Kolejny zachód słońca

Niby nic… Kolejny zachód słońca. W końcu słońce zachodzi codziennie. Ale nie TAK! Są tylko dwa miejsca w Polsce, gdzie słońce TAK zachodzi: Żuławy i Frombork… Tym razem – jechałam na nocne do Wiadomego Zamku, kiedy przy sposobności słońce zechciało zajść 🙂

Trafione w okolicach Kościeleczek:

Published in: on 30 września 2011 at 17:44  Dodaj komentarz  

Żuławskie zauroczenia

Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam, że na Żuławach nie ma niczego ciekawego. Że płasko, pusto, nudno…

A potem… najpierw z rodzinnej historii wylazł mi jakiś pra-szczur na Żuławach, a następnie –  zostałam przewodnikiem…

😀

Konkludując – nigdy już tak nie powiem. Bo im więcej wiem o Żuławach i ich dawnych mieszkańcach, i im serdeczniejsze mam  z nimi kontakty, tym bardziej bliski staje mi się ten Niski Kraj nad Wisłą.

Znalazłam klucz do Ojczyzny dla Przybyszów (bo tak właśnie nazwał ten kawałek świata Peter J. Klassen).

Trudno słowami opisać piękno tego kawałka Polski, który obejmuje około 2,5 tysiąca kilometrów kwadratowych (piszę około, bo nigdy nie pamiętam, ile dokładnie).

A wszystko zaczęło się w latach 1540-tych, kiedy to dwie wielkie powodzie zniszczyły okolice w pobliżu bogatego Gdańska. Rada miejska postanowiła zaprosić ekspertów do pomocy przy zalanych gruntach, a zarazem przeprowadzić akcję osiedleńczą nagle wyludnionych terenów.

A któż mógł zrobić to lepiej niż ludzie z Niskich Krajów?

Tak więc, z ramienia Rady Miasta Gdańska do Niderlandów wybrał się Filip Edzema (sam był z pochodzenia Fryzyjczykiem), celem znalezienia chętnych do osiedlenia się w delcie Wisły –  na wschód i na południowy wschód od Gdańska.

I w ten sposób rozpoczęła się historia osadnictwa Mennonitów nad Wisłą.

Znalazłam w internecie niezmiernie ciekawą książkę Petera J. Klassena, którą bardzo polecam:  Mennonites in early modern Poland & Prussia.

Nie ma dobrych polskich książek dających pełny obraz życia tej grupy społecznej, poza jedną, jedyną rzetelnie napisaną pozycją.

Mam tu na myśli książkę profesora Edmunda Kizika pt. Menonici w Gdańsku, Elblągu i na Żuławach Wiślanych w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku.

Chcąc dowiedzieć się więcej, i poznać prawdziwe informacje, należy sięgnąć do lektury książek pisanych przez samych Mennonitów.  A już najlepsze są z nimi spotkania. 🙂

Jestem wielką admiratorką Żuław i ich krajobrazów.

Powojenne władze i administracja (a często i wciąż sami mieszkańcy) robiły i robią wiele, by zupełnie zeszpecić te tereny, a poprzednich mieszkańców skazać na zapomnienie. Modne stało się nawet zaprzeczanie dorobku Menonitów.

Żuławy jednak wciąż zachwycają pięknem, spokojem i ponadczasową harmonią.

Stutthof i Sztutowo

Zeszłotygodniowy Wiadomy Zamek w styczniowej ciszy i mgle. Bez pośpiechu i bez tłumów.

A potem nagła decyzja – niedaleko jest Stutthof. Niecała godzina do zamknięcia. A gdyby tak zdążyć… Vitas wycisnął z autokaru „siódme poty”. Zdążyliśmy. Na 25 minut przed zamknięciem wkroczyliśmy na teren obozu.

Pomijam fakt, że to była chyba moja najkrótsza tura po obozie, ale tym razem mimo sprintu – wrażenie było może najpełniejsze. Grupa młodzieży, świetnej zresztą, ze Stanów, zareagowała przecieraniem oczu na widok i zapach baraków.

I jak zwykle pytania, czy bardzo przeżywam każdorazowe oprowadzanie po takich nieszczęściach i jak daję sobie z tym radę.

Nie oprowadzam po nieszczęściach. Ja oprowadzam po nadziei.

Gdybym miała oprowadzać po nieszczęściach tylko, zwłaszcza po tłumaczeniu tekstów do filmów tam wyświetlanych – to pewnie bym z krzykiem uciekła…

Miejsca martyrologii – przy całej tragedii zawartej w ich historii mają  w sobie właśnie Nadzieję na Przetrwanie.

Szkoda, że zniknęły plansze z opowieściami świadków historii. Była to niezmiernie ciekawa i pouczająca wystawa. Także dla malkontentów, wszędzie widzących przysłowiową szklankę pustą do połowy.

Niestety już nie istnieje w sieci kapitalna strona z monografią KL Stutthof! Można wprawdzie kupić ją (tzn. monografię) jeszcze w sklepiku muzealnym – ale… nie każdy przecież zapędza się na ten kraniec Polski.

Z innych rzeczy, których nie ma… otóż zniknęła tablica z zewnętrznej ściany krematorium nieopodal szubienicy – poświęcona działaczom konspiracji pomorskiej: St. Lesikowskiemu, L. Łanieckiem i L. Cylkowskiemu. Czemu?

Przy każdej wizycie zastanawia mnie, jak rzadko słychać ptaki na terenie obozowym i przyobozowym. Niedawno słyszałam i widziałam dzięcioła, ale to przy stosie całopalnym, czyli w lesie…

I zastanawia mnie człowiek o ciemnych włosach i raczej grubych rysach i południowej urodzie. Widać go na paru zdjęciach z początku wojny w Gdańsku. Jest w książkach, spotkamy go też na planszy na Westerplatte, a także w Muzeum Stutthof w baraku VIII.

Widziałam trzy zdjęcia z owym człowiekiem. Najpierw stoi wraz z innymi aresztowanymi – z podniesionymi rękami gdzieś na ulicy, przed witryną „Salon Schott”, i to samo miejsce, ale ręce mają wszyscy opuszczone. Potem widzimy go znowu – jak je posiłek na stercie cegieł podczas budowy obozu. Koszulka z krótkimi rękawami już nie jest biała, i Człowiek już nie ma szelek u spodni. Je z miski – jeszcze białej i jeszcze emaliowanej.  Kim jest ?

–        *       –

Stutthof ma skojarzenia jednoznaczne, i kiedy się przyznaję, że lubię tam jeździć (mimo rzadko słyszanych ptaków) – ludzie patrzą na mnie dziwnie…

A tymczasem historia tego miejsca sięga daaaaaaaaawnych czasów – bo tych sprzed naszej ery. A na początku naszej ery z Sambii przez Mierzeję i dalej do Rzymu prowadził słynny szlak bursztynowy.

Potem – to znaczy przeskakując kilka wieków – po zdobyciu tych terenów przez Krzyżaków, obficie zalesiony teren Mierzei stał się (w XIII i XIV wieku) terenem łowieckim. Panowie zakonni, jako właściciele ziemscy posiadali przywilej rybołówstwa w rzekach, przy ujściu Wisły i w Zalewie Wiślanym. No i dodatkowo Zakon pozyskiwał bursztyn – a mając na niego monopol, czerpał z handlu całkiem spore zyski. Sprawa bursztynu w państwie zakonnym to zresztą osobny i niezmiernie ciekawy temat (bodaj TV Discovery czas jakiś temu nakręciła świetny dokument o bursztynie w państwie zakonnym). Dość wspomnieć, że cały zebrany bursztyn musiał być sprzedawany Zakonowi. Za zatajenie posiadania tego „magicznego kamienia Bałtyku” groziła nawet śmierć. Ciekawe jest prześledzenie powiązania czasu powstania pierwszych cechów bursztynniczych na przykład w Gdańsku – z „odejściem” Zakonu z Pomorza Gdańskiego.

A wracając do Sztutowa – często nazywamy go po prostu Stutthof. Po staremu. I nieczęsto zastanawiamy się nad pochodzeniem nazwy. A to właśnie tu – Krzyżacy założyli hodowlę klaczy – i to dało nazwę Studhoff (dwór klaczy, Stude=Stute – kobyła, klacz).

Niedaleko istniał też Czerwony Dwór (Rotenhof lub Rotenhaus). Jego położenie określa się z dużym prawdopodobieństwem pomiędzy Sztutowem a Kobbelgrube (wschodnia część Stegny). Jako, że było to miejsce, które często odwiedzali wielcy mistrzowie, więc przypuszcza się, iż był raczej rezydencją, a nie ośrodkiem gospodarczym na większą skalę.  Tutaj wydawano między innymi dokumenty lokujące osady czy nadające karczmy. Wprawdzie dwór uległ zniszczeniu podczas wojny (trzynastoletniej), ale w jego pobliżu – najprawdopodobniej w namiotach – prowadzono pertraktacje polityczne przygotowujące do zawarcia pokoju kończącego wojnę trzynastoletnią. Owe rokowania toczyły się tutaj między 30 sierpnia a 3 września 1456 roku, w „przytomności” Jakuba z Szadka i niejakiego Jana Długosza. Dzisiaj przypuszcza się, że teren rokowań – położony był bliżej kościoła w Stegnie – czyli w Kobbelgrube.

W wieku XV Stutthof znalazł się na szlaku pocztowym z Gdańska do Królewca, kiedy to osady na Mierzei zyskały połączenie drogowe.

Problemem dla całej Mierzei stało się wycinanie porastających je lasów. Spowodowało to uruchomienie wydm i zasypywanie przez piasek miejscowości i lasów. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać dzięki metodzie stopniowego opanowywania wydm przez sadzenie traw, a później lasów. Metodę tę zastosował w I połowie XIX w. Duńczyk Sören Biörn.”

Powyższy cytat pochodzi ze strony:

http://www.wrotapomorza.pl/pl/bip/gminy/stegna/gmina_stegna/strategia/dokumenty/strategia_dokumenty

(nie mogę znaleźć numeru Jantarowych Szlaków z całkiem ciekawym artykułem o pomyśle Duńczyka na unieruchomienie wydm).

W razie, gdyby komuś dane było oglądać mapę z roku 1600 – sporządzoną przez mierniczego gdańskiego Friedricha Berndta – to należy pamiętać, że to nie Czerwony Dwór tam można zobaczyć, a dwór, który wybudowano później. A związany jest z historią rodziny Schopenhauer (przypominam, to z tej rodziny wywodził się Artur Schopenhauer).

Potem, po wiekach zdecydowano, aby utworzyć tu fabrykę śmierci.

Dzisiaj z reguły rzadko komukolwiek przychodzi do głowy by zastanawiać się nad długą i ciekawą historią tego miejsca. Niemcy w 1939 roku, tworząc tu obóz koncentracyjny, skutecznie ujednolicili kryteria postrzegania tego terenu…

A jednak, jeśli ktokolwiek się zapędzi do Sztutowa, niech nie ogranicza się wyłącznie do terenów Muzeum KL Stutthof. Warto wybrać się na spacer nad morze. Tu plaża jest znacznie przyjemniejsza niż te w Trójmieście, bo nie jest tak tłoczno i gwarno, ani brudno… Tu jeszcze można odpocząć od zgiełku  i cywilizacji.  Jest się gdzie zatrzymać na noc – a i jedzonko podają niezłe… A ze Sztutowa można robić całkiem ciekawe wypady I nie mam tu wcale na myśli Krynicy Morskiej…

No i można poczuć się jak w Holandii. Ale o tym to trzeba już się samemu przekonać 😉

O Mennonitach w Radio Gdańsk

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w słuchawce usłyszałam głos znany mi z Radia Gdańsk. To dzwonił Pan Dominik Sowa. Przygotowywał  kolejną audycję w cyklu „Z daleka i bliska”. To o tych, którzy zniknęli z naszej powojennej rzeczywistości, a którzy do 1945 roku stanowili o wielowątkowości tej ziemi. I ponieważ dostał mój telefon od A.M. – zapytał, czy zechcę wziąć udział w nagraniu.

Jasne, że zechciałam. 🙂

Bardzo lubię audycje Pana Dominika, bo są pełne ciepła i robione są z życzliwością. A życzliwość, to takie pojęcie nieco zapomniane w tzw. dzisiejszych czasach.

(przypominam, Życzliwość, można znaleźć pod „Ż” w słowniku wyrazów obcych 😉 )

A poza tym audycje Pana Dominika są szalenie ciekawe. I nie ma w nich bełkotu politycznego !!!

A teraz trochę ponarzekam: niezmiernie żałuję, że zniknął z anteny  radiowej Jego cykl pt. „Znaki Czasu”. Kiedy nie mogłam słuchać na bieżąco, odtwarzałam sobie z archiwum. Jednakże Radio Gdańsk zlikwidowało możliwość odsłuchania audycji w archiwum właśnie… Czyżby coś złego działo się w mojej ulubionej rozgłośni? Napisałam kiedyś z prośbą o aktywację linków, ale … mój mail zaginął chyba w natłoku korespondencji.

Ale – wracając do sedna – czyli do Mennonitów, bo o nich miała być (i w końcu była!) audycja.

Spotkaliśmy się w dzień mroźny i szczypiący w nosy i uszy… Zaczęliśmy od dawnego kościoła mennonickiego, a skończyliśmy przycupnięci na ławeczce w ciepełku Muzeum Narodowego…

Moją początkową tremę zniwelowała duża wiedza Pana Dominika, Jego już wspomniana życzliwość i spokój, jakim emanuje, a także sama formuła nagrania. Była to bardzo miła rozmowa, w której nawet  wymierzony we mnie mikrofon wydawał się uśmiechać.

Wróciłam do domu jednak pełna obaw, jak wyszło, i z  ogromnym niedosytem! Wszak nie powiedziałam nawet POŁOWY tego, co powinnam… Ale pracy przewodnika  zawsze towarzyszy niedosyt. Oprowadzając grupy nie mówimy przecież wszystkiego, żeby nie „zabić klienta” !

Ne pozostało mi nic innego, jak czekać na emisję audycji w eterze – za tydzień.

Sms wybił mnie ze snu po północy. To sms-ował niezawodny Boguś Gałązka. Słuchał radia… włączyłam więc i ja radio i usłyszałam głos Anny German. To właśnie „lecieli” Mennonici.

I tu przypomnienie dla wielbicieli audycji Pana Dominika Sowy:

Cykl: „Z daleka i bliska” nadawany jest w Radio Gdańsk we wtorki – najpierw o barbarzyńskiej porze, bo o 00:10, ale potem jest powtórka o 21:10. Można tego słuchać na ich stronie. Niestety – jak wspomniałam – archiwum tego cyklu nie istnieje 😦

” Mennonitów” dostałam nagranych przez Znajomą (dziękuję). Dostałam też  pozwolenie od Pana Dominika na umieszczenie linka do nagrania na moim blogu, co z przyjemnością czynię poniżej:

O Mennonitach w Radio Gdańsk

Miłego słuchania 🙂

Wiślany zachód słońca

Przedwczoraj jechałam do Zamku na nocne… rzemiennym dyszlem jechałam 😉 przeszło dwie godziny, bowiem zatrzymał mnie … zachód słońca nad Wisłą.

A potem moje Żuławy…

Aż w końcu dotarłam do Wiadomego Zamku 🙂

Tak sobie po drodze pomyślałam, że mieszkam w pięknym miejscu. I pomyśleć, że gdyby nie wybrano pewnego biskupa krakowskiego na papieża, to pewnie zostałabym w Nigerii…

I nigdy bym nie zdobyła Wiadomego Zamku, ani też nie zagubiłabym się na i w Świętej Warmii, nie uległabym też urokowi Oberlandu…

Ot, takie rozmyślania o zachodzie słońca w drodze na nocne 😉

Żuławskie zachody słońca

Taki zachód, jak na zdjęciu – chwyciłam któregoś dnia, wracając z „nocnego” w Zamku (Wiadomym Zamku).

I niech mi ktoś powie, że Żuławy nie są zachwycające !!

lipcowy zachód słońca – Żuławy, okolice Kościeleczek – szok kolorystyczny

Mam tego więcej w moim albumie.

Published in: on 2 stycznia 2010 at 12:41  Dodaj komentarz  

Łapka jeziernicka

Zdjęcia robię wszędzie, lepsze lub gorsze, mniej lub bardziej udane. Nie tylko, żeby utrwalić w pamięci obraz tego, co widziałam. Ale tez dlatego, że bywają miejsca, które szczególnie przyciągają oko. Toteż w końcu utworzyłam parę albumów w sieci, a także na zapasowym dysku twardym (czy jakkolwiek to ustrojstwo się nazywa). Tu osobny album, który był pierwszą moją galerią  zdjęć wszelakich. A TUTAJ i TUTAJ następne jakieś… I wciąz przybywa nowych zdjęć.

A wszystko zaczęło się od cegły… Nawet za tło bloga mam cegłę i to nie byle JAKĄ, bo uroczą łapkę jeziernicką 🙂

Psia łapka w Jezierniku

To nasza (w sensie, że ulubiona wspólnie) Agi S. i moja cegła.

Acha – gdyby kiedykolwiek cokolwiek się stało i jeziernickie mury by runęły – to my się okropnie wtedy pokłócimy – może nawet pozabijamy o tę psią łapkę… Takie samo ujęcie łapki ma każda z nas czterech (zazwyczaj, czyli od jakichś 10 lat, jeździmy w tym samym „składzie” 😉 )

Od lat ją odwiedzamy na trasie, przy okazji, i bez okazji…

Zauważyłyśmy ją parę lat temu – kiedy zaczęłyśmy tropić ślady po świdrach ogniowych 🙂

*   *   *   *   *

p.s. … a kościół w Jezierniku warto zobaczyć, zwłaszcza po ostatniej renowacji.

Published in: on 7 grudnia 2009 at 21:16  13 Komentarzy