Wystawa w Hunterian Museum w Glasgow

Z wielką radością dowiedziałam się w gdańskim Muzeum Bursztynu, że nasza jaszczurka jednak wyjechała… Wyjechała na wystawę do Hunterian Museum w Glasgow.  Ale nie tylko jaszczurka wyjechała. Wyjechał także, między innymi, kabinet Króla Stasia z malborskiej wspaniałej kolekcji bursztynu.

Moja radość i satysfakcja wynika stąd iż, to ja miałam przyjemność opieki nad gościem z Hunterian Museum, kiedy przyjechał tu, aby uzgodnić sprawę obiektów, jakie Glasgow chciało wypożyczyć na swoją wystawę. A więc uczestniczyłam w rozmowach, będąc jego tłumaczem i przewodnikiem.

Owym gościem Muzeum Zamkowego w Malborku, a także Muzeum Bursztynu w Gdańsku był Dr Neil D. L. Clark, (Curator of Palaeontology, Hunterian Museum, University of Glasgow).

Zapraszam na stronę Hunterian Museum:

http://www.hunterian.gla.ac.uk/whatson/whatsOnItem.php?item=370

Wystawa będzie czynna od 5 lutego do 17 kwietnia b.r. (krótko!!)

Szczęśliwców, którym dane będzie odwiedzić wystawę – proszę o informację, jak wypadła.

A to ostatnia – aktualna – odsłona strony muzeum:

http://www.hunterian.gla.ac.uk/amber/about.php

A.S. będzie – obiecała, że opowie 😉

 

Uzupełnienie… z ostatniej chwili 🙂

A.S. nie dojechała na wystawę.

Ale za to ja właśnie dostałam od doktora Clarka książkę „Amber – Tears of the Gods”, którą zresztą popełnił.

Ciekawie opisany Szlak Bursztynowy, a także wspomniane Truso. No i Malbork… Świetne zdjęcia i ciekawe opisy.

Oto parę tytułów rozdziałów:

Amber and the Teutonic Knights

Gdańsk and the Amber Route

Amber Myths

i tak dalej … i tak dalej…

A wszystko krótko, ciekawie i wyczerpująco! No ale w końcu pisana przez specjalistę, to JAK inaczej miałoby być…

Jest nawet instrukcja opieki nad bursztynem. Bowiem „Unfortunately, unlike diamonds, amber is not forever”.  (str. 110, podrozdział: What to do once you have a piece of amber”)

Właściwie to ta książka powinna stać się podstawą na wszelkiego rodzaju kursach i szkoleniach (nie tylko przewodnickich). Tak, żeby potem nie opowiadano bursztynowych bzdur…

Cieszę się, że ją mam !!

Katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt

Kwidzyńskie Centrum Kultury oddało nam do rąk świetną książkę pt. „Katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt” pod redakcją Małgorzaty Grupy i  Tomasza Kozłowskiego.

Książka popełniona została przez znakomity zespół naukowców biorących udział w pracach, tak wykopaliskowych, jak i w późniejszym interdyscyplinarnym opracowywaniu materiałów pozyskanych z wykopalisk. I stanowi niejako uzupełnienie ciekawej konferencji, jaka miała miejsce w Kwidzynie, w grudniu 2008 r.

Wykopaliska zostały zapoczątkowane w roku 2006. A wszystko po to, by znaleźć pochówek Błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich (czasem słyszy się: Mątów Wielkich). To ważna postać dla średniowiecza. Wystarczy powiedzieć, że już Konrad von Jungingen był gorącym orędownikiem wyniesienia jej na ołtarze, a do jej grobu pielgrzymował przed bitwą pod Grunwaldem Władysław Jagiełło. Ważna także dla czasów współczesnych – jako wspólna patronka Niemców i Polaków.

Przy sposobności wykopalisk potwierdziły się zapiski J. U. Niemcewicza,  że podczas remontu, jaki przeprowadzono w wieku XIX kości porozrzucano, a część płyt zniszczono. Konkretnie użyto do zbudowania schodów. No, ale to akurat nie nowina, i często spotykany sposób traktowania starych płyt nagrobnych do dzisiaj…

Prace badawcze zapoczątkowane w roku 2006 dotyczyły nawy głównej, ale później skoncentrowały się w części prezbiterialnej. I tam właśnie natrafiono na kryptę z trzema męskimi pochówkami.

Wnikliwe badania szkieletów dały mnóstwo informacji. I to na temat nie tylko pożywienia, ale też na temat urazów, czy podatności na niektóre choroby . Tak więc na łamach publikacji dowiemy się, który z mistrzów nie miał zębów, który nie tolerował mleka, a który musiał z pewnością skarżyć się na bóle kręgosłupa.

Wiele też informacji uzyskano o sposobie ubioru. Czytając o około 30 rodzajach jedwabiu, jakiego próbki udało się pozyskać z krypty, można się zadumać nad tym, jak daleko Panowie Pruscy odeszli od ideału Reguły. („położyli się” w jedwabiach, a nie w płaszczach przewidzianych przez Regułę do pochówków).

Napisałam: Panowie Pruscy, bowiem z dużą dozą prawdopodobieństwa zespół naukowców określił tożsamość owych trzech szkieletów.

To trzej Wielcy Mistrzowie krzyżaccy – Werner von Orseln, Ludolf Koenig, Heinrich von Plauen. A więc potwierdza to i niejako sankcjonuje obecność malowideł (z pocz. XVI wieku) w górnej części prezbiterium.

Kiedy rekonstruowano płaszcze, w jakie mogli być odziani nasi domniemani trzej mistrzowie, narzekano na ubóstwo dzisiejszej oferty handlowej… Kolorystyka ubiorów średniowiecznych niejednego projektanta mody dzisiaj przyprawiłyby o zawał.

Ale nie na darmo mawia się, że średniowiecze to epoka kolorów.

Gdyby mogli – ludzie średniowiecza z pewnością pomalowaliby nawet Księżyc.

Nie sposób omówić tu całą publikację. Bowiem trzeba by ją zwyczajnie streścić. Układ artykułów pozwala na zapoznanie się z kolejnymi etapami prac, i ich specyfiką. To z kolei pozwala na czytanie książki zgodnie z własnym zainteresowaniem, czy aktualną potrzebą chwili.

Ludzie średniowiecza

Robert Fossier – Ludzie średniowiecza – Wydawnictwo WAM, cena 49,-zł.

Świeżutka pozycja, wydana we wrześniu tego roku. Ma 396 stron i coś mi się wydaje, że zapowiada się kolejna zarwana noc. Książka bowiem niesłychanie wciąga. I pomimo grubości – jako, że druk jest dość duży – czyta się dosłownie jednym tchem…

Niech za ogólny opis książki posłuży cytat ze strony Wydawnictwa:

„Terenem badawczym historii jest rzeczywistość ludzka, człowiek w społeczeństwie. Wybitny historyk, archiwista, profesor Sorbony Robert Fossier dowodzi, że człowieka wieków średnich i współczesnego czytelnika różnią tylko szczegóły. Ta napisana z polotem monografia zainteresuje nie tylko historyków, ale wszystkich tych, którzy czytają książki dla przyjemności.

Uniwersytety, cystersi, Hanza, statuty Arte della Lana, Summa Tomasza z Akwinu czy katedra w Amiens – to nie całe średniowiecze. Jestem zmęczony słuchaniem tylko o rycerzach, feudalizmie, reformie gregoriańskiej i pańskich posiadłościach.
Człowiek o którym mówię nie jest ani rycerzem, ani mnichem, ani biskupem, ani kimś „wielkim”, ani tym bardziej mieszczaninem, kupcem, panem czy kimś wykształconym.
Starałem się prześledzić życie bardzo prostych ludzi, ich codzienne troski i przede wszystkim problemy materialne. Nawet jeśli spróbowałem wgłębić się w sferę ducha i duszy, nie czułem się tam najlepiej z powodu braku zmysłu metafizycznego.
Jestem przekonany, że „ludzie średniowiecza” to my.
Autor”

I na zacytowaniu ze strony Wyd. WAM mogłabym poprzestać. Jednakże muszę wtrącić tradycyjnie swoje 3 gorsze. Otóż książka świetna, pod każdym względem. Dla przewodników – tak jak ja –  specjalizujących się w średniowieczu – wprost bezcenna. Pod jednym wszakże warunkiem. Że zostanie przeczytana naprawdę – od przysłowiowej deski do deski. Nie twierdzę, że jest łatwa w odbiorze. Ale ileż bezcennych informacji zawiera! Nawet rozkład dnia, czy świetny opis nieskutecznej walki z dżumą, żeby wymienić tylko te najpraktyczniejsze (na razie doszłam  w lekturze do strony 74) dla przewodnika.

W tym sensie może stanowić doskonałą ściągę !

Bowiem – jak już po raz „n-ty” powtarzam – ludzi interesuje życie człowieka, a nie lawina dat i faktów. Daty i lawinę faktów czy nazwisk nasi turyści natychmiast zapominają – i potem skarżą się na daty, daty, daty i nudny przekaz przewodnicki. A więc by wzbogacić ów przekaz – tak ważny – serdecznie polecam lekturę (nie tylko tej książki zresztą 😉 )

I znowu cytat – z rozdziału „Etapy życia”:

(…) „Na pierwszym planie jest dłoń.”…

(…) „Wspomnieć to, co przetrwało do naszych czasów: przysięga składana przed sędzią z wyciągniętą, nagą dłonią; salutowanie żołnierzy przed wyższym rangą – ręką przy czole; czy popularny zwyczaj całowania w dłoń, wyraz podszytego hipokryzją szacunku wobec potęgi kobiet.” (…)

To nie jedyne tak oczywiste odniesienie „wtedy” do „dzisiaj”. Oczywistość tych odniesień sprawia, że książka daje się dosłownie pochłonąć, i sama pochłania całą uwagę.

Książkę Fossiera powino się polecać każdemu kto nie tylko chce być, czy już jest przewodnikiem. Ale także każdemu, kto w jakikolwiek sposób intersuje się tym okresem w historii.

Na koniec rozbrajające wyznanie autora – urywek z przedmowy:

(…)” Ostatnie słowo: prawie wszystko wziąłem od innych; nie cytując. Ale, jak to się mówi w pospiesznym podziękowaniu, sami się rozpoznają. Tu i tam dorzuciłem kilka uwag od siebie odnośnie znaczenia „natury” i „biedy” ludzkiej. Biorę za to odpowiedzialność, jak za wszystkie streszczenia, uproszczenia i lekceważenie szczegółów chronologicznych i geograficznych, co na pewno wskażą „specjaliści”. Cóż, to cena, jaką się płaci za plagiat.” (…)

Zamek Bierzgłowski 3-4 grudzień 2009

D.L. przysłała maila z informacją o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

Ponieważ program przedstawiał się niezwykle interesująco – postanowiłam nas tam wepchnąć za wszelką cenę. Mimo iż konferencja miała charakter zamknięty – na szczęście trafiłam na świetnych ludzi, którzy zrozumieli, że 4 przewodniczki chcą wiedzieć więcej.

Niestety, jak się okazało, D.L. nie mogła jechać z nami, więc pojechałyśmy w końcu w trójkę – Gosia, Aga i ja (tzw. stały zestaw).

I ten sposób w dniach 3 i 4 grudnia b.r. połączyłyśmy przyjemne z pożytecznym: zobaczyłyśmy na własne oczy oryginał słynnego tympanonu,  a także przysłuchiwałyśmy się niezmiernie ciekawej konferencji historycznej.

Konferencja nosiła tytuł: Procesy Zakonu Krzyżackiego z sąsiadami w XIV – XV wieku. Myśl polityczna i ośrodki jej kształtowania.

Organizatorem był Instytut Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu w osobie prof. Wiesława Sieradzana.

Program zaś przedstawiał się następująco: Konferencja – Procesy

Tematyka – jak najbardziej uzasadniona – jako, że w tym roku mija 670 rocznica II procesu polsko-krzyżackiego (procesu warszawskiego).

I tym bardziej na miejscu, że odbyła się w zamku komtura bierzgłowskiego (w którym dzisiaj mieści się Diecezjalne Centrum Kultury).

Nie mówiono wyłącznie o samych procesach, a więcej o ich genezie i entourage’u epoki, a także całej otoczce dyplomatycznej. Dokumenty latami „przekopywane” przez historyków odsłoniły niezmiernie ciekawe informacje. Tym więc ciekawsze były referaty. A dla nas wprost bezcenne – do wykorzystania w naszej pracy przewodnickiej.

I tak dowiedziałam się o pracy dokumentacyjnej Benedykta Makraia – subarbitra Zygmunta Luxemburskiego. Przez pół roku (od listopada 1412 roku do maja roku następnego) objeżdżał on ziemie Państwa Zakonnego i Litwy, zbierając informacje od świadków w związku z nierozstrzygniętym konfliktem Wielkiej Wojny.

Aczkolwiek podróż rozpoczął w Brześciu Kujawskim, zaraz jednak udał się do Malborka. Stamtąd, zgodnie z sugestią Wielkiego Mistrza, objechał Ordenstaat. W jego itinerarium znalazło się także Kowno, w związku z roszczeniami Witolda. Potem zjechał „w dół” mapy – do Drohiczyna. Stamtąd przez Warszawę, ziemie: dobrzyńską i michałowską – do Szczecinka, gdzie podróż zakończył.

Informacje, jakie zbierał subarbiter – dotyczyły jeńców z 2 folwarków koło Wystruci (Insterburga – dzisiaj zwanego Czerniachowskiem), witoldowego zamku w Wielonie, oraz spornej Żmudzi. Co do jeńców – sprawa była o tyle ciekawa, że wszyscy opowiedzieli się za pozostaniem w niewoli, nie chcąc powracać do Panów Pruskich. To skłoniło do refleksji czy chcieli z własnej woli, czy też z powodów tzw. natury obiektywnej (sugestia, jakoby ich rodziny mogły stać się zakładnikami strony litewskiej, wydaje się być całkiem prawdopodobna)…

Pozostając w czasach Benedykta, poznałam jednego z kanoników warmińskich – Kacpra Schuwenpfluga. Ten utalentowany człowiek, mimo iż nie posiadał doktoratu z prawa, w czasie soboru w Konstancji dał się poznać jako bezkompromisowy i ostry retoryk ( a także złośliwiec… ;-)). Nie należał wszakże do zwolenników rozwiązywania konfliktów drogą zbrojną. Był współredaktorem 43 artykułów stanowiących replikę na polskie zarzuty wobec zaboru ziem przez Krzyżaków. Rezydując we Fromborku, pozostawał w służbie najpierw Henryka v. Plauena, a następnie Michała Küchmeistra. Jako uhonorowanie swojej służby – otrzymał biskupstwo ozylskie (Inflanty). Skądinąd jednak wiadomo, że go to nie usatysfakcjonowało (skarżył się na ubóstwo biskupstwa), marzyło mu się bowiem bądź biskupstwo warmińskie czy nawet arcybiskupi stołek w Rydze…

I tu ciekawostka – na 250 zidentyfikowanych kanoników warmińskich od XIV do XV wieku – co najmniej 60 związanych było z zakonem krzyżackim. Także na ten czas przypadają informacje o pierwszych stypendiach fundowanych przez Wielkich Mistrzów, jako, że Frombork uchodził w owych czasach za jeden z ważniejszych ośrodków umysłowych.

Inny z referatów dotyczył profanacji miejsc świętych w zeznaniach świadków… Padło tu parę ciężkich oskarżeń pod adresem Krzyżaków, co wywołało ożywioną dyskusję po referacie. Obrona Panów Pruskich jakiej podjął się dr Rozynkowski niejako podzieliła zgromadzonych na dwa obozy. Jako pozostające w służbie krzyżackiej w ich Domu Głównym – wszystkie trzy skłonne byłyśmy przejść raczej do obozu obrońców. Bo przecież świadkowie nie zawsze bywali (a i dzisiaj też nie zawsze bywają) obiektywni. Zwłaszcza w tak ważnych sprawach, jak roszczenia terytorialne, czy rewindykacja ziem zagrabionych.

A skoro minęło tyle wieków – już pewnie nigdy nie dowiemy się prawdy …  🙂

A swoją drogą, w czasach gdy morale odpowiedzialnych za stan państwa zeszły na psy, gdy dokoła tyle niegodziwości i zwykłego chamstwa – spór o to, czy profanowali czy nie – wydał mi się nagle cudowną okolicznością i szczęśliwym sposobem na oddalenie brudów czytanych w prasie czy oglądanych w TV.

Na konferencji dowiedziałam się też, iż tuż koło Archiwum Skarbca Koronnego na zamku krakowskim trzymano… bakalie, co miał0 niebagatelny wpływ na stan zachowania tegoż archiwum. Jako, że owe bakalie (a także po sąsiedzku archiwum) – nader często odwiedzane były przez myszy i szczury…  Do tego stopnia, że w XVI wieku kazano zatrudni0nym tam niewolnikom tatarskim wywieźć pogryzione dokumenty do spalenia…

Znamienne także słowa padły przy porównaniu archiwów:

Archiwum Koronne – skład,

Archiwum Krzyżaków – archiwum.

No i zastanawiające było podejście strony polskiej do przygotowania procesowego – podczas, gdy strona krzyżacka przedstawia dokumenty – strona polska dopiero ich poszukuje ( a więc z braku dokumentów często posiłkuje się świadkami, którzy coś gdzieś kiedyś słyszeli od kogoś 😉 )

Niemal jakbym słyszała słynny cytat z Wieszcza: „Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie…”

Jeden z wykładów omawiał tematykę procesu ryskiego, o którym tak na dobrą sprawę nieczęsto się mówi. Wspomina się go w kontekście Świętej Warmii, czy muśnie w opracowaniach. I koniec. A tu pojawił się jako odrębny temat – i to w połączeniu z Gdańskiem. Bowiem wydarzenia gdańskie w roku 1308 – zwane do dzisiaj nader chętnie Rzezią Gdańska – zostały wykorzystane w zeznaniach świadków procesowych tamże.

Pojawiła się też postać Johanna von Wallenrode – jako jedynego spośród Krzyżaków zaangażowanego w prace soborowe, a także uczestnika konklawe (podczas którego to wybrano na papieża Oddone ColonnaMarcina V) …

Ach… gdybyż ta konferencja odbyła się przed moją Regułą na kursie u J. !!!

Podczas tych dwóch dni zdałam sobie sprawę, z tego, że tematy poruszane oscylowały wokół paru wielkich osobowości i osobistości owych czasów – takich jak Benedykt Makrai, Kasper Schuwenpflug, Piotr z Ornety, Andrzej Łaskarz, Johann von Wallenrode czy wreszcie Paweł Włodkowic (przedstawiony w bardzo ciekawym i szczegółowym opracowaniu).

Pozostaje oczekiwać wydania materiałów pokonferencyjnych, bowiem nie wszystkie swoje notatki mogę odczytać. Dawno nie pisałam tak szybko – bo też dawno nie słuchałam tak ciekawych referatów i dawno tak mi nie zależało na zapamiętaniu wszystkiego.

Śmiało mogę stwierdzić, że czas w Zamku Bierzgłowskim spędziłam w świecie przesłuchań, świadków, mataczenia, zmagań intelektualnych,  procesów kanonicznych, wyroków, sądów arbitrażowych…

Szkoda, że tak mało się mówi o tym aspekcie historii średniowiecza w szkołach. A jeśli się już mówi, to nudno i usypiająco!

Kolejni ministrowie edukacji niestety okazują się być kolejnymi pomyłkami – poprzez nierozsądne reformy i poprawki do poprawek reform – skutecznie zniechęcający uczniów do nauki tej wspaniałej dziedziny jaką jest historia.

Na koniec zdjęcia – niewiele ich jest – zaledwie parę (co wywołało zdumienie po moim powrocie do domu). Ale też nie miałam czasu na latanie z aparatem. A szkoda, bo nie zrobiłam zdjęcia „witaczowi” – jak go Aga nazwała (jedno-psiemu komitetowi powitalnemu). Piesek malutki – w sensie, że niziutki – jakby był hodowany pod szafą 😉 ale z uśmiechniętym pyszczkiem, witający machnięciem ogonka (a może raczej parodią ogonka) każdego kolejnego gościa.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

🙂

Panorama Lojalności – Prusy Królewskie i Prusy Książęce w XVI wieku

Panorama Lojalności -Prusy Królewskie i Prusy Książęce w XVI wieku.

Tom 4 pod red. Jerzego Axera wydany przez Ośrodek Badań nad Tradycją antyczną w Polsce i Europie Środkowowschodniej – Uniwersytet Warszawski – Warszawa 2001

–          *          –

Czas jakiś książkę już mam i korzystam z niej, bo ciekawa i wciąż bardzo aktualna.

A korzystam zwłaszcza, gdy mam wycieczki oczekujące od części historycznej wyłącznie czarno-białej kolorystyki. Eseje zawarte w zbiorze, dotyczą różnych aspektów historii tych jedynych w swoim rodzaju tworów politycznych, jakimi były obie części Prus.

Podwójny Kraj – tak usiłowano nazywać i tak często nazywano tę część Korony Polskiej o własnej i silnej identyfikacji, gdzie nazwa społeczności wywiodła się od nazwy ziemi, kraju, w którym żyła.

Świetnie zostało to ujęte w eseju pt. „Prusy Królewskie w II połowie XV i w XVI stuleciu”, autorstwa prof. Mariana Biskupa, na stronie 10:

„…Prusy Królewskie bezspornie są włączone do Korony, ale mają własne prawa. Dlatego Prusacy są członkami Korony, ale nie jej poddanymi”.

W 11 esejach zawarto najciekawsze i niezbędne informacje do zrozumienia tego skrawka Polski – wciąż do dziś niezrozumianej.

Warto przeczytać o tzw. piramidzie wierności stanów pruskich, w eseju Igora Kąkolewskiego „Lojalność stanów pruskich wobec zwierzchności lennej na tle walk o przestrzeganie zasady indygenatu w Prusach Książęcych w XVII wieku”,

Zaś Hans-Jügern Bömelburg w swoim referacie przybliża rodzinę Dohnów – szerzej nieznaną polskiej historiografii. Pojawia się na chwilę w kontekście Gdańska i na tym raczej koniec… A ród niezmiernie ciekawy, wielki, szeroko rozrodzony i niezwykle skoligacony – polecam wizytę w Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera w Morągu. Tam dużo o nich – zresztą zameczek w Morągu wspomniany w tekście.

Polecenia godny jest też artykuł Jerzego Axera o Janie Dantyszku – postaci aż nadto wybielanej w literaturze polskiej. A był przecież typowym wytworem swojej epoki, z cechami charakteru wcale niepięknymi. Ale widać nie chce się o tym pamiętać – nadmiernie go gloryfikując. Artykuł podaje nam Dantyszka obiektywnie.

Niech za konkluzję posłuży cytat:

„Skłonny jestem raczej patrzeć na tę biografię jak na historię wykorzenienia, wykorzenienia wielokrotnego, za każdym razem dobrowolnego… Jednego jestem pewien – Dantyszek był osobowością niezwykle plastyczną. Odnosił sukces, wielokrotnie zmieniając rolę społeczną i za każdym razem odmieniając kodeks moralnym obyczaje, strój i rekwizyty.”

Polecam książkę każdemu, kto chce lepiej zrozumieć ten Podwójny Kraj, który po II wojnie stał się Podzielonym Krajem, a dla wielu wciąż jest Obcym Krajem.

Prusy Wschodnie. Historia i mit.


Na jednym z forów internetowych napisałam recenzję książki, którą serdecznie polecam!!!

Andreas Kossert.

Prusy Wschodnie. Historia i mit.

Świetna książka, po prostu świetna!

Zawiera wszystko, co niby wiedzą ci, którzy są jakkolwiek związani sercem i duszą z tym kawałkiem świata. Ale podane to wszystko zostało z chłodnym obiektywizmem. I w taki sposób, że beznamiętne fakty mieszają się z cytatami – tworząc z książki coś na kształt koronki – uplecionej z faktów, wspomnień i cytatów różnych „niegdysiejszych”…

Podkreślanie tzw. wielokulturowości Prus (nie lubię tego słowa, bo spłyca pojęcie, ale widać nikt nie wymyślił niczego mądrzejszego) i „rzucanie w oczy” ciekawostkami – po prostu nie pozwala się od książki oderwać.

Polecam na stronie 130 – wzmianka o … flakach – to dla smakoszy 😉

I cytat, bo nie mogę się oprzeć jego urodzie:

„Królewiec to nie tylko stolica Prus, Królewiec to także stolica cukierników. Kto nie zna królewieckiego marcepana? Królewiec wszystkich miast w Europie i na świecie ma na pewno najwięcej pracowni dzieł sztuki nie kanelowanych, lecz kandyzowanych, owych rzeźb z najdelikatniejszego cukrowego alabastru, które jednakowoż równie krótko opierają się zębowi czasu, jak i temu w ustach, dosłownie umierając od słodyczy, z jaką oddają się w służbę smakowi. Królewiec ma – cum grano salis – mniej więcej tyle cukierni, co Lipsk księgarń”

Zapłaciłam w Ossolineum w Gdańsku 43,- zł, – warta każdego grosza!!!

Polecam z czystym sumieniem. Zwłaszcza tym, którzy wciąż nie mogą zrozumieć tego bogactwa kultur i zwyczajów. Tym, którzy na historię tych ziem patrzą wciąż „jednośladowo”. W barwach białej i czarnej, nie widząc odcieni….