Bezławki – wspaniały suplement

Bardzo ciekawą informację dostałam w komentarzu do mojego poprzedniego wpisu o Bezławkach. Z przyjemnością wklejam w całości, bowiem rzadko się zdarza, żeby twórca sam udostępniał materiał, w który włożył tyle pracy. Tym bardziej to cenne.

Udostępniam więc z dumą i radością, cytując dosłownie:

Mamy przyjemność powiadomić Państwa, że na zlecenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowego Instytutu Dziedzictwa i Fundacji Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego, na podstawie badań archeologicznych prowadzonych przez dr Arkadiusza Koperkiewicza z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Gdańskiego, Adam Michel z Michel Design z Gdańska wykonał wizualizację/animację 3D pokazującą kościół/zamek w Bezławkach koło Kętrzyna.

Film wykonano uwzględniając zagadnienia dotyczące archeologii i historii architektury pod okiem naukowców/konsultantów w tych dziedzinach.

W tej chwili trwają jeszcze ustalenia nad ostateczną, 15 minutową wersją animacji, ale już w tej chwili mogą Państwo oglądać skrócona wersję klikając tu: https://vimeo.com/60651520

Zapraszam do wykorzystywania tego materiału w prasie, blogach i innych stronach internetowych.

Jeśli mają Państwo pytania to chętnie odpowiem.

Z poważaniem.

Adam Michel

 

Toruńskie tematy zastępcze… Von Soest

Jak zwykle, kiedy mam jakąś terminową robotę, pojawia się temat z cyklu zastępczych. I tak było i tym razem – tłumaczenie czeka, a ja śledzę ciekawą rodzinę ze średniowiecznego Torunia 😉

Jak zwykle pomógł przypadek.

Otóż na nieśmiertelnym Facebooku jest strona pt. Medievalists.net. Bardzo ciekawe miejsce w sieci, bowiem publikują wiele materiałów i artykułów o średniowieczu, normalnie niedostępnych, albo trudnych do znalezienia. No i dzisiaj właśnie, będąc w ferworze tłumaczenia (z terminem do lipca), przeczytałam ich wpis o Johannesie von Soest, niemieckim śpiewaku, kompozytorze i pisarzu żyjącym w latach 1448–1506. Nie, żebym z premedytacją szukała tematów zastępczych… 😉

W głowie natychmiast mi się zapaliło przysłowiowe czerwone światełko.

Von Soest!!!

Ileż to razy dokonywałam cudów, by nie „zwichnąwszy” sobie głowy, zajrzeć za ambonę do prezbiterium. Tak, by zobaczyć słynną płytę nagrobną von Soestów. Ale mimo całego mojego zainteresowania płytą – małżonkowie pozostawali dla mnie pustym wpisem w historii.

Aż do dzisiaj, kiedy to nagle nazwa Soest otworzyła się dla mnie wieloma informacjami.

Sam Johann von Soest był jednym z wielu jacy przybyli do Prus z Westfalii w czasach średniowiecza. Został mieszczaninem toruńskim. Był kupcem, i rajcą na dodatek, a także czas jakiś burmistrzem Starego Miasta Torunia. Mógł więc sobie pozwolić na zamówienie okazałej płyty nagrobnej najprawdopodobniej w Brugii. Mógł tego dokonać podczas swego tam pobytu w roku 1356 (pełnił bowiem funkcję Starszego kantoru hanzeatyckiego). Albo kiedykolwiek, jako, że Flandria w owych czasach słynęła z tego typu produkcji i wytwory tamtejszych rzemieślników czy może raczej już artystów, eksportowane było m.in. do Anglii, czy północnych Niemiec. Płyty nagrobne, tak jak i miejsca pochówków zamawiano zawsze za życia, raz, by zapewnić sobie godne miejsce, a dwa, by sprawdzić jakość wykonania, no i wreszcie by oszczędzić rodzinie zachodu. Tak, by mogła skoncentrować się potem już tylko na, stosownym do statusu społecznego, pochówku. I Johann nie był tutaj wyjątkiem.

Johann, jak wspomniałam, status społeczny miał wysoki.

Żonaty był z chełmińską burmistrzanką – Małgorzatą von Herricke, córką Thydemanna i zamieszkiwał przy dawnej Św. Anny (dzisiaj ulica Kopernika). To w średniowieczu była bardzo prestiżowa ulica biegnąca od Fary staromiejskiej (dzisiejsza katedra św. Janów) do Bramy Starotoruńskiej (brama zachodnia – rozebrana w połowie XIX wieku). Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, bowiem obecnie ulica stanowi niejako zaplecze obecnego Rynku Starego Miasta. Ale kiedyś rynek znajdował się tam gdzie Święci Janowie.

Jak wysoko ceniony był w mieście Johann, niech świadczy fakt, iż w roku 1356, reprezentował Toruń na zjeździe w Lubece (wraz z innym rajcą – Dittmarem Räuberem). Zjazd ów uważa się czasem za formalne i oficjalne powstanie Hanzy niemieckiej.

Płyta nagrobna małżonków von Soest u Św. Janów, jest przedmiotem naukowych dywagacji od dawna – a że stanowi okaz wyjątkowej urody, no i że jest jedyna taka w Toruniu – warto by było, by zarząd kościoła pomyślał o udostępnieniu jej zwiedzającym… Niegdyś płyta posadowiona była w posadzce prezbiterium Fary. Od wieku XIX bodaj – znajduje się w ścianie tegoż.

Sam Johann przysłużył się farze bardzo jako dobrodziej, kiedy to po wielkim pożarze, jakiemu uległo i miasto i kościół, w nocy 10 sierpnia 1351, ufundował elementy wyposażenia do fary. Zmarł w roku 1361. Żona wzmiankowana jest jeszcze w roku 1363, zaś potomkowie w roku 1397. W roku 1364 dwaj bracia von Soest, Piotr i Tylman dostają od Wlk. Mistrza Winrycha von Kniprode potwierdzenie rycerskiej własności wsi Wypczik (Wybcz – 11,5 km na zachód od Chełmży.

 I właściwie tyle wiem o „moim” toruńskim panu von Soest. Jednakże wiedzę o przybyszach z Westfalii do Prus znakomicie wzbogaca ciekawy artykuł. A do informacji o Soestach – znakomicie nadaje się wzmianka o malarzu Konradzie von Soest (ach, ten jego słynny Brillenapostel z ołtarza z Bad Wildungen!!!), zwanym twórcą szkoły westfalskiej.

W ten sposób przekopałam informacje o Toruniu, tudzież o nazwisku Soest (dodam, że samo Soest to miasto w Nadrenii-Północnej Westfalii, z około 48,5 tysiącami mieszkańców)…

I uznałam, że hasło „Soest”, jako temat zastępczy znakomicie spełniło swoją rolę…

Z cyklu Chwalę się… po japońsku.

A co tam, to nic, że słowa z tego nie rozumiem, najważniejsze, że mocno przyczyniłam się do powstania magazynu mocno i z sympatią promującego Polskę w Japonii.

Kiedy odebrałam z lotniska troje dziennikarzy pewnego prestiżowego wydawnictwa – słońce zaświeciło, i nagle zrobiło się naprawdę pięknie. Mimo, że ich bagaże krążyły gdzieś po świecie między Japonią a Polską, a oni sami byli wyraźnie zmęczeni, moi goście nie chcieli wcale odpoczywać, ani nawet niczego zjeść. Chcieli od razu „w miasto”… Zresztą „rozkład zajęć” jaki nam ułożyło MSZ mieliśmy niezmiernie napięty, więc nie było wiele czasu. Ale mimo tego moi goście co jakiś czas przypominali mi, że obiecałam im pokazać świetne miejsce do „zdjęcia” panoramy miasta.

Kiedy już po wszystkich spotkaniach, grubo po zachodzie słońca zawiozłam ich na Szafarnię, a potem na Ołowiankę, tak, by stojąc koło spichlerzy mieli dobre ujęcia, samej mi się spodobało to, co ujrzałam. Wieczorne zdjęcia z tego miejsca moi goście też robili, i w magazynie znalazło się jedno szczególnie piękne. Na pożegnanie wymieniliśmy wizytówki i dostałam obietnicę egzemplarza owego wydawnictwa.

Tak więc kiedy wczoraj listonosz przyniósł dużą kopertę zapisaną po japońsku ucieszyłam się, że skończyli już edycję. W magazynie kryła się niespodzianka, bowiem moi goście zamieścili także moje zdjęcie. Stąd wpis w cyklu „Chwalę się”.

 

Siódme Niebo…

Kupiłam sobie książkę.

(Akurat w moim przypadku to żadna nowość, bo powszechnie wiadomo, że prędzej zaoszczędzę na jedzeniu, niż na książkach… 😉 )

No – ale do rzeczy…

Książka ma tytuł: Rośliny Biblijne i została wydana w roku 2008 przez Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA, na kredowym papierze, starannie, z cytatami i barwnymi zdjęciami dzieł sztuki.

Autorka – Ilona Wiktoria Lengiewicz, botanik zresztą, opisując „chwasty wszelkie”, sięgnęła nie tylko do Biblii, ale też do innych kultur – by wytłumaczyć dotychczas niewytłumaczone, czy niezrozumiałe. Robi to nie urągając ambicjom czytelnika, jednocześnie pozwalając mu odkrywać znaczenie po swojemu – za pomocą cytatów literackich jakie zamieszcza tu i ówdzie w wątku.

Sentencje filozoficzne, jakie umieszczono w tekście – nie nużą, a zmuszają do refleksji. Chce się tę książkę czytać, cytować, mieć na tzw. widoku.

Każdemu się przyda, ale dla przewodników to lektura niezbędna, wręcz obowiązkowa 😉 Ja dzięki tej pięknie wydanej książce odkryłam znaczenie powiedzenia „Siódme Niebo” 🙂

Inauguracja smaków Polski

Od 10 lat jeżdżę z grupami tu i ówdzie. 😉

No i dobrze, jeżdżę bo lubię. Podczas tych moich wyjazdów także jadam. jadam bo muszę i lubię przede wszystkim. Od lat też współpracując z biurami, firmami, czy touroperatorami, czy wreszcie z turystami indywidualnymi mam za zadanie wybór i polecenie dobrego jedzenia, a także miejsca odpowiedniego na posiłek.

Jako, że często zmieniając trasę, zapomina się doświadczenia kulinarne po drodze. A potem rozpacz, i panika, bo nawet miejscowości ze smakowitym adresem się nie pamięta. Jedyne, co się pamięta, to fakt, że, na przykład, zupa  była wspaniała, a toaleta czysta…

Toteż postanowiłam spisywać wrażenia, zapisywać adresy, zachwalać to co warto, wytykać również błędy. Nie wszystkie miejsca niestety zasługują na wzmiankę pozytywną. I to też się znajdzie na moim blogu. Jako naczelny krytykant i tropiciel wszelkiej pretensjonalności a także niechlujstwa w każdym aspekcie – będę opisywała także takie sytuacje. Wierzę jednak, że mimo wszystko więcej będzie wpisów pozytywnych i dlatego zdecydowałam się na inaugurację nowego bloga jeszcze przed sezonem 🙂

A więc zapraszam na bloga „Polska – szczypta smaku„.

Published in: on 20 lutego 2013 at 23:48  Dodaj komentarz  

Dla łasuchów – nowy smaczny blog toruński

Jestem po lekturze nowego ciekawego bloga 🙂

Blog nazywa się Miasto Smaków i traktuje o toruńskich restauracjach, knajpkach, kawiarniach, barach. Słowem o Toruniu na podniebieniu. Bardzo polecam wizytę nie tylko w moim ulubionym Mieście, ale też na blogu. Bo warto wiedzieć gdzie i co zjeść po trudach (albo przed nimi) zwiedzania Miasta Piernikowego. Sama będę zaglądała często do Miasta Smaków, bo często to na mnie właśnie spoczywa obowiązek rekomendacji miejsca na lunch czy kolację.

Z cyklu Ciekawe – Sakramentarz tyniecki

Raz jeszcze korzystanie z Facebook okazuje się być przydatne. Jeśli „odparować” cały bełkot polityczny czy tzw. społeczne oburzenie – można znaleźć całkiem ciekawe wiadomości. I taką też informację o bardzo pięknym zabytku znalazłam. Informacja pochodzi z ciekawego bloga pt. Skryptorium.

Oto co Autor prezentuje na swoim blogu…  Poniżej kopiuję żywcem z Jego strony  – a TUTAJ można sobie poczytać o tym na blogu. No i obejrzeć przepiękne iluminacje, jak choćby TA….

Pierwszym rękopisem, który chcielibyśmy zaprezentować w serii „Biblioteka Tyniecka” jest Sakramentarz tyniecki.

XI w. Pergamin, 28,5 x 22,5 cm, k. 234.

Pismo staranne, zbliżone do minuskuły karolińskiej, majuskuła i uncjała w tytułach i dla podkreślania części tekstu, 38 stron pisanych złotem i srebrem na purpurze (do kanonu włącznie), od k. 27v brązowym atramentem, k. 177-180v, 236, 237 inną ręką; na k. 67v-71v, 156-158 dopiski ręką XII w.

Oprawa z połowy w. XVII, 30 x 23 cm, plakietowa; cienkie deski pokryte ciemną skórą zdobioną na obu okładkach odciskiem dużej plakiety ze złoconym herbem Opactwa Ty­nieckie­go, dziś mało wyraźnym, skóra mocno wytarta, grzbietu brak, cztery podwójne zwięzy.

Na dekorację składają się czterdzieści dwie strony zdobione bordiurami tworzącymi prostokątne ramy wypełnione motywami liści i palmet, uzupełnionymi plecionką, dwie miniatury figuralne całostronicowe, dwa inicjały całostronicowe oraz trzynaście mniejszych inicjałów, wypełnionych złotą lub srebrną plecionką o motywach roślinnych (złoto obrysowane czerwienią, srebro purpurą).

 Warszawa, Biblioteka Narodowa, sygn. BOZ cim. 8.

Dodam jeszcze, że bycie skrybą to wcale nie łatwe zadanie! Potrzeba wiele cierpliwości, prawdziwego samozaparcia i pokory. Nauka kaligrafii i iluminacji – zawsze po trosze przypomina mi ikonopisanie

Konferencja RARYTAS – Joahim Oelhaf i jego następcy

Konferencja rarytas !!!

Mój ulubiony Joahim Oelhaf !!!

Published in: on 10 lutego 2013 at 23:53  2 Komentarze  

Z cyklu Zaproszenia – nowodworskie wykłady dra Dariusza Piaska w ŻPH

W nowodworskim Żuławskim Parku Historycznym dzieje się wiele. I dobrze się dzieje. To jedno z miejsc życzliwych a na dodatek – ciekawych ( a poza tym, ja ich lubię i już) !

Ileż to razy wpadałam znienacka z grupami większymi lub mniejszymi, by im pokazać tradycję i ich korzenie… Ileż to razy dzwoniłam, że jestem w trasie i pewnie nieco się spóźnię… Tu – (inaczej niż w wielu innych tzw. placówkach muzealnych) – naprawdę rozumieją, co oznacza (jak to się szumnie nazywa) „służebna rola wobec społeczeństwa”.

Moje Mennonickie grupy uwielbiały spotkania z (niestety już śp.) Panem Bolesławem Kleinem, a każdorazowa wizyta w Muzeum zawsze daje im powody i bodziec do ożywionych dyskusji, trwających często do późnej nocy po powrocie do hotelu ;). Podczas jednej z wizyt – okazało się, że egzemplarz Biblii wystawiony w jednej z sal został przetłumaczony przez pana z mojej grupy. To, obok odnalezienia zabudowań gospodarczych farmy, na której się urodził i wychował, było jednym ze wspanialszych momentów naszej wycieczki… Sama także dałam się wciągnąć w zagwozdki muzealne, przy sposobności pomocy w odszyfrowywaniu pewnego kartusza herbowego.

Ale ŻPH to nie tylko Ludzie Życzliwi i Pozytywnie Uparci wbrew codziennemu marazmowi. To także spotkania. Może bardziej wykłady :).

Wczorajszy – dra Dariusza Piaska – zgromadził naprawdę wielu słuchaczy. Było – jak zwykle na Jego wykładach – niezmiernie ciekawie, tym bardziej, że tym razem było o osadnictwie w delcie. O tym rzadko się mówi, z tym więc większą ciekawością wszyscy słuchali 🙂

Z przyjemnością więc – zapowiadam następne spotkania z dr Piaskiem – w dwie kolejne pierwsze soboty miesiąca…

2 marca, godz. 17:00 – Zamki i dwory żuławskie – wykład dr Dariusza Piaska

6 kwietnia, godz. 17:00 – Sztuka protestancka na Żuławach – wykład dr Dariusza Piaska


Kolory wody – Gdańsk

Lubię morze. No – ale wychowana na morzu, nie mogę go nie lubić. Tato miał zwyczaj budzenia mnie bardzo wcześnie rano, i wyganiał mnie na mostek, bym podziwiała kolory wody. Wszędzie. Gdzie tylko płynęliśmy. Czasem takie poranne „kolorowanie morza” kończyło się z rybką latającą w garści, a czasem obserwacją delfinów „brykających” dokoła statku.

Za każdym razem, gdy wpływaliśmy do Zatoki Gdańskiej, wiedziałam, że mogę bezkarnie stać na mostku obok Taty – bez względu na porę. Dostawałam na szyję wielką lornetkę (zabawne jak traciła na wadze, w miarę jak ja rosłam 🙂 ) i mogłam się gapić w bezkres bez końca.

Kolory wody wyłaniały się z ciemności powolutku, przybierając różne odcienie błękitu, błękitnego różu, grafitu, czy wreszcie zieleni… Wtedy nie było takich aparatów jak dziś. Więc zostały mi wyłącznie wspomnienia z tych chwil uchwyconych na mostku, czy pokładzie.

Dzisiaj na szczęście mam aparat – poszłam więc na plażę „złapać” parę kolorów wody. W oddali na horyzoncie wisiał ciemny cień, nie wiem – deszczu czy śnieżycy. Zaś woda w Zatoce miała odcień grafitowy. I tak na dobrą sprawę nie wiadomo było, gdzie ten horyzont jest – gdzie kończy się woda a gdzie zaczyna niebo… Potem kolory się zmieniły i nagle woda stała się zielona. Spędziłam więc nieco czasu „zdejmując” między innymi badyla w wodzie, malowniczo zalewanego falą. Uchwyciłam łabędzie, jakaś mewa przeleciała mi  przed obiektywem – psując kadr. Słowem woda, woda, woda…

Lubię 🙂

Published in: on 8 lutego 2013 at 17:56  3 Komentarze