Kronika Filmowa z 1947 roku

Na YouTube można znaleźć wiele ciekawych materiałów, w tym materiały archiwalne WFDiF. Między innymi są tam kroniki filmowe z lat powojennych. Kiedy odrzuci się całą otoczke propagandową – wyłania się obraz kraju tuż po wojnie. Dlatego też polecam jedną z kronik filmowych z roku 1947 (32/47), szczególnie kawałek od 3.minuty – a dotyczący osuszania Żuław Wiślanych po działaniach wojennych.

Ciekawe spojrzenie oczami ówczesnego dziennikarza. Znamienne są liczby opisujące zniszczenia: przeszło 120 tys. ha ziemi pod wodą, i około 60% budynków mieszkalnych i gospodarczych jakie „uległy” zniszczeniu.

Zawsze zastanawia mnie enigmatyczność owego ulegania… Nie wymagajmy jednak zbyt wiele, czasy nie sprzyjały prawdzie bezwzględnej (a i teraz nie zawsze jest ku temu klimat).

Zaintersowanych trudną historią powojenną Żuław, odsyłam do niezłego filmu pt. „Pan na Żuławach”, a nadto do kulis tzw. „Sprawy inż. Homana” – TUTAJ odnośnik do strony z zarysem calej historii inżyniera…

4 pory roku – jesień

Od 10 lat jeżdżę tą samą drogą na i z „nocnego” w Wiadomym Zamku…

4 pory roku na Żuławach od lat wpadają mi w obiektyw… Nigdy jednak nie tak samo i nigdy nie to samo 🙂

To jest właśnie to – co tutaj nazywamy magią Żuław.

Bo to jest taka kraina, którą się kocha bezwarunkowo z całym jej błotem, wiatrem czy palącym słońcem. Z babim latem snującym się po świeżo zaoranej ziemi, błyszczącej w jesiennym słońcu. Z mgłami zabierającymi świat sprzed oczu nagle i na wiele kilometrów. To kraina dla koneserów – jak to ktoś kiedyś ładnie ujął. Dla mających czas i ochotę na zachwyt nad kluczem gęsi nad głową, czy wróblem na gałęzi… Dla szaleńców robiących po kilkaset zdjęć jednego dnia – podczas odlotów boćków 😉

Sama mam parę takich miejsc, gdzie zawsze się zatrzymuję, żeby zrobić zdjęcia. Jest to przeważnie ten sam rząd starych wierzb płaczących, albo ten sam rząd topoli, czy ten sam rozłóg pól, no i ten sam wał nad Wisłą, często nawet ci sami ludzie. Ale za każdym razem inaczej 🙂

No a na koniec – nocny widok Wiadomego Zamku – jak nagroda 🙂

Jedyne, co mi psuje radość z mojej dzisiejszej sesji zdjęciowej to fakt, że jakiś durny paproch mi się dostał do aparatu, a ja go nie zauważyłam… Wylazło to świństwo dopiero, kiedy przeglądałam zdjęcia w komputerze… Ale trudno. Załączam takie jakie są… z paprochem w roli głównej 😉

A więc TUTAJ jest moja dzisiejsza jesień…

Z paprochem … i burakami (cukrowymi).

Published in: on 9 listopada 2012 at 23:51  6 Komentarzy  

WAŻNE !!! konkurs fotograficzny – Śladami Mennonitów

Oto podaję LINECZKĘ do strony na portalu elbląskim.

Chodzi o konkurs fotograficzny – jak w tytule w portalu – „Śladami Mennonitów – konkurs fotograficzny”.

Mam nadzieję, że wszyscy rzucą się do fotografowania! Bowiem dzięki powszechnemu grzechowi zaniedbania – wkrótce nie będzie czego fotografować, jeśli chodzi o ślady materialne. Bo krajobraz na szczęście nie daje się tak łatwo zniszczyć…

A więc trzymam kciuki za jak największą ilość rewelacyjnych zdjęć.

I raz jeszcze podaję LINECZKĘ do strony o KONKURSIE i do strony z regulaminem konkursowym.

Ważne, by zapamiętać, że konkurs trwa do 15 stycznia 2013 roku i zdjęcia mają pochodzić z TEGO, czyli 2012 roku. 🙂

Published in: on 11 kwietnia 2012 at 21:40  Dodaj komentarz  

Steblewo – suplement

Jak to bywa w życiu – poglądy czasem trzeba zmienić, bo życie zaskakuje – pozytywnie.

I tak też jest w Steblewie, już kiedyś przeze mnie opisanym.

Coś tam „drgnęło”. Drgnęło w postrzeganiu „swojego miejsca na ziemi” przez mieszkańców. Widać to już w okolicach ruin kościoła, i wokół kaplicy Wesselów.

I o tym właśnie traktuje kolejna audycja niezmordowanego Dominika Sowy (Radio Gdańsk).

Ach, gdybyż jeszcze dało się zdobyć pieniądze na steblewskie domy podcieniowe! Szkoda, że „wyżej” nikt nie widzi potrzeby zabezpieczania tych wyjątkowych zabytków przeszłości, bo niedługo z miejsca unikatowego na mapie Europy (nigdzie indziej nie ma tylu takich domów podcieniowych, co właśnie tu, w północnej Polsce) staniemy się miejscem zwyczajnym 😦

Published in: on 22 lutego 2012 at 12:33  2 Komentarze  

Niezmiennie…

Dzisiaj (19 lutego) świętowałam urodziny Doktora Mikołaja K. w Wiadomym Zamku. Miałam świetną grupę, a raczej grupkę. 5 osób. Chcących wszystko zobaczyć; zrozumieć, poznać i poczuć średniowiecze… Dla takich „Zwiedzaczy” warto było jechać. 🙂

Ale zanim dotarłam do Zamku – jak zwykle rzemiennym dyszlem jechałam przez moje płaskie, zimowe i mokre Żuławy. I w ten sposób miałam swoje wagary – po drodze wprawdzie, ale tam wystarczy chwila i już ładuje się „akumulatory”.

Mam takie miejsce po drodze, które od 10 lat fotografuję o różnych porach dnia i w różnych porach roku. W oddali widać wał wiślany, wierzby żuławskie… pola… Widok, którego nie zamieniłabym na żaden inny. Wstąpiłam przy sposobności na cmentarz w Stawcu, żeby po raz kolejny zrobić zdjęcia steli. Nie zaglądnęłam do mojej psiej łapki, bo by mi już czasu nie wystarczyło na Wiadomy Zamek.

A wracając z Zamku, spotkałam sarenkę. Stała na samym środku drogi, spoglądając na mnie, kiedy zatrzymałam samochód w zachwycie. Tak się sobie przez chwilę przyglądałyśmy, aż w końcu sarenka pobiegła w pole. A ja nawet aparatu nie wyjęłam, zapatrzona w wielkie sarnie oczy i długie rzęsy. I dużą mokrą kichawkę. Śliczna była. I kichawka i jej właścicielka.

Świetna niedziela i godne obchody PanaKopernikowych urodzin.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Żuławskich zachodów ciąg dalszy …

I znowu Żuławy. Jako, że często wracam z nocnego w Wiadomym Zamku – to zdarza się, że trafiam na zachód słońca.

Na Żuławach słońce zachodzi tak, że oczu oderwać nie można (oczu i obiektywu aparatu !!). Zawsze wracam tą samą trasą, więc wiem skąd widać owo zachodzące słońce najlepiej, czasem trzeba poczekać, czasem trzeba jechać szybciej by zdążyć na ostatni błysk…

No i potem Rodzina dziwi się, że wracam rzemiennym dyszlem, i że doczekać się mnie w domu to tak, jak owego słowika z wiersza Juliana Tuwima pt. Spóźniony Słowik:

Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji,
Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji,
Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma,
A już jest po jedenastej — i Słowika nie ma!

Wszystko stygnie: zupka z muszek na wieczornej rosie,
Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie,
Motyl z rożna, przyprawiony gęstym cieniem z lasku,
A na deser — tort z wietrzyka w księżycowym blasku.

Może mu się co zdarzyło? może go napadli?
Szare piórka oskubali, srebry głosik skradli?
To przez zazdrość! To skowronek z bandą skowroniątek!
Piórka — głupstwo, bo odrosną, ale głos — majątek!

Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze…
Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę!
A pan Słowik słodko ćwierka: „Wybacz, moje złoto,
Ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!”

Wklejam parę takich ostatków słonecznych żuławskich. I raz jeszcze powtarzam, że ktoś kto nie widzi piękna tej krainy, powinien iść do okulisty 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Steblewo – dziur ciąg dalszy

Za oknem wieje. Sztorm na Bałtyku ma osiągnąć 10 do 11 st. B. No to dla odmiany – parę zdjęć z zieleniną w tle.

Zamieszczam zdjęcia dziur steblewskich. Nigdy dotychczas ich nie zauważyłam, ale też nigdy przedtem nie zapędzałam się w te okropne chaszcze obrastające ruinę…

Steblewo….

Steblewo (google maps)

Kiedyś bogata i znaczna wieś przewozowa (to znaczy, że funkcjonował tu prom na Wiśle do Palczewa), od której wzięły nazwę Żuławy po lewej stornie Wisły, od 1945 roku popada w marazm. Już sama sylweta ruiny kościoła, dumnej, mimo potwornego okaleczenia wojennego, pokazuje jak ważna to była wieś.

W średniowieczu – za czasów krzyżackich – wieś należała do komturii gdańskiej. I to w tym rejonie powstał tzw. stary wał. Ponoć już w XIII wieku. Natomiast wiadomo, że w wieku XIV właśnie w okolicach Steblewa Wisła wdarła się na Żuławy.

W ogóle historia Steblewa, to historia oddająca stosunki własnościowe na tych terenach od średniowiecza: od początku wieku XIV do wojny trzynastoletniej pozostawało w państwie krzyżackim (przypominam, to był obszar około 58 tys. km kwadratowych). Po Pokoju Toruńskim II – stało się własnością Gdańska.

Po 1792 stanowiło własność Prus, potem w czasach napoleońskich na 7 lat – wróciło w ręce Gdańska, po to by znowu wrócić do Prus. Po I wojnie światowej weszło w skład Wolnego Miasta Gdańska. Po 1945 roku – znalazło się w Polsce.

Wieś lokowano na prawie chełmińskim (Wlk. Mistrz Ludolf von Koenig) i wybudowano kościół. Salowy, na planie prostokąta, bez wydzielonego prezbiterium. Od północy dobudowano zakrystię a od zachodu dodano wieżę. W XVI wieku świątynia została przejęta przez protestantów.

Do dzisiaj we wsi opowiada się historię pastora Gabriela Ulricha, który odszedł ze stanowiska, kiedy jego żonę posądzano o czary… Tym czasem, Ulrichowa nie była żadną czarownicą – a zielarką. W owym czasie jednak nietrudno było zostać pomówionym o czary a co za tym idzie łatwo też było zostać skazanym, bez względu na winę, toteż pastor wolał opuścić te tereny… Ponoć Ulrichowa przed odejściem przeklęła tak Steblewo i mieszkańców.

Czy to przekleństwo ma moc do dzisiaj – pozwalając pięknym i unikatowym podcieniowym domom żuławskim popadać w coraz to gorszą ruinę niemal tuż pod okiem konserwatora zabytków?!

Tu podaję link do hasła konserwator zabytków – tak by wiadomo było CZYM powinien zajmować się taki urzędnik…

Już w roku 1407 Wielki Mistrz Konrad von Jungingen wydał prawo regulujące kwestie przeciwpowodziowe i co za tym idzie – powinności mieszkańców wsi na Żuławach (także Steblewskich).

Zarząd nad całością działań sprawowali zarządcy wałowi, w każdej części Żuław inny, wybierani przez mieszkańców. Przeważnie zarządcami zostawali sołtysi. Do pomocy mieli 5 przysiężnych wałowych i 12 przysiężnych kanałów. Mieszkańcy każdej wsi mieli przydzielony odcinek wałów i kanałów i mieli absolutny obowiązek pracy na nim. Każdy właściciel ziemi od 1 włóki (czyli ok. 16,8 ha) miał naprawiać 1 sznur wałów (czyli około 43,5 metra).

Zaniechanie było surowo karane.

Ech… wróćcie czasy kar surowych i nieuchronnych!

Wróćcie czasy ZROZUMIENIA tych ziem… że nie wspomnę o miłości do nich…

Powodzie zdarzały się bardzo często i tylko w wieku XVI wiemy o trzech wielkich powodziach (w samym wieku XVI powodzi i podtopień było ponad 30). Ta z roku 1540 zagroziła nawet Gdańskowi, bo doszła do Długich Ogrodów. I to od tego czasu właśnie  można mówić o planowym osadzaniu ludzi nowej wiary na terenach podmokłych… Tak  zaczyna się historia Mennonitów…

(ale to inna opowieść, opowieść o Rodzinie, której potomkowie przyjechali zobaczyć dom… Dam OCZYWIŚCIE nie istnieje, ale miejsce istnieje. Nawet terp się zachował… TYLKO terp się zachował).

W historii Żuław Steblewskich i Gdańska do dzisiaj wspomina się wielką powódź z kwietnia 1829 roku. Zima przełomu roku 1828 i 1829 była długa i bardzo mroźna, bo temperatury dochodziły do -30 st. C i na dodatek obficie sypało śniegiem. A potem w marcu nagle przyszła zmiana pogody i ocieplenie, najpierw w górnej Narwi i Wkrze. W związku z tym, w okolicach Warszawy wody gwałtownie się podniosły i dosłownie „runęły” w dół, ku ujściu. Jak niesłychany musiał być napór wód, skoro zawalił się most w Toruniu.

Dzisiaj się mówi, że w Gdańsku zlekceważono zagrożenie, licząc, że w razie czego woda zaleje Żuławy (skąd my to znamy…). Ówczesny mistrz wałowy J. Kossak postulował u władz gdańskich, aby przekopać ujście we wsi Górka, tak by w razie czego rozszalały żywioł miał ujście poza miastem. Władze nie zgodziły się, uznając to za zbędny wydatek (przypominam, że dzisiaj WCIĄŻ nie mamy porządnego zabezpieczenia przeciw powodziowego), uważając, że taka powódź zdarza się raz na … 100 lat.

Na dodatek znad zachodu nadciągnął nad Zatokę Gdańską niesłychanej siły orkan. Porywy wiatru dochodziły ponoć do 200km/h.

O nocy z 8 na 9 kwietnia 1829 r. do dzisiaj się mówi przy sposobności zwiedzania Żuław Steblewskich. Wody z morza wtargnęły do ujścia Wisły, hamując spływ lodów. Spiętrzone zatorem lodowym wody Wisły z kolei naparły na wały przerywając je na przestrzeni od Torunia po Tczew w około 80 miejscach. Nad ranem 9 kwietnia w dół delty Wisły runął żywioł, około 10 tys. m.sześć. wody na sekundę. To było średnio dwa razy więcej, niż Odra podczas tragicznej powodzi z 1997 r.

I to właśnie niedaleko Stebelewa na długości przeszło 300 metrów woda przerwała wał, rozlewając się po całym terenie. Na ścianie kościoła w niedalekich Trutnowach do dzisiaj zachował się kamień ze znakiem wysokiej wody…

wschodnia ściana kościoła w Trutnowach (zdj. Aga S.) dla porownania wysokości wody w 1829 - mój wzrost to 170 cm Bo ta na zdjęciu to ja 😉

Wieczorem wielka woda dotarła do samego Gdańska. Wiadomo, że rozerwane zostały wrota Kamiennej Śluzy. Najpierw woda wtargneła do Dolnego Miasta, poczem pojawiła się w Prawym Mieście. Kiedy burmistrz (Joachim H.Weickhmann) zwoływał naradę – woda podchodziła pod stopnie Ratusza… Wkrótce wysokość wody sięgnęła ponoć 3 metrów. Na Ołowiance, na jednym ze spichlerzy również zachował się znak wysokiej wody z tego okresu…

spichrze na Ołowiance

Przy sposobności trzeciej fali powodziowej woda zmiotła wioskę w Wisłoujściu, a w samej twierdzy dziedziniec został zalany do około metra.

Wielka woda utrzymywała się aż do 28 kwietnia.

Powołano specjalną komisję parlamentarną do oszacowania strat. Te wyniosły około 2 mln. talarów.

…11 tysięcy ludzi na Żuławach oraz 12 tysięcy mieszkańców Gdańska z liczącej 66 tysięcy ludności miasta zostało pozbawionych dachu nad głową. Straty ludzkie na Żuławach wynosiły ok.30 osób i byłyby bez wątpienia dużo większe, gdyby nie przekazywana przez pokolenia pamięć o tragicznej powodzi sprzed 300 lat, jaka pozbawiła tam życia blisko 5 tysięcy ludzi…

…Władze pruskie obciążyły urzędników gdańskich winą za katastrofalne skutki powodzi. Twierdzono nie bez racji, iż natychmiastowe przerwanie północnego odcinka wału, 10 km przed Gdańskiem, spowodowałoby, iż część wody opuściłaby Żuławy i wróciła do pierwotnego koryta rzeki”… A to, jak pamiętamy postulował przecież wspomniany już mistrz wałowy …

Opowiadali mi Mennonici, z którymi od lat jeżdżę po Żuławach, że zawsze trzymano w gospodarstwach łodzie, umożliwiające ewakuację tak ludzi jak i inwentarza. I że te łodzie (przynajmniej niektóre) przydały się potem tym, co przyszli w 1945 roku… Ale to też inna historia…

Jako ciekawostka - jeden z czterech domów po drodze do Giemlic - adaptacja zagrody typu holenderskiego (kompletnie nieudana zresztą) z roku 19

No i parę zdjęć końca potęgi kościoła steblewskiego…

Tematu nie wyczerpałam. I wcale nie było moją intencją go wyczerpać. Bo to niemożliwe. Od lat jeżdżę na Żuławy Steblewskie z grupami szkolnymi i za każdym razem odkrywam coś nowego.

Chmury żuławskie

Jesień.

Tak banalne spostrzeżenie, że aż odrzuca. A przy tym nastraja do narzekania… Przynajmniej niektórych. Kiedy „wrzuciłam” parę zdjęć z dzisiejszej wyprawy żuławskiej na Facebook’a, natychmiast posypały się uwagi w nastroju szarej jesieni właśnie…

Przypomina, że jesień jest jedną z pór roku pod tą szerokością geograficzną 😉 a na Żuławach – jest po prostu piękna.

Deszcz bywa tu nieznośny, to fakt, a to z racji tego, że lubi padać poziomo ;).  Ale przy tym niebo ubiera się tak malowniczo w chmury, jak nigdzie indziej.

Dzisiaj też sobie momentami padało poziomo… I wtedy natychmiast mi się przypomina znajoma „pani od pogody”, pouczająca mnie, że deszcz nie pada, a WYPADA z chmur… No, to pytam w takim razie – co on dzisiaj robił, skoro leciał poziomo 😀

Nie mam zdjęć deszczu – bo nie miałam odwagi wystawić aparatu z samochodu. Ale mam zdjęcia nieba, dróg, tęczy i żuławskich zauroczeń dalą. Czy raczej przejrzystością krajobrazu – jak mawia prof. Boga Jakubowska.

Published in: on 9 października 2011 at 20:42  Dodaj komentarz  

Mała Pętla Żuław Steblewskich

Właśnie zakończył się czas moich ulubionych wycieczek. To wycieczki na których moje uwielbienie dla Kraju Niskiego znajduje swoje ujście, bo sama układałam trasę. A wszystko zaczęło się, gdy Gosia H. z powodu natłoku zajęć w pracy nie mogła poprowadzić wycieczki w ramach programu Stowarzyszenia Żuławy Gdańskie. Ela Skirmuntt-Kufel zaproponowała mi prowadzenie za Gosię, a ponadto pozwoliła wybrać i opracować trasę, którą sama lubię.

No i wybrałam 🙂

Prowadzę te wycieczki od paru już lat i z niezmienną radością. Za każdym razem bowiem odnajduję coś nowego w miejscach już przecież tak dobrze znanych…

Za każdym razem też mamy inne światło, ale też  inne dzieci jadą. Jedne – jak te ze szkoły w Cedrach Wielkich – są STĄD i doskonale znają te tereny, więc z nimi to raczej była wyprawa „Towarzystwa Zgodnej Adoracji Żuław”… Inne jadą na Żuławy po raz pierwszy, więc moja rola polega na „zakochaniu” ich w tej niezwykłej przejrzystości krajobrazu (cytuję za prof. Bogną Lipińską).

Kiedy układałam program (a może raczej trasę) wyjazdu, zastanawiałam się jakiej chwili w historii się trzymać, jakimi i czyimi śladami podążyć. Zdecydowałam się na czasy państwa krzyżackiego. Zbyt mało wiadomo o tym czasie w historii i wciąż zbyt schematycznie i po sienkiewiczowsku się do tej spuścizny podchodzi…

Przy tym – te wyjazdy są niezwykle ważne dydaktycznie. Pokazują bowiem jak mało jest miejsc, w których dba się o zabytki przeszłości i jak niesłychanie trudna do zmiany jest mentalność tzw. decydentów.

I tu od razu rzuca się w oczy niesłychany kontrast. Jak choćby Grabiny Zameczek – jako szczyt bezmyślnej i niestety nie ukaranej dewastacji, i Krzywe Koło – jako wzór zadbanej wsi i serdecznego podejścia do miejsca zamieszkania…

Mam cichą nadzieję, że kiedy moi Wycieczkowicze dorosną i może staną się Decydentami, nie będą podejmowali takich szkodliwych decyzji (tu ciśnie się słowo absolutnie nieparlamentarne) jak ta, która spowodowała zawalenie się w końcu domu w Żuławkach, ani też nie zezwolą na poniewieranie nagrobków na przykościelnych terenach, tylko dlatego, że nie ma kto się o nie upomnieć… itd… itd… itd…

Wklejam parę zdjęć z części pierwszej Małej Pętli Żuław Steblewskich (powinnam napisać raczej – wariantu Małej Pętli …).

A TUTAJ jedna z moich opowieści (bo nie mam czasu na rozpisywanie się… 😉 )

Chaszcze w triftach i zmierzch żuławski

Od lat oprowadzam Mennonitów, i od lat jest to jeden z bardziej słonecznych momentów mojej pracy. Tak też było i w tym roku. Jean Paul, znający mennonickie bezdroża lepiej niż niejeden Mennonita, a przy tym tryskający zjadliwym humorem, Audrey pełna taktu i John – będący kwintesencją rzetelności historycznej, Onijdes z żoną i dwiema uroczymi córkami, i cały autokar Mennonitów wywodzących swoje korzenie stąd. Stąd – czyli z terenów od Warszawy po Wielkie Żuławy Wiślane. Te moje ukochane Żuławy wciąż jednak mnie zaskakują i wciąż potrafią być dla mnie Terra Incognita. I tak też było i tym razem.

A wszystko zaczęło się od tego, że… spojrzałam na mapę, którą J.S. mi podał, porównałam z moją… i serce mi podskoczyło. Toż gospodarstwo pani X istnieje! Przynajmniej na mojej mapie… Zaproponowałam więc, że po powrocie z trasy – wrócę tam i sprawdzę, a rano zamelduję co znalazłam. No chyba, że pani X. zechce pojechać ze mną. Zechciała! z mężem zechciała, i w sumie pojechało nas pięcioro… To znaczy – John S., Onijdes S., Państwo H.i G. i ja… Jak to bywa z przewodnikami – zagadaliśmy się z O.S. i zamiast skręcić na Ellerwald Trift II – pojechaliśmy na Wikrowo

W końcu jednak – w zapadającym zmroku znaleźliśmy gospodarstwo. Stan opłakany – jak wszystkie niemal gospodarstwa żuławskie po wojnie, ale ule stoją tam, gdzie stały WTEDY, i nawet znaleźliśmy pozostałości parku, jaki okalał całe założenie w czasach świetności tych ziem.

Wrzucam parę zdjęć z naszej wyprawy na Trift. Zdjęć niewiele – i jakość kiepska, bo robione komórką.

 

Co znaczy Ellerwald Trift – można znaleźć TU pod hasłem „ELLERWALD- (TERENY NA WYSOKOŚCI MIASTA, MIĘDZY RZEKĄ ELBLĄG I NOGATEM)”