Pani z alejki nadmorskiej

Spotkałam ją, kiedy szła alejką w stronę starego domu zdrojowego.

Szła niepewnym krokiem, charakterystycznym dla osób od lat nadużywających alkoholu. Zwróciłam na nią uwagę tylko dlatego, że mimo alkoholowego wyglądu ubrana była ze staroświecką elegancją. A gdy się jej przyjrzałam, zauważyłam, że jej twarz nosiła znamiona urody. Była jednak poorana zmarszczkami i szara. Poszłam dalej, jednak myśląc o tej kobiecie, zastanawiałam się, kim była kiedyś i ile miała lat teraz. Skąd się tutaj wzięła w tej dzisiaj zapuszczonej i złą sławą cieszącej się dzielnicy mojego miasta, będącej niegdyś pięknym kurorcie nadmorskim.

Niespodziewanie po paru tygodniach spotkałam ją na Cmentarzu Nieistniejących Cmentarzy. Stała przed stołem-ołtarzem, w dłoni trzymała bukiecik chabrów. Stanęłam nieopodal, i dyskretnie ją obserwowałam, bałam się bowiem, że ją spłoszę. Była zaabsorbowana swoimi myślami. Usiadłam więc na ławce i zajęłam się spekulacjami nad tym, co ją przywiodło w to miejsce. Ona zaś położyła kwiatki na płycie i wolno odwróciła się ku mnie.

”Czy ma pani papierosa?” Głos miała szorstki, niski i ochrypły latami wypalonych papierosów.

„Mam” odparłam i wyciągnęłam ku niej paczkę.

Zapaliła, i zaciągnęła się dymem. Usiadła koło mnie, pachniała rosyjskimi „duchami”. Teraz, pomyślałam, bo inaczej pójdzie sobie, i koniec.

„Kogoś pani miała na nieistniejących cmentarzach, czy tak pani przyszła, jak ja – podumać i popatrzeć” zagadnęłam starając się jej nie przyglądać zbyt nachalnie.

„Miałam.” Odparła i wstała. „Dziękuję za papierosa” rzuciła na odchodnym. Nie będę jej goniła, pomyślałam, może ją jeszcze spotkam.

Spotkałam. Jechałam na rowerze do portu i na ławce na alejce parkowej siedziała ona. Kiedy mnie ujrzała, uśmiechnęła się do mnie.

„Winna jestem pani papierosa” powiedziała i wskazała mi miejsce na ławce obok siebie. Zsiadłam z roweru i przycupnęłam obok niej.

„E-tam,” machnęłam ręką „Zamiast na zdrowie, powiem – smacznego”. Chwilę milczała, po czym spojrzała na mnie. „Pani tutejsza? Bo nie widziałam pani przedtem.”

Pokręciłam głową „Nie – jestem tu przejazdem” wskazałam na rower.

„No tak, teraz to człowiek wsiądzie na takie coś i nie wiadomo, czy stąd, czy może turysta.”

„A pani tutejsza?” Odważyłam się zapytać, widząc, że ma humor i ochotę na rozmowę.

„Tutejsza, przecież widać po mnie, takie jak ja nie podróżują…”Machnęła ręką. „Ja tutejsza bardziej niż niejeden z tutaj urodzonych, bo ja przedwojenna jestem”.

No, to zapowiada się podróż w czasie, pomyślałam. Przed oczami stanęła mi postać Błękitnej Damy, którą obserwowałam przez wiele lat w Sopocie, mojej sąsiadki z sopockiego domu a także pani z cmentarza nieopodal Góry Gradowej. Czy ta kobieta, zniszczona przez alkohol i życie ma równie mroczną acz romantyczną tajemnicę do opowiedzenia?

„Przedwojenna? To znaczy, że przyjechała pani tutaj przed wojną, czy tu się urodziła?”

„Przyjechałam. Byłam modystką, wie pani kapelusze, i dodatki. Szyłam również sukienki, miałam dryg i zdolności, a poza tym, lubiłam to. Mój ojciec miał zakład w centrum. Dobrze nam się powodziło, dopóki nie zaczęli rządzić ci od Hitlera. Bo ja jestem pół Żydówką.” Dokończyła.

No tak, wiadomo, co było potem. Na tyle, to każdy z nas zna historię naszego kraju, miasta, wioski…

Ona zaś ciągnęła dalej: ”Ojciec zginął, mówiono, że zapił się na śmierć, ale on nie pił przecież. Kiedy znaleziono go w rzece, wyglądał podobno, jakby mu ktoś pomógł. Zostałam sama, bo matka zmarła dawno a ja byłam jedynaczka. Przybrałam więc matki nazwisko. Była węgierką, więc te czarne włosy i urodę jakoś się dało wytłumaczyć. Do czasu. Ale na razie jakoś sobie radziłam. Szyłam. No i przychodziły do mnie panie z różnych sfer. Stałam się modna. Zamawiał u mnie Simson…”

Miałam w domu parę wieszaków od Simsona, zostały po latach odwiedzin Casino Hotelu w „Copotach” przez rodzinę… Nigdy jakoś nie wpadło mi do głowy, żeby na te wieszaki spojrzeć pod kątem tego, że ktoś na nich wieszał swoje ciuchy. Były zawsze tylko wspomnieniem po babcinych fumach i zachciankach, oraz po dziadkowej cierpliwości i hojności.

Kobieta obok mnie widocznie dosyć długo musiała nie mieć z kim rozmawiać, bo spojrzała na mnie przepraszająco: „Ja panią przepraszam, pewnie to panią nie obchodzi, co było kiedyś. Wy młodzi teraz żyjecie inaczej. A ja mam tylko te swoje wspomnienia. Długo piłam i piję nadal. Ale…” Wzruszyła ramionami „Co mi pozostało! Mieszkam w dawnym domu zdrojowym, tam, gdzie niegdyś chadzałam na kawę i likier. Teraz tam mieszkają tacy jak ja, nikomu nie potrzebni, skończeni.”

Ale oni nie maja nawet w połowie takiego życiorysu jak ona, pomyślałam, nie patrząc na nią. Bałam się, żeby nie przestała mówić, a nie chciałam, żeby wzięła mnie za wścibską, ciekawa byłam jej historii. Musiała być ładna, może nie aż tak piękna, jak moja Błękitna Dama, ale w końcu moda na urodę się zmienia, a łączyło je pochodzenie. Musiała więc być przynajmniej ładna.

Ona zaś wstała i spojrzała na mnie. „Jak pani będzie tutaj kiedyś znowu, to niech pani tutaj siądzie, ja tu często bywam. Do widzenia”. Skinęła głową i poszła ku budynkowi dawnego domu zdrojowego.

Zostałam na tej ławce jak niepyszna. No i jak i skąd dowiedzieć się czegoś o niej.

Nie żyje ani Błękitna Dama ani moja sopocka sąsiadka, ani pani z cmentarza. I nawet gdyby żyły, nie powiedziane, że ją znały. Chociaż, Błękitna Pani na pewno u niej się ubierała, już jej oficer zadbał o to na pewno.

Przypomniała mi się historia Błękitnej Pani i jej oficera. Paradoksalnie, gdyby nie wojna to na pewno nie byłoby tych romantycznych historii. Spotykając na ulicach ludzi, nawet sobie nie wyobrażamy, jakie mieli życie.

Sopocki romans

Była niesympatyczna i kłótliwa. Poza tym, wyglądała, jakby nogi prostowano jej na beczce. Wrzaskliwym głosikiem dawała znać, że jest, że idzie po schodach i że w ogóle istnieje. Obrzydliwa stara baba. Wścibska na dodatek. Tym swoim kaczym chodem skutecznie walczyła z moim pogodnym nastawieniem do ludzi.

Kłaniałam jej się na schodach, bo była moją sąsiadką, ale ileż mnie to kosztowało! I za każdym razem to jej piskliwe:”A dokąd to paniusiu?” I małe świdrujące oczka zaglądające mi niemal w duszę.

Któregoś dnia, idąc po schodach, usłyszałam ją, jak przede mną, za zakrętem szuka czegoś w swojej starej przepastnej torebce, pamiętającej chyba jeszcze początek XIX wieku.

Przechodząc, mruknęłam jak zwykle „…dobry”. Ona zaś, nagle się wyprostowała i błagalnym tonem poprosiła: ”Znajdzie mi pani tabletki w torebce?” – podając mi bezkształtny tobół, niegdyś będący pewnie całkiem elegancką damską torbą. Westchnęłam i zagłębiłam rękę w tobole. Wreszcie, po wędrówkach po zakamarkach torby – trafiłam na opakowanie, wyjmując tabletki – zerknęłam na nie – to nasercowe, dość mocne tabletki. Podałam jej, i wyciągnęłam ze swojej torby butelkę wody. „Niech pani popije, łatwiej się połyka”

Uśmiechnęła się „Oj, dzięki paniusieczko, dzięki, a taka mnie sapka wzięła, że myślałam, ze umrę na tych schodach” – jej głos zabrzmiał miło.

„Choruje pani na serce…” Bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, by jakoś podtrzymać konwersację, bowiem widziałam wdzięczność w jej oczach i czułam się zażenowana sytuacją, i moimi wojowniczymi myślami.

„A – tak już się biję z tym sercem moim, paniusiu, odkąd wojna zabrała mi rodzinę”.

Nastawiłam ucha. „Wojna?” Zapytałam wbrew sobie.

„No tak, wie pani, ta wojna tutaj…” Westchnęła „Zabrało mi ich i teraz jestem samiutka…”

„Tutaj? To znaczy gdzie, w tym mieście?” Znowu wbrew sobie poczułam się zaciekawiona.

„No tak, bo ja gdańszczanka jestem” wysapała siadając na schodach.

Usiadłam wraz z nią, teraz już nawet jej sapanie i trzymanie się teatralnym gestem w okolicach serca, mi nie przeszkadzało. Co musiała przeżyć tutaj ta kobieta? I nagle zrozumiałam jej wścibstwo i jej zły wzrok kiedy patrzyła na bawiące się na podwórku dzieci. Ona zazdrościła innym radości życia.

„Przyjechałam tu za chlebem z  Łeby” odezwała się. „Mój tatk był rybakiem”

No a czymże mógł być? Pomyślałam, spoglądając na nią kątem oka.

„No i zamieszkałam w Sopocie. Ale nie sama, o nie. Z bratem. Służyłam u tej pani od oficera, wiesz paniusieńko, tej co naprzeciwko kościoła mieszkała…”

No to jestem w domu, pomyślałam… Teraz to nie odpuszczę zanim się nie dowiem wszystkiego…

Pani od oficera… Moja Pani od Oficera….

Błękitna Dama – jak ją nazwałam w duchu. Bohaterka Sopockiego Romansu.

Nie pamiętam szczegółów  tych plotek sopockich… A tyle mi ich naopowiadała. Niestety, to nie były czasy dyktafonów, a notować nie wypadało…

No i dlatego nie pamiętam kim on był, ale na pewno jakimś oficerem – nie wiem, czy Wehrmachtu, czy, nie daj Bóg, Gestapo.

Dość na tym, że mieszkał właśnie w Sopocie, ona zaś była bodaj służącą u jakichś Niemców. Podczas kolejnych czystek i wywózek, po prostu została zgarnięta. Ponieważ posiadała niepospolita urodę – widoczną jeszcze, kiedy już była mocno starszą panią, więc jeden z oficerów obecnych przy owej akcji – po prostu wyciągnął ją z tego zamieszania. Zakochał się w niej do szaleństwa – miała wspaniałe klasyczne rysy – niczym reliefy ze starożytnego Egiptu – wielkie oczy – czarne i o zupełnie migdałowym kształcie. Włosy – wtedy za młodu musiała mieć kruczoczarne, smagła, wysoka – rasowa. Piękna. Całą resztę wojny opiekował się nią. Mieszkała u niego – fikcyjnie pełniąc rolę jego pokojówki.

Po wkroczeniu wojsk radzieckich i po rozgardiaszu marcowym, kiedy nowa władza zaczęła skrupulatnie zapisywać, kto jest i kto był kim, nagle okazało się, że ona – owszem, mogłaby zostać na miejscu, w końcu – Żydówka, przedstawicielka nacji z premedytacją tępionej przez nazizm. Ale on – bez znajomości języka polskiego, kto wie, czy nie z charakterystycznym tatuażem pod pachą. Z kartoteką dającą przepustkę do sali rozpraw i na szafot. Nie miał szans na uratowanie się – i na pozostanie na miejscu. Trudno było mu zorganizować jakąkolwiek ucieczkę, bo w tych ostatnich dniach, kiedy na nabrzeżach gdańskich panował szał ewakuacyjny – został postrzelony w kolana. Plotka sopocka mówiła, że ranny był w kręgosłup i dlatego nie mógł chodzić, inni twierdzili, że strzelił do niego jego własny kamerdyner, żeby nie dostał się na Goyę. Nie wiem, czy to Goya, czy Gustloff, a może inny okręt.

Dość na tym, że Niemiec faktycznie był ranny i nie mógł chodzić. Jego Pani stanęła na głowie i tym razem to ona jego wyciągnęła z opresji. I znowu – plotka sopocka mówiła, że zameldowała go jako swojego męża, niedorozwiniętego i sparaliżowanego, na dodatek niemowę.

Kiedy ją zaczęłam kojarzyć na ulicy – była już bardzo starsza panią w tonacji błękitnego fioletu. Nigdy się nie uśmiechała. Zawsze chadzała sama. Godna i wyprostowana. Wciąż piękna.

Zachodziłam w głowę, kim jest ten łysy człowiek, którego wywoziła na wózku na balkon – w dni słoneczne i bezwietrzne. Dowiedziałam się w końcu, że to ów Niemiec, który po postrzale nigdy nie wstał już z wózka. Zmarł w latach 80-tych. Ona – na początku 90-tych. Nagle zrobiło się pusto w Sopocie. Już nie spotykam jej na alejce nadmorskiej, stojącej bez ruchu przed najwspanialszym sopockim pałacykiem nadmorskim. Nie wiem do dzisiaj, czy to tam mieszkali, czy ten pałacyk miał dla niej jakieś znaczenie. Ale – pozostała po nich aura czegoś pięknego, nie wiem, czy to była miłość. Może. Jak zwykle plotka zrobiła z niego wspaniałego i przystojnego młodego Nordyka, z niej cud dziewczynę. Ją widywałam, i skoro była tak piękna jako osoba starsza, to na pewno nie była brzydka za młodu. Jego widziałam tylko na tym balkonie, z odległości. Świeciła mu się w słońcu łysina. Ale głowę miał zgrabną. Jaka była prawda – już nikt się nie dowie. Bo ja przez całą te luźną z nią znajomość nie odważyłam się na nic, poza nieśmiałym „dzień dobry”, na które odpowiadała z jakąś łagodnością w oczach, i lekkim półuśmiechem, widocznym bardziej w oczach właśnie, niż na ustach.

*  *  *

Czas jakiś temu napisałam tę historię do Akademii Rzygaczy.  Napisano potem do mnie ze strony www.dawnysopot.pl, z zapytaniem o zgodę na publikację tego tekstu na ich stronie. Z przyjemnością się zgodziłam, tym bardziej, że takich historii znam parę. I każda z nich jest owiana lekką mgiełką sopockiej tajemnicy.

A potem…

Po latach przyszło mi oprowadzać byłego SS-mana. Był po wielu operacjach plastycznych i traktował mnie z góry. Wysokiej góry. Wywiązała się dość ostra wymiana zdań, bowiem ja absolutnie nie mam kompleksów ani jako Polka, ani jako człowiek. Przełknął pigułkę, tym bardziej, że pochodzenie miał zdecydowanie nie gotajskie… Zdumiało go, że bezbłędnie wywnioskowałam, w jakiej formacji służył. Jestem z tego pokolenia, które po prostu takie rzeczy wie…  No, a że  jechaliśmy przez całą Polskę, powoli zaczęliśmy rozmawiać. Po jakimś czasie – to on zaczął opowiadać. I tak dowiedziałam się, że moja hipoteza o Błękitnej Damie z Sopotu wcale nie była wyssana z palca…

Dzisiaj wspominam postaci z mojej ulicy w Sopocie i zastanawiam się, czy dowiedziałabym się tylu ciekawych rzeczy, gdyby nie niespodziewana „sapka” mojej sąsiadki na schodach 😉

Henryk Reuss von Plauen i disco polo

Zamieszczam opowieść zasłyszaną czy przeczytaną – dla samej opowieści jest to nieistotne. Dość na tym, że dotyczy miejsca istniejącego i całkiem realnego. A przy tym mającego magię…

Miejsce jest do znalezienia na mapie, a najlepiej gdyby osobiście – w Prusach Górnych – czyli historycznym Oberlandzie…

To Morąg – dawny Mohrungen.

Jest tam zamek – pierwotnie gotycki – a teraz właściwie to dom mieszkalny rzadkiej brzydoty. Jego brzydota wynika z wielowiekowych przebudów, i nie do końca przemyślanych „modernizacji”.

Jednak, jeśli ktoś ma oko zdolne wyłapać gotyckie piękno – za nic będzie miał oficjalną opinię o urodzie budowli. Znajdzie tam piękno, będące echem dawnej świetności. No i przede wszystkim… cudne cegły gotyckie! Jedną taką śliczność załączam na zdjęciu, bowiem jest wyjątkowa.

cudnosci moraskie

W tym domu – a raczej dawnym zamku – straszy….

Raz, że krąży tam duch młodej Barbary Schwann. Młodej, bo z dzisiejszego punktu widzenia, właściwie dziewczynki – 14-latki, która udusiła swoje nowo narodzone dziecko. A że rzecz miała miejsce w XVIII wieku, to i kara stosowna była do ówczesnych czasów. Dość na tym, że skazano ją na przemyślne tortury, a w końcu ścięto. Jakby to nie wystarczyło, to jej głowa osadzona na pice, pokazywana była w tzw. wieży czarownic ku przestrodze. Pozostaje pochylić się nad cierpieniem dziewczyny, niewątpliwie działającej w tzw. szoku poporodowym… A także nad obyczajowością widzącą w kobiecie li tylko narzędzie do prokreacji, czy też jeszcze gorzej – diabelski pomiot. Jakże aktualne przemyślenia, zwłaszcza kiedy mówimy o pełni praw kobiet, a może – wciąż o braku ich pełni…

Ale…, aby opowieść nie stała się ponurą rozprawką filozoficzną, nie o tym duchu opowiem, a o innym – starszym i historycznie dobrze udokumentowanym.

To duch Henryka Reuss von Plauena. W latach 1469-70 był Wielkim Mistrzem Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. W czasach zdecydowanie nie najlepszych dla tegoż… Kto wpadnie do Torunia po „gotyk na dotyk”, niech wejdzie do staromiejskiego ratusza i stanie przed obrazem Mariana Jaroczyńskiego pt. „Traktat Toruński” – by po prawej stronie obrazu, tuż obok postaci Wielkiego Mistrza, ujrzeć Henryka Reuss von Plauena – wówczas jeszcze Wielkiego Komtura. Postać ma szlachetną i wyniosłą. Jest przedstawiony jako rycerz – z pewnością nieustraszony i niepokorny.

Zupełnie inaczej go przedstawiono w broszurce z XIX wieku.

Heinrich_Reus_von_Plauen z Wikipedii

Tak wyobrażano sobie Henryka Reuss von Plauena w broszurce „Mohrungen eine Stadt in Ostpreußen” z roku 1877 (źródło: Wikipedia)

Zanim został Wielkim Mistrzem był komturem Bałgi i wójtem Natangii. Później awansował i został Wielkim Szpitalikiem, i zarazem komturem Elbląga (złośliwcy mówili, że pomogło pokrewieństwo z Wielkim Mistrzem – był bowiem siostrzeńcem Ludwiga von Erlichshausena).

W pierwszym etapie wojny 13-letniej – tuż przed słynną bitwą pod Chojnicami, rozegraną 18.09.1454 (pierwszą bitwą pod Chojnicami) – wyznaczył Bernarda Szumborskiego na dowódcę zaciężnych. Dzięki przemyślanej decyzji tę bitwę wygrali właśnie krzyżacy – zmieniając bieg pierwszej fazy długiej wojny.

Tuż po podpisaniu Pokoju Toruńskiego (II Pokoju Toruńskiego) w toruńskim Dworze Artusa, został komturem Pasłęka, zaś po śmierci wuja w roku 1467 objął namiestnictwo.

W panującej sytuacji politycznej – wycofał się do Morąga, który teraz znajdował się na terenie tzw. Prus Zakonnych, aby poczekać na rozwój wypadków, a przede wszystkim, by przeciągnąć w czasie zwołanie Kapituły Wyboru Wielkiego Mistrza…

Król jednak naciskał na konkretne decyzje… Był wtedy znaczącą siłą, z którą należało się liczyć… W końcu kapituła została zwołana w roku 1469. No i zgodnie z oczekiwaniami Henryk został wielkim mistrzem. A jako taki – musiał – postanowieniami Traktatu Toruńskiego złożyć hołd królowi. Wyraźnie do tego zobowiązywał punkt VI traktatu pokojowego, podpisanego przez jego wuja…

„Winniśmy zaś my, Ludwik, mistrz wspomniany, i każdy następca nasz, podniesiony do godności w. mistrza oraz mający być do niej podniesiony, po sześciu miesiącach od dnia podniesienia do godności w. mistrza przedstawić się osobiście wspomnianemu najjaśniejszemu panu Kazimierzowi królowi i następcom jego, królom polskim, i tam za nas, komturów i ziemie pruskie jemu i następcom jego, królom, i Królestwu Polskiemu złożyć przysięgę należnej wierności oraz zachowania obecnego pokoju oraz że nigdy nie będziemy zabiegali o absolucję lub o zwolnienie od przysięgi ani jako o rzecz już uzyskaną, która ma być uzyskana.”

Zaraz też po wyborze na W. Mistrza – co stało się 17 października 1469 – wyruszył Henryk w drogę do Piotrkowa (dzisiaj zwanego Trybunalskim) aby zadość uczynić owemu VI punktowi traktatowemu. Już 1 grudnia tego roku – złożył hołd królowi. W drodze powrotnej został rażony apopleksją, jak mówiono – ze złości czy raczej może z upokorzenia całą sytuacją. Zmarł w Morągu na początku następnego roku, zaś pochowano go w Królewcu.

Tyle fakty.

Wiemy, że Henryk miał charakter i był nie w ciemię bity – bowiem już za czasów swego wuja grał tzw. pierwsze skrzypce w zakonie.

Wiemy też, że kochał piękno.

Kiedy się stanie na dawnym dziedzińcu zamku morąskiego zwłaszcza podczas zachodu słońca – nietrudno się z tym zgodzić.

A wracając do Morąga, von Plauen ponoć ten zamek szczególnie sobie upodobał. Dbał więc o niego, upiększał, jako że lubił otaczać się pięknem i pięknymi przedmiotami. Ponoć nawet grajków trzymał i po zamku niosła się muzyka…

No i po wiekach wielu…, kiedy nastała moda na własne zamku (co niekoniecznie zamkom wychodziło i wychodzi na zdrowie), różnego autoramentu postaci zaczęły kupować pałace i zamki – dorabiając sobie potem tak herby, jak i parantele….

Między innymi w morąskim zamku osiadła osoba nadzwyczaj wredna…. – tak twierdzą, ci, którzy ją znali. Nie tylko że niewiele wiedziała o specyfice murów gotyckich, ale też niewiele robiła sobie z historii miejsca, za nic mając jego urok.

W opowieściach o losie zamku w tym czasie pojawiają się informacje, iż flejtuch z osoby był. A już wieszając pranie wszelakie, zwłaszcza niepiękne niewymowne, tu i ówdzie wprost upokarzała historię i tradycję tego urokliwego miejsca.

Mówiono jej, że duch Mistrza cierpiał. Cierpiał bezgłośnie i niewidzialnie… Wzruszała tylko ramionami, i ponoć odmawiała nawet wiary w ducha.

Ale wszystko jest do czasu!!!

Otóż owa persona, mieszkająca na zamku, pewnego dnia odpaliła muzykę… Disco polo! Na całą moc głośników. Charakterystyczne „YMPS YMPS UMCA UMCA” niosło po okolicy, podrywając do lotu wszystkie okoliczne ptaki.

Tego już biedny Plauen nie wytrzymał! Przecież on za życia był koneserem sztuki!!!!

Któregoś wieczoru nagle pies – raczej do łagodnych nie należący i pilnujący na co dzień zamku – podkuliwszy ogon i piszcząc żałośnie wtłoczył się pod kanapę, świeca stojąca na stoliku przewróciła się i zaczęła się toczyć pod górę (tak podają opowieści)…

Na dodatek rozległ się na cały zamek gromki ryk, zagłuszający koszmarną muzykę „WOOOOOON!!!!!!!!!!!”.

Persona muzykę wyłączyła i na nocleg opuściła zamek. Po jakimś czasie – zamek sprzedała. Wciąż jednak wersja wydarzeń według persony była taka, że nie wiadomo, o co temu duchowi chodziło; na pewno chciał nawiązać znajomość… – „może chciał się przedstawić”?

Teraz tam mieszkają ludzie znający historię, ceniący piękno, jak i niegdysiejszy mieszkaniec… Właściciel ponoć puszcza muzykę renesansową… i ponoć czasem muzyka się sama włącza.

Zamek pełen jest duchów, i z czasem powstają o nich całkiem nowe opowieści. A to, że raz kogoś duch ze schodów zepchnął, kiedy indziej na korytarzu wionęło zimnem przejmującym, jakby przechodził ktoś prosto z mrozu, a rzecz miała się w lecie… Stosowną nawet tablicę „Uwaga Duchy” postawiono przed bramą…

Uwaga na duchy

Nic to jednak nad widoki przecudne – zwłaszcza o zachodzie słońca, i nad ptasie śpiewy.

Wszyscy są mile widziani, pod warunkiem, iż słuchają miłej muzyki, disco polo jest zabronione…. i że owi wszyscy zachowują się przyzwoicie…

Linki:

http://www.morag.pl/
http://www.castlesofpoland.com/prusy/morag_duch_zamku.htm
http://www.castlesofpoland.com/prusy/morag_zdjecie005.htm
http://www.ruinyizamki.pl/warminsko-mazurskie/morag.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_VI_Reuss_von_Plauen