A propos domów…

Poniżej wklejam zdjęcia architektury fryzyjskiej. Ciekawa i przywodząca na myśl żuławską. Ale tutaj mam na myśli to prawdziwe budownictwo. Nie te nowobogackie koszmarne klocki i maszkarony budowane już po II wojnie (do dzisiaj zresztą).

p.s. Tomasz N. skomentował dachy… no tak!! zapomniałam dodać – to kraina wspaniałych dachów krytych strzechą!

I to co mnie uderzyło – to domy BEZ wieku. Co to znaczy? To znaczy, że patrząc na dom z XVII wieku, dowiedziałam się o tym z daty na szczycie domu. Stan zachowania domów i dbałość o ich wygląd jak również o stan techniczny – powoduje lekki wstrząs u przybysza z Żuław. Większość domów na zdjęciach pochodzi z wieku XIX…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Published in: on 3 kwietnia 2012 at 22:33  Comments (1)