Moja Praga

Byłam w Pradze. Ponownie.

To akurat nikogo nie powinno dziwić, bowiem można nie odwiedzić Paryża, ale Pragę trzeba. Dlaczego? Bo tak, i już 😉

Moja Praga tym razem była bez pośpiechu. I wreszcie z dobrym przewodnikiem. Z Dziewczyną zakochaną w swoim Mieście i umiejącą o nim opowiadać z przysłowiowym ogniem.

Kiedy się rozstałyśmy miałam dość czasu, żeby, niczym piesek spuszczony ze smyczy ruszyć przed siebie. Z przyjemnością zanurzyłam się w gwar i tłum (pamiętając jednakże, żeby kurczowo ściskać torbę w objęciach – wiadomo – złodzieje są wszędzie tam, gdzie turyści). Mapę miałam w torbie tak głęboko, że aby się do niej dokopać, musiałabym chyba przejść kurs archeologii. Więc poszłam na tzw. czuja. Oczywiście, głównym celem były Hradczany. Ale zanim tam dotarłam z drugiego końca miasta, „zahaczyłam” o niemal wszystkie kościoły. Wciąż nie lubię baroku, ale jak już gdzieś kiedyś na tym blogu pisałam, czasem trzeba lubić, choć na chwilę. Barok praski jest lekki, nieagresywny i pełen taktu. Już słyszę głosy fachowców, oburzających się na ten opis. Ale co tam…

Jednak moim ulubionym praskim kościołem jest Kościół Najświętszej Marii Panny przed Tynem. A portal północny, dzieło Petera Parlera, mogłabym fotografować nieustannie. No i oczywiście – skoro wreszcie miałam czas, „obniuchałam” ściany dokładnie i znalazłam dołki ogniowe. Na szczęście w Pradze niemal wszyscy są uśmiechnięci, więc mój uśmiech radości nikogo nie dziwił.

Po jakichś stu latach dotarłam wreszcie na Hradczany. Świadomość, że nie musiałam się nigdzie spieszyć, że najwyżej umrę po drodze z głodu, że mogę sobie przystanąć na zdjęcie, a nawet usiąść na krawężniku i gapić się na ludzi, sprawiła, że czułam się zupełnie jak na wakacjach. W głowie mi dźwięczał Smetana, ze swoją Wełtawą… Świeciło słońce, dokoła różnojęzyczny tłum popadał w ten sam dziecięcy zachwyt przed Złotą Bramą i żeberkiem Parlera. Było cudnie.

Na dodatek zaglądając w dostępne zaułki wzgórza zamkowego trafiłam na ślad ząbkowicki (śląski) – w postaci małego, niepozornego pomniczka Mistrza Benedykta Rejta nieopodal baszty prochowej…

No i – przecież wreszcie byłam w sali, słynnej z tzw. drugiej defenestracji praskiej. Sala jak sala… Niby nic takiego, ale wystarczy pomyśleć, do jakiego symbolu urosła wkrótce, i zupełnie inaczej zaczynamy się rozglądać po pomieszczeniu. Dlatego warto zwiedzanie Pragi połączyć ze zwiedzaniem Wrocławia (drugiego po Pradze miasta dynastii Luksemburgów, a poza tym ukochanego miasta cesarza Karola Luksemburga). I to nie wcale w związku z zainteresowaniem oknami, czyli tzw. defenestracją wrocławską, którą to wiążemy z wojnami husyckimi, a w związku z wojną trzydziestoletnią, będącą (znacznie upraszczając historię) niejako następstwem „zbiorowego wypadnięcia przez okno” na praskim zamku… A skoro Wrocław, to koniecznie Świdnica! Bo przecież to między innymi ten zachwycający Kościół z gliny, drewna i piasku, pełen Złotej Ciszy, stał się jednym z symboli pokoju westfalskiego.

I tak to, po niemal 8 godzinach zwiedzania Pragi, kiedy wreszcie usiadłam nad kufelkiem piwa – mimowolnie myślami wróciłam „do domu” 😉

Published in: on 1 Październik 2015 at 22:13  Dodaj komentarz