… I przeczytałam powieść

Nie lubię powieści, nie znoszę ckliwych babskich romansów i tej całej pseudo-psychologii rozlanej na kartkach papieru. Nie czytuję tych bzdetów, bo mi szkoda na to czasu 😉

Toteż, gdy dostałam od Izy mailem tekst jej opowieści, zmartwiłam się. Musiałam to przecież przeczytać, żeby móc cokolwiek powiedzieć na nowostawskim spotkaniu promocyjnym Jej książki. Tej właśnie… No i Autorka przecież oczekiwała ode mnie jakiejś opinii… Na dodatek – ja Izę bardzo lubię. Więc ze zgrozą już zaczęłam obmyślać jakąś dyplomatyczną recenzję, by Jej nie zrobić przykrości, a przy sposobności ocalić głowę i godność osobistą.

Otworzyłam tekstowy załącznik maila. Ukazał się tytuł: „Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica„.

No pięknie. Ciekawe, czego będzie więcej – pomyślałam – ducha, tajemnicy, czy mimo wszystko pokrzyw wokoło 😉 Ale na początek – poczłapałam do kuchni, przygotowałam sobie wielki kubas kawy i… Zabrałam się za lekturę.

Kiedy w końcu zamknęłam ekran – poczułam łzy pod powiekami. Nie mam mokrych oczu i nie wzruszam się podczas czytania. No, ale tak na marginesie, trudno o wzruszenia podczas lektury organizacji życia na zamku krzyżackim, czy nad zastosowaniem cegły w gotyckiej architekturze Pomorza. Jedyne prawdziwe wzruszenia dopadają mnie kiedy dotykam cegłę znalezioną gdzieś w gruzach, czy też kiedy „przyjdzie” do mnie pocztą….

 A więc:

Książka Izy jest czysta, przepełniona miłością spokojną, mocną. Jest dobra. I w tym ostatnim słowie jest wszystko, co można zawrzeć w charakterystyce. Bo jak inaczej opisać towarzyszące lekturze uczucie spokoju, pogody ducha, i nagłego niezauważenia brzydoty własnej dzielnicy za oknem… No i do tego – uczucie niemalże namacalnej tęsknoty za Żuławami, za zapachem kwitnącego rzepaku, a nawet za zapachem rozrzuconego nawozu po polach 😉

Nie piszę o ludziach? Nie, bo książka Izy jest przede wszystkim o Żuławach. Losy ludzkie i Żuławy – wszystko razem w książce jest niepostrzeżenie splecione. Splecione dobrym i silnym uczuciem. Czy to Wtedy, czy Dzisiaj, to uczucie daje siłę. I to jest ta najbardziej obecna miłość. Nie ta ludzka, która przecież stanowi kanwę całej historii. To właśnie Żuławy.

I pomyśleć, że… Nie byłoby w Kleciu Zosi, narratorki powieści, gdyby nie… nie, nic z tego – żadnej fabuły, żadnego streszczenia. To trzeba przeczytać samemu 😉

Zapraszam więc do lektury !

To znakomita „odskocznia” od często idiotycznej i brzydkiej rzeczywistości.

Published in: on 3 marca 2015 at 13:45  5 Komentarzy  

Z cyklu Zaproszenia – Kawiarenka CLIO

Dziś, czyli 3 marca, o godzinie 17.30 w ramach Kawiarenki Historycznej Clio w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu odbędzie się następne ciekawe spotkanie.

Tym razem będziemy krążyć wokół roku 1945. I taki też tytuł nosi spotkanie: „Wokół 1945 roku”.

Inspiracją są najnowsze wydawnictwa Muzeum Stutthof. Mam tu na myśli dwie książki.

Pierwsza, „Żuławy w 1945 roku” pod redakcją Andrzeja Gąsiorowskiego i Janusza Hochleitnera, to świetna synteza tego tragicznego dla Żuław roku.

Książka „wyposażona” została w zdjęcia i mapki, a także tabele ilustrujące tekst. A ten jest zróżnicowany, bowiem na całość złożyły się artykuły wielu autorów.  Troszkę może rozczarować rozdział o Operacji Wschodniopruskiej. Jest zbyt ogólnikowy. Ale wynika to z faktu, że tak naprawdę Żuławami nikt się dotychczas poważnie nie zajmował, jako osobnym punktem wojennej zawieruchy. Jeden z rozdziałów (napisany przez Tomasza Glinieckiego) mówi o walkach żołnierzy 321. Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej na Żuławach Elbląskich. Każdy, kto zna arcyciekawe programy Pana Tomasza, z chęcią przeczyta ten rozdział.

Zresztą polecam lekturę całej książki, jako, że to bodaj pierwsze takie opracowanie mające ambicje całościowego ujęcia jednego terenu. Dla Żuławiaków, pasjonatów tego miejsca, a przede wszystkim, dla przewodników – to lektura wręcz obowiązkowa!

Oto krótka charakterystyka książki z portalu portel.pl

„Żuławy w 1945 roku” są jedną z pierwszych publikacji poruszających tematykę historii tych terenów po zajęciu ich przez Armię Czerwoną. Obszary te traktowane były przez Rosjan jako „poniemieckie, zdobyczne”. Stąd masowe gwałty, rabunki, morderstwa, wywózki na wschód. Dramat ten dotknął pozostałą jeszcze ludność niemiecką, jak i przybyłą polską. Dopełnieniem złego stała się działalność najpierw radzieckiego, a potem rodzimego aparatu bezpieczeństwa. Wszystkie zaprezentowane w wydawnictwie artykuły zostały przygotowane rzetelnie i w oparciu o solidną bazę źródłową: materiały archiwalne oraz wartościową literaturę przedmiotu. Podjęto w nich ważne i dotąd mało znane lub w ogóle nieznane problemy, jak np. losy ludności niemieckiej, a potem polskiej, represje i szykany ze strony sowieckich żołnierzy, NKWD i polskiego UB, rabunki, wysiedlenia i osadnictwo, przemiany demograficzne (z opisu prof. dr. hab. Bogdana Chrzanowskiego).
Publikacja, wydana przy wsparciu finansowym Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, jest wynikiem konferencji pod tym samym tytułem, zorganizowanej 29 maja 2014 r. przez Muzeum Stutthof, Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Zamkowe w Malborku.

Drugą książkę popełnił Pan Marcin Owsiński i jest to Stutthof – historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku. Ciekawa to książka, bo to chyba w ogóle pierwsza monografia wsi. Autor skoncentrował się na historii najnowszej, więc to też i przyczynek do oderwania się od lektury Zeszytów Muzeum Stutthof, i spojrzenie na to miejsce na mapie historycznie, bez swoistej fiksacji wojennej. Książkę czyta się niełatwo, ale też i historia Stutthofu, czy jak kto woli Sztutowa, zwłaszcza ta najnowsza, nie należy do łatwych.

Tak na portel.pl napisano o tej publikacji:

Książka „Stutthof. Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku”, której autorem jest Marcin Owsiński, kierownik Działu Oświatowego Muzeum Stutthof, to pozycja popularnonaukowa. Bazuje na wielu nowych źródłach historycznych, jest też bogato ilustrowana. Stanowi pierwszy efekt prowadzonych od kilku lat w Muzeum Stutthof badań nad dziejami najnowszymi Żuław i polskiego powojennego Sztutowa. Publikacja pokazuje przede wszystkim bogate i różnorodne życie społeczne i gospodarcze Stutthofu w okresie jego zasiedlenia przez ludność narodowości niemieckiej. Dopiero na tym tle pokazano działalność niemieckiego obozu koncentracyjnego w latach 1939-1945, co sprawiło że Stutthof trafił do światowej historii.

Polecam więc dzisiejsze spotkanie w Elblągu  o godzinie 17:30. Na pewno będzie można podyskutować, zapytać, a może i zrozumieć.

Published in: on 3 marca 2015 at 12:59  Dodaj komentarz  

Z cyklu Zaproszenia – TORUŃ MIASTO ZABYTKÓW

W dniu 13 marca (piątek) b.r.  – w budynku Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu, przy ul. Słowackiego 8, o godzinie 18:00, odbędzie się ciekawe spotkanie w ramach cyklu TORUŃ MIASTO ZABYTKÓW.

Będzie to prezentacja dotycząca kościoła Świętego Jakuba.

„Konserwatorzy z toruńskiej firmy Relief oraz Maria Rdesińska opowiedzą o najnowszych pracach konserwatorskich przeprowadzonych w świątyni Świętojakubskiej w ubiegłym roku (2014). Będzie też o poczynionych w ich ramach ustaleniach i odkryciach na temat przeszłości kościoła.”

Spotkanie organizują WBP Książnicę Kopernikańską i Toruński Oddział Stowarzyszenia Historyków Sztuki.

O kościele p.w. Św. Jakuba na Nowym Mieście, można przeczytać TUTAJ.

A zdjęcia z wnętrz – można zobaczyć TUTAJ.

a TUTAJ impresja świętojakubska….

Z cyklu Zaproszenia – spacer śladami Von Wintera

Parę lat temu zainteresowałam się bardzo wyjątkową postacią w historii Gdańska. Chodzi o Leopolda von Wintera, nadburmistrza, czynnego w XIX wieku.

Nawiązując do mojego artykułu, zdecydowanie nie ma szans na to, by pojawiła się jakakolwiek tablica na budynku przy ul. Garbary, gdzie mieszkał. Oczywiście, ktoś zakrzyknie, że przecież ten prawdziwy budynek legł w gruzach w 1945 roku, jak i cały Gdańsk. Ale wypadałoby by odpowiednie agendy miasta WRESZCIE porozumiały się ze wspólnotą, czy też właścicielem sklepu, celem posadowienia na murze stosowanej tabliczki. Ciekawe, że w Toruniu jakoś potrafią…

Tłumaczenia, że von Winter Prusakiem był, i że lepiej poszukać jakichś polskich, słowiańskich bohaterów, a nie tych „Niemców polakożerców” (bo i takie infantylne maile także dostawałam po moim artykule!!!) – doprawdy są rodem z piaskownicy i dobitnie świadczą o poziomie wypowiadających się.

Tym bardziej więc cieszy, że Arek Zygmunt wymyślił, a Ewa Jaroszyńska rozpropagował, kolejny spacer.

Po sukcesie spaceru Primaaprilisowego, teraz kolej na świętowanie urodzin Leopolda.

A więc – trójmiejscy przewodnicy licencjonowani zapraszają na spacer w sobotę, 24 stycznia, o godzinie 11:00. Spotkanie w Gdańsku oczywiście, na skrzyżowaniu ulic Ogarnej i Garbary. 

Warto tam być, bo po prostu wypada 😉

Wypada złożyć hołd Człowiekowi, który wprowadził Gdańsk w nowoczesność. A o jego współpracowniku – Edwardzie Wiebe też będzie można się co nieco dowiedzieć 🙂

Mój kanał video

Co jakiś czas proszona jestem o łącze do prezentacji, jakie robię z moich zdjęć. Nieporadne są jeszcze, bo nie opanowałam jeszcze magii tworzenia. Ale sprawiają mi wiele radości, więc TUTAJ się nią dzielę z moimi Szanownymi Gośćmi.

Mam nadzieję, że sprawi Państwu tyle radości, ile sprawia mnie 🙂

Miłego oglądania.

Published in: on 4 stycznia 2015 at 22:29  Comments (1)  

W piwnicach u dominikanów w Gdańsku – niestety krytycznie

No i stało się, „piwnice romańskie” pod dawnym klasztorem dominikańskim w Gdańsku otwarte.

Dzisiaj, czyli 31 grudnia – odtrąbiony w mediach wstęp wolny, okazał się być wstępem tylko dla pracowników… Aczkolwiek, z braku jakichś spektakularnych tłumów, udało nam się wejść. Nam, czyli Ewie J. i mnie. A że spodziewając się się dzikiego tłoku, nie wzięłam aparatu, więc ZDJĘCIA są kiepskiej jakości – tzw. komórkowce… nb. było nas raptem 4 osoby wszystkiego 😉

Wrażenia?

hm…. Baaaaaardzo mieszane.

Otóż – sam pomysł świetny, sam fakt otwarcie wnętrza dla tzw. publiczności przedni. Samo założenie – rewelacja, i sposób rekonstrukcji brakujących detali zasługują na najwyższy szacunek!

Ale….

No właśnie – ALE.

Ktoś nie przemyślał oprawy świetlnej. Ba – właśnie wprowadzając psychodeliczne kolory zniwelował pracę, jaką włożono w całe założenie.

JAK można było wprowadzić tak agresywną kolorystykę wnętrza, które POWINNO się odbierać całościowo??? Kto na to zezwolił? I te malutkie ledowe (?) „M&M’sy” na styku ścian i posadzki, wołają o pomstę do nieba. Punktowe kolorowe światełka, doskonale sprawdzają się w dyskotekach. Chyba jednak projektantowi ekspozycji miejsca się nieco pomyliły 😦

Nadto głos prowadzący (zresztą bardzo dobrze zrobione nagranie i rzetelnie prowadzące po całym wnętrzu), nie przystaje czasowo do punktów świetlnych. I jeśli ktokolwiek zapatrzy się w/na którykolwiek detal, nie nadąży za głosem i nie będzie wiedział o co chodzi. Straci wątek, bowiem całe wnętrze oświetlane jest narracyjnie. Czyli światło pada na element/detal akurat omawiany.

Koszmarne kolory – zwłaszcza agresywny niebieski i czerwony – skutecznie niwelują wrażenie potęgi murów, i niweczą wzrokowy odbiór precyzji prac zabezpieczających i rekonstrukcyjnych.

Dla takich wnętrz sprawdza się WYŁĄCZNIE oświetlenie neutralne. A tego tam jak na lekarstwo.

Podsumowując – miało być doskonale, a wyszło niestety – jak zwykle.

Miejmy nadzieję, że oświetlenie zostanie zmienione i pozwoli się „zwykłym oglądaczom” (bo chyba na tych także tu się stawia?) na kontemplację wnętrza, i na chwilę zadumy nad zdolnościami średniowiecznych muratorów, a także nad umiejętnościami współczesnych konserwatorów. Nie każdy zwiedzający tę tak długo oczekiwaną atrakcję Gdańska ma przygotowanie historyczne. Krótki filmik na wstępie tego nie nadrobi, toteż zaleca się tablice informacyjne. Nie musi to być tablica na pół ściany 😉 no i co zrobić z zagranicznymi zwiedzającymi ? Głos męski, aczkolwiek bardzo seksowny 😉 opowiada po polsku…

I na koniec – proponuję Muzeum Archeologicznemu, aby wybrało się do Podziemi Rynku w Krakowie, obejrzeć ekspozycję, i podejrzeć oświetlenie… Naprawdę warto kopiować dobre wzory!

Szestno – cz. 2

W poprzednim felietonie rozpisałam się o szestnieńskim zamku i o prokuratorach. A przecież Szestno to nie tylko nieistniejący już zamek, czy folwark.

To chyba przede wszystkim kościół. Przynajmniej dzisiaj, bo przecież z zamku niewiele zostało, pałac jest w rękach prywatnych, a w młynie funkcjonuje maleńka serdeczna restauracja, serwująca… winniczki 🙂

TUTAJ załączyłam zdjęcia, jakie robiłam słuchając jednocześnie arcyciekawych opowieści naszego gospodarza. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdołamy wrócić do Szestna na wiosnę, jeszcze przed sezonem, a może w przerwie jakoś… Tak, by móc porobić więcej zdjęć, by móc zachwycić się detalami kościoła. Bo w to, że jest wyjątkowy, uwierzyłyśmy, z chwilą przestąpienia progu.

A więc… Kościół…

Z zewnątrz zwyczajnie ładny. Ale ładne są wszystkie stare kościoły. W przeciwieństwie do współcześnie budowanych koszmarnych bezkształtnych brył, bardziej przypominających hale produkcyjne, niż miejsca kultu… Że też nie ma kary przynajmniej tortur dla współczesnych projektantów…

Szestnianie swój kościół wybudowali w drugiej połowie wieku XV.  Stoi na lekkim wzniesieniu. Często chrześcijańskie świątynie stawiano na miejscach kultu przedchrześcijańskiego. Niejako, upraszczając i trywializując oczywiście, w myśl zasady, że skoro kiedyś tu uczęszczano, to i teraz się będzie 😉 Ale tutaj tego akurat nie da się potwierdzić, to wyłącznie licentia poetica. Zaś to, co znaleźli archeolodzy, to odległa o parę kilometrów osada Galindów – akapit „Szestno-Czarny Las, stanowisko III (grodzisko). Prowadzono także badania samego kościoła i wyniki mówią, że:

pierwotnie kościół był założeniem trójnawowym, z głębokim, prostokątnie zamkniętym prezbiterium. Badania archeologiczne ujawniły szczątkowo zachowane fundamenty na których wspierała się pierwotna budowla. Ich przebieg zgodny jest z zaproponowaną przez nas teorią. Podczas wykopalisk odsłonięto także dawny cmentarz parafialny, funkcjonujący przy kościele od średniowiecza do przełomu XVIII/XIX w.

Kiedy tereny te znalazły się w Księstwie Pruskim, i nadszedł czas protestantyzmu, to właśnie ta wieś była bodaj pierwszą, która przeszła na nową wiarę. Co nieco można przeczytać na stronach Jednoty:

… pierwsze parafie powstały w 1523 r., kiedy za wyznaniem Lutra opowiedziały się Szestno i Królewiec, a w rok później zrobiły to Kętrzyn i Nidzica. Nowa nauka znalazła zwolenników we wszystkich warstwach mazurskiego ludu. Pierwszy mandat reformacyjny wydany został 21 stycznia 1524 r. przez biskupa diecezji pomezańskiej, Jerzego Polentza. Tak więc, pierwsza diecezja ewangelicka powstała o ponad rok wcześniej niż nastąpiła sekularyzacja Prus i oficjalne wprowadzenie luteranizmu jako wyznania państwowego (10 kwietnia 1525).

I nie nastąpiło to wcale bez tarć i zgrzytów tzw. społecznych… Ale w końcu nowa doktryna zwyciężyła, zresztą to były tereny pod władzą księcia Albrechta von Hohenzollerna, a przecież stara maksyma mówi: cuius regio eius religio. (Od roku 1980 kościół znowu służy katolikom).

W roku 1618 wybuchł pożar, w wyniku którego kościół uległ zniszczeniu. Powód pożaru (i zniszczenia) kościoła był prozaiczny: przeniesienie się ognia z sąsiednich zabudowań. Podczas opracowywania tematu – szukałam jakichś szczególnych informacji o pożarze, może sensacyjnych. Poszukiwałam jakiegoś zewnętrznego powodu, wojny, grabieży, czy co najmniej burzy z piorunami. No i natychmiast utknęłam i wydawało się, że już nigdy nie ruszę… To był rok śmierci Albrechta Fryderyka. I natychmiast moje poszukiwania zeszły na boczny tor. Jakie bowiem skutki niosła za sobą ta śmierć, czy naprawdę był chory psychicznie, czy tylko zawadzał politycznie? czy gdyby stało się inaczej, niż się stało, mielibyśmy Traktaty Welawsko-Bydgoskie (TUTAJ też ciekawy artykuł Jacka Wijaczki)? Przy sposobności przypomniała mi się toruńska wystawa Srebrnej Biblioteki Albrechta (tego od krakowskiego Hołdu Pruskiego. Swoją drogą, dlaczego pamięta się tylko ten hołd, a zapomina się o pozostałych, od Traktatu Toruńskiego II? TUTAJ ciekawe XIX-wieczne spojrzenie na hołdy). Wystawa miała miejsce parę lat temu. Niestety trwała krótko i zorganizowana była w szczycie sezonu turystycznego 😦 i z tego powodu mnie ominęła. Itd, itd… Zresztą, ja zwyczajnie lubię tego akurat Hohenzollerna. Albrechta (ojca) też lubię. Polecam ciekawą książkę Panorama Lojalności, dającą obraz owych czasów.

Z trudem oderwałam się od życiorysu księcia, po to by się cofnąć do roku 1612. To wtedy właśnie majątek szestnieński dostał się w lenno Ottonowi von der Groeben. Otto, jak zresztą cała jego rodzina – nagminnie mi w Prusach wchodzi w paradę… Nie będę o nim pisała osobno, bo zrobiłam to już czas jakiś temu, zapraszam więc TUTAJ. Ale uderza w historii Szestna także nazwisko von Brandt – Ahasverus von Brandt. I tu przychodzi na myśl wcześniejszy Ahasverus, z ziemi sztumskiej (a konkretnie z Czernina) pełniący istotną rolę w trybach polityki Prus. O jego działalności dyplomatycznej w latach 1544-1558 napisał Jacek Wijaczka. Dość wspomnieć, że ten von Brandt zdawał sprawozdania ze swoich obserwacji podczas wojen szmalkaldzkichbył członkiem Rady Księcia Albrechta w Królewcu, posłował też do króla polskiego a także do cesarza. Inny von Brandt – Euzebiusz, wywodzący się z Baranowa (około 10 km na pn-zachód od Mikołajek), odegrał niepoślednią rolę w porwaniu Chrystiana Ludwika von Kalckstein (i tu znowu odsyłam do mojego artykułu o herbowych buntownikach). A, że wszystko musi pozostać w tzw. kółku towarzyskim, to jak tzw. wieść rodowa niesie, wóz do transportu porwanego dostarczył Ahasverus von Lehndorff ze Sztynortu. Gdzieś jeszcze przewija się przez historię tych ziem jakiś pułkownik von Brandt, który wespół ze starostą dybowskim, Mikołajem Wierzbowskim, mniej więcej w tym samym czasie (w roku 1667) uczestniczył w morderstwie posła Franciszka Smoguleckiego. Czy był to Euzebiusz? Czy splamiłby sobie ręce bezpośrednim działaniem, będąc dyplomatą rezydującym przy dworze królewskim? Czy może to morderstwo zorganizowane było podobnie jak później to na Kalcksteinie?

W ten sposób – szukając informacji o jednej postaci – trafia się na cały tłum pociotków, krewnych, powinowatych i skoligaconych, skutecznie zwodzących z głównego tematu 😉

A co ma do tego ów szestnieński Ahasverus von Brandt? Tu trzeba znów przenieść się do roku 1618. Otóż wzmocnienia nadwątlonych pożarem ścian kościoła można było dokonać dzięki hojności między innymi właśnie von Brandta, ówczesnego starosty. Człowiek ten zresztą wkrótce został bardzo szczególnym urzędnikiem tych ziem. O tym można przeczytać w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Szczecińskiego, w artykule „Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.” (str. 191 do 215). Drugim urzędnikiem hojnie potrząsającym kiesą przy odbudowie świątyni był także niegdysiejszy starosta – Georg Schenk baron zu Tautenburg*.

Odbudowa kościoła trwała prawie 20 lat. Z tego czasu mamy masywną wieżę i ogólny wygląd świątyni, jaki jawi nam się kiedy stajemy na dawnym placu targowym wsi, który dziś jest po prostu częścią drogi przelotowej, z przystankiem PKS, i sklepem w dawnej karczmie. To także wyposażenie wnętrza świątyni, które szczęśliwie przetrwało wszystkie zawieruchy polityczne i wojenne, jakie przetaczały się przez Prusy.

W kontekście wystroju wnętrza, koniecznie trzeba wspomnieć Fabiana von Lehndorf, starostę szestnieńskiego, który miał jakoby w roku 1647 ufundować ołtarz główny. Ano, nie mógł go ufundować, bo był luteraninem, a w szafie ołtarzowej stoi rzeźba Madonny w asyście Świętych Piotra i Pawła. Skąd te postaci? Są to późnogotyckie figury z poprzedniego ołtarza, ocalone przez ówczesnego proboszcza w trakcie pożaru kościoła w roku 1618… A Fabian w roku 1647 z racji stanowiska przyłożył się finansowo do renowacji, czy też odbudowy ołtarza. Co ciekawe, w uszakach retabulum można zauważyć dwie głowy – doktora Marcina Lutra – w prawym, a w lewym – króla Szwecji Gustawa II Adolfa (tego od Lützen). W następnym roku przy kościele założono szpital na 12 miejsc, jednak bez stałej opieki lekarskiej. Lekarz dojeżdżał dwa razy w tygodniu z odległego o 20 km na północ Kętrzyna.

Czasy Potopu Szwedzkiego nie były łaskawe dla Szestna. Słynna jest opowieść o grabieżach sreber kościelnych i bójce nawet o obrus z ołtarza… A potem przyszła dżuma, będąca niejako pokłosiem Wielkiej Wojny Północnej (TUTAJ o dżumie w Gdańsku wprawdzie, ale wszędzie mniej więcej wyglądało to tak samo). W Szestnie nie było opieki medycznej, ludzie marli na potęgę. Zresztą i tak wtedy nie umiano sobie skutecznie radzić z morowym powietrzem. Ówczesny starosta Johann (Jost) Bernhard von Wilmsdorff (wywodzący korzenie z Wilamowa, także właściciel Dobrocina) pozostał na tzw. stanowisku, nie uciekł, jak to czyniono gdzie indziej. Został na miejscu i starał się ulżyć cierpieniu chorych, co przepłacił życiem w roku 1711. Bardzo ładne świadectwo jego zachowaniu dał kaznodzieja z Sorkwit:

całe rodziny padały ofiarą dżumy, a zmarłych nikt nie chciał grzebać z obawy przed zakażeniem. Zdrowi uciekali do lasów i mieszkali tam we własnoręcznie wygrzebanych ziemiankach. W całej okolicy nie było lekarza. Urzędy opustoszały. Chlubnym wyjątkiem był starosta z Szestna Wilamowski, który nie porzucił swego stanowiska i ratował chorych, pomimo, że w Szestnie i jego okolicy w ciągu półtora roku zmarło 700 ludzi.

Pana  von Wilmsdorff możemy obejrzeć na jednej z dwóch miedzianych chorągwi nagrobnych, jakie posiada ten wyjątkowy kościół. Starosta klęczy na czerwonej poduszce, w zbroi, ręce złożył do modlitwy, ale patrzy na widza, jakby prosił o serdeczne wspomnienie. Chorągwie nagrobne są dziś zupełnie wyjątkowym zabytkiem sztuki funeralnej, dość powiedzieć, że na terenie dawnych Prus Wschodnich mamy ich raptem 11. Szestno należy tu do szczęściarzy, bo aż dwie wiszą w kościele…

Trudno opisać urodę tutejszej świątyni, jako, że niemal każdy element wymaga osobnej monografii. Dodam tylko, że odrestaurowana postać dzwonnika, namalowana na drzwiach na wieżę, zaparła nam dech w piersiach. Jako znany profan, przyznam, że pierwsze co mi przyszło na myśl, to słowa: „Czknął, poprawił pluderki” z Ballady o Straszliwej Rzezi, śpiewanej niegdyś przez Tadeusza Chyłę… Skojarzenie jednak wcale nie umniejszyło mojego zachwytu nad przedstawieniem postaci. I nad kunsztem konserwatorów, którzy specjalnie sprowadzeni z Torunia przez obecnego Wielebnego przywrócili blask nie tylko tej polichromii.

Z tego wszystkiego nie wspomniałam o szestnieńskim łączniku z Gdańskiem… 1 grudnia roku 1677 w Szestnie właśnie urodził się Jędrzej Waszeta (czy jak kto woli Wascheta, Waschetta). Kaznodzieja, bibliofil, a nadto przez 29 lat lektor języka polskiego w Gdańskim Gimnazjum Akademickim i kaznodzieja u Św. Anny. Walnie przyczynił się do powstania kancjonału polskiego Jana Monety. Zmarł w Gdańsku w roku 1729. Niestety, po pogrzebie jego książki zostały sprzedane na aukcji…

Zanim postawię ostatnią kropkę w tym wpisie, muszę wrócić jeszcze do Fabiana von Lehndorff.

Otóż zmarł 3 lata (3.10.1650 r.) po odbudowie ołtarza i znalazł ostatni spoczynek w kościele, którego był zapewne kolatorem, choćby z racji pełnionej funkcji. Należy się parę słów o człowieku, którego epitafium wmurowane w północną ścianę kościoła zachwyca każdego.

Fabian był synem Sebastiana ze Sztynortu i Judith von Kannacher z Dąbrówna. Do 1630 roku władał Popowem Salęckim, kiedy to sprzedał majątek pisarzowi grodzkiemu z Szestna – Willamoviusowi, czy jak kto woli Wilamowskiemu (Wilmsdorff).

Był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz z Katarzyną von Creytzen z Domnowa** (dziś Obwód Kalinigradzki), z którą miał córkę Elisabeth Luise. Po śmierci Katarzyny ożenił się z Adelgundą Tugendreich von Halle z Karschau (dzisiejsza Kisseljowka po rosyjskiej stronie Prus Wschodnich). Córką z tego związku była Anna Judith.

Fabian miał dwóch braci – Albrechta i Meinharda. To właśnie Meinhard pozostał w Sztynorciei po śmierci Sebastiana. I to on jest uważany za twórcę sztynorckiej wielkiej alei dębowej. I to z jego rodu wywodzi się Vera Gottliebe Anna von Lehndorff, znana bardziej jako piękna Veruschka, słynna długonoga modelka i aktorka.

A co z progeniturą Fabiana? Otóż poprzez koligacje i małżeństwa, jedną z jego pra….. wnuczek jest holenderska królowa Beatrix. Dla miłośników gdańskich plot rodowych także znajdzie się coś ciekawego. Bowiem pośród przeróżnych nazwisk w niezmiernie rozrośniętym drzewie genealogicznym rodu, pośród gałęzi głównych i bocznych pojawiają się takie – jak von Schwartzwald, Kohne von Jasky, Zimmermann (Johann), Schumann, Colmer, Brandes, i tak dalej, i tak dalej… To temat na osobne opracowanie 😉

Zdumiewające do czego może doprowadzić upór w tropieniu pewnego Fabiana w historii Szestna 🙂

* / * 

*  Georg należał do jednego z sześciu arystokratycznych rodów: Dohna, Erbtruchseß zu Waldburg, Kittlitz, Heydeck, Eulenburg i Schenck zu Tautenburg. Byli to w większości potomkowie dowódców najemnych wojsk, którzy po 1466 r. otrzymali w Prusach liczne nadania ziemskie i zamieszkali tutaj na stałe (za Andrzej Kamieński – Ustrój Prus Książęcych w I połowie XVII w.)

** z tego samego Domnowa, w którym w latach w latach 1554-1560 kaznodzieją w tamtejszym kościele był słynny Caspar Henneberger 

Dla ciekawych – TUTAJ strona zawierająca mnóstwo informacji.

Szestno – cz. 1

Jak zwykle, w biegu, po drodze. Tym razem – Szestno… I tym razem nasza trasa została starannie zaplanowana. I było to jedno z moich największych zdumień ostatnich czasów.

Zdumienie na TAK.

Że TAK można zadbać o miejsce „niebliskie”, że TAK można z zachwytem opowiadać o już przecież nieistniejącym świecie, że TAK można wrosnąć w ziemie przecież nie genetyczne, i wreszcie, że TAK można stać się synonimem miejsca.

Ale od pieca…

Na początku grudnia, przez trzy dni, czteroosobowy Desant Gdański uczestniczył w konferencji na temat dziedzictwa historycznego i teraźniejszości Zakonu Krzyżackiego w Rynie. Mieszkałyśmy w Hotelu Cesarskim, w niedalekim Giżycku.

Ten hotel polecam, z czystym sercem. Miło, czysto, za hotelem jest parking, dodatkowo wszędzie blisko no i smaczne śniadania w sąsiadującej z hotelem restauracji Kuchnie Świata. W samej restauracji jadłam już kiedyś z grupą, więc spokojnie mogę polecić ich menu.

Z Giżycka dojeżdżałyśmy na wykłady konferencyjne. O samej konferencji nie warto się za bardzo rozpisywać. Dość na tym, że niestety, słynne powiedzenie Johanna  Georga  Forstera pozostaje wciąż aktualne 😦 Jako, że kilka wykładów wygłaszanych było po niemiecku, zatrudniono tłumaczy. No i to była jedna z największych porażek tej konferencji. Tłumacze niby symultaniczni, ale jedyne co robili naprawdę symultanicznie, to dłubali w zębach, stękali, mlaskali i chrumkali… Oprawa merytoryczna także pozostawiała wiele do życzenia. Niestety, konferencja poza sferą rzeczową, także w sferze kultury zarówno osobistej, jak i przekazu pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Dość wiedzieć, że z rozrzewnieniem myślałyśmy o konferencji w Zamku Bierzgłowskim.

No i na dodatek, niewiele było prelekcji wartych wysłuchania. Jedną z nich była na pewno ta, wygłoszona przez dra Franka Bayarda, dyrektora archiwum zakonnego. I na szczęście dostałyśmy ją od samego referenta. Poza więc przysłowiową słodką fotką z Wielkim Mistrzem, i degustacją obiadu (którego, nota bene, na pewno nikomu z naszych grup nie polecimy), tak naprawdę radość z bycia na konferencji wynikała z możliwości bycia razem. Po sezonie. Bez pośpiechu.

* / * 

Po ustaleniu, dokąd* pędzący Św. Brunon nawracał w dzisiejszym Giżycku, ostatniego dnia pojechałyśmy jednak do Rynu na zakończenie konferencji. Niestety, dwóch najciekawszych prelekcji tego dnia nie było. Bez wyrzutów sumienia więc ulotniłyśmy się mając w planie Bezławki. Ale jako, że do Bezławek jedzie się przez Szestno, a żadna z nas tam nigdy nie była, zadecydowałyśmy o trasie właśnie tamtędy. Na dodatek okazało się, że Ewa J. właśnie w Szestnie ma Znajomego niemal od zawsze, więc tym bardziej musiałyśmy tam zajechać.

* / * 

Szestno (Seehesten), to wieś, (według statystyk) licząca w roku 2006 około 830 mieszkańców. Położona 7, a może 8km na północ od Mrągowa. To dzisiaj. A kiedyś?

Na kartach historii Szestno zagościło na dobre w II połowie wieku XIV. Właśnie wtedy południowe tereny komturii bałgijskiej objęte zostały planową akcją kolonizacyjną. Nie znaczy to wcale, że do tego czasu była tam tylko Wielka Puszcza. Już 100 lat wcześniej zaczęli osiedlać się tam ludzie. Jednak w XIV wieku właśnie, w związku z planową akcją osadniczą, niezbędne było zapewnienie napływającej ludności bezpieczeństwa. Nadto, teren położony był bezpośrednio na trasie głównych wypraw litewskich, kierowanych w głąb Prus. W związku z tym zamek szestnieński „wpasowany” został w sieć, a raczej łańcuch twierdz obronnych na południe od Wielkich Jezior. W owym wspomnianym wieku XIV zamek oblegał książę Kiejstut Giedyminowicz, niszcząc jednak wyłącznie przedzamcze. Między początkiem XV wieku a rokiem 1525, zamek był rezydencją prokuratorów krzyżackich, podległych komturom bałgijskim, i czas jakiś także ryńskim.

Kim był prokurator w Państwie Krzyżackim? Był to urzędnik odpowiedzialny za sądownictwo i zawiadujący administracją okręgu sobie podległego (czyli prokuratorii). Prokurator odpowiadał też za sprawy wojskowe na swoim terenie, a więc pełnił rolę dowódcy okręgu. I jako taki dysponował tak braćmi zakonnymi, jak i okolicznymi Prusami, czy osadnikami. Prokuratorzy, jako urząd, podlegali komturom. Tu wyjątek stanowił prokurator kętrzyński, ale nie o nim tu mowa 😉

Odwiedzając Prusy, warto zajechać do dawnych siedzib prokuratorskich, czyli (podaję w kolejności alfabetycznej): Barcian, Bytowa, Działdowa, Ełku, Giżycka, Kętrzyna, Morąga, Nidzicy, Nowego, Nowego Jasińca, Osieka, Pasłęka, Pnia, Przezmarka, Skarszew, Szczytna, Szestna czy Węgorzewa.

W wieku XVI zamek szestnieński stał się siedzibą starostów pruskich. Jednym, z nich był Fabian von Lehndorff, którego płytę nagrobną można podziwiać wmurowaną w północną ścianę miejscowego kościoła. Od początków wieku XIX zamek stopniowo rozbierano, a materiał rozbiórkowy stał się materiałem budowlanym w odległym o ok. 20 km na północ Kętrzynie. Na terenie dawnego folwarku postawiono dwór, i ten można dziś oglądać jedynie zza gęstych krzaczorów, jako, że obecnie jest prywatną własnością. I dobrze, bo po II wojnie spotkał go los wielu innych może nawet cenniejszych – czyli najpierw grabież przez Armię Czerwoną, potem PGR, i gdyby nie prywatny właściciel, który zjawił się jakoś tak w latach 90. – pewnie podzieliłby los na przykład Prosny…

TUTAJ można przeczytać o zamku w Szestnie, TUTAJ zaś znajdują się informacje o historii wsi.

Nie zajrzałabym jednak na te strony, gdybym nie dostała dużej i świetnie podanej dawki tak historii, jak i czasów współczesnych, od Znajomego Ewy J.

I to było właśnie najcenniejsze podczas naszej wizyty – rzetelna wiedza naszego Cicerone, ale podana w tak ciekawy sposób, że aż chciało się słuchać.

A na zakończenie części pierwszej wpisu, TUTAJ nieco zdjęć z naszej wizyty.

* przykro mi, ale to akurat zrozumieją wyłącznie moje drogie Koleżanki, AS, EH i EJ 😉

Z cyklu Chwalę się – W biegu, po drodze – żuławskim traktem

Marzłam kolejną godzinę z grupą filmowców chińskich ze stacji CCTv. Kręcili dzisiaj ujęcia Wiadomego Zamku, zachwyceni i zafascynowani tak miejscem, jak i jego historią. Zanim jednak zaczęli kręcić materiał, musiałam jakoś wprowadzić Gości w historię nie tylko zamku, ale i Zakonu. Nieco pomocną, dla odniesienia do znanych im faktów, okazała się data 1280, a to dlatego, że w tym czasie w Chinach datuje się pierwszą wzmiankę o broni palnej i armacie, to też początek dynastii Yuan-Ming. Wzmiankę o Benedykcie Polaku sobie darowałam, widząc, że kłopotu dostarczyła już sama Reguła krzyżacka… 😉 W końcu, dla nas też kolejne dynastie chińskie, a także chronologia ich historii jest zawikłana.

I tak sobie marzłam im do towarzystwa, kiedy już po przejściu potencjalnych miejsc do ujęć filmowych, zabrali się już za samo filmowanie … Zapowiadał się co najmniej katar. Ale w myśl powiedzenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, otuliłam się szalem i zabrałam się za lekturę Reguły, czekając aż będę znowu potrzebna z wyjaśnieniami.

Przy sposobności, jak zwykle, robiłam zdjęcia. Niestety, jako, że nie miałam ze sobą aparatu, zdjęcia robiłam komórką, stąd kiepska jakość.

Wyszłam do Zimowego Refektarza na chwilę, żeby nie wchodzić ekipie w kadr, kiedy zadzwonił telefon. To Ela Skirmuntt-Kufel dzwoniła z pytaniem, gdzie jestem, i kiedy wracam. Już chciałam odpowiedzieć (zgodną zresztą z wszelkim prawdopodobieństwem), że wracam za jakieś następne 674 lata, ale ugryzłam się w język, bo Ela wspomniała, że czeka na mnie książka…

MOJA książka 🙂

Na szczęście wybiła godzina 15:00, czyli godzina zamknięcia wnętrz zamkowych, więc mogłam jechać do Trutnów. No, mogę powiedzieć, że to była prawie teleportacja…

I teraz sobie siedzę i czytam, co napisałam. Niby nic takiego, bo przecież to po prostu nieco przerobione moje opowieści z bloga. Ale miło przeczytać to w formie drukowanej. Na pachnącym papierze, z pięknymi zdjęciami autorstwa Daniela Kufla.

* / *

ps. A kataru wcale nie dostałam, książeczka podziałała jak balsam leczniczy 😀

Z cyklu Ciekawe – nowa ekspozycja w Muzeum Elblągu

„a little bit of this, a little bit of that”…

Dźwięk słów Tewje ze „Skrzypka na dachu” brzmią w uszach, kiedy wędruje się po nowej ekspozycji-wystawie sentymentalnych wspomnień o Mieście, Którego Już Nie Ma w elbląskim Muzeum Archeologiczno-Historycznym.

Drobiazgi składające się na życie zwyczajne, szczęśliwe, a może nudne.

Walizki na szafie, a w tejże obrusy, znalezione kiedyś, już po Śmierci Miasta. Wciąż białe, złożone, czekające na swoją kolej na politurowanym stole w jadalnym…

Przepis na marcepan, brytfanka na piecu i ścisk do prowadzenia byka.

Gospodarz zaraz wróci? Dziś, za 50 lat? Chyba nigdy.

Twarze kiedyś dzieci, dziś poorane zmarszczkami, spoglądają ze zdjęć z uśmiechem. Szczęśliwe. Zanim przeszła tędy Wielka Historia.

Szepty z Wtedy, Teraz… a może tylko my je słyszymy…

Wzruszająca wystawa.

Właśnie podczas ostatniego szkolenia zrozumiałam, dlaczego mój Tato uśmiechał się, kiedy prowadził mnie w latach sześćdziesiątych po nie istniejącym Starym Mieście, na którym pasły się krowy. On po prostu nie widział pustki, pamiętał Miasto z Wtedy. Właśnie dlatego mam absolutny sentyment do Elbląga. I niemal bezkrytyczną sympatię.

p.s. No i uwaga końcowa: MUZEUM NARODOWE w Gdańsku – UCZ się, JAK robić ekspozycje! Niestety nasze MN wciąż tkwi głęboko w minionej epoce. Nie widać tam Sztuki, nie widać Życia, NIC nie widać 😦

Published in: on 7 grudnia 2014 at 19:27  Comments (1)