z cyklu Ciekawe – Zamki … i wszystko jasne!

Doczekaliśmy się powrotu jednego z najciekawszych blogów.

To znaczy – blog jest nowy, ale Autor na szczęście ten sam 🙂

Od razu zrobiło się jakoś jaśniej i radośniej. Niezmiernie brakowało zapisków na bieżąco, i wiadomości ważnych, a nigdzie indziej nie publikowanych.

Serdecznie więc polecam Państwu bloga pod tytułem: „Zamki … i wszystko jasne!” Polecam go także tutaj – na moim blogu, w dziale BARDZO CHĘTNIE TU ZAGLĄDAM – żeby nie trzeba było daleko szukać 😉

Published in: on 16 września 2012 at 19:50  Comments (1)  

z cyklu Ciekawe – Przerzeczyn Zdrój

Mimo sezonu, czasem udaje mi się zatrzymać na chwilę, by spotkać się ze Znajomymi.

Tak też było i teraz. Podczas mojej ostatniej wizyty we Wrocławiu spotkałam się z M.S. Uwielbiam słuchać Jej opowieści. Tym razem wspomniała o swoim referacie o Hugo Ulbrichu… I przy sposobności opowiedziała o Przerzeczynie Zdroju (co za nazwa! dyslektyk nie ma szans! :D)

Pozwalam sobie wkleić cytat z M.S., bo i tak publicznie zamieszczony:

W tym to Przerzeczynie-Zdroju urodził się 10 listopada 1867 roku Hugo Ulbrich, wrocławski rysownik i grafik. A na dzisiejszej konferencji Bożena Mirek, wielka pasjonatka lokalnej historii i autorka monografii o swojej wsi, niezwykle frapująco opowiedziała historię listu znalezionego podczas remontu dachu kościoła w 2003 roku. Listu napisanego w 1834 roku przez dwie córki miejscowego pastora (56 i 50 lat) do … przyszłych mieszkańców Przerzeczyna-Zdroju. Taka to ciekawa historia 🙂  A list z zaświatów przejmujący…

Oto przy sposobności artykuł z Gazety Podróże:

 http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,7211693,Polska_nieznana__Przerzeczyn_Zdroj___epitafia_w_zdroju.html

No i poniżej link do strony Muzeum Zamkowego w Malborku, z akwafortą Hugo Ulbricha…

Piękny widok Wiadomego Zamku

I konkluzja – często koledzy po fachu i znajomi dziwią mi się, że nie chcę wyjeżdżać za granicę z grupami, że nie chcę zwiedzać…

Ja się dość świata nazwiedzałam.

Teraz czas na Polskę… Jakkolwiek górnolotnie to brzmi.

Nie muszę wyjeżdżać poza granice. Tutaj mam listę KONIECZNYCH do odwiedzenia miejsc aż nadto długą.

😀

Published in: on 15 września 2012 at 19:46  Dodaj komentarz  

Z cyklu Ciekawe – Wieliczka i jej rynek…

Niesłychane malowidło „3D” odsłonięto na Rynku Górnym w Wieliczce…

Utarło się, że wszyscy zawsze „lecą” do kopalni soli, i w zasadzie znajomość Wieliczki ogranicza się wyłącznie do Szybu Daniłowicza. A tymczasem to urocze miasto.

No i teraz – odkąd Rynek Górny zyskał nową atrakcję – ja na pewno będę tu przyprowadzała moje grupy.

Pozostała mi jeszcze wizyta w Zamku Żupnym, bo dotychczas zawsze bywam w Wieliczce w poniedziałki, kiedy to muzeum jest zamknięte 😦

Swoją drogą, szkoda, że muzealnicy wieliccy nie pomyśleli o turystach… Lato to przecież także poniedziałki…

Oto parę migawek fotograficznych z Wieliczki.

Podoba mi się tam – a wystawa fotograficzna obrazująca znaleziska podczas modernizacji ulic wokół Rynku Górnego powinna zostać na przysłowiowe „zawsze” 😉

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Uzupełnię ten wpis, jak tylko znajdę czas na zrobienie prezentacji w youtube, bo na razie wyczerpałam miejsce na zdjęcia 😀

Published in: on 7 lipca 2012 at 21:39  Dodaj komentarz  

Z cyklu Ciekawe – Malbork – rozwiązanie zagadki płyty ze Wschodniego Tarasu

Od wielu lat ciekawiła mnie pewna płyta nagrobna wystawiona na Tarasie Wschodnim Wiadomego Zamku. Jako, że wszelkiej maści i autoramentu Zagwozdki duże i małe nie dają mi spokoju, tak też było i tym razem. Przeszkodą – jak zwykle – okazało się wychowanie w sferze wpływów Imperium Brytyjskiego… Czyli nieznajomość języka niemieckiego 😉

Ale przy pomocy życzliwych i cierpliwych znajomych i Znajomych – udało mi się dotrzeć do informacji na temat rodu Oelsnitz. Jednakże jak to bywa w życiu – tzw. kłody pod nogi i koniec… poszukiwania wylądowały na dług czas w przysłowiowej szufladzie.

A tu proszę – dzisiaj „wchodzę na FB” i CO widzę ???!!!

Rewelacyjne wytłumaczenie zagwozdki!!!

Dziękuję !!!!

O ileż łatwiej teraz mi będzie o tej płycie opowiadać moim grupom!

Z cyklu Ciekawe – Bogdan Gałązka na trawie – polecam – bo świetnie się słucha!!!

Zapraszam do posłuchania gawędy o Sztuce Gotowania, o Pasji do Prawdziwej Kuchni.

Opowiada sam Chef Gałązka – (właściciel pomarańczowego roweru) 🙂 a TV Malbork nagrywa…

A tak na marginesie – można się naprawdę ogrzać tym Jego optymizmem, przyjaźnią do świata i pogodą ducha.

Może nawet spróbuję ugotować zupę według Jego przepisu 😉 podaje przepis na końcu rozmowy …

Published in: on 14 czerwca 2012 at 23:33  Comments (1)  

Z cyklu Ciekawe – Lech Słodownik o Szwajcarach w Elblągu

I kolejny ciekawy artykuł Lecha Słodownika – jaki w całości kopiuję z portalu NaszElbląg.pl

Wprawdzie od zarania dziejów Elbląga przeważającą część jego mieszkańców stanowili Niemcy, tym niemniej w mieście osiedlali się również przedstawiciele innych nacji, by wymienić wypędzonych Hugenotów z Francji, Szkotów i Anglików, mennonitów, protestantów wypędzonych z Salzburga w Austrii, Żydów, Polaków oraz Szwajcarów. 



Hotel Dwór Królewski na rogu ul. Krótkiej i Placu Słowiańskiego. Na prawo – wejście do pierwszej siedziby konsulatu Szwajcarii w Elblągu - Autor: archiwum Lecha Słodownika

Elbląg stanowił swoisty tygiel narodowościowy i kulturowy – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. W dziejach miasta nie odnotowano jakiś głośnych waśni, animozji narodowościowych czy religijnych, a wręcz przeciwnie – wszyscy czuli się tutaj dobrze i na ogół szybko asymilowali się z miejscowymi. Po I wojnie światowej była w Elblągu krótko Agencja Polska (przejęta później przez Konsulat Polski w Kwidzynie) oraz działały konsulaty Danii, Estonii, Szwecji, Holandii i Szwajcarii.

W nowożytnych dziejach Elbląga Szwajcarzy odegrali niepoślednią rolę, więc parę słów na ten temat. Przed II wojną światową na terenie Niemiec mieszkało prawie 54 tys. Szwajcarów, z czego na terenie Prus Zachodnich i Wschodnich ok. 2 tys. Osadnictwo szwajcarskie w Elblągu, na Żuławach i innych terenach miało w większości charakter gospodarczy. Wg danych statystycznych ok. 60 % osadników szwajcarskich zaangażowanych było w produkcji serów, 30 % w przemyśle mleczarskim a ok. 10 % w innych dziedzinach gospodarki. Z tego powodu już w 1879 r. został otwarty w Królewcu pierwszy konsulat szwajcarski, który w 1920 r. został przeniesiony do Elbląga i był w tamtym czasie siódmym przedstawicielstwem Szwajcarii na terenie Niemiec.

Od 1.04.1939 r. konsulat w Elblągu reprezentował interesy Szwajcarów również z terenu Wolnego Miasta Gdańska oraz z Okręgu Kłajpedy. 
Do dzisiaj w bliższej i dalszej okolicy Elbląga zachowało się wiele mleczarni i serowni, które przed 1945 r. prowadzili z dużymi sukcesami Szwajcarzy. W Elblągu dużą serownię i skład serów szwajcarskich oraz tylżyckich prowadził przy Mühlendamm 52 i 53 (obecnie R. Traugutta) Heinrich Wüthrich, który miał ponadto zakłady w Adamowie, Wikrowie, Nowakowie, Nogatowie, we wsi Stobiec oraz na terenie Wolnego Miasta Gdańska.

Spośród elbląskich Szwajcarów kilku było elektromechanikami, inżynierami a nawet kaznodziejami. Wymienić trzeba m.in. wybitnego inżyniera Theodora Müllera, który był bliskim współpracownikiem F. Schichaua i K. Ziese. W Malborku i Królewcu działały stowarzyszenia skupiające Szwajcarów.


Pierwszym konsulem honorowym Szwajcarii w Elblągu został 10.12.1920 r. Ernst Stucki, który urzędował początkowo w biurze przy Placu Fryderyka Wilhelma 18 (obecnie Plac Słowiański) obok hotelu „Dwór Królewski”, a następnie przy Alei Grunwaldzkiej 45, w masywnym, secesyjnym budynku z przełomu XIX/XX w. Z początkiem września 1943 r. został przemianowany w konsulat zawodowy. Po 1945 r. znajdowała się tutaj pierwsza siedziba elbląskiego starostwa powiatowego.


Konsul E. Stucki będąc już dosyć nobliwym wieku, poślubił latem 1944 r. w kościele NMP młodą elblążanką, swoją gosposię i na początku 1945 r. wyjechał do Szwajcarii. Zastępował go wicekonsul Karl Brandenburger, którego wspomnienia z walk o Elbląg i pierwszych powojennych miesięcy 1945 roku stanowią niezwykle cenne źródło historyczne do poznania tamtego ponurego i tragicznego okresu. Elbląscy Szwajcarzy kierowali się wówczas dosyć naiwnym przekonaniem, że ich ta wojna nie dotyczy a czerwonoarmiści uszanują szwajcarskie paszporty. Wkrótce okazało się, że „wsypani do jednego wora” z Niemcami byli podobnie traktowani. Obrabowano ich z wszelkiego dobytku, paszporty oraz listy ochronne porwano (ZSRR nie miał wówczas żadnych kontaktów dyplomatycznych ze Szwajcarią) i internowano w piwnicy budynku przy Lessingstraße (w latach 1975 – 1999 siedziba Urzędu Wojewódzkiego).

Stopień ich naiwności obrazowały m.in. takie fakty jak wywieszane na domach flagi Szwajcarii lub zamieszczane napisy w rodzaju: „Ten dom jest własnością obywatela Szwajcarii. Pod groźbą kary zabronione jest jakiekolwiek jego uszkadzanie lub niszczenie”. Szwajcarzy nie zdawali sobie sprawy, że dla sowieckich kul, bomb oraz krasnoarmiejców jest to wszystko ganz egal /wsio rawno! Nie polepszyła ich losu także bezpośrednia rozmowa K. Brandenburgera z sowieckim generałem G. I. Anisimowem.

Czy obecnie są jakieś ślady pobytu pracowitych i zaradnych Szwajcarów w Elblągu i okolicy? Oczywiście tak. Jest to zachowany budynek konsulatu, zabudowania nieczynnych już serowni, mleczarni oraz funkcjonujące wśród starszych ludzi takie określenia słowne jak „szwajcar”, „ober-szwajcar”, czy „wyglądasz jak szwajcar” etc. Odnoszą się one do nie istniejącego już zawodu mleczarza zajmującego się udojem krów, obrządkiem przy świniach, który nie zawsze schludnie wyglądał i niezbyt zachęcająco „pachniał”. W Elblągu przy ul. Sadowej/Bema znajduje się stosunkowo dobrze zachowany cmentarz, gdzie chowano Szwajcarów z miejscowej protestanckiej gminy reformowanej. Już kilkanaście lat mieszka w naszym mieście Brigida Strazzer-Gawron, która znalazła tutaj swoją drugą – szczęśliwą ojczyznę i jest powszechnie akceptowana przez tubylców.

Niestety, nie ma już żadnych przedstawicielstw dyplomatycznych, chociaż… niektórzy mówią, że naprzeciwko dawnego konsulatu Szwajcarii przy Alei Grunwaldzkiej 45 mamy od 1995 r. amerykańską ambasadę, czyli… restaurację McDonalds!

Lech Słodownik



Z cyklu Ciekawe – odkrycie w kościele w Ukcie

Zawsze twierdziłam, że dawne Prusy Wschodnie to tajemnicza kraina…

Ukta….

Historia tej wsi położonej w Puszczy Piskiej zaczyna się właściwie w połowie XVIII wieku. Bo wtedy właśnie założono tu hutę szkła. Zaraz też dla robotników i drwali pracujących  przy wyrębie lasu – wybudowano osiedle. Ponad siedemdziesiąt lat później założono niedaleko osady nową wieś nazwano ją Nową Uktą. Scalenie obu osad nastąpiło w 1859 r. Długo jednak były w użyciu obie nazwy – Stara i Nowa Ukta.

W wieku XX Ukta stała się popularna wśród kajakowiczów, z powodu położenia w pobliżu rzeki Krutyni.

Od roku około 1832 specyfiki temu miejscu dodawali filiponi, czyli staroobrzędowcy, aczkolwiek osiedli w nieodległym Wojnowie. Podobno to im wieś zawdzięcza nazwę.

W latach 60. XIX wieku ukończono budowę kościoła ewangelickiego.

W 1898 wieś uzyskała połączenie kolejowe. Jednakże to akurat, to już przeszłość… Zadziwiające, jak obecnie niszczone jest wszystko, co zostało odziedziczone, a co tak znakomicie działało. Więc nie pojedziemy już koleją… Zniszczono bowiem świetnie działającą sieć połączeń. I nie jest to bynajmniej wynik wojny, a zwykłej niegospodarności.

Dzisiaj w Ukcie mieszka około 600 osób, czyli przeszło o połowę mniej niż przed wojną…

Wieś położona jest na drodze nr 610 z Mrągowa do Rucianego-Nidy.

I oto w tej wsi, pamiętającej jednak czasy świetności – ostatnio odnotowano sensację.

Otóż jak podaje portal kultura.wm.pl za Gazetą Olsztyńską – w kościele w Ukcie znajduje się obraz „Opłakiwanie Chrystusa” autorstwa Girolamo Muziano (1532-92).

Właściwie to sensacja wybuchła dopiero, gdy zainteresowało się tym obrazem Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Krajobrazu Mazur Sadyba w osobie Pana Krzysztofa Wyrobca. Bo dotychczas jakoś nikt się owym obrazem nie zainteresował…

Oto LINK do artykułu.

Jak to nigdy nie wiadomo, CO spotkamy na naszej trasie wędrówek po Prusach Wschodnich…

*   *   *

A TUTAJ link do bardzo ciekawej strony państwa Worobców…

Published in: on 21 kwietnia 2012 at 23:22  Dodaj komentarz  

Z cyklu Ciekawe – wywiad z Wielkim Mistrzem

Na nieśmiertelnym FB znalazłam ŚWIETNY artykuł w Newsweeku (z lipca 2010 roku). Ponieważ jednak niestety w sieci czasem ciekawe rzeczy giną, część artykułu wklejam poniżej.

A kto zechce całość – ma lineczkę TUTAJ. A także TUTAJ, gdzie artykuł znalazłam 🙂

A przy sposobności – wreszcie po latach dowiedziałam się, komu zapukałam w zbroję po bitwie, pytając, po czyjej (której) stronie walczył… Jego odpowiedź na moje pytanie – wtedy, po bitwie brzmiała: – „po prawidłowej stronie” („the right one, lady, the right one”). I zrozumiałam to wreszcie teraz, po lekturze artykułu. 😀

Dobrze być Wielkim Mistrzem. Rozmowa z Ulrichem von Jungingenem

rozmawiał Rafał Geremek

14 lipca 2010 21:30, ostatnia aktualizacja 09 sierpnia 2011 13:32

Z Jarosławem Struczyńskim, kasztelanem Zamku w Gniewie, odgrywającym co roku rolę Wielkiego Mistrza Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, Ulricha von Jungingena rozmawia Rafał Geremek

Newsweek: Co roku „robi” Pan za Ulricha von Jungingena. Pan sam postanowił zostać Wielkim Mistrzem?

Ulrich von Jungingen: Ktoś musi robić za Niemca. Odpowiadam tak nawet niemieckim dziennikarzom. Dla mnie ta rola jest naturalna, bo od lat pełnię funkcję kasztelana czyli komtura Zamku w Gniewie, dawnej krzyżackiej twierdzy.

Pamiętam dokładnie ten upalny lipcowy ranek przed 12 laty, kiedy po raz pierwszy wcieliłem się w rolę Wielkiego Mistrza. Myślę sobie, że pogoda musiała być podobna do tej sprzed 600 lat. Dzień wcześniej opijaliśmy spotkanie z braćmi Polakami z Mazowsza. Myśleliśmy, że mało kto przyjdzie nas oglądać. Kiedy wjechałem konno w pełnej zbroi na wzgórze koło kaplicy czując jeszcze brzemię dnia wczorajszego, zobaczyłem kilkanaście tysięcy widzów. W pierwszej chwili pomyślałem, że to armia naszego przeciwnika i zacząłem się bać, czy im damy radę w kilka tuzinów rycerzy. Mimo to ruszyliśmy na wroga. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że to turyści. Już rok póżniej oglądało nas 100 tys. widzów, rosły zastępy zbrojnych na polu bitewnym, a sława naszej bitwy rozniosła się po całym świecie. Mamy gości z Francji, Niemiec, Norwegii, ze Wschodu, a nawet z antypodów – z Australii i Nowej Zelandii. Nowozelandczyk, który przyjechał do nas, niewiele wiedział wcześniej o Polsce. Po tym jak spędził z nami trzy tygodnie, pewnego wieczoru wykrzyczał: nigdy nie przypuszczałem, że Polacy to tak wspaniały naród. Powinniście być z siebie i z własnej kultury dumni. Takich głosów jest sporo.

Newsweek: To skandal, że Zawisza Czarny walczy po stronie krzyżackiej. Proszę się wytłumaczyć.

Ulrich von Jungingen:To Tate Vaughon, Amerykanin, człowiek pełen wielkiego ducha, żołnierz zawodowy. Siedem lat temu napisał do mnie e-maila w którym napisał, że ukończył w Stanach kurs kaskaderski w Hollywood i chciałby uczestniczyć w naszej inscenizacji. Obiecywał przy tym, że stawi się z własnym oporządzeniem i koniem. Zgodziliśmy się. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w umówionym dniu podjeżdża ów sympatyczny człowiek i okazuje się, że … jest Murzynem. Chętnie przydzielilibyśmy go na stronę polską w charakterze Zawiszy Czarnego, ale on pragnął stanąć po stronie krzyżackiej. Ale ksywka została i dziś wszyscy nazywają go Zawiszą. Dzielnie spisuje się w bitwie. Od sześciu lat przyjeżdża co roku, teraz też oczywiście przybędzie.

Newsweek: W tym roku trzynasty raz zginie pan jako Wielki Mistrz. Słyszałem, że pod Grunwaldem naprawdę można zginąć.

Ulrich von Jungingen: Owszem. W 1999 roku moja dusza omal nie dołączyła do prawdziwego Ulricha. Inscenizacja jest wprawdzie bezpieczna, ale tam gdzie są konie zawsze trzeba mieć się na baczności. Wziąłem wtedy do walki konia sportowego, co było błędem. Kiedy w ostatniej scenie stanąłem na nim naprzeciw próbujących ubić mnie Litwinów i Polaków, koń stanął dęba, a ja śmignąłem na plecy. Koń przestraszył się atakujących, cofnął się i przeszedł po mnie. Zbroja wytrzymała ciężar, ale jedno kopyto stanęło na moim odsłoniętym śródstopiu, miażdżąc je. Wylądowałem w szpitalu w Ostródzie, gdzie cała ekipa lekarska się ogromnie się uradowała widząc mnie w zbroi. „Dopiero co oglądaliśmy inscenizację w telewizji, a tu nieboszczyk Ulrich już u nas” – usłyszałem.

Potem wsadzili mnie w gips i odesłali z powrotem pod Grunwald. Tam już kończyły się uroczystości pogrzebowe i zaczynała się biesiada polsko-krzyżacka, gdzie pito za zdrowie Wielkiego Mistrza. Czułem się trochę głupio w tym gipsie po jaja, ale wdzięczny byłem Bogu, że przeżyłem. Któregoś razu bezpośrednio po „śmierci” udzieliłem wywiadu dla niemieckiej telewizji. Reporter telewizji ZDF podszedł do mnie leżącego na polu bitewnym i zapytał o wrażenia. Ja na to: W tym niebie jest pięknie, cisza, spokój, ale dlaczego wszyscy mówią po polsku? Myślałem, że oni to wytną, ale poszło na całe Niemcy.

Newsweek: W następnym roku doszło do rewanżu.

A o rewanżu, wraz z resztą artykułu można przeczytać TUTAJ

Published in: on 10 kwietnia 2012 at 20:13  2 Komentarze  

Z cyklu Ciekawe – artykuły Lecha Słodownika

Dla tych wszystkich, którzy chcą wiedzieć więcej…poniżej podaję „lineczki” do przeciekawych opowieści Lecha Słodownika.

To prawdziwe perełki. Bo nie jest to powielanie zasłyszanych i przeczytanych informacji. To są wyszperane w archiwach i zasłyszane od mieszkańców (niestety dawnych już mieszkańców) Elbląga i okolic.

Polecam:

TUTAJ są artykuły zamieszczone w Naszym Elblągu

a

TUTAJ zamieszczone w Głosie Pasłęka

Published in: on 8 kwietnia 2012 at 09:16  Dodaj komentarz  

Z cyklu Ciekawe – Telewizja Elbląg

Od jakiegoś czasu śledzę krótkie audycje w Telewizji Elbląg.

Mam sentyment do tego miasta, nie tylko ze względu na powiązania rodzinne, ale też dlatego, że to po prostu piękne miasto. Tutaj zdałam egzamin państwowy na przewodnika terenowego warmińsko-mazurskiego; tutaj też od lat jeżdżę patrząc jak miasto rośnie miasto (nazywane jest to retrowersją bodaj); tutaj przywożę moich mennonickich znajomych pod dom Joosta van Kempen; tutaj jadam smaczne pierogi, i pijam pyszną kawę w jednej z zachowanych piwnic na Starym Mieście. Mam tez nadzieję, że w końcu doczekam się pomnika Hermanna von Balka, któremu Elbląg zawdzięcza istnienie i potęgę, tak zniszczoną (i zapomnianą) po wojnie.

Programy, jakie realizuje Telewizja Elbląg są niezmiernie ciekawe. I szczerze je polecam – zamieszam łącze do działu HISTORIA, gdzie można posłuchać i obejrzeć parę ciekawych nagrań.