Głos

Nie tak dawno wracałam z późnej wycieczki po Gdańsku. Wycieczka skończyła się już po zapadnięciu zmroku przed Dworem Artusa. Jak zwykle potem szłam na skróty koło Mariackiego. Zawsze tamtędy wracam, bo to miejsce zachowało w sobie coś ze średniowiecza. No i faktycznie to są skróty – bo do ul. Szerokiej to dosłownie parę kroków. Tym razem jednak moje skróty znacznie się wydłużyły. Kiedy bowiem przechodziłam koło Bramy Mariackiej kościoła, z wnętrza dobiegł mnie Głos… Mocny, czysty i hipnotyczny głos kobiecy.

Nagranie komórką nie oddaje tego niesłychanego piękna i magii wieczornego światła i dźwięku. Nagranie jest beznadziejne, ciemne i w ogóle do niczego, ale to nie obraz, a dźwięk się liczy!

Zamieszczam więc trzy nagrania (po kawałeczku niestety) owej hipnotycznej magii przedwieczornej…

Głos 1

Głos 2

Głos 3

Środowy ślub

Wiele jest miejsc w Gdańsku związanych z historią Szwecji. Te tzw. szwedzkie ślady w naszym mieście do dzisiaj przyciągają turystów ze Skandynawii (zwłaszcza wywodzących się czy spokrewnionych z rodami związanymi z owymi miejscami).

Jednym z takich miejsc jest niewątpliwe Fara Prawego Miasta – czyli popularny Mariacki.

Ale o tym kościele nie teraz… Będzie o nim wkrótce – bo jest jednym z moich ulubionych miejsc w Moim Mieście.

Teraz chcę wspomnieć o pewnym zdarzeniu w „kraju zamorskim”, które to zdarzenie miało wpływ na powstanie pięknego epitafium (i kaplicy) właśnie w moim Ulubionym Kościele  w Gdańsku.

A było tak:

Johan Nilsson Gyllenstierna (z linii av Ludholmen) niemal od zawsze kochał się w Sigrid Brahe (ze wzajemnością zresztą). Sigrid jednak została „obiecana” Erikowi Bielke. I może by sprawy potoczyły się zgodnie ze scenariuszem gdyby nie… Królewna Anna Wazówna. Otóż Sigrid zaliczana była w poczet dam dworu Królewny i zarazem była jedną z jej faworytek, a Johann Nilsson – był jednym z tych szwedzkich szlachciców, którzy opowiedzieli się za Zygmuntem III Wazą.

Sigrid, prócz swojej Pani Królewny – nie miała nikogo, komu by mogła się zwierzyć ze swojej nielegalnej miłości do pięknego kawalera (tak bowiem opisują Johana Nilssona współcześni).

Anna sama miała romantyczny epizod w życiu (od dzieciństwa niemal zakochana była w Gustawie Brahe), więc któż lepiej od niej mógł zrozumieć rozpacz dwórki.

A do tego doszły jeszcze straszne plotki o wstydliwej chorobie Erika Bielke, jakiej miał się rzekomo nabawić podczas podróży do Polski. Tego dziewczynie było aż nadto – i po prostu uciekła do Stegeborg, zamku swojej pani. Wkrótce też do zamku przybył Johan. Anna poruszona ich miłością, ufna w siłę swojego autorytetu (była wszak siostrą królewską), zaaranżowała pośpieszny ślub.

Była to środa, 19 marca 1595 roku, a świadkami byli Królewna Anna i poseł Zygmunta III – Lindorm Bonde.

W kraju zawrzało. W siedzibach Gyllenstierna, Brahe i Bielke wręcz mówiło się o wojnie rodów. Nic nie można było jednak zrobić, bo przecież ślub zawarty został legalnie. I to w przytomności królewskiej siostry i królewskiego posła.

I tu mała dygresja – jakie szczęście, że w Szwecji nieznane było polskie warcholstwo z nieco wcześniejszych czasów – bo Sigrid niechybnie skończyłaby jak Halszka Ostrogska

Wracając jednak do Środowego Ślubu… Był to zresztą jedyny środowy ślub w historii Szwecji – bowiem małżeństwa zwyczajowo zawierano w niedzielę.

Otóż sprawa stała się na tyle głośna, że oparła się o obrady parlamentu. Anna zaś została nawet skarcona przez swego stryja Karola Sudermańskiego (regenta w owym czasie). Mawia się, że skarciłby ją za cokolwiek, bowiem jej zwyczajnie nie lubił…

Parlament rozwiązał ten narodowy kłopot, w ten sposób, iż nakazano rodzinie Gyllenstierna wypłacić odszkodowanie rodzinie Bielke, a nadto zapłacić nawiązkę dla biednych. W sumie ok. 3 tys. talarów. Uchwalono również, iż młoda para, przez co najmniej 6 miesięcy, pozostanie z dala od tzw. wielkiego świata, by nie drażnić upokorzonej rodziny byłego narzeczonego.

Podczas pobytu w Kalmarze – młodym małżonkom urodził się syn – Zygmunt, nazwany tak na cześć króla polskiego.

Wkrótce zwolennicy Zygmunta III musieli opuścić Szwecję, bowiem Karol – dotychczas będący tylko regentem – dokonał formalnego zamachu stanu i przejął władzę w kraju. Przyszło mu tym łatwiej, że w przeciwieństwie do ultrakatolickiego Zygmunta – był protestantem. Szwecja w owym czasie była także protestancka, zaś postępowanie Zygmunta dalekie było od tolerancji jego polskich przodków po kądzieli.

Johan Nilsson Gyllenstierna z rodziną osiadł w Gdańsku. W roku 1608 owdowiał, a zmarł w 1617.

To właśnie „owoc” słynnego Środowego Ślubu – Zygmunt – ufundował kaplicę, od której zaczęłam…

Kaplica znajduje się w Farze Prawego Miasta – po północnej stronie od wejścia, nieopodal Bramy Szewskiej. I zwana jest Kaplicą Reinholda, a często Kaplicą Guldensternów. Nad wejściem do niej bowiem wisi bardzo ciekawe epitafium tej rodziny.

Fundatorem, jak wspomniałam był Zygmunt – a raczej Sigismund Gyllenstierna. Skąd więc Guldenstern?

Nieznający języka szwedzkiego przyznają, że niezmiernie trudno poprawnie wymówić to nazwisko! Ileż moje grupy mają radości, kiedy usiłuję zmusić język do poprawnej artykulacji.  😉

Taki sam problem mieli Gdańszczanie i polscy dworzanie, z którymi Johan stykał się, z racji swojej pozycji przy królu. Musiała więc nastąpić zmiana nazwiska… I nastąpiła.  Jego syn znany już był jako Guldenstern. I tak zapisany został jako fundator kaplicy oraz w historii.

Ważne jest przesłanie fundatora, iż w kaplicy mają znaleźć spoczynek nie tylko członkowie rodu. Ale też ci, którym zabrano szwedzką ojczyznę… Ale to temat na osobną historię.

A co z Zygmuntem?

Otrzymał świetne wykształcenie w toruńskim Gimnazjum Akademickim, a później na uniwersytetach w Lejdzie, Strasburgu i Rostocku. Wszedł w krąg dworzan krola Zygmunta III, został nawet królewskim łożniczym. W roku 1633 otrzymał indygenat (na sejmie koronacyjnym Władysława IV). W roku 1635 na polecenie królewskie wraz z Gerardem Denhoffem objął kierownictwo nad Komisją Okrętów Królewskich.

Ożenił się z  Anną von Zehmen (Czema), córką kasztelana chełmińskiego Fabiana Czemy.

W roku 1636 w Toruniu był jednym z prowadzących uroczystości pogrzebowe Królewny Anny Wazówny, osoby, dzięki której przyszedł na świat. A 9 lat później w tamtejszym Ratuszu  przewodniczył  luteranom z Królestwa Polskiego podczas Colloquium Charitativum .

Przewodnikom po Zamku w Malborku jest znany z jego nieudanej obrony przed Szwedami w 1656, a przewodnikom Gdańskim – z dzierżenia kasztelanii gdańskiej od października tegoż roku.

Spotkamy go znowu podczas rokowań pokojowych 1660 roku – kiedy to domagał się zwrotu dóbr szwedzkich… Zmarł 6 lat później i został pochowany w kaplicy, którą sam ufundował…

Pozostało tylko epitafium z herbem – złotą gwiazdą, a także wspomnienie o jedynym w historii Szwecji Środowym Ślubie i romantycznej mediacji Anny Wazówny…

Published in: on 24 lutego 2011 at 23:39  Comments (1)  

Dżuma w Gdańsku 1709

Słowo „dżuma” źle się kojarzy…

Do dzisiaj, o kimś nie uznawanym w towarzystwie, mawia się „zadżumiony”.

Wspominając tę straszną chorobę, przede wszystkim mamy na myśli „Dżumę” Camus’a; także „Czarną Śmierć” z połowy XIV wieku. Dzisiaj zdaje się być czymś bardzo odległym i już nieco dla nas nierealnym. Ale dżuma istnieje, jest i od czasu do czasu w prasie można znaleźć o niej wzmianki…

Dla Gdańszczan w swoim czasie to było jak najbardziej realne doświadczenie i dla bardzo wielu – ostatnie doświadczenie ich życia…

Życie ludzkie w przeszłości było niesłychanie nietrwałe. To niefortunne określenie, ale faktem jest, iż było tak niepewną „inwestycją”, że dzieci – tak często umierające w niemowlęctwie – nie były nawet ujmowane w annałach rodzinnych. Szkoda było inkaustu i miejsca na stronicach kronik.

Śmierć była wszechobecna.

O ile jednak godzono się ze śmiercią wynikającą ze starości, choroby, czy wojny, o tyle śmierć w wyniku zarazy była czymś niezrozumiałym i nieprzewidywalnym.

Była straszna.

Była jak grom z nieba. Długo też wszelkie zarazy, jakie dotykały Stary Kontynent, traktowano w kategoriach „Gniewu Bożego”.

Dżumę znano od dawna. Zwana była „czarną śmiercią”, „gorączką buboniczną”, „morem”, „czarnym powietrzem”, i bano jej się bodaj czy nie najbardziej ze wszystkich zaraz, jakie nawiedzały kontynent.

Ta straszliwa choroba przetaczała się przez Europę od VI wieku, powodując znaczne jej wyludnienie. I pozostawiając ślad nie tylko świadomości i pamięci historycznej kontynentu, ale też w zwyczajowości. Takim najpopularniejszym śladem po dżumie – jest dzisiaj powiedzenie „na zdrowie”, gdy ktoś kichnie. Wiele osób bowiem umierało podczas kichnięcia (to w postaci płucnej dżumy – łac. pestis pneumonica).

W latach 1347/48 – 1352 dżuma zabrała około 1/3 całej populacji europejskiej

Epidemie więc stanowiły prawdziwy kataklizm.

W takich też kategoriach traktuje się do dzisiaj dżumę, jaka nawiedziła Gdańsk w roku 1709.

W wyniku epidemii trwającej od lipca do listopada tego roku, zmarło w mieście i na przedmieściach ponad 30 tysięcy osób. To duża liczba, zważywszy, iż miasto wtedy liczyło ponad 50 tysięcy mieszkańców, do tego mieszkańców przedmieść mogło być około 20 tysięcy, więc dżuma zabrała prawie połowę ludności Gdańska.

Z analiz ówczesnych zapisków wiadomo, że powstanie „morowego powietrza” powszechnie wiązano z bitwą pod Połtawą. Kiedy niepochowane trupy poległych zaczęły się rozkładać – powietrze zatrute zostało przez „trupi odór”. Do ostatniej chwili jednak wierzono, iż epidemii nie będzie. Zima tego roku trwała nadzwyczaj długo, i była nadzwyczaj ostra. Powszechnie panowało przekonanie, że mrozy, które trwały od grudnia, skutecznie uniemożliwią rozprzestrzenienie się jakiegokolwiek zagrożenia.  Jednakże mniema się iż to zima właśnie zdemobilizowała przygotowania do odparcia zarazy.

Bitwa pod Połtawą nie była przyczyną samą w sobie powstania epidemii.  Epidemie „przetaczały się” przez Europę w XVIII wieku w latach 1702 -1716. W 1708 roku zaraza pojawiła się w Płocku, Chełmnie, Toruniu, Grudziądzu i w Bydgoszczy. Jeśli szukać winnego – to upraszczając – cała tzw. Wielka Wojna Północna może być obarczana winą za rozprzestrzenienie się zarazy.

Zarazy dla Gdańska nie były nowością, bowiem jako miasto portowe nawiedzany był przez nie mniej więcej, co kilkanaście lat.

Dżuma z 1709 roku jednak była dla mieszkańców zaskoczeniem. Od przeszło 50 lat nic takiego nie „spadło” na miasto. Informacje o epidemiach przekazywane były jedynie przez starsze pokolenie i traktowano je jak mroczne legendy przeszłości. Tym większa panika wybuchła, kiedy nastąpiło zderzenie z realiami.

Starano się wprowadzić opiekę lekarską, zabezpieczać przed szerzeniem się choroby, organizować życie miejskie w tym specyficznym czasie. Zabroniono hodowli trzody w mieście a także nakazano zbieranie odpadów z ulic i usuwanie padliny. Można powiedzieć, że poniewczasie – ale jednak – zabrano się za stronę sanitarną miasta.

Dla nas ówczesne metody zapobiegania i walczenia z zarazą mogą wydać się (i wydają się) śmieszne, czasem wręcz budzą grozę. Ale w XVIII wieku metody te uchodziły za powszechne i …  nowoczesne.

Zalecano więc dużo ruchu na świeżym powietrzu, wręcz nakazywano pracę fizyczną; do tego dobrze było okadzać się dymem – stąd na rycinach i przedstawieniach malarskich z tego okresu widzimy tyle postaci z fajkami w zębach. Również doradzano okadzanie domostw. Do tego używano siarki, smoły, jałowca, lub wysuszonego końskiego nawozu. Ale nie gardzono także żywicą, czy saletrą. W bogatych domach (podobnie jak w wieku XIV) dawano dzieciom do ssania srebrne łyżeczki – wierząc w moc srebra. Popularne były amulety z perłami i szmaragdami. Spuszczano krew, stosowano lewatywy. By „wzruszyć stające powietrze” – stosowano proch strzelniczy, więc w tym też czasie wiele domów straciło okna, drzwi czy dachy.

Zajadano się czosnkiem, używano liści bobkowych, stosowano tzw. angielski korzeń, czyli Arcydzięgiel Litwor.

Dzisiaj także stosowany jest w lecznictwie jako:

„środek rozkurczający i aromatyczno-gorzki w zaburzeniach trawienia. Ponadto jako łagodny środek moczopędny, napotny, wykrztuśny i uspokajający. Olejek stosowany bywa do nacierań jako środek łagodzący nerwobóle i bóle reumatyczne. Znaczne ilości surowca używane są do wyrobu likierów i wódek gatunkowych. Młode ogonki i łodygi odpowiednio usmażone używane są w przemyśle cukierniczym przy wyrobie keksów i do dekoracji tortów i mazurków”

Powszechnie też stosowano ocet tak do wdychania jak i do obmywań, oraz skórkę pomarańczy czy mirrę.

Także tabaka miała popyt – aczkolwiek bano się kichać, pamiętając przekazy o zarazach z dawniejszych czasów…

Jeśli chodzi o żywienie – to zalecano dietę lekkostrawną – a więc drób i cielęcinę, gotowane ryby, i dużo owoców. Przestrzegano przed spożyciem mleka, nie zabraniając wszakże spożywania nabiału. Ponieważ powszechnie uważano, iż picie wódki zwiększa wchłanianie „złego powietrza”, zalecano picie grzanego piwa. Do napojów radzono dodawać dużo soku z cytryny.

Na obrzeżach miasta zakładano szpitale dla zadżumionych. Cechy obejmowały systemem opieki swoich członków. Nierzadkie stały się też przypadki adopcji osieroconych niemowląt.

Dla statków przypływających do portu zastosowano 8-dniową kwarantannę na redzie.

U chorych z rozpoznaniem dżumy – stosowano bolesną „kurację” – a mianowicie nacinanie wrzodów. Wiedziano, iż ten rodzaj dżumy (pestis bubonica) wylęga się w organizmie w ciągu 2 do 7 dni od ukąszenia. W tej bowiem postaci dżumy to pchły żerujące na zarażonych szczurach, a raczej ich ukąszenia, są przyczyną rozprzestrzeniania się tej straszliwej choroby.

Jako że pchły nie żerują na koniach, te nie chorowały, ani też nie zapadali na dżumę buboniczną ludzie mający stale do czynienia z końmi. I dlatego też na wszelkich rycinach czy obrazach przedstawiających epidemię dżumy, wśród częstych przedstawień martwych psów czy kotów – konie są jak najbardziej żywe – ciągną wozy ze zmarłymi. Widać zapach końskiego potu, a może uryny – skutecznie odstrasza pchły (do tego odkrycia doprowadziły niedawne badania nad zarazą w Marsylii).

Popularne było też okadzanie dymem bursztynowym – czyli kadzidło. Zaobserwowano iż szlifierze bursztynu nie zapadali na zarazę … Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.

Jednym ze sposobów pochłaniania „złych toksyn” miało być wkładanie kawałka świeżego chleba w usta zmarłych. Jednakże zdarzały się przypadki sprzedaży takiego chleba biedocie, przez pachołków odpowiedzialnych za wynoszenie zmarłych.

Gdańsk nie zamknął bram podczas zarazy, nie zabrakło też dostaw żywności do miasta. Tak więc, przy całym nieszczęściu, ludzie nie zostali dodatkowo skazani na śmierć głodową. Żywność dla miasta dostarczano z okolic Zblewa w poniedziałki, środy i piątki. Rozdział chleba pod bezpośrednim nadzorem kierownika Urzędu Dobroczynności, dla biedoty był bezpłatny.

Przez cały czas trwania epidemii Gdańsk starał się utrzymywać kontakty handlowe z tzw. światem zewnętrznym. Wydano nawet specjalne zarządzenie, aby nikt nie ważył się pisać o nieszczęściach, jakie dotknęły miasto. Kto by zaś napisał w liście o prawdziwych rozmiarach moru miał być ukarany. Kary za opisywanie sytuacji w mieście były dotkliwe – od kary pieniężnej poprzez areszt aż do kary śmierci włącznie.

W czasie trwania zarazy odbywały się targi – nie odwołano Jarmarku Dominikańskiego, Dwór Artusa nie został zamknięty.

*/*

Każdy, kto zaobserwował u siebie objawy choroby – miał zgłosić się do „rejonowego” chirurga, który zobowiązany był nieść pomoc. Chorym zabraniano opuszczać domostwa, których jednak nie znaczono już krzyżami, jak to robiono podczas poprzednich epidemii.

Ludzie panicznie bali się gorączki (strach przed gorączką pozostał do dzisiaj), bowiem tak właśnie zaczynała się choroba. Chorego ogarniały dreszcze i silne poty i skarżył się na ból głowy nie do wytrzymania. Następnie – około drugiego dnia – następowało bolesne powiększenie węzłów chłonnych. Wierzono, że pęknięcie nabrzmiałych węzłów – jest równoznaczne z „ujściem” choroby. Starano się nawet ów proces przyspieszyć – stosując różne plastry rozgrzewające.

Faktycznie – nierzadkie były przypadki wyzdrowienia po takiej drakońskiej kuracji (tu polecam książkę „Forever Amber” Kathleen Winsor, a także Dzienniki Samuela Pypes’a – szczegółowo i bardzo dramatycznie opisują dżumę, jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku).

Na powyższym obrazku – widać jak ubierali się lekarze w czasach dżumy – w „dziób” wkładano szmatki nasączone bądź wonnymi olejkami bądź perfumami by zniwelować odór rozkładających się ciał. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikipedii, ponieważ innego nie mogłam znaleźć.

Miasto opłacało 15 chirurgów do leczenia chorych (fizycy, czyli dyplomowani, raczej nie zapisali się chwalebnie i o nich nie będę wspominać).

Ponadto – jak wyżej wspomniałam – na obrzeżach ustanowiono szpitale i cmentarze. Z tego czasu właśnie pochodzi nazwa Dom Zarazy w Oliwie, kiedy to w Domu Bramnym urządzono lazaret dla mieszkańców okolicy.

Szpitale, jakie działały w mieście, to dzisiaj jedynie miejsca na mapie. A było ich parę. Lazaret (dzisiejsza ul. Dyrekcyjna) i Sierociniec, szpital na Siedlcach (dzisiaj okolice ul. Skarpowej), Bastiony: „Ryś”, „Wół” i „Lew”, Góra Gradowa.

Pochówki objęte zostały surowymi ordynacjami. Należało odczekać dobę przed pogrzebem. Długo bowiem opowiadano sobie, jak o cudzie, o przypadku woźnego Gimnazjum Akademickiego, który odzyskał przytomność już na wozie z trupami. Ocalał i wyzdrowiał, co uważano za oznakę przychylności niebios.

Pochówki odbywały się bez trumien, grzebano ciała w masowych grobach. Rzadko zezwalano na grzebanie w obrębie murów miejskich w obawie przed szerzeniem się „złego powietrza”, ale też ze względów estetycznych – bowiem „trupi odór” faktycznie był nie do zniesienia. Już i tak trupy rozkładały się na ulicach. A trzeba pamiętać, że główne uderzenie epidemii przypadło na lato. A grabarzy było aż … sześciu dla miasta i sześciu poza nim. Zwyczajnie nie nadążali z pochówkami.

Już w lipcu cmentarz dla ubogich przy kościele Bożego Ciała nie mieścił pochówków. Decyzją rady więc powstały nowe miejsca grzebalne – na Rudnie, a prawidłowo: Knipawie (nieopodal Bramy Żuławskiej – dzisiaj nie istnieje), w okolicy Siedlec, oraz w okolicach Bramy Oliwskiej (okolice dzisiejszego cmentarza garnizonowego).

Chowano zmarłych, jak wspomniałam, w grobach masowych – które zasypywano dopiero po wypełnieniu. Cmentarze te nie istnieją, pozostały najwyżej w świadomości tzw. miejscowej.

Tropienie „cmentarzy zarazy” – to dzisiaj jeden z częstych elementów tzw. ciemnej turystyki – obejmującej nie tylko miejsca kaźni czy mordów, ale właśnie takie pozostałości po dawnych plagach i zarazach. Przyznać jednak trzeba, że w wielu rodzinach (nie tylko polskich) do dzisiaj istnieje tradycja (przekazywana z pokolenia na pokolenie) składania kwiatów na obcym grobie lub na miejscu dawnego cmentarza – bo w ten sposób niejako składa się ofiarę pochowanemu w zapomnianym grobie przodkowi. Jest to pozostałość właśnie po epidemiach.

Zaraza z roku 1709 zaczęła wygasać w listopadzie – i zaobserwowano wtedy masowy powrót ptaków do miasta (uciekły zaraz na początku kataklizmu). Oficjalnie oznajmiono o wygaśnięciu zarazy na początku kwietnia roku następnego. Zaś na dzień 27 kwietnia wyznaczono Dzień Dziękczynienia.

Oblicza się, iż w wyniku zarazy – w mieście zmarło około 22 100 osób na ogólną liczbę zmarłych 24 533. To niemal połowa mieszkańców. Do tego dodaje się liczbę 8 tysięcy zmarłych na przedmieściach – przy zaludnieniu tychże w wysokości około 20 tysięcy. Tak wiec całość ofiar zarazy daje nam liczbę ponad 30 tysięcy. Jak na owe czasy i jak na ówczesną liczebność miast – to ilość zastraszająca.

Gdańskowi nie dane już było się podnieść z upadku spowodowanego „morowym powietrzem”. A i czasy nie były sprzyjające – był to czas wojen i niepokojów. To dosłownie i w przenośni był kres świetności Złotych Wrót Rzeczypospolitej.

* / *

To jest nieco zmieniony artykuł, jaki zamieściłam niegdyś w internetowej  „Akademii Rzygaczy”.  Z braku czasu na „kopanie” w źródłach i pisanie – mogę tylko uzupełnić tekst. Uzupełnienia i poprawki redakcyjne pojawiły się po sesji, jaka miała miejsce w maju 2009 roku (21-22 maja) w trzechsetną rocznicę zarazy.

Zimowo i gdańsko-oliwsko…

Miałam dzisiaj do załatwienia wiele spraw – ważnych i nie ciepiących zwłoki.  Spraw urzędowych, co jak wiadomo do przyjemności nie należy.

No i jak zwykle – po wszystkim – dałam sobie chwilę dla siebie. Chwilę na zachwyt moim Miastem.

ul. Mariacka

To nic, że chodniki (a raczej niemal całe Długie Nabrzeże) jest do wymiany i ciekawe JAK służby stosowne zdążą przed sezonem… To nic, że cała nawierzchnia Długiego Targu jest praktycznie do wymiany, co widać na zdjęciu…

Nawierzchnia Długiego Targu... Czy doczekamy kiedyś, by była równa ???

To nic… Miasto – mimo wszystko jest piękne. I fotogeniczne 😉

Pan z widelcem

Nierzadko piękno miasta jest ukryte we wnętrzach (dziękuję za cierpliwość i ciekawą rozmowę !!!)

nieco Kadyn w Gdańsku

A czasem to piękno jest ukryte w bramach 😉 i nie dla każdego jest ono oczywiste…

paluchy...

A czasem po prostu wystarczy się obejrzeć:

Pojechałam do Oliwy… Do parku oliwskiego.

A tam –  zimowa Aleja do Wieczności…

W Gdańsku są tylko trzy takie. Ta w parku, Wielka Aleja Lipowa Gralatha, i Aleja na plafonie w Ratuszu Prawego Miasta.

Tzw. Książęcy Widok

Książęcy Widok – czyli aleja z widokiem na morze. Dzisiaj lipy mają około 15 m wysokości a ich szpaler ciągnie się na długości ok. 180 m i kończy się kanałem wodnym. Po obu stronach tego kanału czy jak kto wolu podłużnego stawu ;-)- biegną również lipowe – aleje bindażowe (bindaż  to aleja obsadzona w taki sposób – że korony drzew z obu stron splatają się, tworząc „sklepienie”). Co ważne, ów kanał jest na końcu szerszy – więc nie ma perspektywy 😉

Nie czas i nie miejsce na filozoficzne dywagacje, więc chętnych odsyłam do Eugeniusza Iwanoyki i jego książki pt. „Sala Czerwona ratusza gdańskiego”.

Tu czas i miejsce na piękno zimowej alei bindażowej:

I na koniec jak zwykle wizyta w katedrze.

Wielkie wejście

a tam… wielkie remonty…

Ale o tym – kiedy indziej. Dość, na tym, że takich remontów nie było tu, jak świat światem…

Published in: on 27 stycznia 2010 at 19:30  Comments (1)  

Zimy ciąg dalszy – tym razem w Gdańsku

Nie lubię zimy. Ale, skoro już jest, to pozostaje mi się przyzwyczaić do tego, że jest minus miliard .

W celu oswojenia tej barbarzyńskiej pory roku – pojechałam dzisiaj nad Wisłę. Martwą Wisłę. Zaszłam do Twierdzy – a raczej w okolice Twierdzy, podreptałam do odtworzonej bramy Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte i … na szczęście przyjechał autobus (106 kursuje do Gdańska w okolice Akademii Muzycznej) …

Ale że zima ma trwać jeszcze czas jakiś, to pewnie jeszcze parę zdjęć tego białego, co to spadło na ziemię i leży – zrobię.

Tutaj wklejam parę migawek z dzisiaj.

Martwa Wisła w gdańskim porcie. Po prawej - kawałek Nabrzeża Obrońców Poczty Polskiej, i Bastion Artyleryjski, po lewej kawałek Szańca Mewiego i Zakręt Pięciu Gwizdków. Widok z promu Wisłoujście.

Po prawej - Westerplatte, po lewej wygaszona latarnia morska (obecnie własność prywatna), dalej... ujście Wisły

Zrekonstruowana brama Wojskowej Składnicy Tranzytowej na W-platte

A tym, którzy nie byli w ani nawet koło Twierdzy Wisłoujście – polecam artykuł ze Spotkań z Zabytkami (numer styczniowy z roku 2008) – na szczęście dostępny w sieci:

http://www.spotkania.pl/sources/pdf/2008-01-01.pdf

Szczególnie polecam – w czasie kwitnienia bzów !

A potem jesienią – podczas żniw kasztanowych 🙂

Published in: on 14 stycznia 2010 at 16:10  Dodaj komentarz  

Portal Ratusza Prawego Miasta

„Bracie, spójrz-no ku Bramie, czy król nie nadjeżdża…” te słowa z legendy o Lwach z Gdańskiego Ratusza znają (mam nadzieję), wszyscy Gdańszczanie…

Przepiękny portal z piaskowca, ukończony w roku 1768 zachwyca tak miejscowych jak i przyjezdnych.

Portal, jak portal, można powiedzieć, jeden z wielu w mieście… Przedstawia herb Gdańska z lwami, jako tzw. trzymaczami.

Różni się jednak od innych w mieście tym, że lew po prawej heraldycznej ma łeb zwrócony ku Bramie Długoulicznej (zwanej Złotą).

Wszyscy zgodnie podkreślają, opowiadając o portalu, że powstał na parę lat przed I rozbiorem Polski, co zresztą ukazuje data na portalu. Mówi się też, iż portal powstał w atmosferze napięć i zagrożenia dla Złotego Gdańska, że odwrócony łeb lwa symbolizuje wiarę Gdańszczan w interwencję króla. Króla polskiego.

Wymienia się przy tym nazwisko twórcy portalu. Daniel Eggerts, lub Eggertsen, czy też Eggersen.

Kim był?

Otóż był potomkiem szwedzkich emigrantów, jakich wielu było w mieście. Urodził się w Gdańsku w roku 1732, a więc w chwili tworzenia portalu był człowiekiem dojrzałym. Precyzję w posługiwaniu się narzędziami rzeźbiarskimi uzyskał u nie byle kogo, bo u samego Krzysztofa Strzyckiego (o tym mistrzu dłuta opowiem kiedy indziej). Po nauce u tego mistrza – przyjętym zwyczajem, wyjechał, by doskonalić swój warsztat. Szukał inspiracji w Rosji, Holandii, Szwecji – kraju przodków, Francji, Danii, i w Anglii.

O ile jednak w Rosji, Francji, Holandii czy Danii raczej próżno szukać jego dzieł, o tyle w Anglii mu się poszczęściło i zyskał pewną sławę.

Podczas 3-letniego tam pobytu stworzył w białym marmurze relief pt. „Ofiarowanie Ifigenii”. Dzieło to wystawiono w Towarzystwie Artystów Niezależnych w roku 1762 a już w następnym roku zyskało nagrodę londyńskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych.

Po tym sukcesie Daniel powrócił do Gdańska, w roku 1765. Natychmiast otrzymał od Rady duże zlecenie na wykonanie schodów i portalu Ratusza Głównego Miasta.

schody i portal ratuszowy

Gdańsk kochał się w alegoriach i symbolach i takiego też przedstawienia oczekiwano od mistrza Daniela. Dzieło miało zmuszać do zastanowienia, miało być niełatwe w odbiorze, acz miało oddawać w pełni nastroje w Ratuszu.

Mistrz Daniel z zadania wywiązał się znakomicie, co możemy podziwiać do dzisiaj.

Korzystałam z :

  1. „Historia Gdanska” t.III (1), red. Edmund Cieślak
  2. „Gdańsk – szwedzkie karty historii” Wojciech Łygaś
  3. „Zycie codzienne w Gdańsku” Maria Bogucka
  4. „Gdańskie Zabytki architektury do końca XVIII wieku” – Jacek Friedrich
Published in: on 10 grudnia 2009 at 21:15  Dodaj komentarz  

Gadająca głowa i zagwozdka

To było dość dawno temu, kiedy Ewa Kowalska wystartowała ze swoją stroną turystyczną. Umówiłyśmy się na nagranie  – czyli na krótkie filmowe migawki ze mną w roli gadającej głowy… Przystałam na tę przygodę tym chętniej, że tak jak Ona, uważam iż nie powinno się „kupować” przewodnika z netu. Powinno się go usłyszeć … i zobaczyć 😉

Kiedy tak sobie chodziłyśmy po Mieście Niepokornym w poszukiwaniu miejsca na nagranie – zdałam sobie sprawę z tego, że tylekroć byłam i jestem wciąż nagrywana podczas wycieczek mniej lub bardziej oficjalnych – ale nigdy dotąd nie miałam tremy.

No cóż, widocznie zawsze musi być ten pierwszy raz…

Poszło ponoć całkiem nieźle (tak twierdziła Ewa). 

A ja – oglądając potem już zmontowane nagranie – wreszcie usłyszałam, jakie to Moje Miasto jest gwarne…

Po powrocie do domu – zabrałam się za przeszukiwanie mojego archiwum zdjęć, jako że Ewa mobilizowała mnie do nadsyłanie ich na stronę w ilości dowolnej.

No i pośród mnóstwa fotograficznych szaleństw (jako, że robię zdjęcia stale i wszędzie niemal) znalazłam parę zdjęć epitafium Bartłomieja Schachmanna.

I od razu mi się przypomniała „zagwozdka” z Muzeum w Nowym Dworze Gdańskim.

Ale o tym już gdzie indziej

Published in: on 2 grudnia 2009 at 11:28  Dodaj komentarz  

Adrian Pauli

To jeden z tych, którzy do problemu zdrowotności podchodzili naukowo.

Urodził się w Gdańsku 18 września 1583 roku.

Rodzicami byli Elżbieta z Fischerów, zaś ojciec – także Adrian, w latach 1548-1611 był diakonem, a następnie pastorem kościoła ŚŚ. Piotra i Pawła. Był także rektorem szkoły działającej przy tym kościele.

W maju 1596 roku Adrian junior rozpoczął naukę w gimnazjum w Gdańsku. W tych czasach wielkim poważaniem cieszył się zawód medyka. Wybierał ten kierunek zainteresowań. Następnie – udał się na studia lekarskie do uniwersytetu w Heidelbergu. Był on w tych czasach celem peregrynacji wielu ówczesnych gdańszczan. Tam – w roku 1605 promował się na doktora medycyny. W latach 1607-1609 kontynuował naukę na uniwersytecie w Montpellier we Francji (słynnym z edukacji wielu znanych postaci renesansu, jak choćby m.in. wielki humanista i lekarz Franciszek Rabelais).

Po studiach – Adrian wraca do Gdańska, gdzie w roku 1611 obejmuje stanowisko profesora nauk przyrodniczych w Gimnazjum Akademickim. Wiadomo też, iż rozpoczął działalność praktyczną.

Odrodzenie w Gdańsku, ale również w innych ośrodkach naukowych Europy – to ściślejszy związek medycyny z naukami przyrodniczymi.

Lekarze zaczęli poświęcać się naukom przyrodniczym – zdając sobie sprawę z tego, że badania w tym zakresie mogę medycynie tylko pomóc i pchnąć stan wiedzy do przodu. Życie Adriana Pauli w Gdańsku, to w związku z tym nie tylko praca pedagogiczna, ale i naukowa. Wyniki swoich badań wydawał w szeregu publikacji, spośród których najbardziej znaną była: De temperamentis. Disputatio physiologica cum Delineatione logica, wydana w Gdańsku w roku 1615. W pracy tej Pauli przyjął istnienie czterech cech organizmu (ciepło, zimno, wilgotność i suchość). Temperament według niego miał powstawać ze zmieszania ze sobą poszczególnych cech. Rozróżniał temperamenty proste, tzw. simplicia temperamenta, w których to jedna właściwość dominowała nad pozostałymi oraz złożone – composita temperamenta, gdy dwie właściwości górowały nad innymi.

W efekcie Pauli głosił przekonanie o istnieniu dziewięciu odmian temperamentów: czterech prostych, tyle samo złożonych oraz, dodatkowo, temperamentum uniforme, gdy wszystkie właściwości znajdowały się w jednakowym wzajemnym stosunku. Przyjmował zmienność temperamentów w czasie życia osobnika, w zależności od czynników wewnętrznych jak np.: starzenie się organizmu w związku ze zmianą tempa procesów biologicznych oraz w zależności od czynników zewnętrznych, na które składały się: warunki klimatyczne (powietrze) oraz pożywienie i leki (to ostatnie spostrzeżenie było nowum w tym czasie) Pauli zajął się też oceną fizjonomii człowieka. Jego zdaniem bowiem stanowiła ona drogowskaz prowadzący do poznania stanu narządów wewnętrznych. W tym przypadku opierał się na poglądach Arystotelesa i Hipokratesa. Czerpał też z dorobku Galena – zawartego w jego Ars parva.W przeciwieństwie do swoich wielkich poprzedników, uważał jednak, że cechy fizjonomii służą do oceny naturalnej skłonności osobnika.

Doktor Pauli stworzył także naukowe podstawy dla stosowania metali w lecznictwie. Dał temu wyraz w swojej następnej publikacji: Dysputatio physica de metallis wydanej w Gdańsku 29 kwietnia 1618.. Ten kierunek badań był nadzwyczaj ważny w tamtych czasach. Wszak chemia i alchemia zajmowały wówczas umysły nie tylko lekarzy. Pauli zajął się eliminacją błędów w sztuce leczenia. To bowiem zdarzało się nader często – w praktykach oszustów wykorzystujących częściowe wiadomości o właściwościach ciał chemicznych.

Autor wyróżnił pięć metali ciężkich, jego zdaniem istotnych w lecznictwie. Pierwsze miejsce w układzie metali zajmowało złoto, leczące serce i służące wzmocnieniu organizmu. Następne w kolejności były – srebro ołów, miedź i żelazo.

Pauli wyróżniał trzy rodzaje ołowiu: czarny, popielaty i biały (zwany cyną). Ołów był przez niego zalecany do “oziębiania gorących nerek”. Żelazo uważał za metal najmniej szlachetny, wskazany przy zaburzeniach żołądkowych.

Doktor Adrian Pauli “nie wykluczał naukowych możliwości dokonywania przemian metali, np. przemiany srebra w złoto. Jego zdaniem istniały teoretyczne podstawy dla takich poszukiwań, tkwiące we wspólnych właściwościach metali.”

Innym przykładem potwierdzającym różnorodność zainteresowań doktora był bursztyn. Napisał na ten temat rozprawę pt. Disquisitio philosophica de succini natur (Gdańsk 1614 r.). Przyjął tutaj pochodzenie bursztynu z żywicy, która uległa kondensacji w morzu. Z dużą dokładnością opisał właściwości fizyczne bursztynu (jak zabarwienie, przezroczystość czy zapach) a także właściwości przyciągania opiłków żelaza. Wspomniał także o zatopionych w bursztynie drobnych owadów, określając je jako bestiolae. Dzielił powszechną (do dzisiaj zresztą) wiarę w nadzwyczajne wartości lecznicze bursztynu. Polecał stosowanie go w wielu schorzeniach somatycznych. Odrzucał jednak nadprzyrodzone pochodzenie bursztynu. Jego poglądy na powstanie bursztyn jak i jego istotę do dzisiaj uchodzą za bardzo postępowe. Z pewnością pomogły mu tutaj liczne kontakty z zagranicą i to co dzisiaj nazywa się poszerzaniem wiedzy – jako że w okresie odrodzenia wzrósł ogólny zakres wiadomości z geologii i mineralogii – jako ważnych dziedzin w poznawaniu przyrody.

Adrian Pauli zmarł w Gdańsku w wieku 39 lat. Jego pogrzeb odbył się w dniu 20 maja 1622 roku.

Nie wiemy nic o jego rodzinie, czy taką posiadał, ani nie wiemy, czy był lubiany, czy często go wzywano do chorych, czy był szczęśliwy. Nie wiemy nawet gdzie w Gdańsku mieszkał. Wiemy jednak, iż w swoim życiu i pracy starał się opierać na metodach doświadczalnych i racjach rozumowych nie było to łatwe w tamtym czasie. Powszechnie panowały przesądy astrologiczne, które szereg przyczyn tłumaczyły zależnością od położenia ciał niebieskich. Metody doświadczalne zaś przeciwstawiały się ślepemu uznawaniu autorytetów i nabierały coraz większego znaczenia dla postępu, jaki osiągano w pracach badawczych. Tym cenniejsza jest więc postać doktora Adriana Pauli. Dzięki takim właśnie ludziom przecież wytworzyła się na przestrzeni wieków obecna medycyna naukowa.

Tekst jest mojego autorstwa – zamieszczony czas jakiś temu na stronach Akademii Rzygaczy.

wykorzystałam:

1. Trzy wieki nauki gdańskiej – K. Kubik, L. Mokrzecki

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. notatki W. Czaykowskiego

Joahim Oelhaf

Rok 1580 był rokiem przełomowym dla gdańskiej medycyny.

Wtedy to wprowadzono w Gdańskim Gimnazjum Akademickim wykłady z anatomii, a także otworzono katedrę anatomii i medycyny. Na jej czele stanął pierwszy oficjalny profesor anatomii w Polsce – Jan Mathesius.

Jego następca został Joachim Oelhaf. Ten Gdańszczanin był jednym z najwybitniejszych lekarzy polskich XVII wieku. Studiował w Wittenberdze. Następnie czas jakiś spędził na dworze królewskim, gdzie dane mu było korzystać z doświadczeń nadwornego medyka Zygmunta III Wazy – Jana Baptysty Gemmy.

Stypendium przyznane przez Radę Miejską w Gdańsku pozwoliło Oelhafowi na kontynuację studiów w Padwie i Montpellier, gdzie uzyskał doktorat z medycyny. W owych czasach Padwa była głównym ośrodkiem odkryć anatomicznych. Powrócił do Gdańska w roku 1602, obejmując funkcję fizyka miejskiego. Rok 1602 to w Gdańsku rok zarazy, która pochłonęła, jak się oblicza, co najmniej 15 tysięcy ofiar – przy szacunkowej liczbie mieszkańców około 50 tysięcy – licząc z przedmieściami (Cieślak – Historia Gdańska t. 2).

Doktor Oelhaf wykazał się podczas tego strasznego czasu wielkim poświęceniem, dał dowód, iż lekarzem został z powołania. Swoją ofiarnością zdobył sobie wielkie uznanie Gdańszczan. Gdy epidemia wygasła i życie w mieście powoli wróciło do normy – w ponownie otwartym Gimnazjum – Joachim objął stanowisko profesora anatomii i medycyny.

Teraz, prócz praktyki lekarskiej, prowadził wykłady, uczestniczył w uczonych dysputach, co należało do dobrego tonu, a także pisał prace naukowe. Ponieważ interesował się botaniką, jako nauka pomocniczą medycyny, na wałach miejskich założył ogród dla hodowania ziół leczniczych.

Medycyna była jego pasją, poznanie – drogą do niej. Przeprowadził dowodnie 3 sekcje zwłok. Pierwszą z nich była sekcja zwłok dziecka z patologią wątroby, następna – była sekcją prof. Keckermanna. W roku 1613 (27 lutego) przeprowadził pierwszą w tej części Europy publiczną sekcję zwłok (n.b. w sali dzisiejszej ekspozycji złotnictwa gdańskiego – czyli w małym refektarzu zespołu pofranciszkańskiego). Była to sekcja dziecka z zespołem wad mnogich, urodzonego w niedalekim Pruszczu Gdańskim. Wyniki sekcji zostały opublikowane – stąd stała się ona znana w całym ówczesnym międzynarodowym świecie lekarskim.

W czasie swoich pobytów w Gdańsku, król chętnie odwiedzał Oelhafa, co niewątpliwie podnosiło prestiż fizyka miejskiego.

Życie Oelhafa było bardzo intensywne, bowiem prócz praktyki lekarskiej, wykładów w Gimnazjum, dysput, prowadził eksperymenty, badał lecznicze właściwości roślin, dokonywał operacji, pisał traktaty o fizjologii i anatomii.
Niestety to pasmo sukcesów i aktywności przerwała zaraza w roku 1630. Joachim był jedną z jej ofiar.

Syn Joachima, Mikołaj, kontynuował badania swego słynnego ojca nad ziołami. Wydał pracę z dziedziny ziołolecznictwa – prekursorską w tej dziedzinie. Z jego dzieła można było poznać 350 roślin stosowanych w lecznictwie. Mikołaj był także lekarzem miejskim (fizykiem), a także nadwornym lekarzem króla Władysława IV. Zważywszy chorobę nerek, na którą cierpiał od wczesnej młodości król – Mikołaj był bardzo zajętym lekarzem nadwornym.

Niestety – nic więcej na razie nie wiem o jego dalszym życiu.
Artykuł ten napisałam czas jakiś temu do internetowej Akademii Rzygaczy – obecnie tutaj uzupełniłam o notatki z sesji naukowej poświęconej 450 rocznicy Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego, jaka odbyła się w listopadzie 2008 roku.

wykorzystałam:

1. Wielka Księga Miasta Gdańska

2. notatki W. Czaykowskiego (mojego Ojca)

3. notatki z sesji „450 rocznica Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego”

Nathaniel Mateusz Wolf

Patrząc na Biskupią Górkę, widzimy wieżę i zabudowania dawnego schroniska młodzieżowego, obecnie zaanektowanego przez policję.

Tylko tyle.

Nie zdajemy sobie sprawy, pędząc do lub z pracy, że tam – w roku 1781 – powstała “dostrzegalnia gwiazd”. I że stała do roku 1818. Nie wiemy też często o tym, że tam też, jeszcze czas jakiś po II wojnie światowej (co opisał prof. Jan Kilarski), znajdował się grób tego, dla którego ową dostrzegalnię zbudowano.

Nataniel Mateusz Wolf.

Astronom Wolfhttp://www.astrotczew.org/?q=node/208

Ekscentryk i oryginał, noszący własne włosy – ufryzowane i z harcapem (wtedy jeszcze nie całkiem popularnym). Astronom. Lekarz. Znany i szanowany w mieście, do którego przeniósł się po I rozbiorze Polski, by nie być poddanym pruskim. Prekursor stosowania surowicy do szczepień przeciwko ospie.

Lekarz nadworny marszałka wielkiego koronnego, Stanisława Lubomirskiego, a także generalnego starosty ziem podolskich – Adama Kazimierza Czartoryskiego. Po mianowaniu tegoż na komendanta Korpusu Kadetów, Wolf został generalnym lekarzem wojsk polskich.

Wolf – niegdyś znany i uznany.

Dzisiaj – zapomniany i nieupamiętniony.

Był synem chojnickiego aptekarza. Urodził się w Chojnicach w roku 1724, zmarł w Gdańsku w roku 1784, podczas epidemii grypy.

Ale zanim nastał rok 1784 – były lata wytężonej pracy nad sobą i dla innych.
Ojca stracił wcześnie, i byłby pewnie przejął po nim aptekę, gdyby nie głód wiedzy. Pociągała go medycyna, filozofia, matematyka i astronomia. Studiował w Jenie, w Lipsku, potem w Halle. Nienajlepsza kondycja finansowa, w jakiej się początkowo znajdował, odbiła się na jego zdrowiu. Zachorował na gruźlicę, wtedy nazywaną suchotami. Dopiero stypendium ufundowane przez biskupa warmińskiego Adama Grabowskiego, pomogło mu przetrwać studia. W Erfurcie uzyskał dyplom uniwersytecki.

Po raz pierwszy pojawił się w Gdańsku w roku 1749. Duża konkurencja i niechęć środowiska lekarskiego, a także brak stosownych znajomości (skąd my to znamy?)spowodowały, że długo tu nie zabawił. Chyba jednak urodził się był pod szczęśliwą gwiazdą, bowiem dostał posadę nadwornego lekarza Stanisława Lubomirskiego. Marszałek wielki koronny był chory na gruźlicę, zaś od dziecka słabowity. Potrzebował więc stałej opieki lekarskiej. Nataniel zaś, jako człowiek z natury życzliwy i dobry, z całym oddaniem tę opiekę sprawował.

Praca dla tak znamienitego pacjenta zaowocowała zarówno stabilizacją finansową, jak i popularnością, która sięgnęła aż na dwór szwedzki.
Doktor Wolf, po rozstaniu z Lubomirskim w roku 1761, został lekarzem nadwornym Adama Kazimierza Czartoryskiego. Pan generalny starosta ziem podolskich pochodził ze zdrowej rodziny, a ponadto był o 10 lat młodszy od swego medyka.

Prowadził dom otwarty, należał do twórców Teatru Narodowego, parał się zarówno teorią jak i krytyką literatury. U księcia bywało wiele znanych nazwisk epoki. Ba! Nawet sam Casanova (który n.b. o doktorze Wolfie wyrażał się per “kreatura” – a to za sprawą pewnego paskudnego żartu doktora).

Król Stanisław August Poniatowski, sam będąc również pacjentem Nataniela, nobilitował go w roku 1768. Akt nobilitacji przywiązał syna chojnickiego aptekarza do Polski bardzo szczerze i do końca życia.

Wolf, wraz ze swoimi chlebodawcami podróżował, bywał. Swoboda finansowa, jakiej doświadczył, a także doskonałe zdrowie księcia Adama, pozwoliły mu na zajęcie się swoja pasją. A tą była astronomia.

Kiedy książę Czartoryski został komendantem Korpusu Kadetów, Nataniel objął tam stanowisko generalnego lekarza wojsk polskich.

W roku 1769 jednak – Wolf opuścił Warszawę. Podobno zmusiła go do tego choroba. Dość, że trochę podróżował, m.in.. do Anglii, by wreszcie osiąść w …Tczewie. Przypuszcza się, iż miał tam rodzinę. No, bo jakież inne względy mogły zagnać znanego lekarza do prowincjonalnego miasta. A może pragnienie ciszy i spokoju dla kontynuowania swoich ukochanych badań astronomicznych… Tego się już pewnie niestety nie dowiemy.

Rok 1772, a więc rok pierwszego rozbioru Polski, wygonił go z sennego Tczewa, zagarniętego przez Prusy. Szczerze oddany Polsce, w której przecież zrobił karierę i odniósł sukcesy, wyjechał do Gdańska, wtedy jeszcze pozostającego przy Polsce. Tutaj z listami polecającymi trafił pod łaskawą i życzliwą opiekę opata cystersów oliwskich, Jacka Rybińskiego. Jemu też zawdzięczał pierwsze i całkiem wygodne lokum w Gdańsku. Na drugim piętrze domu na rogu ulicy Garncarskiej i Targu Drzewnego. Dom ten w latach 1436 – 1831 był własnością cystersów oliwskich. Tutaj w narożnym pokoju doktor Wolf urządził sobie obserwatorium, sprowadzając do niego nowoczesne przyrządy astronomiczne.

Wciąż żądny wiedzy i wymiany doświadczeń – związał się z Gdańskim Towarzystwem Przyrodniczym (utworzonym przez Daniela Gralatha). Został powołany na członka Royal Society w Londynie. Publikował, badał, leczył, dokształcał się.

W mieście dał się poznać, jako dobry i nowoczesny lekarz, i stał się popularny. Zajmował się nie tylko leczeniem i swoją ukochaną astronomią, ale też systematyką roślin, a także kolekcjonowaniem rzadkich okazów muszli i minerałów.

W tym też czasie, Towarzystwo Przyrodnicze zakupiło na Biskupiej Górce miejsce pod budowę obserwatorium, które Nataniel był gotów tak sfinansować, jak i wyposażyć.

Kiedy w Gdańsku zaczęto mówić o pierwszych szczepieniach przeciwko ospie – dokonywanych w zachodniej Europie, dr Wolf stał się gorącym ich zwolennikiem. W końcu Rada, w dniu 27 maja 1774 wydała zezwolenie na szczepienia, ale wyłącznie poza miastem (ze względów bezpieczeństwa).
Napisałam “w końcu”, bowiem w mieście rozgorzała prawdziwa dyskusja nad celowością i bezpieczeństwem szczepień. Jedni odwodzili iż to wręcz zbrodnia, drudzy ostrzegali przed gniewem bożym, inni zaś z lubością cytowali zagraniczne pisma donoszące o sukcesach szczepień. Wbrew jednak stanowisku środowiska lekarskiego, które generalnie było przeciwne szczepieniom, nieufne wobec nowinek, pomysł wzbudził zainteresowanie. Ospa była w tych czasach jedną z najgroźniejszych chorób, pojawiała się co kilka lat i powodowała ogromną śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci.

Bogate mieszczaństwo gdańskie, obyte i wykształcone, okazało się podatne na nowinki medyczne, i coraz częściej dopytywało o szczepienia dla swoich dzieci.

Pierwszym, który zdecydował się na eksperyment, był Christian Henryk Trosiener. Kazał zaszczepić swoje trzy córki. Jedynym lekarzem, który gotów był to szczepienie przeprowadzić, był Nataniel Wolf.

Wiadomość o tym, jak technicznie przebiegało owo szczepienie i na czym polegało, zawdzięczamy pamiętnikowi jednej z panien Trosiener, Joannie (od 1785 roku pani Schopenhauer, przyszłej matce filozofa). “Gdańskie Wspomnienia Młodości” – zawierają wiele informacji zarówno o życiu w mieście, jak i o ekscentrycznym lekarzu. Są ciepłe i pełne nostalgii.

Wracając do naszego doktora Wolfa, szczepienie się “przyjęło” i dziewczynki Trosienerów stały się przykładem dla innych. To wzmocniło prestiż lekarza oraz jego popularność w kręgach bogatego mieszczaństwa.

W 1781 roku powstała na Biskupiej Górce “dostrzegalnia gwiazd” a Nataniel wyposażył ją w sprzęt, jakbyśmy dzisiaj to nazwali – najnowszej generacji.
Niestety, nie dane było panu Wolfowi cieszyć się długo swoją “dostrzegalnią”. Zmarł podczas epidemii grypy w grudniu 1784, niosąc cały czas pomoc chorym i potrzebującym. Prawdopodobnie, organizm osłabiony gruźlicą, nie wytrzymał choroby.

To jednak nie koniec opowieści o doktorze z harcapem.

Otóż, prawdopodobnie, czując swój koniec, zawczasu przygotował się do podróży stąd do wieczności. Miastu zapisał obserwatorium wraz z wyposażeniem oraz kwotę 4 tysięcy dukatów, na funkcjonowanie tegoż. Stworzył tym samym fundację do badań astronomicznych w Gdańsku. Sam zaś zażyczył sobie spocząć w specjalnej dębowej kapsule, wypełnionej roztworem o składzie “podobnym do formaliny”, co miało zmumifikować zwłoki. Pochować się kazał koło ukochanego obserwatorium. Testamentem zezwolił na otwarcie grobu po 100 latach.

Niestety, w roku 1813, generał Rapp – podczas oblężenia Gdańska nakazał rozebranie obserwatorium. Zarówno grób Wolfa, jak i pomnik na nim, choć uszkodzone, ocalały z oblężenia. Jednak kiedy zdecydowano się już w roku 1869 otworzyć grób lekarza i astronoma, stwierdzono iż, w kapsule-trumnie zachowały się same kości. Najprawdopodobniej podczas oblężenia 1813 roku wyciekł z uszkodzonej trumny płyn konserwujący…

Zanim pochowano szczątki w miejscu poprzedniego grobu, wykonano gipsowy odlew czaszki lekarza i przekazano Towarzystwu Przyrodniczemu. To zaś, po otrzymaniu odszkodowania za zniszczone na Biskupiej Górce obserwatorium, – w roku 1845 – przeniosło się do domu, zakupionego przy ulicy Mariackiej, i tam otworzyło nowe obserwatorium, które działało do ostatniej wojny. Teraz, w tym budynku mieści się Muzeum Archeologiczne.
Zaś po grobie Mateusza Wolfa, poza krótka notatką profesora Jana Kilarskiego, nie pozostał ślad.

I próżno szukać jakiegokolwiek tropu na Biskupiej Górce, która stała się dzielnicą zupełnie nie przystającą do marzeń doktora.

Tekst jest mojego autorstwa – zamieszczony czas jakiś temu na stronach Akademii Rzygaczy.

wykorzystałam:

1. Gdańskie wspomnienia młodości – Joanny Schopenhauer

2. Wielka Księga Miasta Gdańska

3. notatki mojego Taty – Wojciecha Czaykowskiego