Kopernik – sceptycznie – czyli jak zwykle corocznie :)

No i zbliża się kolejna rocznica urodzin mojego ulubionego Doktora. Tym razem coś tak około-okrągła ta rocznica, bo 540. W zeszłym roku też pisałam o Doktorze Mikołaju i też w okolicach rocznicy urodzin. Zżymam się bowiem, że wyskakuje jak pajacyk z pudełka – wywołując namiętne dyskusje niemalże wyłącznie w okolicach rocznicy urodzin właśnie. Po czym cały zgiełk cichnie – i do następnego lutego nikt się nim nie zajmuje. Nie pisze się o jego taksie chlebowej, o reformie pieniądza, o strategicznych dokonaniach, czy o administrowaniu dobrami wspólnymi Kapituły. Nie ma – nie istnieje, poza „durnowatą” plotką o Annie Schilling (chociaż tyle, że w Gdańsku nieco się o nim mówi, szkoda tylko że w takim niemądrym kontekście)…

W Toruniu mam swoją trasę – oczami Mikołaja. Ale w Toruniu mówi się o Koperniku przez 365 dni w roku, i to wcale nie nudnie. No, ale Toruń to TORUŃ – i już. Wiadomo :).  Mam też swoją trasę lokacyjną na Warmii… No i przede wszystkim – mam do Mikołaja K. wiele sympatii.

Toteż z zaciekawieniem przeczytałam kolejne wątpliwości naukowców dotyczące jego grobu, szczątków i rekonstrukcji wyglądu. TUTAJ jest odnośnik do artykułu. Przyznam, że artykuł ciekawy, ale… Zawsze, w każdej historii jest jakieś „ale”. Wątpliwości towarzyszące badaniom szczątków (i tu nie tylko mam na myśli Doktora Mikołaja ale też na przykład Wielkich Mistrzów w Kwidzynie) – wyraził  dr Tomasz Kozłowski na konferencji towarzyszącej badaniom nad szczątkami Wielkich Mistrzów.

Jakkolwiek by nie było, dobrze się stało, że w ogóle jakiekolwiek badania przeprowadzono na pochówkach znalezionych koło fromborskiego ołtarza Św. Krzyża. Mogłaby przecież  zaistnieć sytuacja, podobna do tej, jaka miała miejsce obecnie w Anglii. Kiedy to dziekan opactwa Westminsterskiego odrzucił prośbę o zezwolenie na badania szczątków dwóch książąt (Książęta z Tower) w kontekście odnalezienia pochówku Ryszarda III.

🙂

Świętujmy więc kolejną rocznicę urodzin Doktora Mikołaja Kopernika syna toruńskiego kupca, kanonika warmińskiego, lekarza, ekonoma, etc, etc… każdy na swój sposób, byle było o nim głośno i byle nie kojarzył się li tylko z gosposią 😉

Z cyklu Ciekawe – Kopernik znaleziony w sieci

Lubię Doktora Kopernika.

Polubiłam go wiele lat temu, kiedy to wreszcie uczciwie i rzetelnie zabrałam się za studiowanie jego życia. Bo życie ten pan miał naprawdę bardzo wielowątkowe i na pewno nie nudne. Nie, nie chodzi o te bzdurne sensacje wokoło jego rzekomego związku z Anną Schilling (ale tak to jest, jeśli opinie ferują ludzie nie mający pojęcia o głębokiej przyjaźni czy o powiedzeniu „siedzieć na jednej grzędzie”). Zresztą tutaj zawarłam mój stosunek do tego całego niemądrego szumu medialnego, niemądrego bo spłycającego postać Doktora. To takie znamienne dzisiaj, że jeśli gdzieś nie ma choć kawałka seksu (najlepiej w stylu hard porno), przekleństwa, agenta, spisku czy morderstwa, to wiadomość, czy historia staje się nieciekawa i bywa uważana za nieprawdziwą…

A Doktor Kopernik jest interesujący jako Człowiek na tle WTEDY i TAM.

Toteż ucieszyłam się ze znaleziska (ponownie w sieci) 🙂

Załączam owo znalezisko, czyli odsyłacz do ciekawego programu o Doktorze Koperniku.

Temat Mikołaja Kopernika będzie zajmował kolejne pokolenia, bo wciąż niewiele wiadomo choćby o jego młodości. Nawet czasy stosunkowo dobrze udokumentowane niosą ze sobą tajemnice. Jak choćby położenie słynnego pavimentum, które to sobie sam zbudował dla prowadzenia obserwacji. Między bajki bowiem można włożyć opowieści, że to było na tzw. Wieży Kopernika… Wciąż także ciekawi sprawa wpisania De Revolutionibus do Indeksu Ksiąg Zakazanych (i usunięcia z niego dopiero po niemal 300 latach). Ciekawi też pochodzenie rodziny i geneza nazwiska… No i ten złamany nos, czy szrama na czole. Wciąż porowokują domysły.

Niedługo znowu jadę do Doktora Kopernika podładować akumulatory psychiczne; pewnie też znowu mi się przyplącze jakaś zagwozdka. Bo jak na razie wszystkie zostały rozwiązane 😉

Kopernik – na zdrowie, urodzinowo.

Mikołaj Kopernik to obecnie modny temat…

Od razu – tytułem wyjaśnienia i przestrogi:

Wielkim nadużyciem (a i niesmaczne) jest w kontekście walentynkowym nazywać Gdańsk miastem miłości… Kopernika i Anny Schilling.

Lepiej uważnie poczytać historię miłostek i miłości w grodzie nad Motławą!!!  Żeby nie minąć się z prawdą historyczną i by swojej wiedzy o mieście nie budować li tylko na … plotkach.

W tym celu – żeby jednak nie trzeba było przekopywać archiwów – polecam lekturę bardzo sympatycznej książeczki Gabrieli Danielewicz. Książka nosi tytuł „Portrety dawnych Gdańszczan”. Zwłaszcza rozdział pod  znamiennym tytułem: „Igraszki Amora nad Motławą”. Tam można dowiedzieć się jak to było z prawdziwym miłosnym skandalem swoich czasów. Mam na myśli romans Maurycego Ferbera i Anny Pilemann. To był prawdziwy skandal!!

A tym, którzy lubią miłosne happy end-y – gorąco polecam wsłuchanie się  w historie zaklęte w licznych gdańskich epitafiach… A i anioły Meissnera na  niejedno pewnie patrzyły z uśmiechem.

Anioł mariacki uśmiechnięty...

Mamy też swoją gdańską Monę Lisę… jeśli już tak koniecznie musimy… Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać 😉

*    *    *

Ale wracając do Doktora Mikołaja… Otóż – stał się nagle modny… A szczególnie jego życie prywatne. Jakby dopiero teraz to odkryto! A wystarczy przeczytać dobrą książkę Jerzego Sikorskiego pt. ”Prywatne życie Mikołaja Kopernika” czy Jerzego Bentkowskiego „Fromborski samotnik”, żeby wymienić te pisane bez zadyszki sensacyjnej. Pojawiła się także – wśród różnych tego typu pozycji – książeczka malutka objętościowo, ale dobrze opracowana – „Mikołaj Kopernik – Życie i działalność” – wydana przez Muzeum Okręgowe w Toruniu. Wymieniam tylko parę – i to tych wartych przeczytania. Lista lepszych czy gorszych pozycji (w tym również zagranicznych), jest nieco dłuższa.

A wracając do Mikołaja – przypominam, że w maju bieżącego roku (2010) odbędzie się powtórny pochówek fromborskiego kanonika. Po tym, jak w roku 2005 znaleziono jego szczątki w katedrze fromborskiej, w pobliżu ołtarza, którym się opiekował i po latach badań i sporów – on to jest czy nie on… zdecydowano o powtórnym pochówku…

Należy się obawiać, że jak zwykle niestety i ta uroczystość pozostanie wyłącznie lokalną. Tak jak nie wygrano wyścigu o turystów – po wykopaliskach w katedrze.  A przecież znaleziska były co najmniej ciekawe.

Szkoda więc, żeby i tym razem przysłowiowa para poszła w gwizdek.  Jeszcze czas by to „roztrąbić” po całym świecie i ściągnąć faktycznie wielkie zainteresowanie (czyli media głównie, bo to one nadają głos sprawie. Wystarczy przejrzeć światowe enuncjacje medialne – jak rozsławiły psa na krze…).

A więc… Można by roztrąbić na cały świat o rewelacyjnym tak znalezisku jak i niebywałej okazji uczestniczenia w… pogrzebie Wielkiego Kopernika. I co za tym idzie – można by sprawić, by choć na chwilę, Frombork z miasta na końcu świata (jak pisał o nim Kopernik) stał się jego centrum.

Wiem, wiem… infrastruktura nie ta, a i wołający o pomstę do nieba stan tzw. kanału Kopernika zapachem może zabić co słabszych…

Kanał o mocy rażenia broni chemicznej

Ale warto by spróbować.

Tym bardziej, że miasto jest przepiękne, urokliwe i ma w sobie to „coś”. Na dodatek ma wyśmienite położenie, i dojazd jest wcale przyzwoity. Ludzie są sympatyczni, a jedzenie jakie można tam zjeść, na pewno nie przysporzy mu wstydu! Nie wspominając o wyśmienitym ciastku i kawie w Wieży Wodnej.

No i Frombork ma coś jeszcze!! Bardzo ciekawy dział historii medycyny, Trzy-Krowy-Na-Gzymsie… i… rewelacyjny Sąd Ostateczny!

Przy tej okazji na myśl przychodzi Szlak Kopernikowski.

Oczywiście zaczyna się daleko od Fromborka – w Toruniu. Tam przecież urodził się nasz bohater, jako syn kupiecki. Przy okazji należy koniecznie zajrzeć do Świętych Janów, bo tu został ochrzczony.

Ale Toruń to w ogóle wyjątkowe miasto. Nie tylko ze względu na Kopernika. Tam faktycznie ma się „gotyk na dotyk”.

Jednak genezy Luda na Czarnym nikt dotychczas nie potrafił mi wytłumaczyć…

Zagwozdka świętojańska

Wracając na szlak – wiedzie śladami lokacji łanów opuszczonych (sporo czasu zajęło mi opracowanie tej trasy – jest prze-ciekawa, a latem – cudna).

Koniecznie trzeba też „zahaczyć” o miasta związane z Administratorem dóbr kapitulnych.

Jadąc szlakiem kopernikowskim odwiedzimy także Gdańsk. Tutaj przebywał co najmniej dwukrotnie. Raz w roku 1504 na weselu kuzynki (Korduli von Allen) z Reinholdem Feldstedtem, patrycjuszem gdańskim. Drugi raz na pewno w roku 1526 i to około 6 miesięcy.

Po śmierci Reinholda był jednym z trzech opiekunów wdowy i dzieci. Pozostałymi opiekunami byli: Arend Schilling i Michał Loitz. Arend to domniemany mąż Anny. Anna zaś (wzbudzająca dreszczyk emocji niemal u wszystkich) była córką kuzynki Mikołaja. A kim był Michał Loitz? Był przedstawicielem znanej szczecińsko-gdańskiej rodziny bankierskiej. O Michale powinniśmy myśleć, jadąc do lub przez Nowy Dwór Gdański. I to on właśnie z synem Jaśkiem jechał, co koń wyskoczy do Fromborka na wieść o złym stanie Doktora Mikołaja, by Jasiek mógł objąć po nim kanonię – ale o tym, kiedy indziej…

Niewyraźny herb Loitzówny z płyty nagrobnej w... Kwietniewie. Ale można go też znaleźć m.in. w Gdańsku, i Kwidzynie...

Jadąc dalej szlakiem Mikołaja – musimy też odwiedzić Malbork. Tutaj bowiem przebywał parę razy. Zresztą mówi o tym stosowna tablica na Zamku Średnim. Właśnie w Malborku w maju roku 1528 miał miejsce sejm Stanów Pruskich. Na tym sejmie Doktor Mikołaj wygłosił rozprawę „O biciu monety”.

Odsyłałam w tym miejscu do ciekawych wątków w tzw. temacie, na zaprzyjaźnionym blogu – ale odkąd blog został zlikwidowany – nagle zrobiło się pusto. Merytorycznie pusto. 😦 Dlatego też pojawiają się te wszystkie bzdury i dywagacje spłycające temat…

Wspominając o Koperniku warto pamiętać o jego taksie chlebowej!

No i trzeba koniecznie zajechać do Elbląga!!! Tak – właśnie do Elbląga. Tutaj, spacerując Ścieżką Kościelną można zastanowić się, czy kiedykolwiek szedł tędy? Szedł na pewno!! Choćby z racji powodów, dla których tu przebywał.

Ścieżka kościelna

Niestety na naszym szlaku zabraknie Królewca. Tam też Mikołaj przebywał , na zaproszenie księcia Albrechta. Zabraknie więc Królewca, bowiem po ostatniej wojnie to już nie ten Królewiec.

Celowo nie wspominam o mikołajowych obserwacjach nieba. Głównie bowiem z tego jest znany. A przecież był czynnym i świetnym administratorem. A także zdolnym strategiem. Warto prześledzić jego działania w Olsztynie podczas przygotowań do obrony.

Nie był oderwanym od realiów „badaczem nieba” – jak nam to latami wmawiano na lekcjach szkolnych. Był energicznym zarządcą ziem – co widać po jego akcjach. Jak choćby aresztowanie rybaków z terytorium państwa zakonnego. Zostali aresztowani za łowienie na Pasłęce, która byłą rzeką graniczną. Polecenie aresztu prewencyjnego dla rybaków wyszło do administratora dóbr kapituły – Doktora Mikołaja. I było w pełni uzasadnione – bo miało miejsce w czasach wojny.

Dwukrotnie też pełnił nasz bohater funkcję kanclerza kapituły.

Był też konsultantem Bernarda Wapowskiego, kiedy ten opracowywał mapę Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. A konsultacje dotyczyły topografii Prus Królewskich. Kopernik opracował też mapę zachodniej części Zalewu Wiślanego.

Ale nade wszystko był lekarzem. Wprawdzie dzisiaj jego recepty mogłyby wywołać (delikatnie mówiąc) zadumę nad składem… No bo skąd wziąć na przykład sproszkowany róg jednorożca (wiem, wiem, można na upartego z narwala…). Albo kto bawiłby się w zbieranie … łajna żaby… Gdybym zaś miała sproszkować ukochane perły, raczej bym się zapłakała…

Odwiedzając Frombork, to miejsce na końcu świata (jak pisał Doktor Mikołaj w listach do znajomych), trzeba koniecznie wspiąć się na tzw. Wieżę Radziejowskiego.  Spojrzeć w dal na Świętą Warmię.

Święta Warmia

Ileż to najeździł się po niej Kopernik, lokując opuszczone łany. Często też mijamy tam jakieś miejscowości, będące dla nas wyłącznie punktem na mapie, i nawet nie zdajemy sobie sprawy tego, że lokował ją właśnie Mikołaj.

To tyle o Mikołaju – bez niezdrowej sensacji.

Czyli Kopernik – na zdrowie 🙂

W grudniowym Świecie Kominków (2009) jest artykuł JS o Koperniku… Wielka prośba o skan, albo xero – nie zdobyłam egzemplarza… Przyjadę niedługo na kolejne doładowanie akumulatorów 🙂

Jednym słowem – oby do wiosny i do spotkania na szlaku Kopernika.

Na Subiektywnym Szlaku Kopernika.

Fromborski zachód słońca

Na zakończenie – przypominam o urodzinach Mikołaja Kopernika – to już 19 lutego!

Z cyklu Zaproszenia – TORUŃ MIASTO ZABYTKÓW

W dniu 13 marca (piątek) b.r.  – w budynku Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu, przy ul. Słowackiego 8, o godzinie 18:00, odbędzie się ciekawe spotkanie w ramach cyklu TORUŃ MIASTO ZABYTKÓW.

Będzie to prezentacja dotycząca kościoła Świętego Jakuba.

„Konserwatorzy z toruńskiej firmy Relief oraz Maria Rdesińska opowiedzą o najnowszych pracach konserwatorskich przeprowadzonych w świątyni Świętojakubskiej w ubiegłym roku (2014). Będzie też o poczynionych w ich ramach ustaleniach i odkryciach na temat przeszłości kościoła.”

Spotkanie organizują WBP Książnicę Kopernikańską i Toruński Oddział Stowarzyszenia Historyków Sztuki.

O kościele p.w. Św. Jakuba na Nowym Mieście, można przeczytać TUTAJ.

A zdjęcia z wnętrz – można zobaczyć TUTAJ.

a TUTAJ impresja świętojakubska….

Elbląg – tym razem bez laurki… Rocznicowo

W tym roku Elbląg obchodzi swoje 777 lecie.

Z tej okazji znowu nieco ZDJĘĆ 🙂

(ciekawe kiedy wreszcie postawiony zostanie pomnik Hermanna von Balka, któremu Elbląg tyle zawdzięcza!)

Nie będę opisywała całej historii, bo ta jest TUTAJ ciekawie opisana. Nie będę więc powielała wpisów krążących w internecie, ani też nie pokuszę się o opis (a raczej streszczanie) wyników badań archeologicznych miasta Elbląga ani okolic zamku krzyżackiego, jakie prowadzono do niedawna. To także jest dostępne na wystawie w Muzeum i znakomicie opisane na blogu muzealnym.

Dzisiaj z okazji roku jubileuszowego w Ratuszu Ala Gronek (koleżanka z Oddziału Elbląskiego PTTK) dała serię prelekcji (głównie dla młodzieży) o początkach miasta. Żałuję, że „polecieliśmy” na tę pierwszą prelekcję Ali, bo uczestniczyła w niej młodzież… Nie żebym miała cokolwiek przeciw młodzieży 😉 ale to wiek, w którym nie reaguje się żywiołowo, a raczej patrzy się po sali, czy sympatia (albo wróg nr 1) jest obecny i gdzie siedzi. Toteż, nie dziwota, że NIKT nie odważył się opowiedzieć legendy o Piekarczyku. To wiek, kiedy młodzież jest wstydliwa, a poza tym wielu (a może większość) z nich przyszła tam, tylko dlatego, że za to nie mieli pewnie lekcji. Ale nie wiedzieć o Piekarczyku, to już żenujące… Wystąpiła w końcu jedna dorosła „ochotniczka”, wskazana przez siedzących na sali pozostałych nauczycieli, ale… też legendy nie znała. 😦 Ciśnie się na usta uwaga, że to pokłosie powszechnego stosunku do miasta.

W ogromnej większości (poza niewielu bardzo chlubnymi wyjątkami) mieszkańcy Elbląga wciąż tam TYLKO mieszkają. Nie czują się Elblążanami, i z uporem podkreślają różnicę między „my” i „oni”, „teraz” i „wtedy”, wciąż są obcy na tym terenie. I nie robią nic aby ten stan zmienić. Chlubnymi wyjątkami są osoby zajmujące się historią Elbląga, jak Lech Słodownik, czy parę innych osób działających na różnych forach, że nie wspomnę o elbląskim oddziale PTTK , czy o elbląskich muzealnikach

Samo Stare Miasto straszy pustymi lokalami (nb. moja ulubiona kawiarnia Kardamon – od jakiegoś czasu jest zamknięta). Brakuje (jak i zresztą w Gdańsku!!!) normalnych sklepów, które (jak to ma miejsce w Toruniu) ożywiłyby historyczne centrum miasta i przyciągnęły mieszkańców.

Jako miasto hanzeatyckie – o hanzeatyckiej siatce ulic – to trudne miejsce do zagospodarowania i trudne do zatrzymania, tak turystów jak i mieszkańców w obrębie dawnych murów.  Toteż dziwi niewiedza, brak realizmu czy wręcz brak rozsądku władz ( a może tylko zarządców) miasta, że zamiast tworzyć sklepy tzw. ogólnie dostępne, szaleją z cenami najmów, i otwierają kolejne banki, czy drogie sklepy typu „Villeroy & Boch”…

Ale za to nigdzie na Starym Mieście nie kupi się widokówki, ani tym bardziej widokówek ze starymi zdjęciami miasta, ani tym bardziej przewodnika po mieście, czy choćby planu miasta. Wstyd! Nikt z wycieczką nie będzie leciał  dalej, bo grupy z reguły mają określony czas zwiedzania i chcą kupować tu i teraz…

Elbląg ma niezwykle dużo do zaoferowania i jest niezmiernie ciekawym miejscem! Jeśli się wie, czego i gdzie szukać, na co i gdzie patrzeć, można tam spędzić cały dzień. A jeszcze jeśli odwiedzi się muzeum, to nie ma takiej siły, żeby Elbląg nie pozostawił silnego wrażenia na zwiedzających !!!

Samo miasto – to historia HanzyKrzyżaków (tutaj też ciekawy odnośnik), DominikanówReformacjiMennonitówAnglików z Kompanii Wschodniejzałożonej właśnie w Elblągu (TUTAJ ciekawy artykuł o tym tworze ekonomicznym). Przy tej okazji powinno się dużo mówić o Ojcu Statystyki – czyli o Gottfriedzie Achenwall. Był Szkotem z pochodzenia, urodził się w Elblągu – i zrobił nie byle jaką karierę na brytyjskim dworze…  To wreszcie też i doktor Mikołaj Kopernik, to także dziwnie zapomniany Ferdinand Schichau, to również historia samego Franza Komnicka i jego rodziny, to wreszcie choćby Jan Amos Komeński…

Jak widać – rok 777 rocznicy to okazja do pokazania, że miasto nie powstało dopiero w, czy wręcz po roku 1945!! Czy ta okazja zostanie odpowiednio wykorzystana? Ano zobaczymy… Oby para nie poszła w gwizdek, jak to miało miejsce przy okazji Millenium Gdańska. 😉

Wyprawa do Ziemi Chełmińskiej

Cały dzień wolny 🙂

A to u nas znaczy, że poranna pobudka i wypad w trasę. Z aparatem koniecznie!

TUTAJ i TUTAJ a także TUTAJ i TUTAJ zdjęcia z wyprawy…

Tym razem zawiało nas do Grudziądza, Radzynia Chełmińskiego i Pokrzywna, zahaczając po drodze o Okonin (niestety kościół był zamknięty, a na plebanii nie było żywego ducha, obszczekały mnie tylko psy, kiedy zadzwoniłam do drzwi).

Autostrada znacznie skróciła czas dojazdu, i po godzinie byliśmy już za Wisłą, na światłach w Grudziądzu. Zanim jednak skręciliśmy do centrum – pojechaliśmy za miasto – 19 kilometrów na płd wschód – trasą 534 do Radzynia Chełmińskiego. Zawsze chciałam zobaczyć słynne ruiny tamtejszego zamku… No i zobaczyłam… moje największe rozczarowanie ostatnich czasów. No, przyznać należy, że wiele z tego rozczarowanie zawdzięczam Szwedom, którzy w roku 1628 znacznie przyczynili się do dzisiejszego wyglądu zamku. Moje rozczarowanie jednak wynikało bardziej z jego usytuowania. Na wszystkich zdjęciach widać monumentalną ruinę, pośród pól. A tymczasem – zamek usytuowany jest na wjeździe do miasta. Późnozimowe roztopy nie sprzyjały „obwąchaniu” wszystkich cegieł, i obmacaniu murów. Więc trzeba tam wrócić, w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody. Natomiast koniecznie muszę wrócić do Radzynia – do kościoła Św. Anny, który niestety, tak jak okoniński, również był zamknięty, co akurat nie dziwi, zważywszy ilość kradzieży dzieł sztuki. Toteż trzeba tam będzie koniecznie wrócić, najlepiej w którąś sobotę. Wtedy bowiem odbywa się cotygodniowe wietrzenie i sprzątanie kościołów i łatwiej jest zwiedzić wnętrza, bo są otwarte.

Zamek w Pokrzywnie – a raczej to co z niego zostało, wygląda na skazane na zagładę… Na „ogryzku” bramy wjazdowej do całego założenia, ktoś (nie był to jednak Heinrich von Plauen, który tu spędził czas jakiś) przybił byle jaką tabliczkę, że teren jest prywatny. A więc – jak to zwykle w Polsce bywa, można się spodziewać, że po odczekaniu aż resztki murów runą, teren zostanie splantowany i powstanie albo osiedle, albo market, albo po prostu pozostanie smętnym wspomnieniem po krzyżackiej wielkości i świetnej organizacji państwowej…

Grudziądz od zawsze był w mojej rodzinie ważny, bo przecież to tutaj dwóch z moich pra-wujków służyło w kawalerii. I to tutaj, jeden chcąc się żenić, musiał przedstawić świadectwo naprawdę dobrego pochodzenia panny. Inna sprawa, że w domu panny posunięto się jeszcze dalej, bowiem wynajęto detektywa, który miał sprawdzić nieposzlakowane pochodzenie i prowadzenie się młodego oficera. Oboje widać zdali egzamin – bo rozłączyła ich dopiero czerwonoarmijna zawierucha. Tak więc – Grudziądz ma w moim sercu ciepły kąt. Wychowana na żurawiejkach zawsze chciałam do Grudziądza pojechać. I pojechałam. Po raz pierwszy – parę lat temu – objeżdżając Ziemię Chełmińską. Klimek jeszcze wtedy stanowił porozrzucane gruzowisko, z walającymi się nawet na alejkach cegłami. Wielkimi, gotyckimi palcówkami. Jako, że czas był wtedy jesienny, bury i deszczowy, Grudziądz wydał mi się smutny. Smutny zaniedbanymi domami, urywającymi się niemal balkonami, brudnymi ulicami. Objawił mi się jako miasto głęboko zaniedbane, niekochane. Zamieszkane, ale nie zawłaszczone… I nie pomogła widać tradycja ułańska, ani też szesnastowieczna wizyta Doktora Kopernika, kiedy tu prezentował swój traktat o monecie… Że nie wspomnę o czasach krzyżackich. Nie pomogła też świadomość obecności w tym mieście Wiktora Kulerskiego. Nic nie pomogło. Miasto zamilkło, chowając bogatą przeszłość za zaniedbanymi fasadami kamienic. Drugi raz zaglądnęłam do Grudziądza podczas tradycyjnego objazdu szkoleniowego, jakie organizujemy sobie w naszym wąskim gronie (M.H., A.S, E.H. D.L. i ja). Tym razem było wprawdzie znowu jesiennie, ale słonecznie i spichrze nad Wisłą czerwieniły się w słońcu, z ratusza zaś dochodził dźwięk hejnału. Klimek wprawdzie był wciąż w ruinie, ale już nie rozwłóczonej; widać było, że coś zaczyna się tam dziać… Jakieś prace porządkowe akurat prowadzono, i cegły już nie poniewierały się po okolicy. W Sali Ślubów obecnego Urzędu Stanu Cywilnego musiał odbywać się akurat ślub, bowiem przepiękne witraże sprzed niemal 100 lat  jaśniały kolorami, podświetlone wszystkimi światłami w pomieszczeniu. Miasto jednak wciąż sprawiało wrażenie zaniedbanego, niekochanego… Trzeci raz pojechałam na szkolenie PTTK-owskie, więc nie miałam wiele  czasu dla Grudziądza. Ale kiedy nas wypuścili na wycieczkę, skrzętnie porobiłam zdjęcia – jak zwykle tych samych miejsc, ale może z nieco innego ujęcia. Nadto dane mi było uczestniczyć w zwiedzaniu Twierdzy. Ten dzień więc dał mi do myślenia. Gdzie mieszkali ci moi pra… Jakie było ich życie codzienne, jak częstymi gośćmi byli w dzisiejszej Białej Karczmie w Michalu, czy jeździli do domu,  jak przeżyli 1 września, i gdzie zostali zakopani (bo przecież nie pochowani) po egzekucji przez Czerwonoarmiejców, i takie tam, typowe rodzinne sentymentalne dywagacje… Tym razem świeciło słońce, i Grudziądz przemówił (przynajmniej do mnie). Potem byłam jeszcze w Grudziądzu parę razy – przejazdem, i przy sposobności poszukiwań domu pewnym wspaniałym ludziom z mojej grupy mennonickiej. Dom znaleźliśmy, a nawet sąsiada, który pamiętał niemal wszystko. Grudziądz wciąż czekał na rewitalizację, ale niektóre domy już straciły brud i obtłuczone narożniki były wypełnione. Miasto sprawiało wrażenie nieco mniej burego, ba zachwyciło, po długim niewidzeniu. 😉

Dzisiaj część miasta zastałam rozkopaną – przy Pałacu Opatek, trwa remont torowiska tramwajowego. Rynek jaśnieje odnowionymi kamienicami (dalej już się nie zapędzałam, żeby nie psuć sobie nastroju). Na Klimku wrze robota, widać, że Społeczny Komitet Odbudowy działa… Grudziądz wciąż jest nie całkiem obłaskawiony, bo na obłaskawienie miejsca potrzeba gwałtownego spadku bezrobocia, nadziei i europejskich zarobków. Ale widać, że coś się ruszyło… Oby szło ku lepszemu, bo Grudziądz zdecydowanie na to zasłużył. Oczywiście – jak zwykle, ze złośliwą satysfakcją znowu zrobiłam zdjęcie tablicy mówiącej o „mściwym toporze krzyżackim” w Rynku, zastanawiając się, jak długo jeszcze kolejne pokolenia karmione będą papką sienkiewiczowskiej propagandy. 😉

Zjedliśmy pierogi w jednej z pierogarni, a właściwie „francuskiej” naleśnikarni, smętnie konstatując, że tam to nas już nie zobaczą (pierogi zdecydowanie nie zasługiwały na miano pierogów, a tzw. shake przypominał ów napój jedynie z nazwy) – i wróciliśmy do domu z mnóstwem zdjęć i postanowieniem powrotu do Radzynia i Okonina na wiosnę. Dzień był piękny, prawie wiosenny, i tylko kra na Wiśle przypominała o porze roku.

Toruńskie tematy zastępcze… Von Soest

Jak zwykle, kiedy mam jakąś terminową robotę, pojawia się temat z cyklu zastępczych. I tak było i tym razem – tłumaczenie czeka, a ja śledzę ciekawą rodzinę ze średniowiecznego Torunia 😉

Jak zwykle pomógł przypadek.

Otóż na nieśmiertelnym Facebooku jest strona pt. Medievalists.net. Bardzo ciekawe miejsce w sieci, bowiem publikują wiele materiałów i artykułów o średniowieczu, normalnie niedostępnych, albo trudnych do znalezienia. No i dzisiaj właśnie, będąc w ferworze tłumaczenia (z terminem do lipca), przeczytałam ich wpis o Johannesie von Soest, niemieckim śpiewaku, kompozytorze i pisarzu żyjącym w latach 1448–1506. Nie, żebym z premedytacją szukała tematów zastępczych… 😉

W głowie natychmiast mi się zapaliło przysłowiowe czerwone światełko.

Von Soest!!!

Ileż to razy dokonywałam cudów, by nie „zwichnąwszy” sobie głowy, zajrzeć za ambonę do prezbiterium. Tak, by zobaczyć słynną płytę nagrobną von Soestów. Ale mimo całego mojego zainteresowania płytą – małżonkowie pozostawali dla mnie pustym wpisem w historii.

Aż do dzisiaj, kiedy to nagle nazwa Soest otworzyła się dla mnie wieloma informacjami.

Sam Johann von Soest był jednym z wielu jacy przybyli do Prus z Westfalii w czasach średniowiecza. Został mieszczaninem toruńskim. Był kupcem, i rajcą na dodatek, a także czas jakiś burmistrzem Starego Miasta Torunia. Mógł więc sobie pozwolić na zamówienie okazałej płyty nagrobnej najprawdopodobniej w Brugii. Mógł tego dokonać podczas swego tam pobytu w roku 1356 (pełnił bowiem funkcję Starszego kantoru hanzeatyckiego). Albo kiedykolwiek, jako, że Flandria w owych czasach słynęła z tego typu produkcji i wytwory tamtejszych rzemieślników czy może raczej już artystów, eksportowane było m.in. do Anglii, czy północnych Niemiec. Płyty nagrobne, tak jak i miejsca pochówków zamawiano zawsze za życia, raz, by zapewnić sobie godne miejsce, a dwa, by sprawdzić jakość wykonania, no i wreszcie by oszczędzić rodzinie zachodu. Tak, by mogła skoncentrować się potem już tylko na, stosownym do statusu społecznego, pochówku. I Johann nie był tutaj wyjątkiem.

Johann, jak wspomniałam, status społeczny miał wysoki.

Żonaty był z chełmińską burmistrzanką – Małgorzatą von Herricke, córką Thydemanna i zamieszkiwał przy dawnej Św. Anny (dzisiaj ulica Kopernika). To w średniowieczu była bardzo prestiżowa ulica biegnąca od Fary staromiejskiej (dzisiejsza katedra św. Janów) do Bramy Starotoruńskiej (brama zachodnia – rozebrana w połowie XIX wieku). Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, bowiem obecnie ulica stanowi niejako zaplecze obecnego Rynku Starego Miasta. Ale kiedyś rynek znajdował się tam gdzie Święci Janowie.

Jak wysoko ceniony był w mieście Johann, niech świadczy fakt, iż w roku 1356, reprezentował Toruń na zjeździe w Lubece (wraz z innym rajcą – Dittmarem Räuberem). Zjazd ów uważa się czasem za formalne i oficjalne powstanie Hanzy niemieckiej.

Płyta nagrobna małżonków von Soest u Św. Janów, jest przedmiotem naukowych dywagacji od dawna – a że stanowi okaz wyjątkowej urody, no i że jest jedyna taka w Toruniu – warto by było, by zarząd kościoła pomyślał o udostępnieniu jej zwiedzającym… Niegdyś płyta posadowiona była w posadzce prezbiterium Fary. Od wieku XIX bodaj – znajduje się w ścianie tegoż.

Sam Johann przysłużył się farze bardzo jako dobrodziej, kiedy to po wielkim pożarze, jakiemu uległo i miasto i kościół, w nocy 10 sierpnia 1351, ufundował elementy wyposażenia do fary. Zmarł w roku 1361. Żona wzmiankowana jest jeszcze w roku 1363, zaś potomkowie w roku 1397. W roku 1364 dwaj bracia von Soest, Piotr i Tylman dostają od Wlk. Mistrza Winrycha von Kniprode potwierdzenie rycerskiej własności wsi Wypczik (Wybcz – 11,5 km na zachód od Chełmży.

 I właściwie tyle wiem o „moim” toruńskim panu von Soest. Jednakże wiedzę o przybyszach z Westfalii do Prus znakomicie wzbogaca ciekawy artykuł. A do informacji o Soestach – znakomicie nadaje się wzmianka o malarzu Konradzie von Soest (ach, ten jego słynny Brillenapostel z ołtarza z Bad Wildungen!!!), zwanym twórcą szkoły westfalskiej.

W ten sposób przekopałam informacje o Toruniu, tudzież o nazwisku Soest (dodam, że samo Soest to miasto w Nadrenii-Północnej Westfalii, z około 48,5 tysiącami mieszkańców)…

I uznałam, że hasło „Soest”, jako temat zastępczy znakomicie spełniło swoją rolę…

Fromborska wystawa – jak zwykle niezwykła

Że też my zawsze musimy na Frombork wybierać akurat zimę stulecia… To słowa Danki, kiedy planowałyśmy naszą coroczną wyprawę do Fromborka na szkolenie i podładowanie akumulatorów 🙂

Od ładnych paru lat Frombork to nasze zamknięcie poprzedniego i jednocześnie otwarcie następnego sezonu. To czas na podsumowania, i delektowanie się kolejną nową wystawą. Bo tak się składa, że Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku miewa świetne wystawy, jakich tzw. duże ośrodki mogą tylko pozazdrościć. I nie chodzi tylko o formę, ale głównie o treść. Faktem jest, że są niezwykle wymagające i często trudno zrozumiałe dla tzw. zwykłego odbiorcy. Ale, od czego tablice rozwieszone w poszczególnych działach wystawy!

O obecnej wystawie wspominałam TUTAJ, przy sposobności zaproszenia na jej otwarcie. Teraz mogłyśmy ją obejrzeć na tzw. własne oczy.

Noooooooooooooooooooooooooooooo. I to z dużym wykrzyknikiem 🙂

Jest naprawdę świetna! Chciałoby się rzec – kolejna świetna.

(TUTAJ zdjęcia

I warto było się tłuc dla niej taki „hektar drogi”.  Jest cenna także ze względu na to, że większość obiektów jestem w stanie skojarzyć z miejscem ich pochodzenia, czy „przetrzymywania”. A to dzięki temu, że mam bogatą dokumentację zdjęciową z moich wędrówek po Świętej Warmii. Ale śmierci z Kiwit na swoich zdjęciach z trasy nie mam 😉

Tematyka wystawy („Śmierć bramą życia„) pewnie niejednemu zmyje uśmiech z twarzy, ale warto pamiętać, że kiedyś temat śmierci traktowany był inaczej.

Dzisiaj śmierć jest doświadczana zazwyczaj w samotności, często daleko od domu. „Odbywa się” w hospicjach, czy szpitalach, daleko od bliskich, często bywając wybawieniem od niemocy potęgowanej jeszcze przez wadliwy system niby-ochrony zdrowia. Wybawieniem bywa także dla bliskich, ratując ich niejednokrotnie przed całkowitym bankructwem. Nadto przy powszechnym kulcie młodości, koniecznie bez zmarszczek, bez słabości – na starość, chorobę, słabość i w konsekwencji śmierć – nie ma miejsca. (najlepszym dowodem jest niedostatek geriatrów w kraju).

Boimy się śmierci, mówimy o niej szeptem. Nie umiemy jej oswoić. Odchodzimy od tradycji coraz bardziej – i tym razem nie ma w tym odrobiny złośliwości. Ot, takie czasy…

Czy ktokolwiek dziś rozważa symbolikę łoża śmierci? Kto dziś zastanawia się nad relikwiami i ich proweniencją, czy sposobem pozyskania? Kto sili się na odczytanie symboliki i znaczenia obrazów, czy ołtarzy? I więcej – KTO w ogóle cokolwiek z tego rozumie – poza wąskim gronem pasjonatów, czy ekspertów 😉

Ci, którzy chcą wiedzieć więcej, a nadto pragną z bliska spojrzeć na obiekty zazwyczaj niedostępne na co dzień – mają sporo czasu – bowiem WYSTAWA w Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku trwa do 30 października tego roku.

Czasu aż nadto 🙂

Przyjaciele naszych długich zim…

Lubię tandem Jagoda Semków i Weronika Wojnowska, i słuchać mogę bez końca.

Przekonałam się o tym parę „ładnych” lat temu. Byłyśmy przed egzaminem warmińsko-mazurskim i tradycyjnie zaszyłysmy sie „u Ritza” we Fromborku. Jagoda poświęciła nam cały swój czas, by zrobić nam szkolenie (jak zresztą robi to od lat). Temperatura na zewnątrz panowała tak w granicach minus miliard, a my – z Jagodą – zamknięte przez kilka godzin w Katedrze (w której było niewiele cieplej) – słuchałyśmy jej wykładu. O tym jak Maciek Meyer spadł z rusztowania, jak to relikwie w końcu przybyły, kiedy i w jaki sposób świeczniki ocalały, jak to z klęczeniem na rzadko było… dlaczego Pierro Rugierri marzł w swojej sedilli. I, że mimo wszystko… Fleming leży… To ostatnie zdanie pewnie nie dla wszystkich i nie do końca jest zrozumiałe… Ale grunt, że Fleming leży 😀

Toteż, jak Danusia L. dała mi znać, że już w środę, czyli 21.11. o godzinie 17:00 będę mogła posłuchać ciekawych rzeczy, i na dodatek wypowiadanych ładną polszczyzną, to zdecydowałam o przesunięciu wycieczki. Bo ja MUSZĘ tam być. Nawet na to konto polubiłam stronę (na FB) pt. Opowiadacze Historii. I to od nich dowiedziałam się szczegółów spotkania. Wklejam w całości poniżej:

Szanowni Państwo,

serdecznie zapraszamy na kolejne spotkanie z cyklu Opowiadacze Historii, które odbędzie się 21.11.2012 o godz. 17.00 w Królewskiej Fabryce Karabinów przy ul. Łąkowej 35/38 (wejście od tyłu zespołu przez bramę przy Gdańskich Melioracjach).

Tym razem zaprosiliśmy Jagodę Semków i Weronikę Wojnowską z Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, które opowiedzą nam o piecach kaflowych z przełomu XIX i XX wieku. Wspólnie obejrzymy, dotkniemy i powspominamy również liczne i wciąż zachowane piece kaflowego z Dolnego Miasta.

Serdecznie zapraszamy!
Opowiadacze Historii

Nie jestem z Torunia…

Hasło na Facebook’u – dotyczyło polubienia czy dopisania, za co się lubi swoje miasto – w tym wypadku dotyczyło to Torunia.

Nie jestem z Torunia, a moje toruńskie związki rodzinne sięgają tak daleko w przeszłość, że w żaden sposób nie mogę mówić, że to jest powodem mojego toruńskiego „bzika”.

Tak więc, w żaden sposób nie czuję się z miastem związana – poza obiektywnymi związkami emocjonalnymi… Bo to, że parę lat temu „zrobiłam” uprawnienia na Toruń wynikało nie z kalkulacji finansowej, ani też z żadnych rodzinnych konotacji, a z zauroczenia tym wyjątkowym tworem urbanistyczno-socjologicznym 😉

No i – nie mogłam się powstrzymać przed wpisem pod zdjęciem pod tematem.  To zaś, co napisałam – zamieszczam poniżej – bo to właściwie kwintesencja Torunia.

A przy sposobności: TUTAJ odnośnik do tego, co skleciłam z moich fotograficznych zauroczeń, bo tak w ogóle, to Toruń jest miastem detali 😉

A więc:

Nie jestem z Torunia, ale LUBIĘ…

  • za klimat Starego i Nowego Miasta,
  • za pierogi,
  • za Jakuba i Janów,
  • za ciszę w Mariackim,
  • za echo na dziedzińcu ratuszowym,
  • za skarb ze Skrwilna,
  • za śliskie schody w Muzeum,
  • za szafę w Domu Kopernika,
  • za zapach pierników,
  • za Aleję gmerków,
  • za cegłę (niejedną) –
  • za wszystko